Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

środa, 4 lipca 2012

GSB - I etap, 6 dzień - Hala Krupowa - Maciejowa


GSB - Dzień szósty - 20 czerwca 2012.

Trasa: Schronisko na Hali Krupowej (1137) - Cupel (857) - Bystra Podhalańska (449) - Jordanów (493) - Skawa PKP (467) - Zbójecka Góra (644) - Rabka Zdrój (507) - Schronisko (Bacówka) na Maciejowej (842).


Sen w schronisku na Hali Krupowej, to niczym niezmącony wypoczynek, gości prawie nie ma, zaledwie jedna para nieco starszych ludzi i gospodarze. Wyspałem się więc setnie. :-)
Na śniadanie tym razem nie było jajecznicy. Przeliczyłem swoje aktywa i wyszło, że skoro spałem pod dachem – to jadam pod chmurką! Na śniadanie grzecznie poprosiłem o wrzątek (dla rezydentów oczywiście bezpłatny) do dużej menażki na owsiankę i do małej na kawę 3w1.
Późnym przedpołudniem opuściłem zaciszne schronisko, mając na dzisiaj w planach raczej lekką trasę, - Bystrą, Jordanów, Skomielną Białą i Rabkę.


Po drodze natrafiłem na rogatą wiatę, - jedyne przygodne schronienie na odcinku do Bystrej.



Szlak przebiegał łagodnymi wzniesieniami, więc wędrowałem dziarsko, z rzadka fotografując.


Natknąłem się też na pomnik z epoki, upamiętniający wojenną zawieruchę.

 

Polana przed Cupelem po raz ostatni odsłoniła rozleglejsze widoki.



Potem już było tylko zejście lasem w dół, bacznie śledząc przebieg szlaku, dość oszczędnie znakowanego.



Wreszcie dotarłem do doliny, gdzie na polanie ułożone było drewno w wielkich sągach.


Nieco dalej w dół drogi i doliny, na skraju polany, przycupnął mały domek drwali.


Wnętrze było w stylu leśno-obiadowym, bez posłania na noc. Ale drwale mieli zapewne gdzie sypiać...


Wyszedłem z lasu. Nie, to nie deklaracja skruszonego partyzanta ;-) po prostu las się skończył, a jego miejsce na szlaku zajęły tereny zamieszkałe.


Asfaltową dróżką doszedłem do centrum Bystrego.


W tym małym miasteczku chciałem uzupełnić zapasy, ale sklep do którego wszedłem, był dla mnie za duży i za gwarny. Szybko więc go opuściłem, opatrzyłem plecak i opłotkami wydostałem się na otwarte łąki.


Z wzgórz na wzgórze widać było doskonale, a na następnym pagórku, wyróżniając się iglicą kościoła, rozsiadł się Jordanów.


Zdawał się być na wyciągnięcie ręki, ale trzeba było trochę czasu na jego osiągnięcie przeznaczyć.
Tu już oznakowanie szlaku nie było doskonałe. Gubiąc się co i rusz i nie znajdując wejścia do zagajnika w lewo, poszedłem prosto, na łąki przy torach kolejowych. Wiedząc, że tory trzeba przekroczyć małym wiaduktem, niebawem odnalazłem zagubione czerwone znaki wychodzące z zagajnika i kierujące mnie do owego przejścia.


Jednak moja radość nie trwała długo. Tuż bowiem za torami przepływała rzeka Skawa. Nieco rozlana, ale płytka i leniwa. Po niedawno jeszcze funkcjonującej kładce, dzisiaj nie było nawet śladu. Pokręciłem z niezadowolenia głową i rozważyłem przejście boso przez bród. Jednak moje rany na stopach – choć niewielkie – powstrzymywały mnie przed wejściem do niezbyt czystej wody. Nadto wystarczyłaby rozbita butelka przykryta rzecznym piachem, by w trybie ekspresowym zakończyć moją wędrówkę.


