Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 2 lipca 2012

GSB - I etap, 1 dzień - Ustroń - Przełęcz Kubalonka

Główny Szlak Beskidzki (GSB) ma dwa początki i dwa końce - zupełnie jak kij ;-)
Początek może być w Ustroniu lub w Wołosatem, a koniec odwrotnie.

Ja zacząłem wędrówkę po GSB od Ustronia.

Trasa: Ustroń Centrum - Równica (885) - Ustroń Polana - Czantoria Wielka (995) - Soszów Wielki (792) - Stożek Wielki (979) - Przełęcz Kubalonka (758).


Z Krakowa wyruszyłem 15 czerwca 2012 o 5:30 autobusem z Lublina do Wisły przez Ustroń. Bilet - 25 zł.

Po trzech godzinach wypakowałem się w Ustroniu - Centrum, skąd po kilkunastu minutach dotarłem do stacji PKP Ustroń-Zdrój, gdzie swój początek ma między innymi Główny Szlak Beskidzki.



Na stacji próbowałem zbajerować kobiety pracujące przy szlabanie, licząc na pierwszą pieczątkę z miejsca gdzie szlak rozpoczyna swój bieg, ale pieczątki nie było...



Po standardowych pamiątkowych fotkach przy słupku z czerwonym punktem w białym polu, dobyłem kijków i ruszyłem raźnym krokiem w kierunku Równicy (885m npm).


Podchodząc pod Równicę, natknąłem się na Kamień Ewangelików, o którym wspominał pan przewoźnik, który strzelił mi fotki pod słupkiem początkowym.


Obok tego świętego miejsca, bije źródło z krystaliczną wodą, z dużym prawdopodobieństwem zakładam, że pitną. Po drodze zresztą spotyka się jeszcze kilka źródeł, z czego ostatnie przed wyjściem z lasu, bije z dna, bulgocząc jakby się gotowało.


Na Równicy sporo turystów leniwie przechadzających się, - można tu dojechać samochodem bądź autokarem, dlatego też po strzeleniu kilku fotek, obiciu się w schronisku i kupieniu oscypka na straganie, ruszyłem w dół w stronę kolejnego punktu Ustroń-Polana, skąd rozpoczyna się strome podejście na doskonale widoczną ze stoków Równicy - Czantorię Wielką (995m).


Zastanawiałem się też nad celowością wytyczenia szlaku przez Równicę, skoro można by od razu ruszyć na Czantorię, nie tracąc malowniczych widoków na Ustroń i okolice. Stwierdziłem więc, że Równica jest taką rozgrzewką przed mozoleniem się z czerwonym szlakiem, ale i ostatnią szansą, by z wędrówki zrezygnować po pierwszych trudach ;-)


Podejście na Czantorię wygląda dokładnie tak, jakie jest - ostro pod górę i bez taryfy ulgowej. Choć właściwie, to ta taryfa jest, także w wersji ulgowej, bowiem pod szczyt można dostać się wyciągiem krzesełkowym, czynnym także latem. Ja jednak pociągnąłem tęgi łyk Powerade'a i ruszyłem pod górkę.
Moim sposobem na długie podejścia, jest znalezienie sobie jakiegoś zajmującego przemyślenia i zatopienie się w nim w marszu, przez co nawet nie zauważam, jak droga mi mija. Także i tym razem zamyśliłem się przykładnie, a zrobiłem to tak zapamiętale, że po kilku chwilach skonstatowałem, iż zniknęły gdzieś czerwone znaki, a malowniczy szlak jak z obrazka, jakoś łatwo wchodzi mi pod nogi...


Przeszedłem jeszcze kilkadziesiąt metrów, uważnie wypatrując znaków, ale tych czerwonych nadal nie było. Spojrzałem w lewo, gdzie powinien być stok narciarski, prowadzący także wędrowców czerwonymi znakami. Ku mojej zgrozie, po lewej miałem zalesiony stok o takim nachyleniu, że nic, tylko wyjąć raki i czekany... Wymamrotałem coś pod nosem, dociągnąłem co było luźne i ruszyłem pod górkę. Gdybym tam skręcił kostkę, to ani w górę, ani w dół, więc uważnie patrzyłem gdzie stawiam stopę, by też nie zjechać w dół. Trwało to chwilę z licznymi przerwami, ale wreszcie dotarłem do ścieżki, którą szli sobie uśmiechnięci turyści. Wykręciłem chustę którą ocierałem pot z czoła, zmusiłem się do uśmiechu, a może odmiennego grymasu twarzy i podpierając się kijami, ruszyłem pod górę dróżką, która zda się opadała ;-)


Po kilku minutach wyszedłem z lasu wprost na budki z pamiątkami, za którymi na polanie królowała wieża widokowa. Przy ławkach zrzuciłem plecak i przefrunąłem z lekkości do budki z pamiątkami, gdzie sympatyczny pan z ogorzałą twarzą przyszpilił mnie, a właściwie moją książeczkę okolicznościową pieczęcią.
Gdy wróciło mi poczucie grawitacji, równolegle pojawiło się poczucie głodu. Nieśmiałe i przytłumione pierwszym wysiłkiem, ale postanowiłem zjeść śniadanie. W budce obok panowała przykładna drożyzna, ale było to jedyne miejsce na szlaku, gdzie przechodzący mógł liczyć na darmowy wrzątek.
Pierwsza owsianka wypełniła mi trzewia i wybitnie podniosła moje morale i poziom samooceny. :-)
Po kilku chwilach byłem gotów na kolejne zmagania ze szlakiem. Obszedłem wieżę widokową, ale że wejście było płatne, poczyniłem oszczędności nie wchodząc na górę.
http://www.czantoria.pl/dane-techniczne

Z Czantorii ruszyłem w kierunku Stożka Wielkiego, gdzie w schronisku miałem zanocować. Szlak początkowo stromo opadał w dół kamienistym zboczem, by po pewnym czasie wyrównać, prowadząc wzdłuż Polsko-Czeskiej granicy.




Po półtorej godziny dotarłem na Soszów (792m), gdzie obok kłębowiska wyciągów, mieści się schronisko górskie, mające klimat starego schroniska, gdzie nowoczesność nie bywa widoczna, gdzie zapach drewna jest autentyczny, a deski skrzypią starością i wspomnieniami.


Tutaj obiłem się ponownie pieczęcią schroniskową, po czym powędrowałem dalej.

Po drodze otwierały się malownicze widoki na okolice.




Czantoria coraz dalej zostawała za mną, a długie ścieżki zapowiadały spokojną wędrówkę. Sielskie osady pełne spokoju, tak inne od gwarnych miast, aż zapraszały do pozostania w tej górzystej okolicy. A ja szedłem. Wędrowałem z szeroko otwartymi oczami i niegasnącym uśmiechem na twarzy, dawno już zapomniawszy o morderczym przedzieraniu się pod szczyt Czantorii.


Pod Małym Stożkiem (825m), zacząłem się smucić, że moja wędrówka na ten dzień dobiega celu.
Z tą myślą na Wielki Stożek (979m) podchodziłem powoli, wyszukując między drzewami co dalszych widoków.


Schronisko przywitało mnie ciszą i niemal pustką. Kilku Czechów dostarczało obfitych przyjemności swym podniebieniom i żołądkom, podczas gdy ja spojrzawszy na ceny, poprosiłem o wrzątek i zaaplikowałem sobie owsiankę, a nieco później herbatę. Za sam wrzątek zapłaciłem 3 zł. Jedynie opieczętowałem się za darmo.



Gdy mieszałem owsiankę, Czeszka przy sąsiednim stoliku zauważyła, że sam przyrządzam sobie posiłek w menażce i wdała się w miłą, pełną niedowierzania pogawędkę. Pewnie byłem dla nich uosobieniem obieżyświata, który z wszystkim daje sobie radę nie mając funduszy, a droga leśna, trakt polny i szlak górski jest ich celem samym w sobie, niebo - dachem, wiatr - muzyką, a krajobraz - programem bez szklanego ekranu.
Wkrótce zarzuciłem plecak i czując niemal dotyk wzroku obecnych, ruszyłem dalej.


Było bowiem jeszcze na tyle wcześnie, by dojść do przełęczy Łączecko, a może i do Przełęczy Kubalonka.

Owsianka z herbatą znowu dodały mi werwy, że buty ochoczo mnie niosły, a kije miałem jedynie do wybijania sobie rytmu drogi i rysowania przed sobą niewidzialnych znaków...




Na Przełęczy Łączecko przy porębie, byłem jeszcze na tyle wcześnie, że o noclegu nie było mowy. Mijając niewidoczną Mraźnicę, doszedłem do kolejnej osady - Mrózków, a stąd do Kubalonki było już niedaleko.


Momentami, szlak robił się jakiś taki... bezbarwny! ;-)))


Na Przełęczy Kubalonka (758m) natknąłem się na kilka knajp i ośrodek narciarstwa biegowego, przy którym rozstawiłem namiot. Z miejsca mojego biwaku, okolicę zasłaniała stara konstrukcja wyciągu narciarskiego, miałem zatem spokojny nocleg, a namiot ustawiłem tak, by o wschodzie słońce zaczęło go suszyć z rosy.






>> Dzień drugi --> Kubalonka - Węgierska Górka >>

-

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz