Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test patelni tytanowej, Szlak Kaszubski, Cztery Wieże, test palnika BRS-3000T i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

czwartek, 14 lipca 2016

Ultralekki worek wodoszczelny - Osprey 12l.


Coraz więcej moich recenzji ma w tytule określenie "ultralekki". Nic w tym dziwnego, bo od kilku lat staram się maksymalnie odchudzić moje wędrówkowe wyposażenie, nie tracąc przy tym jego funkcjonalności czy trwałości.

Niedawno wpadł mi w ręce worek wodoszczelny Osprey 12 litrów, który od pierwszego kontaktu zachwycił mnie jego lekkością i praktycznością.


Jako zwolennik plecaków od Ospreya, założyłem równie dobrą jakość i funkcjonalność tego elementu. Dokładne oględziny i użycie w terenie potwierdziły wcześniejsze przypuszczenia.

Przy pojemności 12 litrów, worek Ospreya waży 42 gramy - o trzy gramy mniej niż dwukrotnie mniejszy worek Karrimora! To świetny wynik, idealnie wpasowujący się w ideę Light & Fast.

Co zatem jest mocną stroną tej prostej zdawałoby się konstrukcji...?

Wykonany jest z lekkiego silnylonu, czyli cienkiego nylonu powlekanego silikonem, zapewniającym pełną wodoszczelność. Wewnętrzne podklejenie szwów to oczywistość w takim rozwiązaniu, co pokazuje zdjęcie.





Kształt również ma znaczenie. Zaokrąglone prostokątne dno nadaje kształt pakunkowi, co ułatwia pakowanie do jego wnętrza i wykorzystanie miejsca w plecaku. Ponadto pakowanie rzeczy do worków znakomicie organizuje przestrzeń w plecaku i ułatwia poszukiwanie potrzebnego drobiazgu.

Pakując się do worków z okrągłym dnem, z dezaprobatą patrzyłem na puste przestrzenie pomiędzy nimi. Niby błahostka, ale nierzadko genialność tkwi w szczegółach...


Cechą charakterystyczną worków wodoszczelnych, jest rolowane zamknięcie. To rozwiązane zastosowano i u Ospreya. Wzmocnione brzegi u wylotu już po dwukrotnym zawinięciu zabezpieczają zawartość, dalsze zwijanie podnosi poziom zabezpieczenia i pozwala na zmniejszenie objętości worka jeśli nie jest zapakowany do pełna.







Przyglądając się klamerce, zauważymy przy niej koluszko do zawieszania, a przy dnie worka wszytą tasiemkę do wieszania, która bardo pomaga wydobyć ciasno upakowaną zawartość.




Obydwa te elementy mogą posłużyć do awaryjnego przytroczenia worka na zewnątrz plecaka, gdy w środku brak już miejsca...





Dwanaście litrów to całkiem sporo. Można pomieścić zmianę odzieży na dwutygodniową wędrówkę, a i wtedy zostanie jeszcze sporo miejsca. Przewidując zatem deszczową pogodę, można do worka oprócz odzieży, zmieścić niewielki śpiwór puchowy. Można go także zapakować luzem - zwłaszcza gdy jest większy, nie trzeba się wtedy mitrężyć z dopychaniem go do dedykowanego woreczka.

Przy dłuższych wędrówkach i biwakowaniu w terenie, bardo ważne jest by na koniec dnia mieć suchy śpiwór i suche rzeczy na zmianę, zwłaszcza, jeśli dzień był deszczowy. Pojemność worka pomieści to wszystko i niezawodnie utrzyma suche.








Przed zrolowaniem zamknięcia, dobrze jest wycisnąć powietrze z wnętrza, by maksymalnie skompresować pakunek. Opracowałem na to patent - mianowicie po włożeniu zawartości, górną niezapełnioną część worka składam na dół i dociskam do siebie, wypuszczając tyle powietrza ile się da. Następnie rozciągając na boki zamknięcie zamykam je i roluję raz w pozycji złożonej, po czym prostuję do góry i kontynuuję rolowanie, przetrząsając zawartość jak najniżej, dzięki czemu uzyskuję malutki, dobrze skompresowany pakunek. Nawet widać, jakby wyssano z niego część powietrza.



Dwunastolitrowy worek wodoszczelny Ospreya to mała i lekka rzecz która cieszy.
Dobrze zaprojektowany i równie dobrze wykonany z bardzo dobrych i lekkich materiałów.
Optymalny kształt i spora pojemność pomieszczą bardzo wiele i skutecznie zabezpieczą przed deszczem czy wilgocią. Można zapakować go do pełna, można zrolować nawet do zera - gdy nic w nim chwilowo nie przenosimy. A wtedy na powrót staje się mały i lekki, więc zawsze można go zmieścić do plecaka, nawet jeśli wydaje się chwilowo niepotrzebny.



Od czasu gdy posiadam ten dwunastolitrowy worek, zabieram go na wszystkie dłuższe wędrówki. Jeszcze poluję na jego mniejszego, sześciolitrowego brata, z którym na długich szlakach zabezpieczą całe moje strategiczne wyposażenie. Na razie jako mniejszego używam wyraźnie cięższego Karrimora, ale jak pewnie zauważyliście, moje wyposażenie ewoluuje w stronę lekkości, niestety często kosztem lekkości portfela... ;-)

Dla niefrasobliwych tylko dorzucę zastrzeżenie - worek Ospreya jest wytrzymały, ale nie jest niezniszczalny. Szanując go i pakując z rozwagą, będziemy się nim cieszyć w czasie długich wypraw.

A w nocy lekko zwinięty z powodzeniem służył mi nieraz za poduszkę :)










 Myślę, że świstak zwijałby go z przyjemnością... ;-)



_

sobota, 25 czerwca 2016

Worek Bieszczadzki - czerwiec 2016


Jednym z miejsc w polskich górach do którego najczęściej wracam, jest bez wątpienia Worek Bieszczadzki. Wciśnięty pomiędzy graniczny San od jego źródła, a pasma Bieszczadów Wysokich z masywem Halicza, Krzemienia i Bukowego Berda, jest malowniczym i tajemniczym zakątkiem, sięgającym najdalej na południowy wschód do Sianek i wspomnianego źródła Sanu.

Obszar Worka Bieszczadzkiego widziany z Bukowego Berda

Tym razem do Worka wróciłem niemal przypadkowo. Wędrując Szlakiem Niebieskim Granicznym z Małgorzatą, opowiadałem jej o tym zakątku. Bodaj na tyle sugestywnie, że na ostatni dzień dwutygodniowej wędrówki za niebieskimi znakami, postanowiliśmy zejść z Granicznego i zapuścić się do źródeł Sanu.

Po zakwaterowaniu się w Lutowiskach, nasza przemiła gospodyni podrzuciła nas do Bukowca - miejsca w Worku Bieszczadzkim do którego można jeszcze dojechać samochodem.


Dalej czekała nas wędrówka około 11 km w jedną stronę, wiec ruszyliśmy w stronę Beniowej. Na rozdrożu zestaw tablic informacyjnych i kadź do produkcji potażu.



Droga wiodąca w lewo, to bodaj optymalny kierunek wędrówki. Już na początku marszu można natknąć się na jeden z krzyży przydrożnych, by po przejściu przez połać lasu, wyjść na otwarty teren, gdzie na rozległej płaszczyźnie rozlokowała się niegdyś wieś Beniowa.




Okolona Sanem i pasmami gór, była to spokojna łemkowska wieś. Dzisiaj długa, wijąca się droga prowadzi obok mokradeł śladem starych drzew i kolejnych krzyży, do skromnych pozostałości - starej lipy oraz cmentarza z ledwo dostrzegalnymi ruinami cerkwi, z której najlepiej zachowała się chrzcielnica z rysunkiem ryby.








Mijamy to ciche i spokojne miejsce, niegdyś tak żywe i radosne... Śladem nikłej ścieżki schodzimy do moczarów, za którymi przebijamy się przez ciemny las, idąc pomostem drewnianym ustawionym na niegdysiejszym nasypie kolejki wąskotorowej. Po lewej szumi strumień - to San, ledwie widoczny przez gęstą zasłonę liści.




Dochodzimy do ostatniego szańca cywilizacji. Kilkanaście lat temu stał tu Schron nad Negrylowem, konstrukcyjnie przypominający wagon z przedziałami. Został tylko budynek BdPN i ukryty w gąszczu domek leśniczego. Pana Tadeusza dzisiaj nie zastaliśmy.




Znaki ścieżki zdradzają kolejny punkt na trasie. To grobowiec hrabiny, - miejsce legendarne tak jak i same postaci Stroińskich. Obiekt zakazanych wędrówek PRL-u i duma z dobrnięcia. Teraz cel nieomalże spacerów.

Po drodze obserwujemy wijący się San, surową Ukrainę tuż za nim i ruiny folwarku, gdzie Franciszek ze swą ukochaną Klarą mieszkali szczęśliwie, choć zbyt krótko... A San prowadzi nas dalej.





Wreszcie śladem ścieżki, mostków i zdziczałych sadów dochodzimy do cerkwiska i cmentarza. Resztki krzyży informują o miejscu, a wiedzy dopełnia opis na tablicy. Jedynie odnowione grobowce z kapliczką świadczą, że jesteśmy w miejscu bardzo wyjątkowym.

Zdziczały sad owocowy. Wiosną kwitnie dla wędrowców...





Grób Hrabiny - poczytajcie o niej i o miejscu w internecie. Ciekawa i nie pozbawiona zawirowań i smutku historia... No i wręcz kultowość miejsca. Ech...





 


Oszczędzam akumulator, bo już miga rezerwa, ale na to miejsce nie mogłem żałować.
Spotykamy tu idącą przed nami parę sympatycznych ludzi. Zachęcamy ich do pójścia na punkt widokowy w Siankach i do źródeł Sanu. Stąd już niedaleko, więc skoro warto, to przystają na naszą propozycję. Podwiozą nas także do głównej drogi, bo wyrwać się z Bukowca byłoby niemal niemożliwe inaczej niż piechotą...

Dochodzimy do punktu widokowego na ukraińskie Sianki. San dzieli dwa kraje, ale przed wojną to była jedna wielka miejscowość. Wielka, bo miała takie znaczenie jak dzisiaj Zakopane, głównie dzięki położeniu pomiędzy Krakowem a Lwowem i linii kolejowej zapewniającej transport także z południowej Europy. Dzisiaj widać zabudowę z linią kolejową i drogę schodzącą do Przełęczy Użockiej. Tam właśnie przebiegał Główny Szlak Beskidzki, prowadzący do wschodnich granic Polski i kończył swój bieg na Stochu, będącym ówczesnym trójstykiem, niemal jak dzisiaj Kremenaros. My zaś spoglądamy na elektriczkę, sunącą właśnie w stronę Użoka.





Do niedawna tu się kończyła trasa turystyczna. Dalej nie wolno było pójść, choć tak jak wcześniej grób hrabiny, tak i później pasmo graniczne było wyzwaniem dla śmiałków. Ale już od pewnego czasu źródła Sanu są udostępnione dla ruchu turystycznego, z czego już korzystałem. Dzisiaj też pójdę tam z przyjemnością.




Źródło jest już na terenie Ukrainy, ale można tam dojść całkowicie legalnie. Między znakami granicznymi przed krzyżem jest płyta z opisem źródła, nieco poniżej bije samo źródło. Miejsce przyjemne i znaczące, więc warto zajrzeć. Gdybyż jeszcze można było przejść granicą przez Opołonek, Kinczyk Bukowski do Przełęczy Bukowskiej... Ale dobrze, że można dość do miejsca w którym się znajdujemy.




 
 

Wracamy. Droga powrotna mija szybciej, bo tą samą trasą. Choć przy zabudowaniach nad Negrylowem odbijamy drogą drwali, wiodącą przez gęsty las. Widać z niej po chwili Kopę Bukowską i Wołowy Garb. Niedługo później dochodzimy do parkingu na Bukowcu. Lekko pokropiło, a po deszczu w okolicy, pojawiła się tęcza :)



 







Tak jak w okolicach odwiedzanych na Niebieskim Szlaku, tak i tutaj nie brakuje cmentarzy wojennych. Zaglądamy jeszcze na ten w Bukowcu, który położony jest nieco powyżej cerkwiska i starego cmentarza przycerkiewnego. Czas powoli zaciera ślady, choć widać też dbałość gospodarzy miejsca...













Nasi zmotoryzowani towarzysze podróży transportują nas do drogi głównej w Stuposianach. Są na tyle mili i uprzejmi, że skręcają do Lutowisk, chociaż powinni kierować się w inną stronę. Polecam im zatem inne ciekawe miejsca w okolicy i w Lutowiskach dziękując gorąco, rozstajemy się.
Dziękuję Wam także i teraz, życzę spotykania dobrych ludzi i odwiedzania interesujących miejsc!

My zaś wracamy do naszej stacjonarnej przyczepy, gdzie nieoceniona gospodyni czeka na nas z obiadem! Obficie, smacznie i niedrogo :) Jeśli będę kiedyś wracał w te strony, to już wiem, gdzie zapytam o zakwaterowanie. Dla samego kontaktu z dobrymi ludźmi warto!
No i zobaczcie jak wygląda wnętrze domku.

Dziękujemy i do zobaczenia!

 
Kuchnia - widok z jadalni - salonu. 

Pierwsza sypialnia

Druga sypialnia

Trzecia sypialnia

Trzecia sypialnia - strona przeciwna 

Łazienka

Salon - jadalnia



Do zobaczenia Bieszczady... :)

_