Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

wtorek, 13 sierpnia 2019

Gorce na dwa tempa, sierpień 2019




"Gorce bardzo kochałem, a na Lubaniu wiele razy byłem." Tak, te słowa Karola Wojtyły - księdza, kardynała, papieża - mógłbym z pełną odpowiedzialnością wypowiedzieć i ja.

Ciepły sierpień zagnał mnie po raz N-ty w Gorce. Głównie za sprawą Kabibi - mojej towarzyszki wędrówek, której chciałem zaproponować trasę na początek łatwą, z rosnącymi następnie trudnościami, ale i obfitującą w widoki i rozsądny kontakt z cywilizacją. Tym samym padło na moje kochane Gorce.



Dzień pierwszy - Kułakowy Wierch (Rdzawka) - Stare Wierchy - Obidowiec - Turbacz.

Mieliśmy wyruszyć z Przełęczy Sieniawskiej, by z granicy Gorców rozpocząć wędrówkę. Jednak z przyczyn logistycznych ostatecznie padło na Kułakowy Wierch. Trasa miała być na początek łatwa i taka też pierwszego dnia była - w sam raz na rozgrzewkę.



Po drodze było sielankowo, bo i trochę sielskich widoków, trochę cienistego lasu i znikomych podejść. Szeroka leśna droga którą prowadził szlak, była wygodna i niemal do samych Starych Wierchów pozbawiona błota.






Borówki tego lata obrodziły nadzwyczajnie. Duże i smaczne, były nie lada przysmakiem, któremu chętnie się oddawaliśmy. Tym samym nie trzeba było robić odpoczynków, bo minuty przy krzaczkach czarnej jagody dawały wytchnienie i pyszne owoce lasu.




Stare Wierchy były jednak okazją do krótkiej posiadówki. Piękna pogoda i krótki dystans sprzyjały bardziej spacerowemu niż wyczynowemu tempu. Tym bardziej, że nieźle się rozpędziliśmy i nie było potrzeby szybko wyruszać.


Za schroniskiem napotkaliśmy już kilka kałuż. Wczorajszy deszcz pozostawił po sobie widoczne ślady, ale z mojej perspektywy, było to urozmaicenie na szlaku.



Im wyżej, tym więcej borówek. Niektóre ogromne, że na uzbieranie garści wystarczyło kilkanaście sekund. Dojrzałe i smaczne, co rusz nęciły nasze podniebienia. Pochłanialiśmy je hurtowo.



Pogoda była równie fantastyczna jak przyszlakowe przysmaki. Lekkie zachmurzenie i takiż wietrzyk chłodziły przyjemnie, a w przerwie słońce uzupełniało ciemniejącą pigmentację skóry.




Góry czasem prezentują swoiste memento. Ten krzyż dobrze pamiętam. Zdobywając wysokość, podziwialiśmy kolorowe kwiecie pleniące się obficie, tak jak i obsypane granatowymi jagódkami krzaczki borowin. Ach, Gorce miały nam sporo do zaoferowania.






Sprzed kilku lat i wcześniejszych wędrówek pamiętam całe połacie lasu ogołocone przez szkodnika -  Zasnuję Wysokogórską. Smutny to widok, przydający tym pięknym górom jakiejś niepokojącej surowości. Podchodzimy jednak mozolnie, bo ścieżka pnie się pod górę.





Zaglądamy na Halę Turbacz, gdzie przy Polanie Filasowej odwiedzamy Szałasowy Ołtarz. Niegdyś dostałem tu zgodę na biwak, ale jakoś nie było okazji...



Turbacz blisko, ale pora jeszcze wczesna na zdjęcie plecaków. Zawijamy więc w okoliczne ścieżki, gdzie chcę odwiedzić swe pozaszlakowe lokalizacje. Może od tego plan nam się nie zawali...





Pora już na schronisko, bo i zachód słońca się zbliża. Wychodzimy na najwyższy szczyt Gorców i zatapiamy się (nie tylko my) w kontemplacyjnej obserwacji. A może obserwacyjnej kontemplacji...?








Jednak do zachodu słońca została jeszcze dłuższa chwila, więc kierujemy się do schroniska. A tam - gwarno i ludno. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie grupka cyklistów wyjątkowo głośnych, - co jeszcze by jakoś uszło - ale chyba za za punkt poniżania swego honoru uznali obwieszczanie słownictwa składającego się z wielce nieparlamentarnych wyrażeń.
Błogosławieni, którzy nie mają nic do powiedzenia, a mimo to milczą...





Ekipa wyjechała i nastała cisza. Rozłożyliśmy się w kominkowej na glebie, by pierwszą noc spędzić w komforcie. Ogromne górskie schronisko powoli spokojnie zasypiało, więc i my weszliśmy w ten nurt. Spojrzałem jeszcze w ciemną zaokienną pustkę, rozjarzoną dalekimi światłami osad ludzkich.
Sen przyszedł w ciemnościach...








Dzień drugi - Turbacz - Baza namiotowa Gorc.



Dzień dobry Gorce! Dzień dobry Tatry i Pieniny! Dzień rzeczywiście dobry :)
Spokojny plan na spokojny dzień. Do Gorca niedaleko, trasa łatwa, dzień słoneczny, zdrowie i kondycja jest. Nic, tylko napierać!




Słodkie dzieciństwo w górach... Ja bodaj też wcześnie połknąłem bakcyla wędrówek i teraz bakcyl owocuje. Zbyt długo nie da się usiedzieć w jednym miejscu, więc po śniadaniu startujemy. Trasa bardzo dobrze znana, choć bynajmniej nie od jednego baru do baru... :) Hala jest wystarczająco Długa, a Kopce są Trzy :)






Bulandowa Kapliczka - miejsce w rzeczy samej kultowe, tak jak i owiana legendą postać Tomasza Chlipały - Bulandy. A i z Jaworzyny Kamienickiej widoki zacne. Widać też i wieżę widokową na Gorcu, która stanowi pośredni cel dzisiejszej wędrówki. Strzelamy foty i (zbyt) spokojnym tempem posuwamy się naprzód.







Powalone niedawno drzewa są już uprzątnięte, szlakiem idzie się bez przeszkód. A obałków widać rzeczywiście sporo, bo też wkraczamy w połać lasu, którym nie tak dawno przedzierałem się od wraku Liberatora, co stanowiło poważne wyzwanie. Szczęściem, szlak tych wątpliwych atrakcji nie dostarcza.
 


Na Przysłopie Górnym chętnie się zatrzymuję. Bywałem tu wcześniej dwukrotnie, bo i widoki stąd jeszcze przed wybudowaniem pobliskich wieży, należały do znakomitych. Zwłaszcza przy lepszej przejrzystości powietrza, kiedy Tatry dumnie i szeroko prezentują swoje szczyty. Tym razem tak dobrze nie było, niemniej panorama gór była widoczna.






Gorce naznaczone są wieloma krzyżami. Żołnierze, partyzanci, ofiary wypadków.  Po kontemplacji widoków - chwila zadumy nad przeszłością. No i dalszy ciąg zdobywania kolejnej góry.





Wieżę już dobrze widać, Gorc zdobyty. Wdrapujemy się jeszcze po schodach i podziwiamy rozległe widoki. A jest na co patrzeć, bo gór w każdym kierunku po horyzont. Identyfikuję poszczególne szczyty, choć z nie wszystkimi daję sobie radę. Zresztą absolutnie mi to nie przeszkadza, bo wręcz lubię góry nieznane, choć te dookoła to nieznane nazwy, bo sporo z nich już nawiedziłem...


 









Żegnamy się ze szczytem Gorca i niespiesznie schodzimy do bazy namiotowej. Po drodze czuję ostry zapach, - pewnie jakiś zwierz buszował w pobliżu. Nie widać i nie słychać jednak nic.



Baza Gorc należy do moich ulubionych. To właśnie tutaj po raz pierwszy w życiu zostałem na dwie noce, nie zakładając plecaka w rozdzielającym je dniu. Bo i rodzinna atmosfera, brak hałaśliwego towarzystwa i tak zwyczajnie przyjemnie. Nawet po wodę blisko :)








Zajmujemy namiot bazowy, bo i większy i postawiony na wypoziomowanym podeście. Gdy sypiałem tu we własnym, jakoś nie mogłem znaleźć wygodnego i płaskiego miejsca, przynajmniej na tyle, by w nocy się nie zsuwać z maty. Położenie bazy na połogim stoku w tej kwestii nie pomaga.








Po dziennym lenistwie przyszła pora na wieczorne ognisko. Gdy zapadła noc, atmosfera zrobiła się bardzo miła, zabrakło jedynie gitary, a właściwie gitarzysty. Niemniej jednak siedząc wokół trzaskających płomieni, każdy mógł poczuć magię gór, przyrody i harmonii oraz górskiej wspólnoty.
A kiełbaski smakowały wybornie. Dzięki za poczęstunek!

 






Dzień trzeci - Baza namiotowa Gorc - Ochotnica Dolna - Baza namiotowa Lubań.


Spokojna, ciepła noc, cisza jak makiem zasiał, więc spało się smacznie. Ranek wstał pogodny i radosny, więc od razu humory dopisywały.





W oczekiwaniu na wrzątek zacieśnialiśmy bazowe przyjaźnie, które w górach zresztą łatwo się nawiązuje. Dobrym tego przykładem było wczorajsze ognisko. Ale i kuchenny ogień wkrótce doprowadził wodę do wrzenia, więc po chwili w bazie zapachniało kawą.






Mylił by się ten, kto by spodziewał się obfitego śniadania. Do kawy pojawiły się jedynie górskie ciastka owsiane. Lekki żołądek na rozpoczęcie wędrówki to podstawa. Drugie zaś śniadanie było zaplanowane w Ochotnicy, po zakupach.



Pozbieraliśmy się sprawnie, acz powoli. Tak jak i wczoraj, tak na dzisiaj dystans będzie niewielki, niemniej podejście pod Lubań ze wspomnień nie nastrajało optymistycznie. Lekko nie będzie!





Pożegnaliśmy Bazę Gorc z jej miłą załogą i gośćmi. Przyjemnie tu było być po raz kolejny i chętnie tu jeszcze powrócę.
Tymczasem czekało nas zejście do wsi, ale na szczęście od czasu do czasu pojawiały się piękne widoki.






Jedni schodzą, inni podchodzą. Taka kolej rzeczy, więc pozdrawiamy się na szlaku. Zauważam, że coraz więcej wędrowców mówi w moim kierunku "dzień dobry", a coraz mniej "cześć"... Chyba trzeba się strzyc i golić na zero, bo siwizna oszukuje. A może to ja sam siebie oszukuję...? ;-)



Przed zejściem w dolinę czuje się leniwy spokój. Krowa niespiesznie przeżuwa trawę, my równie niespiesznie przeżywamy swą przygodę. Lubań jawi nam się wysoko, ale to chyba tylko perspektywa jak w lustrze zniekształca rzeczywistość. A tu już rzeka i sklepy. No to czas na uzupełnienie spiżarni.








Produkty na drugie śniadanie i na późniejszy czas zakupione, a tu na "moim" parkingu nie ma już stolika... Ale kilka lat temu nie wyglądał najlepiej, więc nie dziwię się, że czas go zmógł. Gdybyż tak ktoś z naprzeciwległego tartaku postarał się o jego następcę... Nic to, - niosę siatę jak matka-Polka i drałujemy grzecznie w górę strumienia...




Wreszcie docieramy do przedproża lasu, gdzie okupujemy istniejący nadal na szczęście kącik wypoczynkowy. Idealnie się nadaje na przyrządzenie drugiego śniadania.
Po chwili na palniku (BRS-3000T) osłoniętym od wiatru ląduje aluminiowa foremka do pieczenia ciasta, bo swą rewelacyjną patelnię tytanową zostawiłem w domu... Niebawem po okolicy roznosi się woń topionego boczku i dyskretne skwierczenie. Okazuje się jednak, że foremka aluminiowa jest zbyt cienka by robiła za patelnię, więc wkładam ją w drugą i na małym ogniu doprowadzam jajecznicę do konsystencji nadającej się do spożycia. Idealnie by było do tej zewnętrznej wlać trochę wody, by się na wylot nie przepalała, ale do sukcesu już było blisko i satysfakcjonujący efekt został osiągnięty. A rozglądając się po okolicy nie znalazłem żadnego kawałka metalu, który mógłby robić za płytę kuchenną. Niemniej MacGyver i Bear Grylls mogli by być ze mnie dumni ;-)
Druga jajecznica dla Kabibi wyszła znacznie lepiej :)








Zostało nam trochę śmieci, a przed nami szlak na Lubań. Na szczęście uprosiliśmy lokalnych pilarzy i przekazaliśmy im pakunek do wyrzucenia. Dziękuję panowie!
No, to pojedzeni i wypoczęci możemy zmierzyć się z górą. Jako żywo staje mi przed oczami przygoda, gdy pod górkę załapałem się na okazję - ciągnik DT, którym z duszą podskakującą na ramieniu zostałem wywieziony ponad pół drogi na szczyt. Nie omieszkałem o tym opowiedzieć... :)





Dochodzimy do czerwonego szlaku biegnącego grzbietem. Trasa się wypłaszcza, choć co i rusz jakieś mniejsze podejście. Można jednak spokojniej oddychać i mniej transpirować :)




Po wymagającym ataku szczytowym wreszcie szczyt Lubania! Jest radość i wytchnienie. Chwila odpoczynku i wdrapujemy się na wieżę.






Z góry widoki są umiarkowane. Wilgotność powietrza nie pozwala zbyt daleko sięgnąć wzrokiem, ale i tak jest dobrze. Kontemplujemy dookólny horyzont, zaglądamy w doliny. Od zachodu zaś ciemne chmury zapowiadają zmianę pogody. Ale my już jesteśmy niemal u celu, więc nie ma powodów do niepokoju.









Do Bazy dochodzimy w samą porę. Witamy się z bazowymi i wędrowcami, po czym wybieramy miejsce pod namiot. Zanosi się na deszcz, więc wypada się rozbić nieco powyżej najniższego miejsca, w zakątku osłoniętym od wiatru. No i ledwie rozłożyliśmy namiot, zaczęło kropić. Pozaglądałem jeszcze tu i ówdzie, ale wyszło na to, że z nocnego ogniska nic nie wyjdzie. Faktycznie, o zmroku lekki kapuśniaczek przerodził się w regularny deszcz, więc towarzystwo pozaszywało się w namiotach. Zaś po północy deszcz przeszedł w regularną zlewę, a w okolicy słychać było grzmoty, które szczęśliwie z piorunami nas ominęły. Namiot wzorowo chronił przed wichrem i deszczem, toteż resztę nocy smacznie przespaliśmy.














Dzień czwarty - Baza namiotowa Lubań - Krościenko nad Dunajcem.


Noc - mimo ulewy - minęła spokojnie. Namiot spisał się świetnie i o poranku powoli z zewnątrz podsychał. Reszta namiotów i bazy także wyszła z deszczu bez szwanku.


 




Mój wierny towarzysz noclegów w czasie wędrówek - śpiwór Małachowski UL300II także został wystawiony do wietrzenia. Po nocy czasem przejmuje trochę wilgoci ode mnie, więc dbam by jej nie zabierał na dzień do worka.




Dzisiaj schodzimy z gór do Krościenka, zatem i dystans będzie symboliczny, co nie dyktuje pośpiechu. Swoje bambetle pakujemy do worków wodoodpornych, które nie tylko zabezpieczają zawartość na wypadek deszczu, ale znakomicie organizuję przestrzeń wewnątrz plecaka. Dzięki nim dobrze wiem gdzie co mam i szybko mogę się do potrzebnej rzeczy dostać.
Od niedawna do innych dołączył dziesięciolitrowy worek od Naturehike, jak na razie spisuje się poprawnie i podlega ciągłej ocenie.





Żegnamy gościnną Bazę i powoli kierujemy się czerwonymi znakami do Krościenka. Tam się kończy zasięg Gorców, a w planach było przejść to pasmo od zachodu ku wschodowi. Jedynie odcinek od Przełęczy Sieniawskiej do Kułakowego Wierchu pominęliśmy świadomie, acz niechętnie. Ale pozostałe odcinki przemierzamy skrupulatnie.










Co i rusz pojawiają się przed nami Pieniny. Trzy Korony i Nowa Góra bardzo dobitnie prezentują nam wycinek pasma. Wypiętrzają się niejako coraz wyżej, bo schodząc, obserwujemy je z coraz niższego punktu widzenia.




Za Marszałkiem mijamy figurkę Matki Bożej, którą onegdaj sfotografowałem patrzącą na góry. Od tego czasu okalające ją drzewa wyrosły i ograniczyły jej pole widzenia. Ale nadal pobliski Beskid Sądecki jawi jej się przed oczami.





Na szlaku pojawiły się niedawno dwa grzybki, nawiązujące do takich dawno temu powstałych tu obiektów. Jest ich w okolicy więcej, my zaś natrafiliśmy właśnie na te dwa. Opisana na tablicach panorama gór, świetnie spełnia swój cel poznawczy.





Gdy w dole widzimy Krościenko, wiadomo już, że jesteśmy blisko. Rozglądamy się po raz ostatni, bo niebawem większość szczytów przesłonią okoliczne pagóry.



W Krościenku idziemy na most, gdzie dość spokojny nurt Dunajca odcina Gorce od Beskidu Sądeckiego. Słychać jakąś orkiestrę i głośną konferansjerkę. Dowiadujemy się, że właśnie odbywa się piknik samorządowy z degustacją lokalnych wyrobów, ale gdy tam dochodzimy, okazuje się, że smakołyki były serwowane w ilościach "demo" i możemy obejść się smakiem...





Nic to. Idziemy na plac, gdzie delektujemy się lodami - już w pełnej odpłatności. Wypatrujemy jakiegoś busa do Nowego Targu, ale w niedzielę jest w tej kwestii istna posucha. Postanawiamy popróbować sił w łapaniu stopa i wychodzimy na wysokość parku linowego.
Tu po chwili zabiera nas przyjazna dusza, a po drodze opowiada o nowej trasie rowerowej dookoła Tatr. Ponoć bardzo przemyślana, zaprojektowana i wykonana. Pozwala objechać te monumentalne góry bez większego wysiłku, gdyż prowadzi drogami o niewielkim nachyleniu. No i człek zasiał nam w głowie ziarno tatrzańskiego cyklizmu... :) Dziękujemy!

W Szaflarach gdzie wysiedliśmy by ominąć przeciskanie się przez Nowy Targ, machamy mniej niż kwadrans. Dwoje młodych ludzi wraca do Krakowa i robią nam miejsce na tylnych siedzeniach.
Za Nowym Targiem dwa pasy łączą się w jeden i także przez sygnalizację świetlną w Klikuszowej, jedzie się nad wyraz powoli. Ale nam się już nie spieszy, liczę, że mój "Grzechotnik" czeka na Rdzawce.
Czekał i pozwolił nam jeszcze przed powrotem zrobić mały objazd po pięknym Podhalu.



Wędrówka Gorcami naszą trasą jest i widokowa i trudności powoli rosną, a baza noclegowa pozwala spokojnie zregenerować siły. Można po drodze uzupełnić zapasy, a mnogość szlaków pozwala na modyfikowanie trasy, by chodzić po Gorcach długo, nie dublując odcinków.
Obrzeża natomiast dają możliwość transportu, zatem Gorce są i dostępne i przystępne.

"Gorce bardzo kochałem, a na Lubaniu wiele razy byłem..." :)