Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

środa, 1 sierpnia 2012

Yatzkowe przygody spadochronowe, czyli mój pierwszy raz

-

----- Maj 2003 -----


Mój pierwszy skok...


Właściwie to mógłbym zacząć: "Swój pierwszy skok wykonałem w słoneczny dzień...". Ale to nie tak. A może tak, ale jak do tego doszedłem to też ważna sprawa. Skakać chciałem "od zawsze", ale za młodu nijak nie było na to warunków – głównie finansowych, ale i zdrowotnych. Chociaż z tymi zdrowotnymi to był mit, no ale dawno temu też nie każdy mógł sobie skoczyć.

W roku 1989 w Nowym Mieście n/Pilicą w wojsku chciałem skakać, a było to o tyle niby łatwe, że był to pułk lotnictwa i śmigłowce prawie codziennie były w powietrzu. Jednak po odbijaniu się od tow. Annasza do tow. Kajfasza stwierdziłem, że to chyba nie tędy droga... A szkoda, bo spadochroniarnia była bardzo przytulna...

Całkiem też nieprzypadkowo trafiłem na lotnisko w Pobiedniku gdzie łatałem śmigłowcem (jako balast) z Plutonem Wyczynowym WKS Wawel, i to co robili tamci goście jeszcze bardziej wzmogło moje przekonanie o słuszności wyboru...

Później pływałem sobie łódką wiosłową po zalewie Rożnowskim i tam zaprzyjaźniłem się z emerytowanym majorem komandosów z Krakowa. To był prawdziwy komandos z krwi i kości – pił i klął jak skur[pi.....] i szybko się zaprzyjaźniliśmy. On też stwierdził, że mi pomoże w realizacji moich spadochroniarskich planów, bo w Krakowie zna kogo trzeba. Zaopatrzony w list żelazny, udałem się do Aeroklubu Krakowskiego. Tam zostałem przyjęty jak żołnierz, to znaczy pozdrowienia od znajomego owszem, ale zniżki... należało zapomnieć. Odwiedziłem jeszcze kilka gabinetów lekarskich, ale okazało się że nijak nie wyrobię kasowo (brak zniżki "po znajomości") i z żalem odpuściłem temat. A lata leciały...

Trochę też udało mi się polatać na linie podwieszonej pod śmigłowcem, owszem było fajnie, ale ciągle czekałem na ten moment.

Wreszcie gdy choć trochę podreperowałem swój budżet, dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego wydawcy "Ochroniarza" że w maju 2003 roku organizowana jest kolejna edycja zdobywania odznaki "Skoczek Spadochronowy Służb Ochrony" i od razu zgłosiłem swój akces. Co prawda inaczej wyobrażałem sobie rozpoczęcie swej spadochronowej przygody, ale za dużo już odpuszczałem i postanowiłem pójść za ciosem.

Dzień wcześniej ustaliłem z organizatorem wszelkie szczegóły i nazajutrz ubrany w motocyklowe skóry wsiadłem na swojego ścigacza i z workiem desantowym pognałem do Krakowa na szkolenie u komandosów na Wrocławskiej. Na miejscu spotkałem towarzystwo w strojach ochrony, czy też odzianych jak amerykańskie wojsko i trochę nie pasowałem jako "dawca organów", ale już na terenie ogródka szkoleniowego przebrałem się w zestaw "pustynna burza", co pozwoliło mi się wtopić w otoczenie.

1

11

W zalewie majowego słońca w strugach potu jak na komandosów przystało, przyswajaliśmy wiedzę o spadochronach, zajmowaniu miejsca w Antku, opuszczaniu samolotu, szybowaniu i lądowaniu. Mimo naprawdę ostrego tempa, na twarzach kursantów widać było zadowolenie i lekką obawę – co to będzie...?

3

22

Pan doktor sprawnie przebadał okazy zdrowia, później jeszcze trochę opowieści i pokazów, i na koniec zjazd z Mamuta. Poszło obiecująco.

33

Tego samego dnia wróciłem do domu, sprężystym krokiem wpakowałem się pod prysznic, przepakowałem ekwipunek i wieczorem pomknąłem swoim Kawasaki na strefę zrzutu do Nowego Targu.

44

Na miejscu było już trochę towarzystwa i szybko się zintegrowaliśmy. Krążyło nad nami widmo nadciągającej przygody i takie wieczorne opowieści budowały bardzo ciekawy klimat, po spadochroniarni kręcili się kursanci i spadochroniarze przygotowujący imprezę, na podłodze sklejane były sondy z bibuły i dawało się niemal zauważyć wiszącego nad nami ducha spadochronowego.
Nazajutrz wczesna pobudka, ale nikogo nie trzeba było zrywać na siłę, wszyscy szybko uzyskali gotowość bojową, pogoda zresztą też dopisała, tak więc zapowiadał się dzień pełen wrażeń.

5

55

Około dziewiątej pierwsza grupa stanęła do odprawy. Sprawdzenie sprzętu, ostatni instruktaż i ...do samolotu.

6

Po parunastu minutach na niebie zakwitła pierwsza biała czasza i patrzymy – kalafior!

7

77

No tego już za wiele... Pierwszy skok i od razu problem! Co to będzie dalej... Po chwili obok czaszy głównej ukazała się czasza spadochronu zapasowego i dalsza część opadania skoczka przebiegła już bez zakłóceń. Inni skoczkowie nie mieli już takich problemów. No i wreszcie nadeszła godzina prawdy.

8

W czwartym wylocie przy pierwszym najściu, miałem wychodzić jako czwarty. Cały czas czekam na jakiś stres, zdenerwowanie czy tremę i zastanawiam się kiedy mnie złapie. Ale nic się takiego nie dzieje, żartuję z innymi, spokojnie sprawdzam czy nic się nie podwinęło, czy wszystko zapięte, czy jest wygodnie. Zawartość spodenek układam między taśmami udowymi żeby nic mnie nie uciskało w locie, reguluję zapięcie kasku, gumkę przy goglach...

Po sprawdzeniu przez instruktora i przypomnieniu najważniejszych czynności idziemy do samolotu. Po drodze jeszcze wymieniam spokojne uwagi z kolegami, puszczam ze trzy bąki na świeżym powietrzu i pakuję się na siedzenie w Antku. Gdy zamykają się za nami drzwi i gdy samolot rusza na spotkanie przygody, wiem już że to zrobię, że zrobię to dzisiaj! Za chwilę zostajemy podpięci. W połowie drogi wyrzucający otwiera drzwi i po chwili wyrzuca sondę, a ja oglądam okolice i równo poukładane domki, a w nozdrza wciągam powietrze przesiąknięte spalinami Antka, ten zapach który już na zawsze zostanie dla mnie zapachem czegoś podniecającego... Chyba tylko zapach kobiety... 
Nie! Stary Antek tylko tak uwodzicielsko pachnie!

Osiemset metrów. Pada komenda "POWSTAŃ"! i nasza czwórka ze skrzyżowanymi rękami na piersiach posłusznie powstaje. Jeszcze chwila i pierwszy śmiałek znika w czeluści. Trochę to tak nieswojo patrzeć jak kolega przepada gdzieś tam w przepaści, ale nic to – twardym trza być, a nie miętkim. Przyszła kolej i na mnie. Co dziwne, a może co normalne, nie odczuwałem dotąd żadnego strachu, a jedynie była jakaś obawa przed czymś nieznanym. Może to była taka inna odmiana strachu... Podszedłem do drzwi, postawiłem stopę na progu i zaciągnąłem się tym upajającym zapachem... 
Tak, najbardziej ze wszystkiego pamiętam ten zapach! Popatrzyłem w dół i wtedy usłyszałem komendę "SKOK!". Zdecydowanym ruchem odbiłem się i rzuciłem dokładnie tak jak mnie szkolono. Nogi idealnie złączone razem, ręce na taśmach, oczy zamknięte jakbym bał się zobaczyć życie w jego nowym wymiarze. Czułem tylko świst powietrza niosącego mnie i lekko przechylającego, ale dzielnie się trzymałem. Całkowicie natomiast zapomniałem o liczeniu i dopiero jak poczułem pierwsze szarpnięcie miękko otwierającej się czaszy, przypomniałem sobie o tym. Stwierdziłem, że już nie ma co liczyć, ale jakoś tak machinalnie, czy też jakby z obowiązku policzyłem szybko "raz, dwa, trzy" – tak całkiem bez sensu i spojrzałem nad siebie. Z małego ziarna chęci skakania zakwitł nade mną kwiat – okrągła czasza spadochronu desantowego SD-83.

Nikt nie widział tego jaki byłem wtedy szczęśliwy – zrobiłem to! To, na co tak długo czekałem, co gdzieś mnie mijało, co musiałem odpuścić i wreszcie udało się! Sprawdziłem czaszę, linki i skonstatowałem, że wiszę. Tak po prostu wiszę w powietrzu. Nic prawie nie słychać, hałas samolotu i świst powietrza gdzieś zniknęły i została taka swoista cisza zwycięstwa. Rozejrzałem się wokoło i zobaczyłem trzy białe kapturki w równych odstępach – znaczy że wszystko idzie zgodnie z planem.

Kiedy już pozachwycałem się otoczeniem, postanowiłem że wykorzystam wiedzę, którą dopiero posiadłem i poprawię się w uprzęży. Naciągnąłem lewą taśmę i spróbowałem przesunąć prawą taśmę udową, ale okazało się że jestem mocno dociągnięty, tak samo było przy próbie z drugiej strony, zresztą wykonywałem te próby "z pewną taką nieśmiałością...". Podobnie było i przy próbie ślizgu – ciągnę taśmę, ale jak już jej trochę wybrałem, to tak sobie pomyślałem że może jednak ten pierwszy raz wyląduję bez dodatkowych atrakcji... Stwierdziłem, że to powolne szybowanie przerabiam całkiem na spokojnie. Oceniłem prędkość wiatru i kierunek, i spróbowałem obliczyć miejsce lądowania. Jednak perspektywa z góry jest nieco inna i tego nie wziąłem pod uwagę, ale do drogi na Jurgów miałem jeszcze daleko, zauważyłem natomiast całkiem sporą grupkę owiec, całkowicie ignorujących moje dokonania. W myślach już widziałem te żarty kolegów śmiejących się ze mnie że zaatakowałem barany z powietrza, ale i do nich też miałem jeszcze mały dystans. Zobaczyłem też małego ptaka lecącego zaraz nad ziemią i pomyślałem żeby go osrać za te wszystkie inne ptaszki, co to mnie w przeszłości popstrzyły, ale na szczęście nie dało się tego zrobić w moim ubraniu...

Mimo całej euforii nie mogłem nie zauważyć faktu, że matka – ziemia zbliża się na spotkanie. Już na jakichś 100 metrach złączyłem nogi razem, żeby ewentualni obserwatorzy byli spokojni, po czym popatrzyłem gdzie wyląduję i jeszcze raz oceniłem wiatr. Na wysokości około 20–30 metrów gdy już lądowanie miałem ładnie zaplanowane, nagle poczułem podmuch ciągnący mnie do tyłu, a lądować miałem z wiatrem. Pomyślałem, że nie zdążę już obrócić się w taśmach i liczyłem, że podmuch nad samą ziemią osłabnie. Zwarłem nogi mocniej, popatrzyłem w dół i lekko podkuliłem rzeczone odnóża pod siebie, żeby nie wylądować na dupie i choć trochę zamortyzować moment przyziemienia, no bo cały czas (cały czas – dobre sobie – zaledwie kilka sekund) leciałem na wstecznym... Spotkanie z matką ziemią było takie, jak się spodziewałem, i jak wcześniej oglądałem – nieco twarde z przepisowym przewrotem przez bark, ale czym prędzej się podniosłem żeby obserwatorzy widzieli. że jest OK. i że nie potrzebuję pomocy. Przy gaszeniu czasy zaplątałem się w linki, ale udało mi się spokojnie wyplątać i już całkiem spokojnie zaplotłem linki w warkoczyk, pozbierałem czaszę i ruszyłem przez zajebiście wysoką trawę w kierunku wcześniej lądującego kolegi, do którego rzuciłem gromkie "ŻYJESZ?!?" i w żarze bezlitosnego słońca z michami od ucha do ucha, zgarnąwszy jeszcze jednego triumfatora, powłóczyliśmy się powoli w stronę kwadratu.

aa

Pod spadochroniarnię wkroczyliśmy jak ukraiński Specnaz do Groznego – dupy poobijane, ale uśmiech popromienny... 
A później już były opowieści w gronie innych twardzieli, rady dla tych, którzy dopiero w kolejce i uśmiechy, telefony, esemesy...

b

Wtedy już wiedziałem że wdepnąłem w to na dobre. Dopadłem kogoś ze strefy i dopytałem się o możliwości kontynuowania szkolenia spadochronowego i tak już zostałem w Nowym Targu...

c

Później było jeszcze laszowanie, wspólne zdjęcia, ale ja już myślami byłem na kolejnym etapie szkolenia i tak mnie wzięło i nadal trzyma...

d

Szkoda, że tak długo musiałem na tę chwilę czekać, ale dobrze że się doczekałem...







-

1 komentarz: