Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

piątek, 18 maja 2018

[Namioty] Naturehike Taga 1 - część 1 - przedstawienie.


Firma Naturehike na dobre zadomowiła się na rynku wyposażenia outdoorowego.
Choć jest to firma rdzennie chińska, to jednak wzorem wschodzących gwiazd innych branż z Kraju Środka, bardzo dobrze radzi sobie z jakością i wynikającą z tego renomą swych produktów.

W ubiegłym roku recenzowałem namiot tej firmy - Naturehike CloudUp 2, który nota bene doczekał się już nowszej wersji, wyraźnie poprawionej.
Moja recenzja dostępna jest w dwóch wpisach - Pierwsze wrażenia oraz Recenzja.


Dzisiaj zaś podzielę się wrażeniami z oglądu i pierwszego użycia namiotu Taga 1.
Zakupiłem go w internetowym sklepie outdoorzy.pl. Otrzymałem spory rabat, za który bardzo dziękuję :)


Naturehike Taga 1 to namiot bardzo niestandardowy. Niby ma sypialnię z podłogą, ma także tropik, to jednak nie jest namiotem dwupowłokowym.
Nie jest to także klasyczny jednopowłokowiec...

Projektant wybrał najlepsze cech tych dwóch konstrukcji i połączył je w jedną. I to dosłownie. Otóż pod tropikiem została wszyta sypialnia, a dokładnie - jej ścianki, czyli siatkowa moskitiera połączona z podłogą. Całość wspierana jest aluminiowym pałąkiem z poprzeczną rozpórką. Stelaż poprowadzono na zewnątrz konstrukcji.



Jakie są zatem zalety takiego rozwiązania?

Przede wszystkim niska waga, mały rozmiar i zgrabny pakunek. Także dzięki użyciu lekkich materiałów. Silnylon, drobna siateczka i aluminium.
Ponadto zintegrowany tropik z sypialnią wspierany zewnętrznym stelażem, umożliwiają bardzo szybkie rozstawienie namiotu, co jest szczególnie istotne w czasie deszczu. W zasadzie rozstawia się tropik, a wszyta sypialnia niejako zajmuje swoje miejsce pod tropikiem bez dodatkowych zabiegów. Jest chroniona od przemoczenia, bo stelaż biegnie w zewnętrznych tunelach tropiku. Oczywiści napięcie powłoki kilkoma śledziami po kilku próbach idzie szybko i sprawnie.
Ponadto Taga posiada dwa przedsionki. Jeden pełni rolę wejścia, drugi - ślepy, pomieści część bagażu.
Oczywiście szybkie zwijanie jednoczęściowego namiotu zaliczam do zalet.


Jakich minusów należy się spodziewać.

Namioty jednopowłokowe cierpią na zmorę kondensacji pary wodnej. Krople spływające po ściankach trafiają na podłogę, a po drodze nierzadko na opierający się o nią śpiwór. Patenty z wentylacją minimalizują ten problem, jednak nie są w stanie całkowicie go wyeliminować.
W modelu Taga tę kwestię rozwiązano całkiem sprytnie.
Brzegi tropiku kończą się nad ziemią i nie są połączone z podłogą. Tym samym para wodna która przedostanie się przez moskitierę, zjedzie po wewnętrznej powierzchni tropiku i opadnie na ziemię. Oczywiście nawet w dwupowłokowcach część wilgoci dostanie się do sypialni, to i tutaj tego nie da się uniknąć. Wentylacja szczytowa vis a vis wejścia, też wspomaga wymianę powietrza.

Pozostałe plusy i minusy wyjdą w trakcie użytkowania. Postaram się je zaobserwować i opisać.




Waga - czemu tak ...lekko? :)

Przejdę teraz do oglądu otrzymanego namiotu. Dla każdego ultralightera, waga całości i podstawowych elementów bywa często głównym kryterium wyboru, więc co tu mamy... :)

Pakiet handlowy składa się z kompletnego namiotu i dodatkowej podłogi



Na mojej wadze wszystko to razem ważyło 1.392 gramy, jednakże szybko pozbyłem się metek, opakowań foliowych i wydobyłem jeszcze jeden element, który początkowo zaburzył mi sumę wagi wszystkich elementów składowych. Z uwagi na brak laboratoryjnej precyzji mojej wagi, suma może się różnić o kilka gramów od ważenia całości...




Najważniejszy element - namiot właściwy, czyli tropik z sypialnią. Waży słodkie 778 gramów :)



Potrzebny jeszcze będzie stelaż. Długi aluminiowy pałąk i krótka rozpórka, ważą łącznie 286g.



W komplecie dostajemy 12 trójgraniastych śledzi aluminiowych z linką ułatwiającą ich wyciągnięcie. Ważą 98g.




Nie zawsze będą potrzebne odciągi, ale cztery znajdują się w komplecie. Są lekkie, ważąc 22g - wszystkie cztery.



Kto uzna za stosowne, zabierze dodatkowo matę pod namiot. Waży ona 153g.



Dla szukających oszczędności wagowych i dla mnie samego, odkładam na bok śledzie i zastępuję je kupionymi oddzielnie szpilkami tytanowymi.
Dziesięć sztuk waży (z gumką) 61g.



Zabierając zatem zestaw minimum - namiot, stelaż, szpilki tytanowe plus odciągi, rezygnując zaś z woreczków, uzyskujemy wagę 1.146 gramów. No, odciągów można też nie brać... Wyjdzie 1.124 gramy :)

 Okienko wagi powiększyłem. Taką lekkością można się cieszyć :)





Jakość wykonania


Obejrzałem sobie wykonanie. Potwierdza się staranność prowadzenia szwów, trafny dobór elementów i ich wizualna wysoka jakość. Absolutnie nie widać przysłowiowej do niedawna chińskiej tandety.
Gdyby któraś uznana firma przywaliłaby tu swoje logo, zapewne większość łyknęłaby to jak młody pelikan ;-) Ale logo Naturehike już w zasadzie dołączyło do tych znanych, choć może nie każdy się zgodzi. No bo na przykład Naturehike punktów do lansu jeszcze nie dodaje... ;-)

Trafił mi się kolor identyczny jak mojego spadochronu. Po pobudce będę szukał sterówek i lotniska... ;-)

Co ciekawe, w internecie w recenzjach pojawia się informacja, że główny zamek tropiku nie ma listwy przeciwdeszczowej. W moim egzemplarzu już taka się pojawiła - w kolorze czarnym. Zapewne na wyraźne żądania nabywców.





Aluminiowy zaczep stelaża głównego, taśma starannie obszyta i pętelka, - wszystko jak trzeba!




Plastikowy zatrzask stelaża będący zarazem podstawą rozpórki, budzi zaufanie. (Póki co :) )




Pętla do śledzia / szpilki z wszywką stabilizującą - trafiony patent i staranne wykonanie.




Zaczep rozpórki z taśmą i pętelką do napinania. No, - pętelka mogłaby być nieco większa...




Kołki do pętelek utrzymujących zwinięte drzwi mają pasek odblaskowy. Wieczorem przy czołówce znajdą się od razu.





Okienko wentylacji szczytowej. Można otworzyć bądź pozostawić zamknięte.




Stelaż wykonany starannie i pewnie mocowany. Pierwsze napinanie wymaga nieco siłowania się, ale z czasem materiał się lekko naciągnie. Choć trochę się zastanawiałem nad mocnym naprężaniem.








Opakowania


W komplecie dostajemy cały komplet opakowań. Woreczek na kompletny namiot, woreczek na stelaż i na śledzie. No a trok ułatwia spięcie zrolowanego namiotu przed włożeniem do pokrowca.
Także i mata ma swój pokrowiec. Z niektórych, a nawet wszystkich tych elementów można zrezygnować. Oczywiście w duchu doktryny ultralight :)









Ważyłem cały pakiet po wyjęciu z paczki, a później elementy składowe. No i suma mi nie wychodziła... Okazało się, że z namiotem otrzymałem jeszcze kawałek materiału z logo firmy outdoorzy.pl... No i znalazły się zaginione 33 gramy :) Ani to ręcznik, ani mata pod namiot... No dobra - dostałem rabat, to się oflaguję na Mount Evereście ;-)





Wymiary


Gabaryty dokładniej pomierzę po pierwszym rozłożeniu namiotu w terenie. W pokoju nie miałem na to miejsca.
Jednak wiedząc jak te parametry są istotne, zmierzyłem podłogę.

Długość podłogi - 205 cm





Szerokość podłogi - 90 cm






No, a teraz czas na pierwsze rozłożenie pałacyku w terenie :)


_


niedziela, 6 maja 2018

Szlak Niebieski Graniczny (Karpacki) - Część 3 - Pogórza




Dwa lata temu rozpoczęliśmy z Małgosią wędrówkę Szlakiem Niebieskim Granicznym (Karpackim). Przerwaliśmy ją w Balnicy i jeszcze na chwilę wznowili w Wołosatem. W czasie wolnym od pracy udało nam się dojść do Teleśnicy Oszwarowej.

W tym roku (2018) postanowiliśmy kontynuować naszą wędrówkę od Teleśnicy Oszwarowej do końca, czyli do Białej na przedmieściach Rzeszowa. Przeznaczyliśmy na to długi weekend majowy.

W piątek późnym wieczorem dojechaliśmy do Stefkowej w okolice Ustrzyk dolnych. Tutaj przespaliśmy się u bardzo miłej gospodyni i porzuciliśmy auto na tydzień :)




Dzień pierwszy - 28 kwietnia 2018.

Stefkowa - Teleśnica Oszwarowa i Teleśnica Owszwarowa - Dźwiniacz Dolny. Dystans - 25 km.


Po ewakuacji z Stefkova Base Camp, trochę okazjami, trochę z buta dotarliśmy do Teleśnicy Oszwarowej. W tamtejszym sklepie zrobiliśmy małe zakupy i z Daszówki weszliśmy na dalszy ciąg szlaku, w miejscu, gdzie niespełna dwa lata temu go zostawiliśmy.






Jak się szybko okazało, na szlaku miały nam towarzyszyć płazy i gady, których pierwszym przedstawicielem była Jaszczurka Zwinka. Samiczka mniej kolorowa od samca, spokojnie rozglądała się przyczajona na pniu niewielkiego drzewka.



Pogoda dopisała. Piękna ciepła i słoneczna wiosna eksplodowała zielenią i innymi barwami budzącej się do życia przyrody. Flora parła z wegetacją niczym pospolite ruszenie natury, że wszystko co rośnie, aż cieszyło oczy soczystością barw. W tak pięknych okolicznościach przyrody wędrowaliśmy, zwracając baczną uwagę na niezbyt czytelne oznakowania szlaku.





Zostawiwszy za sobą wysokie Bieszczady, wkroczyliśmy na pogórza, dość obficie porośnięte lasami. Tylko gdzieniegdzie trafiały się widoki na odleglejące pasma górskie.







Przed nami pierwsza wieś - Równia. Wzięliśmy ją z marszu, bo jedyny sklepik był zamknięty. A za rzeczką znaki gdzieś się zawieruszyły i poszliśmy nieoznakowaną dróżką leśną. Na kolejnym grzbiecie odnaleźliśmy szlak i Zwinkę - tym razem bogaciej ubarwionego samca.








Z wyciągu Gromadzyń widać było zabudowę Ustrzyk Dolnych. Także i tu oznakowania były niezbyt czytelne, ale i tak można się było kierować na miasteczko. Przeszliśmy przez Ustrzyki zniechęceni wysokimi cenami w barze przy szlaku.








Po jednej stronie wyciąg Gromadzyń, po drugiej Kamienna Laworta. Podejście dość łagodne, ale nieco dłużące się. Z oznakowaniem znowu nienajlepiej. Znaki są w miejscach oczywistych, lecz tam gdzie powinny wskazywać kierunek na zejściu z większej drogi, już ich zabrakło. Zwłaszcza "Achtung" (!) i skręty pod kątem prostym były tu jakby nieznane.










Na łąki przed Dźwiniaczem Dolnym wyszliśmy przed zachodem słońca. Przy samym potoku natknąłem się na trop, ale był rozdeptany przez psy lub wilki i nie mogłem się upewnić, czy to aby trop misia. Poszliśmy zatem drogą do wsi, rozejrzeć się za miejscem na biwak.






Trafiliśmy na drodze na małżeństwo z dzieckiem na rowerach. Po krótkiej rozmowie zostaliśmy zaproszeni na ogród, choć trzeba było zejść od szlaku jakieś dwa kilometry z hakiem. Znaleźliśmy miejsce pod namiot między grządkami, dostaliśmy wodę i opowieści o niedźwiedziach. Mili gospodarze chcieli nas ugościć jadłem i napitkiem, ale nie chcieliśmy nadużywać gościnności i zabierać im czasu. Noc zapowiadała się chłodna, a prognozy na następny dzień były mało optymistyczne. Nasłuchując odgłosów przyrody i szczekania psów, zasnęliśmy w ciepłych śpiworach.







Dzień drugi - 29 kwietnia 2018.

Teleśnica Owszwarowa - Jureczkowa. Dystans - 17 km.


Obudziła nas burza i bębniący w tropik deszcz. Burza na szczęście była nieco dalej i krążyła nad okolicą. W tej sytuacji śniadanie zjedliśmy w namiocie. Szczęśliwie po posiłku deszcz ustał, toteż szybko i sprawnie zwinęliśmy obóz.
Marcin z rodziną wybierał się właśnie do kościoła, jako że była niedziela. Ostrzegł nas o kolejnej burzy która niebawem miała nadejść, ale ta po krótkim deszczyku ominęła naszą lokalizację. Wdzięczni Marcinowi i jego przemiłej rodzinie, ruszyliśmy w dalszą drogę, bo dystans dzienny trzeba było zaliczyć.

Początkowo szlak był błotnisty - i to miejscami nawet bardzo, ale po południu zrobiło się już względnie sucho. W lesie sporo błota i kałuż i objedzony szkielet jelenia, znaki też były bardziej dla poszukiwaczy niż turystów. Tak więc od czasu do czasu trzeba było sięgnąć po mapę, a w niektórych miejscach i po nawigację.








Rozległe puste przestrzenie sprzyjały nostalgicznej wędrówce. Długie łąki i połacie lasów ciągnące się po horyzont, napawały poczuciem wolności. Wszerz czy wzdłuż, nie bacząc na znikający szlak, można było iść znikąd i donikąd. Jedynie wierność ortodoksji szlakowej trzymała nas przy niebieskich oznaczeniach.





Wkroczyliśmy na teren rezerwatu Chwaniów. Przyroda objęła to miejsce swoim królestwem, nie szczędząc piękna i nietkniętej natury. Szkoda tylko, że znaków trzeba tu szukać jak rzadkich okazów roślin...





Za leśną gospodarczą drogą napotkaliśmy pewną ciekawostkę. Na dwupiennym buku, na wysokości ponad dwóch metrów widać było ślady niedźwiedzich pazurów. Jak słyszeliśmy, misie czasem lubią sobie zapodać takie ćwiczenie... Rozejrzeliśmy się czujnie dookoła, jako że ślady wyglądały na niedawno uczynione...




Za rezerwatem wyszliśmy na łąki. Oczywiście poszukiwania znaków były niezbędne, ale mapa pozwalała na dwa warianty przejścia. Schodziliśmy wśród traw i kwitnących drzew, jakby zdążając do ogrodu Eden. Malowniczo, pięknie - wręcz uroczo.










Przed nami Jureczkowa i późne popołudnie. Przekroczyliśmy mającą niedaleko swe źródła rzekę Wiar i doszliśmy do drogi asfaltowej. Było tu kilka domów i przy jednym z nich pozwolono nam się rozbić na świeżo skoszonym trawniku.
Rozpakowując się zauważyłem, że mój bukłak lekko się rozszczelnił. Na szczęście rzeczy miałem popakowane w worki wodoszczelne i nic nie zamokło.
Po kąpieli w Wiarze poszliśmy w kimę :)







Dzień trzeci - 30 kwietnia 2018.

Jureczkowa - Huwniki. Dystans - 25 km.


Czekał nas kolejny dzień wędrówki. Ranek był pogodny, więc szybko zjedliśmy śniadanie i  zwinęliśmy obóz. Kilka minut zeszło na miłej pogawędce z gospodarzami, którzy w tym pięknym i spokojnym miejscu cieszyli się wypoczynkiem w majowy weekend. Gorąco dziękując, pożegnaliśmy się.

Drogą asfaltową doszliśmy do pomnika za którym był skręt w lewo na drogę prowadzącą w kierunku Arłamowa. Po kilku kilometrach i przejściu następnej miejscowości skręciliśmy w drogę leśną. Tu natknęliśmy się na drwali zbierających sągi drewna na ciężarówkę. Było to miejsce odludne, - nawet sam Arłamów to praktycznie tylko hotel, a sąsiednie miejscowości także niezbyt gęsto zamieszkałe - wręcz odludne.









Niedaleko za skrętem na hotel zeszliśmy z drogi asfaltowej w przeciwną stronę na drogę leśną. Mijając Połoninki Arłamowskie, schodziliśmy w dół przez las, który wyglądał jak nietknięty ręką ludzką. Pojawiły się też ostrzeżenie o niedźwiedziach, które wzmocniły naszą czujność.





Wreszcie wyszliśmy na małe skrzyżowanie dróg polnych. W prawo droga dochodziła po kilkuset metrach do granicy z Ukrainą, był to punkt w którym najbliżej znajdowaliśmy się granicy i sąsiedniego kraju. My jednak skręciliśmy w lewo w stronę nieistniejącej już wsi Paportno.



Natknęliśmy się na cerkwisko i cmentarz. Opuszczone dawno nie odwiedzane. Ledwie wydeptana ścieżka prowadziła od bramy w stronę ostatnich ocalałych nagrobków. Gęsty las po przeciwnej stronie drogi pokrył pozostałości dawnej wsi, widać było tylko stare drzewa, być może prowadzące niegdyś do dworu.





Nieco dalej rozciągała się piękna pogodna łąka. Rosło na niej kilka pojedynczych drzew, nadając całemu widokowi wrażenie spokoju i uporządkowania, mimo iż owe drzewa były rozmieszczone chaotycznie. Tworzyły jednak jakąś harmonijną całość miłą dla oka.



Niebawem z drogi znaki skierowały nas na łąkę ku górze. Prowadziła tam droga polna, bardzo kręta. Chociaż łąka była pusta, nic na niej nie rosło a droga mogła prowadzić przecież całkiem prosto, jednak wiła się miłym oku zygzakiem. Gdy byliśmy już blisko szczytu pagórka, zza horyzontu wyszły dwie postacie - dwójka dzieci. W tym miejscu wyglądali trochę niespodziewanie. Kto by pomyślał, że w tak dzikimi, odległym miejscu spotkamy dwoje samotnych dzieci. Jednak chwilę po nich zza horyzontu pojawili się rodzice z wózkiem. Minęliśmy ich, pozdrawiając.





W okolicach kopuły szczytowej rosły kępy drzew. Piękne brzozy kołysały się na wietrze który hulał tutaj nie hamowany niczym. Przypominało mi to widoki z dawnych fotografii i nie mogłem się oprzeć by ich nie uwiecznić.
Pod stopami wyczułem suchą ziemię spojrzałem w dół i przypomniała mi się pustynia Negev. Tutaj jednak było to zjawisko marginalne, bo okolica tonęła wprost w soczystej zieleni.





Z wzniesienia widać było w oddali niewielką osadę. Posadowiona była inaczej niż wcześniej spotykane, bo na wzgórzu. Mapa i znaki mówiły nam że dochodzimy właśnie do Pacławia i do Kalwarii Pacławskiej.






Na wysokości sanktuarium natknęliśmy się na kramy z pamiątkami, za którymi znaleźliśmy sklep i bar. Było to pewnym zaskoczeniem, bo w Jureczkowej mówiono nam, że w Kalwarii nie ma sklepu. Uzupełniliśmy zatem zaopatrzenie i skusiliśmy się na pierogi i pajdę chleba ze smalcem i dodatkami. Wszystko bardzo smaczne i w przystępnych cenach.






Ruszając dalej, za zakrętem odkryliśmy kolejny sklep, nieco większy. Byliśmy już jednak obkupieni, toteż zajrzeliśmy tylko z obowiązku reporterskiego :) Było tam wszystko co wędrowcy potrzeba.



Z kalwaryjskiego wzgórza roztaczały się malownicze i spokojne widoki, królowały zielone krajobrazy. Droga prowadziła przed siebie, toteż nie dziwi fakt, że zgubiliśmy znaki... Nie było co wracać, więc postanowiliśmy asfaltem dojść do wsi Huwniki. Jednak nad brzegiem Wiaru czekała na nas niespodzianka... Nie było mostu, a jedynie bród wyłożony płytami betonowymi.
Ruch na drodze był niemal zerowy, toteż trzeba było zdjąć buty i przejść boso...





We wsi rozpytywaliśmy o miejsce pod namiot. Po kilku próbach przyjęto nas na skromne, ale starannie utrzymane obejście przy starym domku. Syn i matka pracowicie krzątali się na ogrodzie, my zaś rozstawiliśmy namiot.

Gospodarz był bardzo gościnny i z komórki wydobył stolik i dwa krzesła ogrodowe. Tym samym przygotowanie kolacji było bardzo komfortowe. Udało się jeszcze zrobić przepierkę i po ujrzeniu pełni księżyca, zaszyliśmy się w zielonym pałacyku...






Dzień czwarty - 01 maja 2018.

Huwniki - Krasiczyn. Dystans - 27 km.


Ranek wstał jakiś niemrawy. Snujące się leniwie chmury nie zapowiadały zbyt dobrej pogody, jednak jeszcze przed wyruszeniem na szlak niebo się wypogodziło.

Szybko przygotowaliśmy śniadanie, przewietrzyliśmy śpiwory i wysuszyli tropik, po czym spakowani, gorąco podziękowaliśmy za gościnę. Miło było gościć u ludzi mających otwarte serca i szczery uśmiech na twarzy. Dostaliśmy na drogę dobre słowo - tak rzadko spotykane... Z wdzięcznością dziękujemy!






Wyruszyliśmy dość wcześnie, więc była szansa na zrobienie przyzwoitego dystansu. Tym bardziej, że wczoraj w planach była Koniusza bądź bliższa Gruszowa, to jednak Kalwaria zabrała nam trochę czasu i biwakowaliśmy po krótszym dystansie.
Pierwsze kilometry były spokojne. Podejście i panorama na Huwniki, las i już przed nami Gruszowa, z której już w oddali widać wieże pacławskiego sanktuarium. A za kapliczką na skraju wski - kolejna krótka połać lasu.











Tuż za lasem napotkaliśmy wielkie wykopy, w których już ułożono drugą nitkę gazociągu. Szczęśliwie część wykopów już zasypano, a że było sucho, to bez wątpliwych atrakcji znaleźliśmy się na obszernej łące. Znaki gdzieś się zapodziały, ale mapa pokazała, że przy ambonie myśliwskiej którą akurat mijaliśmy - skręcają w dół, to i my postanowiliśmy zejść w stronę wskazanej na mapie świątyni. Po chwili ta ukazała się w dolinie, a nawet wypatrzyliśmy znaki niebieskie. Doszliśmy do drogi asfaltowej.








Przed wyjściem ze wsi uzupełniliśmy zapasy wody w ostatnim domu. Czekało nas teraz kilkukilometrowe wędrowanie lasem, ale najpierw trzeba było wspiąć się trawiastym stokiem pod las. Roztaczała się z tego miejsca piękna panorama, co skwapliwie uwieczniłem. Chwila odpoczynku i już znaki prowadzą nas po leśnych ostępach.






Jakoś daliśmy radę z nawigowaniem przez las i doszliśmy do drogi gospodarczej, którą w dobrym tempie doszliśmy do Wapielnicy na zewnętrznych rubieżach Przemyśla. Stąd już niedaleko do drogi prowadzącej granicami miasta. Nawet pojawił się stosowny znak.






Z granic miasta schodziliśmy szeroką, wygodną, ale i widokową drogą. Znaki doprowadziły nas do asfaltu, gdzie wskazały kierunek zachodni.





Spoglądając to na miasto, to na rozlewiska Sanu i na pobliskie okolice, zgubiliśmy oznakowania na rozstajnych drogach. Trzeba było zatem obrać kierunek na podstawie mapy, ale i tutaj pojawiły się niejednoznaczności. Dość, że na wzgórze "ozdobione" dwoma przekaźnikami GSM doszliśmy od lewej, a dopiero po dokładniejszym przestudiowaniu mapy i wspomaganiu nawigacją w telefonie, odnaleźliśmy szlak, który już bez przeszkód doprowadził nas na przedmieścia Krasiczyna.




Po zasięgnięciu języka, skierowaliśmy się na brzeg Sanu, gdzie podobno istniało nieoficjalne miejsce biwakowe. Jednak zainteresowała nas pobliska karczma, nad którą ulokowano kilka domków letnich. Po rozpytaniu i negocjacjach, zakwaterowaliśmy się w domku jeszcze po zimie nie przygotowanym do sezonu, ale za to za połowę i tak niewielkiej ceny. W pobliżu była wspólna toaleta i obok prysznice, więc udało nam się wykąpać i oprać, choć ciepła woda z boilera, zbyt szybko się skończyła. Ale po godzinie znowu była ciepła.
Tej nocy wyspaliśmy się we względnie komfortowych warunkach.





Dzień piąty - 02 maja 2018.

Krasiczyn - Sufczyna. Dystans - 22 km.


Rano pozbieraliśmy się szybko po śniadaniu, bo ani namiotu ani mat nie trzeba było klarować. Podziękowaliśmy pani manager za udostępnienie domku mimo jego braku pełnej gotowości bojowej. Dało się i tutaj zauważyć przyjazność dla wędrowców i taką powszechną większą życzliwość wzajemną. Tak więc karczmę polecamy, a domki także, ale tym, którzy obejdą się wspólnym zapleczem sanitarnym.





W Krasiczynie można bez trudu uzupełnić zapasy, co też w sklepie przy rynku uczyniliśmy. Zauważyłem też dwoje wędrowców z ogromnymi plecakami jak na międzynarodową wyprawę. Jednak byliśmy już objuczeni i w ramach oszczędności czasowych i finansowych, nie zajrzeliśmy też do zamku, będącego niewątpliwie wizytówką miasteczka.






Wychodząc za znakami w kierunku rzeki, obejrzeliśmy zamek zza ogrodzenia. Plan był wędrowny, toteż bardziej doceniliśmy bliskość leniwie sączących się wód Sanu, wijącego się wśród kwitnących łąk, pól uprawnych, okolonego szpalerem majestatycznie szumiących drzew.
Znaki były, ale nie na tyle często, by osłabić czujność. Jednak oznakowanie szlaku na całym jego przebiegu naszego etapu wymaga gruntownego odnowienia tak od strony czytelności w nawigowaniu, jak i uzupełnienia oznaczeń po usuniętych drzewach.








Na chwilę wróciliśmy bliżej cywilizacji by pokonać jeden z dopływów Sanu i dojść do miejsca, gdzie przy boisku sportowym znaki prowadziły w kierunku lasu. Po wejściu w zarośla, usiedliśmy na zwalonych pniach na drugie śniadanie.





Jak się okazało, nie tylko my biesiadowaliśmy w starym borze. Po przejściu niewielkiego odcinka, natknęliśmy się na rodzinę ...dzików. Właśnie przed nami przecinały ścieżkę, by tuż obok niej żerować. Spłoszone naszym nadejściem oddaliły się nieco i kwiczały przy tym ostrzegawczo. Zatrzymaliśmy się, bowiem obok lochy i młodych były i starsze osobniki z poprzednich miotów, a one zwykle są dość energiczne. Jednak odruch samozachowawczy nakazał im ustąpić miejsca, więc powoli przeszliśmy obok całej rodzinki, bacznie patrzącej na dwunożnych intruzów.

Nieco dalej ścieżka była zawalona kolejnymi powalonymi drzewami i tak jeszcze ze dwa razy obchodziliśmy wiatrołomy. Wreszcie wyszliśmy na łąki, którymi szczątkowe znaki sprowadziły nas w dół przez totalnie zachaszczoną ścieżynę do drogi asfaltowej. Idąc wzdłuż niej i podług znaków, odkryliśmy też żeremie bobrów na niewielkim potoku.





Na końcu Krzeczkowej przy wyjściu z wsi, rzucił nam się w oczy kolejny znak ostrzegający o możliwości spotkania sympatycznego futrzaka. Nam oczywiście trochę nadszarpnęło to humory, bo właśnie czekał nas kilkukilometrowy marsz przez las. Ale przecież nie było to pierwsze ostrzeżenie...
A skoro jest gorąco i do ludzi daleko, to w ostatnim domu poprosiliśmy o wodę. Niesamowita gościnność gospodarzy ujęła nas także i tym razem. Pani wyszła z wodą gazowaną, syfonem i jeszcze by pewnie coś przyniosła, ale nam chodziło o napełnienie bukłaków, co po chwili stało się faktem. Jeszcze chwila miłej rozmowy i stanęliśmy przed bramą do królestwa niedźwiedziego :)




Misia znowu nie było... Za to jakiś jaszczur w miniaturze chciał nam pokazać, że fauna na tych terenach jest jednak obecna. Kilometry nam schodziły na spokojnym pokonywaniu wijącej się szerokiej leśnej drogi, aż doszliśmy do niewielkiego skrzyżowania.





Przy zbiegu dróg leśnych najpierw wyczuliśmy, a następnie zobaczyliśmy retorty do wypalania węgla drzewnego. Gdy byliśmy już blisko, na spotkanie wybiegło spore psisko, radośnie machając ogonem i kładąc uczy w psim uśmiechu. Zapewne dla niego odwiedziny człowieków były atrakcją, bo wyraźnie z tego faktu był zadowolony.

Na miejscu pracowało też dwóch mężczyzn - młody i starszy. Mógłbym rzec, że wyglądali typowo, bo w poprzednich latach zdarzało mi się spotykać przedstawicieli tej już zanikającej profesji. Początkowo patrzyli na nas z rezerwą, ale po pierwszych słowach które przerodziły się w bardzo miłą rozmowę, uśmiechy szybko pojawiły się na ich twarzach i jakby spragnieni rozmowy, wdali się z nami we wzajemne opowieści o miejscu, pracy, niedźwiedziach i niedzielnych turystach :)
Dowiedzieliśmy się, że w regionie zostały już tylko cztery stanowiska do wypalania węgla drzewnego. Jeden z nich uzasadnił to krótko i celnie - drewno drogie, a węgiel tani...

Byli to jednak ludzie niezwykli. Bardzo radośni, mimo wykonywania dość uciążliwej pracy, jednak absolutnie nie narzekający na swój los. Wysławiali się swobodnie i bez negatywnych emocji, a niecenzuralnych zwrotów nie udało mi się wychwycić. Na swój sposób lubili swoją pracę, samotność i całkowity brak wygód. Wiedli jednak życie szczęśliwe, choć pewnie nie liczyli lajków na fejsbuku. A buków mieli tu dostatek... ;-) Opowiedzieli o niedźwiedziu który ich odwiedza i wiedziałem, że są to ludzie z krwi i kości, nie zaś z wirtualnej nierzeczywistości... Żegnając się z nimi, byłem rad mogąc ich na szlaku spotkać...






Jeszcze kilkaset metrów i wyszliśmy z tej niezwykłej okolicy. Spod wielkiego konaru spojrzałem na wijącą się do następnego zagajnika polną drogę. Jakby nie chciała dać mi zapomnieć, że wędruję przez Ziemię Wspomnień i Zapomnienia. Ja będę ją z przyjemnością wspominać, choć zda się, że świat galopującej cywilizacji już o niej zapomniał...





Huta Brzuska. Szlak przechodzi tu skrajem wsi, a do sklepu jest ponad kilometr. Nie potrzebujemy nic kupować, toteż obok szkoły, szlakiem kierujemy się w głąb doliny i dochodzimy do niewielkiego kościoła, przed którym znaki nakazują skręcić w prawo, więc podążamy pod górkę.
Nad wzniesieniem gromadzą się ciemne chmury, ale jeszcze nie pada.





Opuszczamy niewielką połać lasu i z łąki spoglądamy przed siebie. Widać pojedyncze zabudowania, bo kolejna osada też nie jest duża. Przed pierwszym domem spadają wielkie i ciepłe krople, które nakazują założenie okrycia. Poncho - dobra rzecz, - szybko i skutecznie chroni nas i nasze plecaki, bo deszcz już się rozpadał w najlepsze. Znajdujemy się jednak na skraju chmury, toteż po kilku minutach niebo się wypogadza i bez kapturów rozglądamy się za miejscem na biwak.




Wchodzimy do wsi Sufczyna. Wypatruję starszy i skromny domek, przy którym widzę gospodarza. Jedno pytanie i już dostajemy zaproszenie z możliwością wyboru miejsca pod namiot.
Także i tym razem gościnność nas zaskakuje, choć zdążyliśmy poznać życzliwość ludzką, niesamowitą w tych okolicach. Mamy wodę, stolik, zydelki, aż czujemy się zażenowani. Przecież dla nas warunki polowe są normą, a spanie pod namiotem przyjemnością. Ach! Dostajemy jeszcze świetny syrop malinowy! W sam raz do herbaty na kolację, a resztę zostawiamy do śniadania. No i jeszcze mamy niemal przykaz urwania sobie szczypiorku na wypielęgnowanym ogrodzie.

Pora jest dość wczesna, więc po wstępnych czynnościach biwakowych, rozgadujemy się z gospodarzem. Słyszymy oczywiście opowieści o niedźwiedziach, które bądź co bądź - nie występują tu tylko na tabliczkach ostrzegawczych. Gdyby nie limit czasowy długiego weekendu, pewnie w każdym takim miejscu spędzilibyśmy kilka dni i do końca szlaku doszli po miesiącu a nie tygodniu.
Także cztery koty - dwa rudzielce i dwa bure, zaciekawione sprawdzają co to się pojawiło na ich terenie. Bardzo posmakował im nieco już zgliwiały ser żółty :)





Dzień szósty - 03 maja 2018.

Sufczyna - Bachórz. Dystans - 28 km.


Budzimy się wyspani do syta. Na niebie królują chmury niczym dym z komina, ale zapowiada się słoneczna pogoda. Poranne ablucje i śniadanie idą sprawnie, a przed wyjściem poświęcam jeszcze chwilę na rozmowę z synem gospodarza. Młody człowiek interesuje się bowiem fotografią, co staje się naszym wspólnym tematem. Bardzo ambitnie podchodzi do swojego zainteresowania, a spoglądając na jego dorobek widzę, że jeśli pójdzie tą drogą, to z powodzeniem zaistnieje w świecie fotografii. Jego prace mają już pierwiastek dojrzałości, a warsztat wskazuje na dobre podstawy, co w erze strzelania selfiaków nie jest wcale takie częste... Życzę powodzenia i dziękujemy za niezrównaną gościnność!




Napieramy spokojnie, prowadzeni znakami. Znowu będzie trochę lasu i pól, co mapa nam na odprawie powiedziała. Zabudowania widzimy tylko w oddali, ale przecież właśnie to przyroda nas tutaj gości za dnia. Pogoda wyśmienita, w lesie przyjemny chłód, na łąkach jeszcze nie upalnie...










Schodzimy do wsi gliniastą drogą, na której precyzyjnie odbiły się ślady kół ciągników i przyczep. Musi, gniazdo gdzieś tutaj mają... ;-)




W Pracówce - kościół na pagórku i pojedyncze domy. Przy ostatnim, przed wejściem w las, dostajemy nie tylko wodę do bukłaków, ale i przepyszny kompot. Pewnie wyszedłem na ofiarę pustyni, bo wlałem w siebie ze trzy szklaneczki. Był tak rewelacyjny jak gościnność gospodarzy. Dziękuję!



Zauważyłeś pożar - alarmuj! Zauważyłeś niedźwiedzia - nie zawracaj nam głowy... ;-) Pogubiłem się już w rachubie, która to tabliczka... Dzisiaj niedziela, to może misio odpoczywa :)



No i odpoczywał :) Za lasem wśród pól piękna dróżka, okolona młodymi drzewami. Sielskość okolicy raduje oczy i napawa chęcią wędrowania. Za skrzyżowaniem przy skraju osiedla, prowadzi nas droga z dawnej epoki. Na wzniesieniu dwie lipy ocieniają drewniany krzyż, jakich w okolicy nie brakuje. Relikty przeszłości, jednak wciąż szczęśliwie trwające...






Tak, tak... Niedźwiedź. A że niby co? Yeti...?!? Słyszeliśmy o nich, ale do konfrontacji nie doszło :) A las piękny, droga malownicza i wychodząca na łąki z szerokim horyzontem. Przed nami Dynów.







San przekraczaliśmy dwa lata temu w Dwerniku, a dzisiaj czynimy to ponownie na przedmieściach Dynowa. Rzeka zrobiła się nieco szersza, ale nadal jest stosunkowo płytka. Na szczęście jest wygodny most :)



W Dynowie obok starej, odnowionej kapliczki, dochodzimy do rynku. Dostajemy rekomendację na pizzerię, co potwierdza się po zamówieniu smacznej pizzy i sałatki. No co?!? Czasem coś cywilizowanego można wciągnąć...! :)





Szlak prowadzi główną asfaltową drogą. Mijamy reklamę agro, a że powinna znajdować się przy szlaku, to dzwonię i pytam. Bierzemy! Jednak z opisanych trzech kilometrów zrobiły się cztery, a ten czwarty już poza szlakiem... Nic to, - nie pierwszy raz dołożymy drogi.
Miejscówka okazuje się dość trafiona, choć brakuje trochę do ideału. Dla mnie oczywiście może być, ale gdybym miał pokręcić nosem...





Dzień siódmy - 04 maja 2018.

Bachórz - Borówki. Dystans - 28 km.


Do Rzeszowa-Białej zostało nam stąd jakieś czterdzieści kilometrów. Plan zatem jest taki, że dzisiaj idziemy jak najdalej, by jutro wcześnie zameldować się na mecie przy kropce i mieć czas na powrót po samochód do Stefkowej.

Wracamy kilometr do szlaku i podążamy w teren. Mimo zobaczenia skrętu w prawo, nie znajduję następnego znaku i szukając go, dochodzimy do grobli. Niebieskich malowań nadal brak, więc pewnie zeszliśmy na manowce. Mapa i navi to potwierdzają, ale decyduję, że nie ma po co wracać, bo można górkę obejść z drugiej strony i dojść do szlaku za szczytem.





Przekraczamy więc strumień i obchodząc wiatrołom, za wzgórzem znajdujemy niebieskie znaki. Napotkany paśnik zgodnie z tradycją świeci pustkami, ale przecież jest wiosna...





Za tajemniczym kamiennym krzyżem na Pocharyzkiem postawionym po śmierci naganiacza na polowaniu, dochodzimy do Laskówki. Na skraju lasu stoi tu wraz z kapliczka stara, ale świetnie utrzymana chata. Miejsce wygląda idyllicznie i niezwykle malowniczo, wraz z okolicznymi zabudowaniami przenosząc nas w odleglejsze czasy.








Zygzak drogi doprowadza nas do kolejnego skrętu na skraj lasu, skąd wychodzimy na długą łąkę i podążamy nią do kolejnych zabudowań. Jest znak, ale następnego nie mogę wypatrzyć, znowu trzeba poszukiwać szlaku. Objawia się po niepotrzebnym dreptaniu, bo i tu logika znakowania zawodzi.





Mijając kilka domów, na krótko wchodzimy w las z wąwozami którymi prowadzi ścieżka rowerowa, by po chwili wyjść na polną drogę. I tak - to zagajnikiem, to dróżką wśród pól, dochodzimy do Jawornika Polskiego.






Delikatesy są przy szlaku, zatem uzupełniamy zapasy. Gdy już zbieramy się dalej, zauważamy sędziwego pana z nieco mniej sędziwym Simsonem, którego bezskutecznie próbuje odpalić. Nie jestem mechanikiem, ale pamiętam te obiekty westchnień z młodości i po małym zabiegu odpalam maszynę, delektując się zapachem dwusuwa. Od razu wracają wspomnienia za dawnych lat... :)




Żegna nas kapliczka, łany rzepaku przy meandrach asfaltowej wstęgi i skąpany w słońcu przydrożny krzyż. Przed skrętem do lasu wytrząsam dokuczliwy kamyk z buta.






Piękny ciemny bór prowadzi nas oświetlonymi znakami i mieniącymi się w słonecznych plamach liśćmi jeżyn i paproci. Pokonujemy potok szemrzący w ocienionym gaju.
Za porębą pełną bałaganu i zawalonego konarami szlaku, odnajduję znaki, które przez drogę gospodarczą, wśród obfitości kwitnącego czosnku niedźwiedziego, doprowadzają nas do kolejnej, nieco lepiej utrzymanej drogi w dolinie.








Z drogi znaki kierują nas ponownie w las, ale mostek nad strumieniem nie budzi zaufania. Przechodzimy go pojedynczo, bo jego termin przydatności do przebycia, chyba już minął. Jednak udaje nam się go pokonać bez ofiar w ludziach ;-)



Przed nami piękny wąwóz, ciemny i pełen leśnych tajemnic. Że też zabrakło tabliczki ostrzegającej o niedźwiedziu... ;-) Za knieją znaki prowadzą jej obrzeżem i skrajem pól, więc pod butami droga polna, która wygodnie prowadzi do niedaleko rozsypanych zabudowań.





Kończy się teren i zaczyna marsz po drodze asfaltowej, prowadzącej na zachód wśród rzadko rozlokowanych domostw. Rozglądamy się powoli za ostoją na noc, ale że droga prowadzi wygodnie i szlak razem z nią, to podążamy przed siebie, zmniejszając dystans pozostały na jutro.









Młode dziewczę z bukietem polnych kwiatów, to zaprawdę wdzięczny temat w fotografii. Ale mi musi wystarczyć chwila dyktowana czasem otwarcia migawki, bo późna pora przynagla. Ach... Gdybyż jeszcze była odziana w kolorową suknię stojąc na kwietnej łące przy zachodzącym słońcu... Trudno mieć zarazem duszę fotografa i wędrowcy... Zwłaszcza przy zachodzącym słońcu...





Gdy pozycja słońca była już najniższa, a pora najwyższa, po zapukaniu do drzwi jednego z przydrożnych domów, dostaliśmy zaproszenie na ogród przy altanie. Było zatem i wyśmienite miejsce na nocleg i na przygotowanie kolacji. Rozkładaliśmy się już o ćmaku, a kolacja była przy czołówkach. Po tak pięknym dniu na szlaku, nie było problemów z zaśnięciem...



Dzień ósmy - 05 maja 2018.

Borówki - Rzeszów-Biała. Dystans - 12 km.


Poranek wstał pogodny, jak przystało na ostatni dzień wędrówki. Ostatnie wietrzenie dobytku w czasie śniadania pod altaną odbyło się o tyle sprawnie i bez zwłoki, że miła pani gospodyni zbierała się do pracy niebawem, a chcieliśmy podziękować za gościnę i pożegnać się przed ruszeniem na szlak. Także i teraz gorąco dziękuję za serdeczne przyjęcie :)




Na rozstaju dróg stała samotna kaplica. Szlak wiódł na prawo, pomiędzy polami rzepaku. To już ostatnie fragmenty trasy wśród pól i lasów. Przed starym borem pojawia się pierwszy znak z napisem "Biała". To już niedaleko...






Wysokie drzewa oplecione bluszczem, stare ściany ceglane, przez które pewnie Hagrid mógł przejść na ulicę Przekątną, czy rząd filigranowych brzóz, tworzyły ostatnie obrazy niebieskiego szlaku. Jeszcze stareńka pobielona i zaopiekowana kapliczka, aż wreszcie pojawia się tablica. To już Rzeszów...








Zostało nam już niemal kilka kroków. Przynajmniej tak to wygląda w skali czterystu kilometrów które zostawiliśmy ze swymi śladami za sobą... Ostatni nakaz skrętu w prawo, ostatnia prosta, ostatni znak...






Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że właśnie doszliśmy do mety. Niestety, mimo starannych poszukiwań, nie odnaleźliśmy kropki... Robię więc selfie ze skrzyżowaniem w tle, które mapa i navi wskazują jako koniec / początek szlaku. W Grybowie przynajmniej była kropka :)




Poskładałem kijki, wypiłem jogurt zamiast piwa i poszliśmy na przystanek. Po tygodniu połknęło nas wielkie blaszane pudło na kołach, dowiozło i wysadziło w centrum, z którego poszliśmy na busa.




Z Sanoka jedna okazja - dziękujemy miłej pani! Z Leska - pan z GOPR-u - wielkie dzięki! Z Uherców Mineralnych - małżeństwo z Bielska - jesteśmy wdzięczni!

W Stefkowej znaleźliśmy się przez końcem dnia. Gospodarze przyjęli nas bardzo serdecznie i gościnnie, tak jak doświadczaliśmy tego na całym tygodniowym etapie.

A potem zaszło słońce...





Wątek sprzętowy dopisany do wcześniejszego etapu:

Wątek sprzętowy 2016/2018


_