Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 25 listopada 2013

Skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar

-

Czternaście miesięcy temu opisałem swoje wrażenia z użytkowania pierwszej pary skarpet firmy Fjord Nansen - modelu Hike Kevlar - http://ginvilla.blogspot.com/2012/09/skarpety-fjord-nansen-hike-kevlar.html


Rok temu, dzięki firmie Szanti, a szczególnie dzięki pani Hannie Arendt, stałem się posiadaczem kolejnego modelu skarpet od Fjord Nansen -
modelu Trek Kevlar.

Skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar - nówki sztuki nieśmigane :-)



FN Trek Kevlar po rozpakowaniu.



Wędrując beskidzkimi szlakami, w roku 2012 przeszedłem między innymi dwustukilometrowy odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego, a w roku 2013 zamierzałem pokonać pozostałe trzysta kilometrów.
Wybór wyposażenia był oparty na doświadczeniu i drobiazgowych analizach potrzeb i możliwości. Zakładałem, że to z czym wyruszę, musi być na tyle dobre, by dotrwało do końca wędrówki i nie wymagało wymiany, choćby z powodu złego doboru elementu.

Skarpet do chodzenia zabrałem dwie pary Fjord Nansen - jedną Hike Kevlar i jedną Trek Kevlar. Dodatkowo w rezerwie znalazła się para bawełnianych skarpet do spania.

 FN Hike Kevlar (po lewej) i FN Trek Kevlar (po prawej)



Pudło z wyposażeniem na GSB. Skarpety poniżej apteczki, pod kompasem.



Aby mieć dobrą skalę porównawczą, na szlak wyruszyłem w znanych mi już modelach Hike. Te wygodne i trwałe skarpety, doskonale sprawdziły się przy małych i średnich obciążeniach w lecie.
Jak więc spiszą się ich mocniejsze wersje...?

Na początek nieco opisu.

Co powie producent...




Waga zgodna z oczekiwaniami.



Już z etykiety widać, że mamy do czynienia z nieco ponadstandardową skarpetą trekkingową. Wzmocniona włóknami kevlarowymi, lekko elastyczna
z dobrze zaprojektowanymi strefami odpowiedzialnymi za chłodzenie (coolmax), ściągającymi (lycra) i dopasowującymi na śródstopiu, w parze
z doborem surowców - wełny merynosów i poliakrylem, z płaskimi szwami i rozsądną wagą, powinna być wręcz idealną skarpetą na wielodniowe wędrówki
z plecakiem. Ale czy etykietka mówi prawdę...? Zdecydowanie TAK!

Główny Szlak Beskidzki - Runek. 



Treki wchodzą do akcji :-)



Wzorowo opinają się na stopie.


Po kilkudziesięciu kilometrach które przeszedłem w Hike'ach, czas było założyć Treki. Pierwsze wrażenie to grubość i miękkość na stopie,
a wygoda i dopasowanie w bucie.

GSB - baza w Regetowie.

 

GSB - Magurski Park Narodowy.


Po kilkunastu kilometrach, cały czas komfort stopy jest odczuwalny. Stopa, skarpeta i but (Adidas AX1 Mid GTX) to prawie jeden organizm. Na zewnątrz gorąco, na szlaku mokro, a w bucie wygodnie, sucho i bez zmęczenia. Kilometry mijają, a ja jestem coraz bardziej zachwycony. Gdyby nie błota szlaków Beskidu Niskiego, zapomniałbym całkowicie o tym co się dzieje pode mną.

Po dotarciu do Przełęczy Hałbowskiej po całym dniu marszu, wilgotne skarpety wędrują w pobliże ogniska - do wysuszenia. Od zabłąkanego języka ognia przytopił się ściągacz, ale nadal działa. :-)

GSB - Przełącz Hałbowska. Suszymy buty, wkładki i skarpety.


Kolejne dnie, to już nieodłączne Trek Kevlar na stopach. Dookoła wszechobecna wilgoć pod postacią błota, kałuż, mokrej trawy, a z nieba leci woda
w każdym kalibrze.
Tu objawia się jedyna właściwie przypadłość Treków, - nieco długo schną, ale w wilgotnych warunkach wszystko jest wilgotne, więc czemu w tym przypadku miałoby być inaczej...

Kolejne dni, to podsuszanie skarpet każdym dostępnym sposobem. Po burzy z piorunami i ulewnym deszczem, jaka przeszła nad Chyrową w nocy,
na drugi dzień, wobec wizji błota, kałuż i mokradeł, by zapewnić sobie jako-taką suchość stóp, stosuję stary patent włóczęgów. Na skarpety naciągam reklamówki, wywijam ściągacze by zabezpieczyć folię i wsuwam do mokrych butów.

GSB - Chyrowa. Skarpeta z reklamówką - patent na suchą stopę na mokradłach.


Niedosuszone Treki dzięki swojej grubości i sprężystości w takim "futerale" o dziwo, jeszcze oddychają i podsychają! W połowie dnia zdejmuję reklamówki, ale choć skarpety łapią drugi oddech, to momentalnie namakają od doszczętnie przemoczonych butów. Wieczorem sprawdzam zapachy - wilgoć i zapach leśno-błotny, ale tzw. "zapachów wtórnych" brak.

Przez noc Trekom nie udaje się doschnąć, więc troczę je na zewnątrz plecaka, a na stopy zakładam suche Hike. Suche nie na długo... Za Iwoniczem błoto wszędzie, mokro wszędzie (co to będzie, co to będzie...), a za Rymanowem mokra łąka i błoto leśne załatwią wszystko za wyjątkiem gumowców.
Na szczęście od Iwonicza nie leje, więc może Treki na plecaku podeschną...

GSB - Puławy Górne. Przenośna suszarka skarpet ;-)


Do wiaty pod Tokarnią dochodzę cały mokry do pasa, a na zewnątrz mżawka i nieciekawe prognozy na dzień następny.

Nazajutrz rano na zewnątrz mżawka klejąca się do wszystkiego, a moje dwie pary skarpet mocno wilgotne.
Wyciągam bawełniane cienkie skarpetki do spania, na to cienkie foliowe worki, na to Treki i buty. Było tak wilgotno, że nawet nie wyciągałem aparatu fotograficznego...

Do Komańczy dochodzę już tak mokry, że wszystko mi obojętne, ale patent z folią uratował mi stopy. Treki nie rozciągnęły się od wilgoci i bardzo dobrze utrzymywały stopę w bucie. Co prawda zaczęły łapać nieciekawy zapach, ale po kilku dniach w błocie i wilgoci i tak było dobrze.

Dokładna przepierka w ciepłej wodzie z płynem do prania i normalne suszenie, przywróciły Trekom i Hikom dawną świetność. Bieszczadzkie odcinki GSB w dobrej, słonecznej pogodzie, pokonywałem już w pełnym komforcie właśnie w Trekach. Sto kilometrów w trzy dni z plecakiem, nie zrobiły na nich żadnego wrażenia, a na mnie jak najbardziej pozytywne. Do końca Głównego Szlaku Beskidzkiego w Wołosatem doszedłem z takim rozpędem, że aż żal było się zatrzymywać.

Koniec GSB w Wołosatem. Na stopach skarpety FN Trek Kevlar.


Dobrze się szło, więc z rozpędu przeszedłem się jeszcze do Ustrzyk Górnych, skąd już wracałem autobusem w domowe strony.

Przed wyruszeniem na GSB, skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar rozchodziłem przez trzy dni, jedynie by je zweryfikować wstępnie i rozruszać na pierwszą przepierkę.

Po tym, jak doskonale spisały się na czerwonym szlaku, zabierałem je na wszelkie inne wędrówki - i te jednodniowe i te kilkudniowe po Beskidzie Wyspowym.

Beskid Wyspowy - Polana Wały. Skarpety mają kilkaset km. przebiegu - wciąż jak nowe!


Przy tych wędrówkach miałem już dobrą, słoneczną pogodę, a szlak suchy. W takich warunkach Treki spisywały się znakomicie, cały czas zachowując się jak nowe. Do późnej jesieni zrobiłem w nich ponad 500 kilometrów, - całość z plecakiem o wadze od 4 do 11 kg. Na krótkie dystanse zakładałem inne skarpety, by Treki oszczędzić na wymagające wędrówki, bo do takich znakomicie się nadają.

Skarpety przeszły połowę GSB w Beskidzie Sądeckim, Niskim i w Bieszczadach, a dodatkowo Babią Górę i kilkanaście szczytów w Beskidzie Śląskim, Małym, Makowskim i Wyspowym. Wędrowały też po Pogórzu Wielickim, a Wiśnicko-Lipnicki Park Krajobrazowy znają na pamięć. :)




Moje spostrzeżenia.

Skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar są zaprojektowane w sposób przemyślany i starannie wykonane.
Oglądając skarpetę, zawsze wywracam ją na lewą stronę, gdzie dobrze widać to, co będzie miało kontakt ze stopą i w istotny sposób wpłynie na jej komfort.

FN Trek Kevlar po pięciu dniach używania. Widoczna strona wewnętrzna.



FN Trek Kevlar po niemal roku używania. Widoczna strona wewnętrzna i zewnętrzna.



Tak z zewnątrz jak i wewnątrz widać wszystkie elementy opisane na etykietce.
Po roku użytkowania skarpety nadal prezentują się niemal jak nowe, a drobne zmechacenia są mniej intensywne niż u innych.

Kevlarowe włókna wyraźnie wzmacniają konstrukcję na piętach i na palcach, gdzie jeszcze nie widać śladów przetarcia, choć w Columbiach równie intensywnie przeze mnie używanych, przed dużym paluchem pojawiła się już "plama" na wylot. Muszę uczciwie dodać, że w celu przedłużenia skarpetom żywota, dbałem o regularne przycinanie paznokci u stóp.

Bardzo dobrze spisywały się ściągacze, wzorowo utrzymując stopę i łydkę. Mięsisty spód dawał komfortowe dopasowanie do wkładki buta, dodatkowo tłumiąc nacisk i wstrząsy, a wierzchni panel z Coolmaxu, sprawnie odprowadzał nadmiar wilgoci i gorąca. Zapewne na odczucie komfortu i mniejszą wrażliwość na zapachy miała też obecność wełny z merynosów, bo takie ma deklarowane cechy, które dają się po wielodniowych wędrówkach łatwo zaobserwować.

Stosunkowo długa skarpeta ma też zalety na suchych szlakach, bo wysoko naciągnięte, skutecznie zapobiegają wsypywaniu się piachu, kamyczków czy innych śmieci. Z drugiej strony współdziałające z nimi buty Adidasa, wprost są "łapką na śmieci" ;-)

Wysokie skarpety zabezpieczają stopy przed dostawaniem się śmieci.



Istotną cechą tego modelu, jest jego dopasowanie rozmiarowe. Dzięki zastosowaniu przedziałów wielkościowych, można dobrać właściwy rozmiar.


FN Trek Kevlar produkowane są w przedziałach rozmiarowych.


Ważne też, że skarpety prane zgodnie z instrukcją, nie zbiegają się i niezmiennie utrzymują swój rozmiar i kształt. To ważne, bo nie każdy producent może się taką cechą pochwalić.

W sprzyjających warunkach, skarpety Trek Kevlar są bardzo dobrym wyborem. Od wiosny do jesieni są dla mnie właściwie idealne, używam ich więc często i chętnie.

W warunkach długotrwałej wilgoci na wielodniowych wędrówkach, trzeba mieć świadomość, że "uzbrojenie" Treków w bogatą opcję konstrukcyjną, ma przełożenie na ich czas schnięcia. To jednak jedyna cecha, która wymaga wzięcia pod uwagę przy deszczowych prognozach. W innych warunkach możemy po prostu założyć je na stopy, obuć i z przyjemnością wędrować, skupiając się na pięknych okolicach.
Jeśli bowiem buty będą tej klasy co skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar, to stopy będą w siódmym niebie, a my - z głową w chmurach. :-)
Ja zwracam jeszcze należytą uwagę na sznurowanie butów, by wystarczająco ustabilizować stopę, a jednocześnie pozwolić skarpetom oddychać.

-

Przez cały czas posiadania skarpet z wyrazem Kevlar w nazwie, natrętnie przychodził mi do głowy pomysł wykonania testu kuloodporności tegoż elementu wyposażenia. Wszak z Kevlaru konstruowało się między innymi kamizelki kuloodporne!

Z uwagi na zalety Treków, nie mogłem pozwolić sobie na pełny test kuloodporności, wykonałem go zatem w minimalnym zakresie.
Autorytatywnie więc ogłaszam, iż skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar przeszły test odporności na kule bez najmniejszego uszczerbku. :)
Leżały na nich kule różnych kalibrów, jak i kule ortopedyczne... ;-)


FN Trek Kevlar - skarpety kulo ;-) odporne :D


...ale korzystającym z Treków, te ostatnie nie będą zapewne nigdy potrzebne! :)


W ramach rekomendacji dodam, że mam zamiar dokupić jeszcze dwie pary skarpet Trek Kevlar.
Bo są bardzo dobre!


-

czwartek, 3 października 2013

Śpiwór który nie jest śpiworem, czyli - Qumulus Quilt 250 - test 03

-
Cumulus Quilt. Wersja 250. Codename: "Prognozy: Ciepła Noc" ;-)

Brzmi to prawie jak nazwa operacji służb specjalnych z książek bądź filmów sensacyjnych.
Jednak Quilt 250 to rzeczywiście ciepłe noce.

Przespałem w tym śpiworze już kilkadziesiąt nocy. W domu, na balkonie, pod gołym niebem, w wiacie, pod namiotem, w schronisku. Temperatury od 20°C do 5°C. Sucho, poranna rosa, ale raz i lekki deszczyk bez dachu nad głową :-)
Pod spodem - karimaty, samopompy, dodatkowo folia dachowa. Ubranie - same slipki, czasem koszulka i skarpety.

Werdykt - jak w "prognozie" - ciepła noc!

Cumulus stworzył bardzo ciekawą, ale też i kontrowersyjną konstrukcję śpiwora, który nie jest śpiworem.
Po wielu nocach - ciepłych nocach - spędzonych w Quilcie, mam już skrystalizowane zdanie o nim.

Gdy firma Cumulus przekazała mi Quilta 250 do testów, miałem wiele wątpliwości i postawiłem sobie wiele pytań. W końcu nie jest to klasyczny śpiwór, jakich mam kilka, ale konstrukcja dla bardzo świadomego użytkownika, na bardzo określone warunki.
Użycie materiału Pertex Quantum - bardzo lekkiego poszycia, dało niską wagę w połączeniu z lekkością puchu, jednakże za każdym razem gdy pakuję śpiwór, znajduję dwa - trzy piórka wydostające się z wnętrza.









Nie jest to żaden problem, a wręcz norma. Takich przepakowań musiałoby być naprawdę dużo, by utrata puchu stała się zauważalna.

Nieco obaw budzi we mnie zauważone od pierwszego rozpakowania, wysnuwanie się nitek z brzegów Pertexu spod lamówek.



 
To taki brak staranności na linii produkcyjnej, ale liczę, że to snucie nie będzie postępować, tym bardziej, że przycinam te "frędzelki" co jakiś czas.

Cała reszta, to już plusy. Po wielu użyciach w najróżniejszych warunkach, śpiwór nadal wygląda i zachowuje się jak nowy. Mam czasem tylko wrażenie, że jakby wolniej nabiera loftu (grubości powodowanej rozprężaniem się puchu), no ale częste kompresowanie robi swoje. Łatwo temu zaradzić, trzymając śpiwór rozpakowany, by puch był jak najdłużej rozprężony, a jeśli się go do transportu kompresuje, to po wyjęciu, a przed użyciem - przetrzepać, pomagając tym samym puchowi na szybsze powrócenie do swej naturalnej, rozprężonej formy.

Od czasu poprzedniej relacji, kilkakrotnie wysypiałem się w Quilcie, a na zdjęciach z wiaty (obok Bacówki w Jamnej), widać jak na samopompie Karrimora (chyba podróbce...), Quilt pięknie nabiera loftu, co szczególnie widać w nogach, ale i na całej objętości też.





Z wszystkich nocy spędzonych ciepło w Quilcie, mam podstawowe zalecenie - trzeba używać go ZAWSZE z ciasno podpiętym spodem - karimatą, matą samopompującą, materacem. Wtedy uszczelnienie wycięcia plecowego jest dobre i śpiwór spełnia przewidziane przez konstruktora i producenta funkcje.


Zbudowałem też ciąg filozofii zastosowań oraz zestaw sytuacji do unikania.


Filozofia zastosowań.

Quilt jest śpiworem, którego nadrzędnym celem jest jego niska waga. Dla wyznawców doktryny Light & Fast (lekko i szybko), jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Kierując się ideą L&F, podpinana mata powinna także być najlżejsza. Z dostępnych na rynku - nie wnikając w marki - są maty (karimaty) o wadze 180-190g. dla pełnej długości. Ekstremiści minimalizmu mogą użyć maty 3/4, co w zastosowaniach letnich, do jakich seria Quilt jest przewidziana, ma jak najbardziej sens. Tak spreparowana mata nie powinna przekroczyć masy 140g.
Dla ceniących większy komfort, choć nadal dbających o niską wagę bagażu i niewielkie gabaryty, z powodzeniem można stosować materacyk dmuchany, jak i matę samopompującą - pełnej długości, bądź skróconą - 3/4.
Jako, że Quilt jest skonstruowany do współdziałania z matą, a jego uszczelnienie polega na stabilizowaniu do tejże za pomocą dwóch pętli gumosznurka, najlepiej ułożyć się leżąc na plecach i w takiej pozycji zasypiając, dotrwać do rana. W tej konfiguracji uszczelnienie jest nienaruszone.
Ale co zrobić, jeśli wolimy spać na boku bądź na brzuchu...?
Ano najlepiej jest przyjąć ulubioną pozycję przed zaśnięciem i przewracając się dopilnować, by śpiwór nie odstawał od maty.

Sytuacje do unikania.

Quilt w łóżku. Wędrując przez dłuższy czas, może się zdarzyć możliwość nocowania nie tylko pod namiotem czy pod wiatą, ale i w schronisku lub kwaterze prywatnej, gdzie będzie do dyspozycji łóżko z materacem. Co wtedy?
Pomijam możliwość rezygnacji z łóżka i spanie na podłodze. Ale czy kłaść Quilta na materacu łóżkowym bez przymocowania, czy dodać swoją matę...? Mam na to swoje rozwiązanie. Przyjmując, że jest to pora letnia, temperatura w środku jest wystarczająco komfortowa, - zaciągamy pętle mocujące tak, by śpiwór wyglądał jak ściągnięty sznurówkami. Nie będzie szczelny jak zamknięty klasyczny śpiwór, ale być może takie rozwiązanie okaże się akceptowalne. Nie zawsze bowiem mata będzie na tyle czysta, by położyć ją na łóżkowym materacu. Dlatego też, dla osób przewidujących noclegi na łóżku, zalecam zastanowienie się, czy zamiast Quilta nie zabrać klasyczny, lekki śpiwór.

Kołdra. Konstrukcja Quilta pozbawiona jest zamka, a zatem nie ma możliwości szybkiego przekształcenia konstrukcji w namiastkę kołdry.

Wkład combo. Mając inny śpiwór - syntetyczny czy też puchowy, można poprawić komfort termiczny, przez włożenie jednego śpiwora w drugi. Jakkolwiek technicznie jest możliwe, by Quilt był wkładką czy nawet otuliną, to jednak mocno bym się zastanawiał nad taką kombinacją. Stosuje się ją mianowicie w niskich temperaturach, kiedy popełnianie kompromisów należy zminimalizować, czy wręcz unikać. Zatem o ile lekka strata ciepła w lecie jest jeszcze akceptowalna, o tyle mostki termiczne w zimie bywają bardzo dokuczliwe.

Wiercipięta. Każdy wędrowiec to swoisty wiercipięta. Nie usiedzi długo w miejscu, jest żywy, ruchliwy i ma sporo energii. Ale co we śnie...? Przewracanie się z boku na bok, z pleców na brzuch w Quilcie, niewątpliwie spowoduje rozszczelnienie zestawu śpiwór-mata. W przypadku notorycznie przewracających się, może - mimo mocowania - tak przesunąć górę względem dołu, że część ciała będzie odsłonięta przez wycięcie będące normalnie u dołu. Ja właśnie w nocy się wiercę, ale nauczyłem się to czynić "bezinwazyjnie". Tym niemniej kilka razy odczuwałem prześwit między śpiworem a matą. Na porę wiosenną bądź jesienną, wiercipiętom Quilta nie polecam.

Ubranie. Linki i zapięcie w Quilcie, to potencjalne źródło zahaczeń o guziki, haftki, czy inne tego rodzaju elementy garderoby zakładanej w celu poprawienia termiki w chłodniejsze noce. Zwłaszcza u wiercipięty...

Gorąco. Ja sypiam długo. Poranne czerwcowe słońce świeci już od wpół do piątej nad ranem, a grzeje niedługo później. W małym namiocie robi się konkretny piekarnik, a chciałoby się jeszcze pospać... Niestety - nie ma zamka - nie można rozpiąć śpiwora. Na szczęście można rozpiąć kołnierz, a kolano wysunąć przez rozcięcie. Na tropiki może lepiej i o tym pomyśleć.

Zimno. Komfort termiczny miałem jeszcze w temperaturze 5°C. Jakkolwiek Q250 jest porównywany do LL300, to jednak nie da się go bardzo szczelnie zaciągnąć, by osiągnąć komfort osiągany w LiteLine 300.
Ponadto, ja jestem zmarzluchem, więc i tak wspomniane 5°C jest dla mnie bardzo dobrym wynikiem, zwłaszcza, że się wiercę (choć wtedy ułożyłem się na brzuchu i starałem się nie kręcić).
Skoro jest to śpiwór letni, to w zależności od wrażliwości indywidualnej, komfort w granicach 1-7°C jest w sam raz. Poniżej zera, Cumulus oferuje szeroką gamę innych modeli.



Niniejszym opisem zamykam przemyślenia z sezonu letniego. Jesienne biwaki i noclegi schroniskowe, dadzą jeszcze szanse Quiltowi do wykazania się samodzielnego, bądź jako combo, gdyż typowo zimowego śpiwora nie posiadam.

Każdemu, kto dba o lekkość outdoorowego bytu bez utraty komfortu, a nie oczekuje od śpiwora maksymalnej uniwersalności, Quilta mogę z pełnym przekonaniem polecić.
Opisałem jego konstrukcję, wywiedzione z empirycznego poznania, najważniejsze "za" i "przeciw", określiłem też przybliżony komfort termiczny. Poza jednym drobiazgiem, wykonanie Quilta jest bardzo staranne i wymagający użytkownicy nie powinni mieć zastrzeżeń.
Przemyślenia co do drobnych modyfikacji przekażę producentowi, być może seria Quilt na tym zyska na funkcjonalności, choć już teraz można uznać konstrukcję za dojrzałą, przemyślaną i godną polecenia świadomemu użytkownikowi.





-

sobota, 7 września 2013

Główny Szlak Beskidzki - Zaopatrzenie

ZAOPATRZENIE


Całe pasmo Beskidów ciągnące się wzdłuż GSB (a właściwie odwrotnie) jest gęsto znaczone cywilizacją. W zasadzie co jeden dzień drogi znajdziemy schronisko, a często więcej, plus kwatery prywatne. Do tego sklepy spożywcze najrzadziej co dwa dni.

Od Ustronia, najbliższy sklep jest na Przełęczy Kubalonka, a po drodze kilka obiektów turystycznych - kiosk - bufet na Czantorii, dwa schroniska - Soszów i Stożek oraz nie identyfikowane przeze mnie przynajmniej dwa obiekty udostępnione dla ruchu turystycznego.
Za Kubalonką jest prywatne schronisko na Stecówce, ale sklepu w najbliższej okolicy brak. Dalej mamy dopiero schronisko Przysłup pod Baranią Górą, a po zejściu Węgierska Górka i obfitość sklepów aż do Żabnicy. Od tego momentu jest długi odcinek bez sklepów, ale jest sporo obiektów turystycznych - Stacja Turystyczna Abrahamów, Stacja Słowianka, Schronisko Rysianka, Schronisko Hala Miziowa, na Przełęczy Glinne mikro kiosk spożywczy, baza namiotowa Głuchaczki w wakacje, schronisko Markowe Szczawiny, na Krowiarkach (Przełęcz Lipnicka) w wakacje bywa przewoźny bufet, potem długa posucha do schroniska na Hali Krupowej i znowu kilka kilometrów zejścia do Bystrej Podhalańskiej, gdzie wita nas sklep wielkopowierzchniowy. Niewiele dalej Jordanów.

U progu Gorców Rabka, gdzie w sklepie Adaś znowu trzeba zrobić zaopatrzenie, bo aż do Krościenka nad Dunajcem nie będzie sklepów, a tylko schroniska na Maciejowej, na Starych Wierchach, na Turbaczu, agroturystyka przed Przełęczą Knurowską, Stacja Turystyczna PP Chrobaków w Studzionkach (polecam!) i stąd dłuższy odcinek przez wakacyjną bazę namiotową na Lubaniu do Krościenka, gdzie mamy obfitość zaopatrzenia.

Beskid Sądecki obfituje w pasma grzbietowe, więc za pobliskim schroniskiem na Przehybie, na następny punkt można obrać chatkę na Niemcowej (Trześniowy Groń, nieco poza GSB), potem Chata Kordowiec, po czym schodzimy do Rytra z dwoma sklepami przy szlaku. Po przekroczeniu Popradu trafimy na prywatne schronisko Cyrla, skąd grzbietem dojdziemy do schroniska na Hali Łabowskiej. Dochodząc do Jaworzyny Krynickiej, mamy kilka punktów gastronomicznych - schronisko, hotel i inne bufety. Sklepu brak, aż do Krynicy, gdzie schodzi się dość forsownym zboczem przez Czarny Potok.

Za Krynicą w której ostatni sklep jest tuż przed wejściem w las na Huzary, następny sklepik znajdziemy w Mochnaczce Niżnej na końcu wsi, by wędrować bez zaopatrzenia do Hańczowej, gdzie jest niewielki sklep. Tu warto odnowić zapasy, by przez opłotki Regetowa z umieszczoną poza wsią Bazą Namiotową, przejść przez Rotundę do Zdyni-Ług, gdzie przy szlaku trafimy na kolejny niewielki sklep. Beskid Niski nie rozpieszcza, a że ja sam ominąłem wieś Krzywa i Wołowiec, nie podejmę się określić jak z zaopatrzeniem przy szlaku w tych miejscowościach. Dalej dochodzi się do Bartnego z oddalonym od szlaku sklepem i nie zawsze czynnym schroniskiem, więc tu trzeba dobrze planować zaopatrzenie. Za Bartnem także brak zaopatrzenia, bo cały czas przemierzamy dzikie ostępy Magurskiego Parku Narodowego. Za to za Magurą Wątkowską, już na grzbiecie, przy szlaku jest ujęcie doskonałej wody, gdzie dobrze się "zatankować" na przejście MPN. Przełęcz Hałbowska to tylko przystanek na drodze asfaltowej, bez infrastruktury handlowej. Najbliższe dwa sklepy czekają dopiero w Kątach, gdzie trzeba się dobrze zaopatrzyć na kolejne etapy wędrówki przez Chyrową bez sklepu, a jedynie z prywatnym schroniskiem, by wędrując przez pustelnię św. Jana z Dukli (woda!) i Nową Wieś, gdzie szlak przechodzi przez drogę krajową nie napotkawszy sklepu, przejść przez Cergową, za którą jeszcze trzeba przejść kilka kilometrów do Lubatowej, gdzie natrafimy na kilka sklepów z artykułami spożywczymi. Stąd niedaleko do Iwonicza-Zdroju i następnie do Rymanowa-Zdroju, gdzie znowu trzeba odnowić zapasy. Czeka bowiem wędrówka przez Puławy Dolne i Górne, nie oferujące zaopatrzenia po drodze. Co więcej, za Puławami Górnymi jest całodniowe przejście do Komańczy, więc stanu zapasów nie należy bagatelizować i w Rymanowie rozsądnie się zaopatrzyć.

W Komańczy początkowo trafiamy na schronisko, a nieco dalej na centrum wsi z możliwością wykonania zakupów. Stąd kolejny przeskok do Cisnej przez bezludne tereny, choć można wspomnieć o barze "Dusza Jeziorek" w Duszatynie.
Cisna wita Schroniskiem pod Honem i nieco dalej sklepami w centrum miejscowości. Zważając na niezbyt staranne oznakowanie, przechodzimy przez Jasło, Okrąglik i Fereczatą do Smereka, gdzie znowu jest możliwość odnowienia zapasów.
Dalej już Połonina Wetlińska ze schroniskiem "Chatka Puchatka", zejście do Brzegów Górnych gdzie w sezonie można trafić mobilny bufet (z naciskiem na "można") i kolejna połonina - Caryńska, po zejściu z której trafiamy do Ustrzyk Górnych, w których obok Schroniska i innych kwater, funkcjonują przynajmniej dwa sklepy spożywcze. Po ostatniej pętli kończącej GSB w Wołosatem, przy znaku końca/początku szlaku, z łatwością wypatrzymy sklep spożywczy, w którym zwycięzcy zmagań z czerwonym szlakiem nie zakupią niestety szampana, tak wskazanego do uczczenia tej wiekopomnej chwili :)

Stan obiektów opisanych powyżej był aktualny w roku 2013, być może lata kolejne przyniosą zmiany - oby korzystne.

Informacje mogą nie być kompletne (a szczególnie Krzywa i Wołowiec), więc uściślenia moich informacji mile widziane :)

WODA


Woda na GSB występuje obficie w górach, w niższych partiach szlaku czasem jest krucho. Kilka razy zdarzało mi się kupować wodę, ale idąc z filtrem, można się nim posiłkować.

Od Ustronia:
Przed Równicą dwa źródła, na Czantorii dają wrzątek za darmo :), schronisko na Soszowie, na Stożku, na Przełęczy Kubalonka przy ośrodku narciarskim, w schronisku na Stecówce, na Stecówce za ostatnim domem żródło ukryte, pomiędzy Pietroszonką a Czarną Wisełką, do Czarnej Wisełki przy szlaku wpada strumyk, schronisko Przysłup pod Baranią, pod samą Baranią dwa źródła ale nieco poza szlakiem.

Węgierska Górka, Żabnica, za Żabnicą 200 m za kapliczką na drzewie z ławką i kamienną podstawą (trzeba szukać po prawej), Abrahamów, Słowianka, za Słowianką potok, w masywie Romanki dwa źródła przed Halą Wieprzską, jedno za nią (piłem), Hala Rysianka - w ścianie schroniska, w dolinie Hali Cudzichowej, Hala Miziowa schronisko, na zejściu od Miziowej do Przełęczy Glinne, na samej przełęczy nie znalazłem, godzinę dalej studnia widoczna przed domkiem letnim, Głuchaczki, Polana Mędralowa przy kolibie (super miejscówka), w masywie Babiej Góry wypływa kilka źródeł (jeśli nie kilkanaście), pod Policą, schronisko na Hali Krupowej, do Bystrej się nie rozglądałem, przed rzeką Skawą jest potok (do filtrowania), Jordanów.

Rabka, przed Maciejową, schronisko na Maciejowej, na Starych Wierchach, przed Turbaczem, schronisko na Turbaczu, dalej aż do Studzionek nie stwierdziłem, po drodze do Lubania i na Lubaniu (na zboczu), Krościenko n/Dunajcem (braliśmy kranówę w sklepie-barze przed mostem).

Na przełęczy Przysłop pytać w domach, schronisko na Przehybie, na Niemcowej, świetna woda za chatką na Poczekaju (ś.p. babci Nowakowej) a przed Kordowcem, Rytro, Chata Cyrla (bardzo przyjazna - wrzątek za darmo), dalej górą posucha (są błota na dobry filtr, ale szkoda), aż do Hali Łabowskiej. Przed Jaworzyną Krynicką woda stojąca, ale pewnie skądś napływa, ale blisko sama Jaworzyna, Czarny Potok, Krynica.

Przed i za Huzarami potoki do filtrowania, Mochnaczka Niżna, Banica, Izby, rzeka Biała - raczej dla ochłody, ale niedługo potem górski potok - woda pitna. Na zejściu ujęcie wody, Ropki, Hańczowa, przy bazie w Regetowie strumyk, za Rotundą dopiero Ług-Zdynia, za Popowymi Wierchami pobłądziliśmy, ale są wsie - Krzywa i Wołowiec. Potem bagna "Kanada" i Bartne z bacówką. Za bacówką polecam omijać bagna na szlaku. Niedaleko od przełęczy Majdan jest źródło, a za Magurą Wątkowską na Kornutach jest przy szlaku ujęcie krystalicznej wody. Dalej są cieki wątpliwej jakości, na przełęczy Hałbowskiej wody nie znalazłem, jest godzinę dalej na zejściu. W Kątach (najniższe miejsce GSB) można nabrać wody w sklepie. Do Chyrowej raczej sucho, we wsi schronisko i kilka domów. Później w Pustelni św. Jana jest źródło z świetną wodą, warto nabrać, bo przez Cergową aż do Lubatowej na samym szlaku sucho. Dalej Iwonicz Zdrój i Rymanów Zdrój, więc z wodą nie ma problemu, a dalej baza w Wisłoczku. Tu dobrze sie zatankować, bo woda później na końcu wsi Puławy Górne w gospodarstwie agroturystycznym przy szlaku, a właściwie nieco dalej gdyby iść asfaltem nie wchodząc na szlak - dom nr 20.
Przez pasmo Bukowicy z Tokarnią idziemy bez wody na szlaku, są potoki na zboczach, ale trzeba wiedzieć gdzie zejść. Na zejściu za Tokarnią w stronę Przybyszowa, na stoku jest studnia, ale zakryta, może w pobliżu coś płynie.
Przez Przybyszów przepływa strumień, ale jego czystość z pewnością wymaga filtrowania. Przed Wahalowskim Wierchem mokradła dobre dla jeleni ;-). Stąd już niedaleko do Komańczy.

W Prełukach czynna studnia, przed Jeziorkami Duszatyńskimi liczne potoki. Idąc od Chryszczatej grzbietem nie trafimy na wodę, nieco poniżej przełęczy Żebrak jest źródło, ale nie lokalizowałem. Woda na pewno w Cisnej - w schronisku Pod Honem i we wsi. Nieco poniżej Okrąglika po słowackiej stronie jest źródło - trzeba odszukać. Do Smereka raczej sucho. Po przekroczeniu rzeki, na podejściu pod Smerek, przed wyjściem z lasu trafimy na źródło z wodą pitną. Warto nabrać, bo na połoninach sucho. Schronisko Chatka Puchatka nie ma ujęcia wody, trzeba zejść nieco żółtym szlakiem. Na zejściu do Brzegów cieki nieznanej jakości. W Brzegach woda przy polu namiotowym i jedynym domu - kilkaset metrów w głąb doliny w stronę Nasicznego i Dwernika.
Podchodząc pod Caryńską, nabrałem wody w potoku i przeżyłem. :) Maleńkie źródło bije też pod samym szczytem, tuż obok szlaku, - trzeba mieć mały czerpak, bo butelki się nie da zanurzyć. Za niskim szczytem (1230) jest oznaczone źródło - nie zlokalizowałem, ale niedaleko już Ustrzyki Górne. Tu wodę nabierałem w sklepie u smutnej dziewczyny. Przez Szeroki Wierch przechodzę na sucho, bo doskonałą wodę znajdę poniżej siodła pod Tarnicą, schodząc w stronę Przełęczy Goprowskiej. Tuż nad nią (Goprowską), tuż przy szlaku nacieka w kilku miejscach woda. Powoli, ale zawsze. Na podejściu pod Halicz, niedaleko za Goprowską na trawersie Krzemienia też jest oznakowane źródło wody. Tuż za przełęczą Bukowską jest woda (po prawej), nieoznaczona na mapach Sygnatury. Stąd do Wołosatego już niedaleko, po drodze potoki do filtrowania. W Wołosatem domy i sklep, w którym na zakończenie GSB trzeba kupić duże piwo. :-)

Jeśli przy dobrych ujęciach nabierze się odpowiedni zapas wody, to na pół dnia marszu nie ma problemu. W miejscowościach nie zawsze jest ujęcie publiczne, ale można zapukać do drzwi, choć mogą nie otworzyć.
Sporo wymienionych przeze mnie ujęć górskich zapewnia wodę pitną bez filtrowania, potoki mogą coś już nieść, więc filtr nie zawadzi...
Mogłem coś pominąć, ale ja nie zużywam dużo wody, więc i w terenie szczegółowo nie poszukiwałem.

