Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

środa, 1 sierpnia 2012

Yatzkowe Rowerowe Wyspy Beskidu - Jaworz

-

----- Październik 2011 -----


Bycie bezrobotnym ma kopę plusów. Jednym z nich jest dysponowanie dużą ilością wolnego czasu. 
Do tego posiadanie wygodnych butów albo roweru powoduje, że nie mogę wprost wytrzymać w domu i chodzę/jeżdżę po bliższej i dalszej okolicy. Po niedawnym zakupieniu nowego siodełka (Selle Italia Shiver), moje trasy rowerowe nabrały nowego wymiaru, a moje cztery litery nowego komfortu. Najbliższe okolice mam kompletnie zdeptane/zajeżdżone kilkugodzinnymi wypadami, więc nie dziwne, że ciągnie mnie nieco dalej. Kiedyś, do wypadów używałem pojazdu czterokołowego, teraz ekonomia zaprzyjaźniła mnie z roweremfantastycznym środkiem włóczęgowania, będącego w stanie dostać się ze mną tam, gdzie mógłbym się dostać także per pedes.

Początek października, to także moje urodziny, w tym roku była wtedy też piękna pogoda. Pomyślałem więc, by szczególnie tym wszystkim którzy mi życzyli, ale i pozostałym odorowcom, przekazać w formie opisu spełnianie ich i co tu wiele mówić moich życzeń/planów. To tyle w formie preambuły.

Dnia czwartego października wczesnym popołudniem, wyruszyłem z mojej Lipnicy Murowanej.


Za niedalekim Rajbrotem skręciłem w stronę Żegociny.


Mijając stare domy z bali w Bytomsku, dziarsko kręciłem dalej.


W Żegocinie obejrzałem wiatę z grillem pod kątem awaryjnego biwaku, ale stwierdziłem tylko jej zastosowanie imprezowe.


Mknąc w Rozdzielu z góry, minąłem kolejno kościół drewniany właśnie w Rozdzielu i nieco dalej, mały urokliwy i dosyć surowy kościółek w Kamionce Małej.



Mijając okoliczne pagórki, dotarłem do drogi Łososina Dolna Młynne Limanowa, którą przeciąłem, przejechałem most na Łososinie i złapałem kontakt wzrokowy z docelowym pasmem.


Tutaj wychodzi mój instynkt włóczęgowania. Wcześniej ustalony plan istnieje tylko w zamiarach. Trasa i moja chęć poznawania nieznanego, determinuje liczne odstępstwa od planów. Nazywam to wolnością i bardzo lubię. Otóż zamierzałem podjechać na Jaworz od Żmiącej, słynącej z pstrągów (nie jadłem tam) i koni (też nie jadłem ). Jednak po przejechaniu wspomnianej główniejszej drogi, pierwszą "przecznicą" był zjazd na Jaworzną. Pomyślałem więc, że czemu by nie, przecież "zmiana planów świadczy o ciągłości dowodzenia"! Olałem konfrontację mapy z dwoma mapami zaaresztowanymi w plecaku (po co niszczyć papierowe karty, skoro mój rower da radę wszędzie, a azymut jest prosty i ruszyłem "na Jaworzną". We wsi natknąłem się niewielki supermarketsklep "Marcysia", w którym dowiedziałem się, że dalej na szlaku mojej włóczęgi nie występuje już żaden w miarę regularny punk sprzedaży, tak więc była to ostatnia szansa zaopatrzenia się w wieczorny napój energetyczny, w przyrodzie występujący powszechnie pod nazwą "piwo". Co też uczyniłem. Na wypadek wszelki i w obliczu wymknięcia się z objęć cywilizacji, moje zasoby spożywcze powiększyłem jeszcze o cztery batony. Pamiętajcie – sklep Marcysia ostatni po tej stronie Drogi Mlecznej.


Wcinając jeden z batoników na drugie śniadanie, podziwiałem jeszcze okolicę, jawiącą się jesiennie i pogodnie.