Mruknąłem jakimś „karramba” i odwracając się na pięcie, ruszyłem w stronę torów kolejowych. Toż one doprowadzą mnie do Jordanowa i dalej do Skawy, gdzie będą dochodzić do znaków czerwonych!



Nie było lekko. Spacer w upale po jednym torze robił ze mnie niezłego wykolejeńca ;-) Na szczęście otępiony upałem, mój umysł zachowywał czujność, by przepuścić nadjeżdżające to z tej to z tamtej strony pociągi. Mijałem przejazdy, wiadukty i kręte odcinki.





Wreszcie mój jednoosobowy pociąg trekkingowy ;-) zatrzymał się w Jordanowie.


Głodno i gorąco. Owsianka już przerobiona na spalone kalorie, a i o nawadnianiu trzeba by pomyśleć. Na szczęście tuż za nieczynnym budynkiem stacyjnym, znalazłem GS-owski sklep spożywczy, w którym nabyłem dwie świetne drożdżówki – jako że pora była obiadowa, no i dużą butlę wody.


Po kilku chwilach zagwizdałem na pustej butli do odjazdu, ustawiłem się na prawej szynie i uruchomiłem napęd nożno-kijkowy :)


Po kolejnych kilku chwilach miałem komfortową łączkę po lewej, gdzie nie dość, że maszerowało mi się jak białemu człowiekowi, to jeszcze bezpiecznie przepuściłem szynobus z Krakowa do Zakopanego.


Gdy pozdrowiłem pracujących nieco dalej specjalistów z kolejowej ekipy remontowej, dowiedziałem się, że Skawa już za dwoma zakrętami.


Faktycznie, niebawem wtoczyłem się na peron pierwszy, a z niego na ławkę przy stacyjce.


Zwykle nie rozczulam się zbytnio nad sobą, ale niepokojony sygnałami dobiegającymi z wnętrza lewego buta, postanowiłem obejrzeć i jego i jego zawartość.
O ile but trzymał się wzorowo, jak to dwunastoletnia nufka-sztuka-nieśmigana ;-), to stopa wykazywała niejakie symptomy zmęczenia, połączonego z naruszeniem ciągłości tkanki na kilku płaszczyznach i krzywiznach.



Pobłogosławiłem specyfiki i plastry które zabrałem z sobą, opatrzyłem kończynę, wcisnąłem do buta i postanowiłem dla większej wygody wędrowania, po prostu o niej zapomnieć.
Idąc od stacji kolejowej w Skawie, przy drodze asfaltowej rzeczywiście namierzyłem czerwone znaki.



Wesoło maszerując, nie dostrzegłem jednak zaznaczonego skrętu, więc zawróciłem, bacznie się rozglądając. Doszedłem z powrotem do znaków na słupku ogrodzeniowym i przy nim skręciłem. Jednak dalej szlaku ani widu! Zacząłem nieco zgrzytać zębami na taką niefrasobliwość w oznakowaniu trasy i wróciłem na asfaltową drogę, czynić dokładne poszukiwania.
Udało mi się odnaleźć przydrożny słupek, pomalowany zanikającą farbą i oznaczający przebieg szlaku. Nigdzie dalej jednak nie było oznaczonego skrętu!



Postanowiłem wejść w pierwszą lepszą drogę na kierunku określonym dla szlaku przez mapę i dopiero po przejściu kilkuset metrów, natknąłem się na sąsiedniej drożynie na znaki namalowane na słupie wysokiego napięcia.


Należy zatem po odszukaniu owego przydrożnego słupka, po minięciu go skręcić w lewo w najbliższą drogę polną między zabudowaniami.
Żeby jednak moja euforia z trafienia na znaki nie trwała zbyt długo, na rozstaju wąskiej dróżki znowu wytężyłem wzrok. Tym razem natrafiłem na swoiste kuriozum – biało-czerwona taśma zawiązana na krzaczku! Tak, to jakiś uczynny wędrowiec wiedząc jakich rozterek doświadczają pobłądzeni, w ten sposób oznakował kierunek.


Nieco dalej – nieco lepiej. Znaki się pojawiały i znikały.


Jednak na otwartej przestrzeni łatwiej nawigować z mapą, mając choćby za odniesienie wysoką wieżę kościoła w Skomielnej Białej.


Wiedziałem też, gdzie szlak przecina Zakopiankę, więc totalne błądzenie mi nie groziło, aczkolwiek wolę wędrować po dobrze oznaczonym szlaku, co ma szczególne znaczenie w mgle lub w nocy.
Idąc łąką na wzgórzu, podziwiałem widoki i cieszyłem się doskonałą pogodą. Dochodząc do kolejnego rozstaju, właściwie wybrałem prawą drożynę, co później przy lesie potwierdziło się znakami.




Las przed zakopianką to gąszcz, pokrzywisko, mokradło i plątanina ścieżki. Ten, kto wyznaczał tu szlak, chciał chyba wywieść na manowce przypadkowych turystów. Ja zaś zażywałem zdrowotnego oddziaływania pokrzyw na moje strudzone ciało ;-) po czym z dużą ulgą powitałem szeroką wstęgę Zakopianki, którą szybko i sprawnie przekroczyłem.




Przez Halę Zbójecką szlak prowadzi obok jedynego drzewka rosnącego pośrodku, noszącego zresztą dumny znak szlaku.



Tuż za nim, w oddali dojrzałem bacę z psami, toteż chcąc uniknąć konfrontacji z czworonogami, zbliżając się, zakrzyknąłem do pasterza gromkim „dzień dobry!”. Psy natychmiast ruszyły do mnie poszczekując, ale władczy ton owczarza przywołał je do porządku.


Postolim, pogodolim, stare czasy wspominolim... Pożegnałem zatem ten podhalański „full wypas” i zacząłem schodzić w kierunku widniejącej u stóp Zbójeckiej – zdrojowej Rabki.


Na krańcach zabudowy, dostrzegłem największą doniczkę ;-)


Niedaleko za nią przycupnęła kolejna z wielu napotkanych na szlaku kapliczek.


Przez dochodzące na wzgórze długie ulice, spokojnie schodziłem w dół i w dół, kłaniając się co krok świątkom oprawnym w kamienie.



Przeszedłem Rabę, w mieście skierowałem się do apteki, gdzie zakupiłem za dychę nową tubę Litorsalu, po czym w ostatnim sklepie na szlaku w Rabce, przy ul. Nowy Świat 23A (sklep „Adaś”), uzupełniłem stan posiadania.



Ostatnie ulice wyprowadziły mnie na wzgórze, gdzie kończyła się zabudowa, a zaczynały pola uprawne, na których jeszcze do późnego wieczora pracowali gospodarze.



Jako, że dzień się już chylił, coraz rzadziej sięgałem po aparat, by jeszcze za dnia dotrzeć na Maciejową. Energii mi jakoś nie brakowało, więc podejście miałem zdecydowane, choć mocniej operowałem kijami z uwagi na nieco nadwyrężone stopy.
Górną stację wyciągu zdobyłem forsownym marszem już o zmierzchu.


Dochodząc zaś do Bacówki na Maciejowej, wyławiałem ją jak i przechodzącego się gospodarza z psem, z gęściejącego już zmroku.


Może mój ekwipunek lokuje mnie w rzędzie bogatszych wędrowców, bo i tu zostałem zaraz potraktowany ofertą dla klasy bussiness, ale wykazałem raczej przynależność do klasy econo, a może nawet i glebo... ;-) Tym niemniej pokoik był bardzo przytulny, z skrzypiącym balkonem i przepięknym widokiem na Babią Górę i panoramę od Rdzawki po krańce Rabki z całym łańcuchem okalających gór.



Po standardowych czynnościach a zwłaszcza ożywczej kąpieli, szybko i smacznie zatopiłem się w sen...
-

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz