Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

środa, 4 lipca 2012

GSB - I etap, 8 dzień - Studzionki - Krościenko nad Dunajcem

GSB - Dzień ósmy - 22 czerwca 2012.

Trasa: Stacja Turystyczna Studzionki (900) - Polana Morgi (1030) - Lubań (1211) - Marszałek (828) - Krościenko nad Dunajcem (422).


Wszystko dobre, co się dobrze kończy... :-\  Także i pobyt u Państwa Chrobaków oraz pierwszy etap mojej wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim.

Poranek nie nastrajał optymistycznie - deszcze, mgły i wilgoć, a do tego ciepło, choć można jeszcze oddychać ;-)


Zajrzałem do jadalni na śniadanie, a w kuchni już czekało na mnie dopiero co przegotowane mleko od "swojej" krowy :) Muesli zjadłem zatem i z mlekiem i ze smakiem :-)



Gdy wychodziłem, pani Ela powiedziała, że droga w prawo prowadzi do wsi na busa, a w lewo idzie szlak na Lubań. Mijając zatem pasące się na łąkach krowy, stanąłem na rozdrożu.





Nie powiem Wam, którą drogę wybrałem, bo sam nie wiem, czy to ja ją wybrałem, czy też ona mnie.
Koniec końców wstąpiłem na błotnistą ścieżkę do mglistego lasu.



Nie liczyłem na dalekie widoki i piękną pogodę, choć oczywiście powitałbym je z radością.
Napierałem więc spokojnie i metodycznie, nabierając kilometrów i wysokości, przenikając przez senne i zamglone leśne dukty.



Na szczycie Lubania zostałem zaatakowany przez zmasowane siły owadów różnej maści, których masy nie dało się określić. Nie dało się zrobić zdjęcia, by te masy nie były widoczne. Ich niezliczone chmary przynagliły mnie do zejścia niżej.




Już nieopodal, na terenie jeszcze niedziałającej bazy namiotowej na Lubaniu, much niemal - o dziwo - nie było. Żywego ducha zresztą też... ;-)




Z braku możliwości spróbowania sławetnych naleśników, o których sam Pan Wojtek wspominał, namierzyłem słupek ze znakami i koło ruin dawnego schronu, rozpocząłem powolne zejście w stronę Krościenka.





Las nadal senny i mglisty, prowadził mnie czerwonym szlakiem w dół. Dotychczas w butach miałem względnie sucho, ale gdy natrafiłem na zarośniętą trawiastą ścieżkę, ten stan rzeczy miał się wkrótce zmienić... :-|



Schodząc niżej w rejon Marszałka, zaczęły powoli otwierać się dalsze widoki, a pokłębione chmury rozsuwały nieco swe zazdrosne zasłony...



Kapliczki, kapliczki... Gdzieżby mogło i tego elementu wiary i krajobrazu zabraknąć!
Matka Boska ma tu zaiste przepiękne widoki... :-)



Lato dopiero nadeszło, a tu na moich oczach spadł liść. Czyżby zwiastował wczesną jesień...?



Ślady obecności człowieka pojawiają się coraz wyraźniej. Są już kopy wonnego siana, drewniane zagrody, aż wreszcie zza zakrętu można dostrzec zabudowania Krościenka z wieżycą kościoła i srebrną wstęgą Dunajca.




Doszedłem.
Doszedłem do Krościenka, ale nijak się nie cieszę.
Tu bowiem kończy się mój pierwszy etap wędrówki po Głównym Szlaku Beskidzkim. Pusta kasa dalej nie puszcza, choć jeszcze do Rytra bym przeskoczył... Przechodzę przez most na Dunajcu, a czerwone znaki ciągną mnie dalej.




Jak smutno i przykro się im oprzeć... Jak po tych ośmiu dniach wędrówki w towarzystwie biało-czerwono-białego znaku znów pogrążyć się w szarą rzeczywistość... To dopiero około 200 kilometrów i jedna trzecia trasy. A jeszcze tyle szlaku czeka, pustego przed wakacjami... Nogi ochocze, plecak mam, w plecaku chleb, do chleba ser, do picia deszcz... Ech...