No i dalej zaczęło się... Niby rower górski służy do jazdy po górach, ale mój sędziwy wiek z dopiero co nabytym nowym ukończonym rokiem pewnie wolałby bardziej lajtowe trasy. Podjazd pod górę był dosyć mozolny, ale na szczęście były to jeszcze okolice w miarę zamieszkałe i pod kołami był całkiem nowy asfalt. Dojechałem do miejsca gdzie tenże się kończył i wreszcie zobaczyłem okolicę z bardziej wyniesionej perspektywy. Jaworzna malowniczo lokowała się w dolinie strumienia i nieśmiało wspinała na pobliskie pagórki.


Gdy dojechałem dalej już drogą gruntową do szlaku czarnego z Laskowej na Sałasz, spojrzałem na zachód, by zobaczyć kolejne wyspy Beskidu.


Także pobliska Laskowa gęsto wtulała się w dolinę Łososiny i z przysiółkami i pobliskimi wioskami rozpełzała się na pobliskie wzgórza z kulminacją Kamionnej.


Mijając opuszczone gospodarstwa, kapliczki i leśne podjazdy, dotarłem do szczytu Sałasza (909 m).




Tu już byłem na tyle wysoko, że miałem świadomość, iż największy mozół podjazdów mam już za sobą. Oczywiście kondycja dopisywała, choć od samego początku łapała mnie w lewym podudziu jakaś dziwna zapowiedź skurczu, ale na straszeniu się skończyło. Na szczęście, bo skurcz w podudziu na odludziu nie byłby mi po drodze... Z Sałasza na Jaworz było tylko jedno śmignięcie przez Stumilowy Las, więc niebawem znalazłem się na niebotycznej wysokości 921 metrów nad poziomem morza.



Sam Jaworz nie jest w okolicach szczytu nadmiernie atrakcyjny, stoi tam jedynie tablica informacyjna i ławko-stoliko-daszek, a szczyt jest zalesiony, więc widoków do podziwiania brak. Na szczęście po krótkim downhillu w kierunku wschodnim, las się kończy szeroką polaną z usytuowaną na brzegu lasu, wieżą widokową i daszkiem imprezowym.


Z wieży można podziwiać piękne widoki w kierunku północnym, wschodnim i południowym, natomiast zachód jest przesłonięty kulminacją Jaworza. Jako, że dzień się już pochylił, czym prędzej wdrapałem się na dwudziestometrową konstrukcję i kontemplując rozległe krajobrazy, uwieczniłem je moim marnym kompaktem (Sony W350). Niestety, lustrzanka z obiektywami jakoś mi się nie komponuje z rowerem, więc proszę wybaczyć gorszą jakość fotografii.


Mimo zapadającego zmierzchu, udało się jeszcze uwiecznić okolice Jeziora Rożnowskiego od wschodu i Męcinę od południowego wschodu.



Z góry wypatrzyłem też pobliskie domostwa, licząc na możliwość zaczerpnięcia wody, a wytężając wzrok, dostrzegłem biegającego za ludźmi małego koziołka. Zstąpiłem zatem na ziemię, by zasięgnąć języka u miejscowych, zaczerpnąć wody i być może, zaprzyjaźnić się z młodym sarenkiem. Okazało się, że ma na imię Puszek.


Gdy wyczerpałem moje dzienne zadania, pozwoliłem zgasnąć światłu dnia, by zatopić się w mrok obłapiającej mnie swymi chłodnymi i ciemnymi mackami nocy...


Czas wieczerzać... Owsianka ma wolności smak i tylko ona tak potrafi smakować w mojej terenowej kompozycji z czekoladą i rodzynkami. Za osłonę od coraz mocniej dmącego wiatru, posłużył mi worek wodoszczelny Colemana, plecak i koszulka rowerowa. Żeby zaś zapewnić sobie odpowiednie ciepło i nastrój do delektowania się wspomnianą owsianką, rozpaliłem też ognisko, przy którym piwo ma smak przygody, a przygoda zapach wędzonego włóczęgi.



Nasycony i napojony, zacząłem myśleć o spoczynku. Tubylcza niewiasta od wody i koziołka, wieszczyła mi pożarcie przez dziki, które ponoć tłumnie nawiedzają pobliskie łąki. Ale ja miałem inny plan, bynajmniej nie zdeterminowany przez obawy o bliskie spotkania z dzikimi świniami. 

Już wcześniej zaplanowałem rozbicie mojego małego Rigela na platformie widokowej wieży obserwacyjnej. Na górze tymczasem zaczęło wiać coraz mocniej, aczkolwiek nie zaczęło mnie to jeszcze niepokoić. Tym niemniej, rozkładanie namiotu w takich warunkach przy świetle czołówki (Tikka XP2) było atrakcją samą w sobie. Jeszcze w domu zastanawiałem się, czy nie zabrać kilku wkrętów do drewna, ale liczyłem, że znajdę jakieś gwoździe na miejscu, co na szczęście stało się faktem i mogłem solidnie użyć ich w zastępstwie szpilek namiotowych, które zresztą na drewnianym podeście byłyby bezużyteczne. Obserwując jednakowoż wzmagające się porywy wiatru, postanowiłem jak najstaranniej zamocować namiot, do czego użyłem ekspandorów od bagażu rowerowego. Zeszło mi przy tym nieco czasu, ale skonstatowałem, że będę przynajmniej spał spokojnie. Niestety, nie było to takie oczywiste. 

Gdy już uporałem się z namiotem, szybko dmuchnąłem samopompę (Karrimor bez oznaczenia modelu, prawie wcale nie samopompująca), wrzuciłem śpiwór (Cumulus LL330 na Pertex Microlight), uwieczniłem światła Nowego Sącza i oczywiście sam namiot na wysokościach i wpakowałem się do środka.



No i tu na pewien czas kończy się sielanka... Zaległem gdzieś o 22.xx i już wtedy wiało dość porządnie. Jeszcze przed północą porywy zrobiły się tak silne, że może z nadwrażliwości zacząłem się obawiać o stabilność namiotu z moją skromną osobą wewnątrz. Siłę wiatru oceniałem na przedział 80100 km/h z porywami ok. 120 km/h. Namiot był napięty tak, by nie pozwolić na tworzenie kieszeni powietrznych, jednak łopotał głośno i jak dla mnie niepokojąco. Porywy trwały po kilka sekund, po których wiatr przycichał na minutę czy dwie, po czym znowu napierał. Dwadzieścia metrów nad ziemią, barierki na wysokości 80 cm, więc jakby namiot podwiało lub od nawietrznej mocowanie puściło, to taki nocny lot byłby wielce możliwy. Rzadko miewam cykora, ale wtedy minę musiałem mieć rzadką. 

Jednak tak leżąc, analizowałem siłę i częstotliwość porywów, ich narastanie czy też słabnięcie z czasem, określane też siłą i odgłosami trzepotania powłoki namiotu. Przy okazji stwierdziłem przewiewanie zamka i oczywiście wentylacji, przy czym zamek od namiotu i od śpiwora miałem od nawietrznej (lekko po skosie od tyłu), więc i śpiwór był lekko od zamka przewiewany. Ale to mnie nie dziwiło przy takim wietrze...! Gdy już stwierdziłem, że namiot wytrzymuje najmocniejsze porywy wichury, a ta nieco słabnie (?), to może zasnę. No i udało mi się pogadać z Morfeuszem najpierw przez jakieś pół godziny, a nad ranem nawet ze dwie. 

Gdy się obudziłem o wschodzie słońca, nadal nieźle wiało, ale odważyłem się otworzyć namiot i spojrzeć na wschód. Słońce jednak kryło się jeszcze za gęstą zasłoną porannych chmur, więc spektakularnej eksplozji pomarańczowej kuli nie było... Dopiero po kolejnej, znacznie spokojniejszej drzemce, udało mi się na wschodzie, nad porannymi mgłami, wypatrzyć mały, pomarańczowy, nieśmiało świecący punkt, którym według wszelkiego prawdopodobieństwa, było słońce!


Niezbyt wyspany, zafundowałem sobie kolejną drzemkę, jako że nigdzie mi się nie spieszyło. Po ostatecznej pobudce uwieczniłem poranne krajobrazy i mój schron, wzorowo opierający się nocnej wichurze.






Zapomniałem tylko strzelić fotę z ziemi z namiotem na wieży, ale tak fajną przygodę może jeszcze powtórzę, to i o focie się pomyśli... Nadszedł już czas śniadania, tak więc po wieczornej owsiance, hitem kulinarnym był poranny kuskus z widokiem na góry.


Wczorajsi gospodarze z radością stwierdzili, że dziki mnie nie zjadły, a gdy dowiedzieli się gdzie spałem, zdziwili się, że nie miałem nocnego szybowania. Very funny...


Zwinąłem się sprawnie, ucieszyłem się, że są na miejscu worki na śmieci (których prawie nie generuję) i po raz ostatni spojrzałem na mój czteropiętrowy hotel, a nieco niżej, w połowie polany, pokłoniłem się Najświętszej Panience przy kaplicy pełniącej rolę kościoła terenowego.



Jeszcze nie zacząłem dobrze zjeżdżać, licząc na leśną zniszczoną drogę, a tu natknąłem się na nówkę sztukę nieśmiganą betonówkę, jeszcze nawet niedokończoną i nie dopuszczoną do użytku dla większych pojazdów.


Z góry śmigało się szybko i sprawnie, tak, że po kilkunastu minutach (z postojami na foty) minąłem Stańkową i Żbikowice.


Bez zbędnych opóźnień dotarłem do Krosnej, gdzie minąłem stary kościółek i nowy kościół, skąd niedaleko było do częściej rowerowanych przeze mnie okolic.


Poruszałem się też różnymi szlakami...

... ...

Dobrze, że zaopatrzyłem się w stosowne mapy, bo na odcinkach, których jeszcze nie pokonywałem, trasy w terenie w przeciwieństwie do map, nie były oznakowane.




Zajrzałem jeszcze do Bacówki w Iwkowej, gdzie mam konny punkt wypadowy.



Z Bacówki już niedaleko było do kaplicy św. Urbana, skąd regularnie czerpię doskonałą wodę źródlaną.



Stamtąd już tylko kilkanaście minut do ostatniego już opuszczenia lasu, by drogami polnymi i na koniec asfaltem, dojechać do Lipnicy Murowanej.





W ten oto sposób zafundowałem sobie jedną z wielu moich włóczęg rowerowych. Niedalekich, niedługich, niedrogich. Przejechałem zaledwie 72 km w dwa dni, choć teren był dość wymagający, przynajmniej jak na moją leniwą naturę. Były nowe szlaki, smak przygody, przepiękne widoki, świetna pogoda...

Już myślę, jak by tu po niedzieli śmignąć w złocące (słocące?) się Bieszczady. Odwiedzić kolejny raz Bukowe Berdo, Worek Bieszczadzki i obowiązkowo jakiś jeszcze nie przedeptany szlak. Żeby tylko nie lało, bo moje stareńkie buty (Alvika Quest), już dawno domagają się emerytury, a na następców jakby funduszy brak. Ale co mi tam jak tylko będę miał z kim pojechać (transport), to pojadę. Przygoda wzywa, a owsianki zapas jeszcze mam.

Bo owsianka ma wolności smak...

Gratulacje dla wytrwałych którzy dotrwali do końca.



-

1 komentarz:

  1. Jeśli wybieracie się na jakiś wakacyjny wyjazd, warto przejrzeć garderobę czy coś nowego przypadkiem by się nie przydało. Zawsze bardzo ważne są buty, muszą być przede wszystkim wygodne. Takie sportowe https://butymodne.pl/sportowe-meskie-c257929.html będą moim zdaniem najbardziej odpowiednie. Będę właśnie mężowi zamawiać, może też sobie przy okazji.

    OdpowiedzUsuń