Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 23 listopada 2019

W cieniu Gór Salomona - Pustynia Negev, Izrael



Co bym nie napisał o tym, że ciągnie mnie na pustynię Negev, wszystko to prawda :) Tak więc po raz szósty z przyjemnością powróciłem na znane mi tereny. Tym razem w pustynnej wędrówce towarzyszyła mi Kabibi :) Miało to być dla niej zapoznanie z egzotyką, zatem cztery dni wydawało się optymalnym pobytem.




Dzień pierwszy - przylot na lotnisko Eilat Ramon i dojazd na plażę Migdalor.


Wtorkowy lot z Krakowa ma swój finał późnym wieczorem, więc po przylocie na nowe lotnisko i sprawnej odprawie, szybko dojechaliśmy na plażę autobusem miejskim linii 30. Kursuje ona od lotniska do przejścia granicznego z Egiptem, co jest mi bardzo na rękę. Za jedyne 4.20 NIS jestem przetransportowany na darmową plażę. Szybko, sprawnie i bez przesiadek.
Na plaży sporo miejsca, więc szybko rozstawiliśmy namiot i zagospodarowaliśmy się na jedną noc.
Ciepły wieczór i tajemniczy mrok, miał być pierwszym elementem bliskowschodniej egzotyki.







Dzień drugi - Migdalor Beach, punkt krańcowy Shvil Israel, Har Tsefahot, Har Rehavam, Shlomo Night Camp. Dystans - 13 km.


Wstaliśmy bez pośpiechu i ...bez śniadania. Poprzedniego wieczora chciałem odszukać schowany przez Asię kartusz gazowy, ale skrytka została przez kogoś odkryta i opróżniona... Postanowiłem, że śniadanie zjemy w szkole polowej (Field School), która sąsiaduje z punktem krańcowym Izraelskiego Szlaku Narodowego.
Od samego rana w ruch poszły dwa panele słoneczne, które miały za zadanie regularnie uzupełniać energię w naszych smyrfonach.
 

 



Obok testów ładowarek słonecznych, kilka innych pozycji mojego wyposażenia także został poddanych oglądowi. Na stopy trafiły skarpety Fjord Nansen Anti-Mosquito, a zmiana odzieży mieściła się w testowanym worku wodoodpornym od Naturehike. W rzeczywistości pustynnej miał on za zadanie chronić przed pyłem i piachem, niż przed wodą.

Fjord Nansen AntiMosquito - i nic koło mnie nie lata :)

Worek suchy Naturehike 10l. Kurz i piach z dala od moich ubrań!

W szkole polowej był dostępny wrzątek, więc śniadanie było kompletne. Zapas wody na dwa dni także został uzupełniony i zabezpieczony.

Szkoła polowa - Field School. Mój Base Camp :)


Z punktu krańcowego Shvil Israel startowałem wcześniej przynajmniej cztery razy na krótsze i dłuższe przejścia. Piąty raz był wystarczający, by doznać swoistego Deja Vu :)







Dla Kabibi było to pewne wyzwanie, bo wyższe partie szlaki były nieco eksponowane, ale wstępne obawy zostały dzielnie pokonane, też za sprawą przykładnej grupy tubylczej młodzieży szkolnej, swobodnie pokonującej zejście z masywu.




Na Har Tsefahot zafundowaliśmy sobie przerwę na kontemplację widoków i ciasteczka owsiane. Miejscówka bowiem jest świetnym punktem widokowym na zatokę Akaba, Eilat, wybrzeże Jordanii, oraz pustynne tereny Izraela i Egiptu. 





Wreszcie nadszedł czas na wejście wgłąb pustyni. Schodząc w dolinę, zniknęły z pola widzenia elementy cywilizacji, ustępując miejsca surowemu, acz pięknemu obrazowi pustyni.







Co i rusz piękne widoki przeplatały się z niewielkimi trudnościami na szlaku. Ale z bliska, wąska dotąd ścieżka okazywała się wystarczająco szeroka, by bez obaw posuwać się nią naprzód.






Popołudniową porą dotarliśmy do pośredniego celu i jednej z głównych atrakcji tego dnia - złotej góry - Har Rehavam. Za niezwykle malownicza formacja powstała z osadów piaskowo-wapiennych nanoszonych w granitowym zakolu pramorza - tak w uproszczeniu.
Lekkie zmęczenie, poczucie głodu i czar miejsca, były wystarczającym powodem do półgodzinnej przerwy w marszu.





Pustynia ma swoje prawa, w tym te wymagające rozpoznania i odpowiedniego przygotowania.
Wiejący na klifach suchy wiatr, niesie z sobą drobiny pyłu i piasku. Wysusza gardło, zatyka nos, ale też drażni oczy. Te wrażliwsze należy zakrapiać, więc w moim wyposażeniu krople do oczu stały się pozycją obowiązkową.




Wieczorne słońce nadawało górom coraz cieplejszych barw. Gdy się zbieraliśmy do dalszej drogi, złota góra mieniła się złotem zachodzącego słońca. Chętnie spędziłbym tu cały dzień od wschodu do zachodu.





Schodząc z klifu, opuściliśmy Szlak Izraelski. Natknęliśmy się na dwoje ludzi z psem. To, że pies biegał boso, było całkowicie oczywiste, ale i młoda kobieta wędrowała na bosaka! A trzeba wiedzieć, że okolica obfitowała w ostre i szorstkie kamienie. No no...

...a dziewczyna na bosaka...! :)


Obeszliśmy od lewej Har Rehavam i skierowaliśmy się w stronę rzeki Salomona - Nahal (Wadi) Shlomo. Tem odcinek prowadzący korytem suchej rzeki nie nastręczał większych problemów, a jedynie warstwa żwiru poprzez grzęźnięcie nieco utrudniała komfortowy marsz.


Anatomia Upadku :)

Wadi Shlomo



Do Shlomo Night Camp dotarliśmy już po zmroku. Okazało się, że biwakuje tam spora grupa młodzieży szkolnej z wychowawcami. Przyjęli nas gościnnie, więc rozłożyliśmy się w najcichszym miejscu na tyłach obozu. Wreszcie można było wytrzepać piach i kamyki z butów :)

Shlomo Night Camp

 




Zostaliśmy poczęstowani rosołem i smacznym risotto z kurczakiem w sosie. Było dużo i dobrze. Do tego wrzątek, a więc i dobre nawodnienie aromatyczną herbatą. Przez to nie naruszyliśmy niesionych przeze mnie zapasów jedzenia i wody.






Dzień trzeci - Shlomo Night Camp, Wadi Yaoash, Har Yoash, powrót na Migdalor Beach. Dystans - 8 km.


Wcześnie rano rozpoczęło się budzenie śpiącej młodzieży. Między namiotami rozlegało się śpiewne Boker Tow (dzień dobry). Zanim opuściliśmy nasze schronienie, młodzież zwinęła swoje namioty i grupkami powracała przez góry do Eilatu. Zostały tylko osoby funkcyjne, zwijające infrastrukturę obozową.






Poszedłem po wrzątek, bo w sklepach przy plaży nie było małych kartuszy. Nabierając gorącej wody dostrzegłem kartusz odłożony z pustymi opakowaniami, więc zapytałem i po chwili przyniesiono mi jeszcze jeden :) Były niemal opróżnione, ale pierwszy wystarczył na trzy kubale, a drugi dotrwał do końca. Hurra!
Oczywiście gościnne dziewczyny obdarzyły mnie i innymi dobrami konsumpcyjnymi, z których wziąłem tylko trochę, bo i mieliśmy swoje zapasy i nie byłoby gdzie pomieścić więcej. No i zamiast ubywać dźwigania, to go przybyło, ale to akurat nie było powodem do narzekań. Toda Raba (dziękuję bardzo) drodzy gospodarze!




Tak mój śpiwór Małachowski UL300II jak i Quilt 250 od Cumulusa spisały się świetnie. Lekko, ciepło, puszyście i przytulnie. Po chwili niewielkie pakuneczki zniknęły na dnie plecaków.

Małachowski Ultralight 300II i Cumulus Quilt 250




Także i testowana koszula pustynna Craghoppers zdała swój egzamin na piątkę. Tym samym zakwalifikowała się do kolejnego dnia w boju :)

Koszula pustynna Graghoppers






Oczywiście palące promienie słońca pustyni zamienialiśmy na energię elektryczną, sprawnie dostarczaną do smartfonowych akumulatorów.  Przy tej intensywności nasłonecznienia, panele spisywały się - jak na ich parametry - bardzo dobrze. A worek od Naturehike zabezpieczał przed pyłem i piachem moją zmianę ubrania.





Najedzeni i uśmiechnięci, zwijamy nasz majdan. Obok przejeżdża kilka pustynnych łazików, wzniecając pył, zainteresowanie i sympatię :)






Dziękujemy gospodarzom młodzieżowego obozu i w atmosferze serdeczności żegnamy się. Moglibyśmy tu zostać na dłużej, bo zapasów by na długo nie zabrakło, ale nasz plan na dzisiaj przewiduje kontynuowanie wędrówki po okolicy. Zatem niebawem dochodzimy do drogi asfaltowej, którą mamy podążać na dystansie pojedynczych kilometrów. Mimo wczesnej pory, gorąco i sucho jak na pustyni :)





Dostrzegamy kilka Koziorożców Nubijskich. To niepodzielni królowie pustyni, świetnie przystosowani do nieprzyjaznych warunków. Podziwiamy je z niekłamaną przyjemnością.


Koziorożec Nubijski (Capra nubiana)




Z drogi odbijamy w kierunku przełęczy prowadzącej do wąwozu Wadi Yoash. Za nim powinniśmy powrócić na opuszczony wczoraj Szlak Izraelski. 




Teren nie jest łatwy, bo już na wstępie wymaga nieco wysiłku i uwagi. Ale wczorajsza zaprawa umniejsza wyobrażenia o trudach, więc sprawnie posuwamy się do przodu i pod górkę.






Po chwili jednak napotykamy na klamry na kilkumetrowej ścianie. Oj, dla Kabibi będzie to prawdziwa próba i debiut wspinaczkowy. Jednak dzielna dziewczyna oprócz obaw ma także ambicje i odwagę, co skutkuje pokonaniem ściany w pięknym stylu. Gratulacje! :)






Od teraz wszelkie odcinki wyglądające na początku trudne, stały się łatwe :) Wąska ścieżka jest szeroka, zaś strome przejścia - wygodne. Za niewielkim garbem pokazuje się płaskie dno doliny, a kolorowe kamienie poprawiają humory :)





Dolina tętni życiem. Pojedyncza akacja wyciąga wilgoć z głębi dna, a kolejna grupa młodzieży nadciąga tłumnie z przeciwnego kierunku. Pozdrawiają, witają, uśmiechają... W końcu spotkali prawdziwych wędrowców z wypchanymi plecakami :) Grupki zasiadają w cieniu skał i nauczyciele prowadzą wykład w pięknych okolicznościach przyrody :-)))






Moja kolejna ulubiona góra - Har Yoash - zdaje się być na wyciągnięcie ręki. I choć do niej właśnie zmierzamy, to w przeciwną stronę mamy świetny punkt widokowy. Dochodzimy więc nad urwisko, by spojrzeć w dół na wijący się płot graniczny. Granica wije się daleko, pośród okolicznych gór.







Półwysep Synaj o kilka kroków. To niemal taka sama pustynia, ale o jej pięknie też sporo słyszałem. Jednak to nie dzisiaj odhaczymy ją na liście... Czeka nas księżycowo - marsjański krajobraz pobliskiej okolicy. Raz jeszcze zaglądamy wgłąb pięknego Wadi Yoash.



Wadi Yoash w pełnej krasie :)


Blisko, coraz bliżej. Formacje skalne tworzone silami natury i ...ludzką ręką. Dokładamy po kilka kamieni i napieramy dalej.






Trzej nadciągający z naprzeciwka wędrowcy zmierzają do Eilatu. Jeden z nich właśnie finiszuje na ostatnim etapie Shvil Israel, więc nie całkiem przedwcześnie mu gratuluję. Z innym wdałem się w krótką rozmowę - jak zwykle w bardzo przyjaznej atmosferze.




Za granicą Egipt ze swoimi muzułmańskimi budowlami, a pod stopami powierzchnia Marsa ;-) Czerwony do niedawna piach zmieszał się z żółtym zwietrzałym piaskowcem, no i jest pomarańczowy... A pamiętam tu niemal czystą czerwień sprzed dwóch lat.





Stopimy u stóp góry by na nią wejść. Liczy sobie 701 metrów, ale lwią większość podejścia pokonaliśmy wczoraj i dzisiaj. Teraz tylko około 60 metrów do szczytu, które pokonujemy sprawnie, acz niezbyt szybko, bo co i rusz pojawiają się jakieś atrakcje.





Na górze tarasy widokowe i tablice z opisanymi panoramami. No i znowu nie mogę się napatrzeć na góry Salomona, Edomu, Eilatu i Synaju. Patrzymy, patrzymy i podziwiamy...

Środkowy plan - Góry Salomona

Yehoram Mountain Night Camp




Testowana koszula pustynna od Craghoppers ma dodatkową osłonę karku przy kołnierzyku.




Połowa planu na dzisiaj wykonana. Druga połowa to złapanie stopa do Czerwonego Kanionu. Ruch na drodze jednak mizerny, a przejeżdżające auta tylko śmigają obok nas. Gdy więc po 20 minutach czekania na okazję zatrzymuje się starszy człowiek jadący do Eilatu, postanawiamy skorzystać z jego uprzejmości.
Pan liczy sobie 73 lata i po operacji głowy z trudem buduje zdania, ale dysponuje rozległą wiedzą na tematy wiary i relacji międzyludzkich, które stają się kanwą dla rozmowy w czasie jazdy. Światły umysł mimo doznanych ułomności mnie zadziwia i pobudza do rozmowy. Jednak do naszej plaży jest niedaleko, a szkoda, bo rozmowa była bardzo rzeczowa i pełna głębokich przemyśleń. Takie spotkanie to wartościowe doświadczenie. A za podwiezienie gorąco dziękujemy i zdrowia życzymy!




Lody! Zasiadamy na wymarzone lody, które pochłaniamy tak szybko, że nawet nie uwieczniłem tego momentu...




Znowu jesteśmy na "naszej" plaży. Naliczyliśmy na niej nieco ponad pięćdziesiąt namiotów. Ale miejsca jeszcze sporo, więc wybieramy przy prefabrykatach, choć to przy biustonoszu też kusiło... ;-)





Kamienie, kamyczki, muszelki i okruchy rafy koralowej. Ach, ile skarbów i ciekawostek...
Powoli zapada zmrok, zapalają się światła bliższe i dalekie, tworząc magię wieczoru.
Kuter straży przybrzeżnej nieodstępnie dba o nasze bezpieczeństwo odkąd pamiętam. Stał się nieodłącznym elementem okolicy.






Kolacja będzie obfita. Wszakże zapasy mamy zgromadzone w takiej ilości, że trzeba je nie tylko naruszyć, ale sukcesywnie umniejszać. Takoż i nawodnienie będzie do woli.







Dzień czwarty - Moczenie d... w Morzu Czerwonym, spacer wzdłuż plaży. Dystans - 6 km. :)


Ten dzień był awaryjnie przeznaczony na obejrzenie Czerwonego Kanionu, ale z uwagi na ilość wrażeń z dni poprzednich, przyjęliśmy Wariant "B" - lenistwo na plaży :)
Jedynie słońce zaprzęgliśmy do pracy wespół z panelami słonecznymi, po czym ruszyliśmy w poszukiwaniu pryszniców. Kąpiel bowiem w słonym morzu na dłuższą metę nie załatwiała sprawy.

Panele słoneczne powoli, ale systematycznie ładują nasze smartfony.


Princess Hotel. Remontowany odkąd pamiętam.


Na wysokości remontowanego od lat Princess Hotel zastaliśmy nieczynne prysznice. Z atrakcji pozostał nam jedynie podziwianie rafy koralowej z mola, z którego też dostrzegliśmy piękne kolorowe ryby, jakby większych kuzynów barwnych rybek akwariowych.

Prysznice i toalety niestety nieczynne.








Zajrzeliśmy też do szkoły polowej. Komfortowe i czyste toalety i umywalki z ciepłą wodą, to było to czego nam potrzeba. Dało się nawet umyć włosy :) Kolorowa roślinność na zewnątrz przypomniała nam zaś, że oprócz żółtego do brązowego, istnieją to także i inne kolory, w tym soczysty zielony :)





Nasz namiot był cały czas pod baczną opieką kutra. Zaś ochronę przeciwwietrzną na czas zagotowania wody, dzielnie pełnił poddupnik :) Bowiem czas na drugie śniadanie skłonił nas do przygotowania pierwszego :) Chyba nie tylko nas... ;-))))









Słodkie nieróbstwo pod ciepłym słońcem Izraela wciśniętego pomiędzy Egipt a Jordanię, ma swój niezaprzeczalny urok. Także i spokojny, ciepły wieczór z lekką bryzą od morza nastrajał sielankowo. Lekka kolacja i duży kubal herbaty  domknęły ramy naszych kulinarnych dokonań.







Dzień piąty - Migdalor Beach, lotnisko Eilat Ramon, przelot do Krakowa.


Dobrze było, ale krótko... Cały ekwipunek spisał się na medal, ale przecież jego dobór poparty był latami doświadczeń. Nawet nowe elementy wyposażenia były wcześniej analizowane pod kątem ich przydatności, która się potwierdziła.
A zgodnie z zaobserwowanym prawidłem, ostatniego dnia na plaży dostrzegłem jedną Szeklę. Dotychczas bowiem za każdym razem odwiedzając Izrael, znajdywałem jego walutę w drobnej monecie. Tak się stało i tym razem, co biorę za dobrą monetę :)







Zwyczajowi stało się zadość. Jednoszeklowa moneta znaleziona na plaży :)

Do ostatniego dnia skarpety Fjord Nansen AntiMosquito dzielnie chroniły mnie od owadów.




Na lotnisku zaś trafiliśmy na dłuuugą i powoli postępującą kolejkę. O tej porze było bowiem kilka odlotów, co skutkowało dużą liczbą pasażerów odprawianych w jednym czasie.
Na szczęście przybyliśmy z odpowiednim zapasem czasowym i wszystkie procedury mimo ich długotrwałości, pozwoliły nam bez nerwówki dotrzeć do ostatniej bramki. Lotnisko choć nowe, to nie powala płynną przepustowością.






Jeszcze ostatnie spojrzenie na jordańskie nęcące Góry Edom, podkołowanie na pas startowy i po chwili wzbijamy się w powietrze.





Z lotu ptaka rozpoznawałem miejsca swoich wędrówek i noclegów. Dolina Arava i Szlak Narodowy Izraela z charakterystycznymi punktami orientacyjnymi jawił się w dole, prezentując się z innej zgoła perspektywy, niż dotychczas znana. Wzgórze-hałda, opłotki Timna Park, Shaharut, Neot Semadar, Baza Shizafon, Shittim, drogi, kaniony, Mały Maktesz i wreszcie Jerozolima - wszystko to niczym żywa mapa przesuwało się kilometry pod nami. Aż wreszcie znad polskich gór spłynęliśmy łagodnie na ojczystą polską ziemię.

Ahoj przygodo!

Dolina Arava i droga którą szedłem już nocą. Po prawej u dołu hałda na której spałem.

W prawym zakolu usypiska widać otwarty u dołu mały kwadracik. To kamienne obramowanie namiotu.

Rogatki Timna Parku. Tu spaliśmy z Waldkiem pod ścianą rotundy.

Shaharut. Zaopatrzenie w wodę i prąd w gniazdkach.

Neot Semadar. Tu zażyliśmy odświeżającej kąpieli :)


Baza wojskowa Shizafon. Biwak przed biurem przepustek.

Desert Aśram Shittim. Tu nabieraliśmy wodę przed trzydniową wędrówką przez pustynię.





Mały Maktesz - Maktesh Katan.

Mały Maktesz - Maktesh Katan. Strzałką zaznaczone miejsce noclegu w budce wartowniczej.


Powyżej elektrownia słoneczna Ashalim z wieżą słoneczną, poniżej pośrodku kadru sterowiec obserwacyjny na uwięzi nad Centrum Badań Jądrowych Dimona.


Jerozolima



Polskie góry :)

Już myślę o kolejnej przygodzie na pustyni. Widząc ją z okna samolotu, dostrzegam pozbawione wody rzeki. Wszystkie rzeki pustyni. Czekam, by zanurzyć się w ich piaskach...


.