Marną mam minę stojąc na moście w Krościenku, w moim ulubionym kapeluszu, patrząc na znikający przede mną szlak... Czy to naprawdę koniec?
Czy tak wygląda koniec...?



Dziękuję moim sponsorom, wszystkim napotkanym ludziom - a zwłaszcza tym dobrym i przyjaznym, dziękuję moim starym butom...




Do zobaczenia na szlaku!


>> Dzień dziewiąty --> Krościenko nad Dunajcem - Przehyba >>

-

GSB - I etap, 7 dzień - Maciejowa - Studzionki


GSB - Dzień siódmy - 21 czerwca 2012.

Trasa: Schronisko (Bacówka) na Maciejowej (842) - Stare Wierchy (964) - Obidowiec (1106) - Turbacz (1310) - Kiczora (1282) - Przełęcz Knurowska (846) - Stacja Turystyczna Studzionki (900).


Poranek na Maciejowej to czysta przyjemność :-)
Przed szóstą obejrzałem sobie panoramę z balkonu, ale kroiło się na deszcz i zachmurzenie nieco zasmucało okolicę. Strzeliłem zatem kilka fotek, a później – moją ulubioną poranną drzemkę :-)




Jednak jak co dzień tak i dzisiaj trzeba było się zbierać do drogi.

Śniadanie w Bacówce miało być standardowe – jajecznica i herbata. O ile pieczywo do jajecznicy było wyborne i świeżutkie, o tyle ona sama była jakaś taka homogenizowana z wyglądu i nieco w smaku. Nic to, liczy się napęd :-)
Jeszcze tylko fotki wewnątrz i opuszczam gościnne progi, gospodarzy i ich psa.




Podchodząc w stronę Starych Wierchów, jakaś rogacizna patrzy na mnie z byka... Na myśl przychodzi mi świetny sztych Picassa – Torro y Torreros... Dzisiaj jednak chyba corridy nie będzie, słodki Fernando i ja zachowaliśmy się nad wyraz pokojowo i humanitarnie :-)


Na Wierchy ciągle pod górkę, ale nachylenie takie na rozgrzewkę. Trochę żwirku, trochę błota.



A że z Maciejowej niedaleko, wkrótce moim oczom ukazała się znajoma bryła schroniska na Starych Wierchach.


Dochodziłem tu i od Obidowej i od Rdzawki, - dzisiaj dochodzę od Maciejowej. Okolica urocza, nic więc dziwnego, że w tak pięknych okolicznościach przyrody jakaś panna straciła tu swój wianek :)


Standardowo się obiłem i niezachęcony obecnością zielonej szkoły pod wierchami, udałem się w stronę Obidowca, gdzie poza obszarem Parku, prace polowe trwały w najlepsze.



A jak góry, to i czasem wypadki lotnicze. Takoż i tym razem natrafiłem na kolejne memento...


Podchodząc pod Turbacz, tak jak i wcześniej pod rozmaite góry, dodawałem sobie energii przy pomocy Glucardiamidu. To taki niewinny i legalny, acz skuteczny dopalacz.

Zaś wszelkie odpadki, które jeszcze minimalizowałem przed wyruszeniem, wędrowały ze mną w myśl zasady „leave no trails” – nie zostawiam śladów.


Przed zdobywaniem szczytu Turbacza trzeba uważnie śledzić przebieg czerwonych znaków, bowiem przez pewien czas biegną razem z ścieżką rowerową, która trawersując na pewnym odcinku wierzchołek, pozwala nań wspiąć się szlakowi pieszemu. Na szczęście znaki są, więc jeśli patrzymy nie tylko pod nogi ale i nieco wyżej, błądzenie nie grozi.


Turbacz to szczyt znany i lubiany. Dostępny z wielu stron, z bardzo dużym schroniskiem tuż poniżej. Choć osiągnięcie samego schroniska, dla większości jest już tożsame ze zdobyciem Turbacza. W moim przypadku było regulaminowo :-)



Przy schronisku legendarny szlakowskaz, informujący mnie, że przeszedłem 180 nominalnych kilometrów od Ustronia. Kilometrów błądzących i szwędających nie doliczam :)


Samo schronisko duże, ale raczej stylowe. Mimo gabarytów nie straszy nowoczesną bryłą, a raczej standardowo cenami i gwarem. Ale taka to już przypadłość bycia na wysokim poziomie ;-)



Obiłem się starannie, a spotkana rankiem na Maciejowej kobieta która stamtąd wyruszyła godzinę przede mną, właśnie doszła i zaproponowała mi ocalenie mojego dziurawego budżetu, wspierając mnie doskonałym żurkiem z jajkiem i bananem. Serdecznie dziękuję!
Gdzieś w okolicy zaczęło zbierać się na burzę, miła pani bała się grzmotów, a droga powrotna do Rabki daleka. Na szczęście po drodze dwa schroniska, więc z siedzącym przez budynkiem panem, natchnęliśmy ją otuchą i nadali kierunek. Czy ją burza później dopadła – tego nie wiem, bo po okolicy pogrzmiewała i popadywało...
Ja zaś przyjąłem znany kierunek – w stronę Przełęczy Knurowskiej przez Halę Długą z jej rozległymi widokami.





Za Kiczorą, - ki czort!?! Dopadł mnie deszcz, więc poncho wskoczyło na mnie, okrywając zarazem i plecak. Zacny to i praktyczny wynalazek, w odróżnieniu od deszczu na szlaku ;-)
Schodząc, sprawdziłem jeszcze stan zachowania drewnianej, podupadłej szopy, ale o dziwo, trzymała się jeszcze całkiem, całkiem...


Dreptu dreptu po czerwonym szlaku, raz na sucho, raz na mokro, aż wreszcie zaczęły się wyłaniać pierwsze zabudowania i stok pagórka za przełęczą.




Na samej Przełęczy Knurowskiej mizeria, - gdyby nie marnawa tablica, wyglądałoby, że o turystach się tam nikt nie martwi. Bo istotnie – ani parkingu, ani wiaty dla pieszych. Nic, żadnej infrastruktury, dobrze, że chociaż góry jeszcze stoją ;-)


Moja trasa na dzisiaj wchodziła w ostatni etap. Miałem już tylko dojść do Studzionek, do Stacji Turystycznej P.P. Chrobaków, o której tyle dobrego się nasłuchałem i naczytałem.
Burza goniła mnie od zachodu, a lekki deszczyk od Kiczory nie ustawał, toteż nie czyniłem zbytniej zwłoki.


W marszu przez las widoków skąpo, toteż przez mały śróddrzewny przezior z radością powitałem znajome wody Zalewu Czorsztyńskiego z Ptasią Wyspą nieśmiało przycupniętą nieopodal brzegu.


Nie minęło 50 minut od wyjścia z Przełęczy Knurowskiej, jak po lekkim podejściu las się otworzył na przepiękną łąkę z kopami siana na przedpolu a górami w tle.


Tu już tylko przesmyknięcie się opłotkami i za wysokim drzewem błyszczy dach domu Chrobaków.



Szczęśliwie, goniąca mnie burza chyba tylko czekała aż schronię się pod dachem, bo gdy tylko wszedłem pod daszek przed domem, rozpadało się na dobre.
Pani Ela Chrobakowa, zgodnie z oczekiwaniami okazała się bardzo miłą i serdeczną gospodynią. Szybko zostałem zakwaterowany przytulnym i niedrogim pokoiku na górze, gdzie vis a vis miałem łazienkę z nieoberwanymi prysznicami :-)



Niebawem zaczęło się zmierzchać, ale już nie miałem ochoty wychodzić z przytulnego domu na sesję fotograficzną. Zachód słońca zatem uwieczniłem z okna mojego pokoju :)


Zszedłem jeszcze na dół do kuchni i jadalni, przyrządziłem sobie kolację, czując się cały czas w domu, miło gawędząc z domownikami i błyskotliwym Panem Wojtkiem – sześcioletnim zuchem Państwa Chrobaków.

Nic więc dziwnego, że w tak gościnnej atmosferze, przy wieczornym koncercie przyrody za oknem, zjednoczyłem się z duchem okolicy i spokojnie zasnąłem...
-