_

sobota, 31 sierpnia 2013

GSB - podziękowania

-

"Nie mieli pieniędzy, ale mieli czas..." - taką przyśpiewkę nuciłem sobie czasem, wędrując Głównym Szlakiem Beskidzkim.

Będąc bez pracy, dysponowałem wystarczającą ilością czasu, by przejść Czerwony Szlak.
Jednak braki sprzętowe i "dyskomfort finansowy" mogłyby znacząco utrudnić pokonywanie trasy, lecz Ludzie Dobrej Woli sprawili, że ta wędrówka mogła się w ogóle odbyć - i co więcej - zakończyła się z uśmiechem na twarzy!

Wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób przyłożyli swą pomocną dłoń do planu mojej wędrówki, czyniąc ją realną, z całego serca dziękuję i dedykuję im moją relację, moje fotografie i zapewniam o swej wdzięczności.

Szczególnie dziękuję zaś:

  • Firmie Alp, a szczególnie panu Pawłowi (zgodnie z prośbą, nie napiszę wprost za co),
  • Firmie Szanti, a szczególnie pani Hanusi - za przekazanie do testów dwóch par świetnych skarpet Fjord Nansen,
  • Firmie Cumulus - za przekazanie do testów śpiwora Quilt 250,
  • Firmie Arten - za przekazanie folii Tyvek Soft na płachtę pod namiot,
  • Koledze Wawrzynowi - za wsad żarełka i latarkę,
  • Koleżance Anuś Anuś - za wspieranie zupami i daktylami,
  • Firmie Jura z Rajbrotu - za przekazanie zapasu świetnego makaronu,
  • Mojej rodzinie - za wsparcie finansowe i duchowe.

Dziękuję także wszystkim, którzy okazywali mi w trakcie wędrówki swą pomoc, podwożąc i odwożąc na punktach krańcowych, za udzielane zniżki i rabaty, za przechowanie sprzętu, za wszelkie rady i każde dobre słowo. Spotkać na szlaku ludzi - to oczywistość, spotkać Człowieka - to duża rzecz!



Dziękuję!




-

piątek, 30 sierpnia 2013

GSB - Podsumowanie

-

Przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego to nie tylko trasa i wędrowiec. To także bagaż, - nie tylko ten niesiony na plecach, ale i bagaż doświadczeń, to istotne punkty trasy, - czy to pomocne, czy też uciążliwe, złe oznakowania lub nawet ich brak, to także właściwy dobór wyposażenia, miejsca noclegowe, zaopatrzenie, źródła wody.
Zacznę od wyposażenia, bo na ten element wędrówki miałem największy wpływ i jest on najbardziej modyfikowalny.

Wędrowałem w czerwcu i lipcu, więc w miesiącach letnich, ciepłych, ale i deszczowych. Dzień był długi, sprzyjający maszerowaniu z maksymalnym wykorzystaniem doby i wystarczającym nocnym odpoczynkiem.


Zdecydowanymi faworytami mojej wędrówki były elementy, które wymienię ex equo:
 
  • Plecak Osprey Exos 34 - lekki (910g) i bardzo wygodny. Do wagi całkowitej 9-10 kg - komfortowy, przy obciążeniu 10-13 kg tracił na wygodzie. W rozmiarze "S" ma pojemność 32 litry, ale jest tak pakowny, że zdaje się być większy. Boczne kieszenie doskonale zaprojektowane, - jedna mieściła namiot, w drugiej napoje. Po starannym dopasowaniu i obciążeniu do 9 kg, układał się wprost idealnie! 


  • Namiot Coleman Rigel X2 - bardzo lekki (980g). Pomimo zauważalnej kondensacji wewnątrz w wilgotniejsze dni, jego waga
    i odporność na czynniki zewnętrzne stawia go w mojej ocenie na najwyższym miejscu. Na wszelki wypadek wymieniłem szpilki na dłuższe. 

  • Kijki trekkingowe Fizan Compact - lekkie (158g /szt) i krótkie po złożeniu. Raz rozłożone na początku wędrówki, wytrzymały bez składania się pod znacznym nieraz obciążeniem, nie wygięły się zablokowane między kamieniami i korzeniami. Wygodny chwyt z pianki
    i paski które się nie luzują. 

  • Podkoszulek Domyos - rewelacja! Przy wadze 140g może nienajlżejszy, ale za to niesamowicie wytrzymały i wygodny. Cały szlak przeszedłem tylko w nim, piorąc go na bieżąco. Zero śladów zużycia. Po pół roku od zakupu chciałem kupić drugi taki sam, ale to już całkiem inna rzecz, prawie w niczym nie podobny do poprzednika, choć teoretycznie taki sam... Szkoda, bo gdybym znalazł taki jak ten pierwszy, kupiłbym ich kilka i miał na lata, zważywszy na wytrzymałość. 

  • Skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar - wygoda i 67g wagi. Podobne do wersji Hike, ale nieco dłuższe, bardziej mięsiste, doskonale opinające stopę, świetnie oddychające. Poza jednym dniem, gdy po przepierce w wilgotny dzień nie doschnęły przez noc, chodziłem tylko w nich. Susząc przy ognisku lekko przytopiłem ściągacz u góry, ale nadal świetnie się spisują. Dobre do chodzenia pod obciążeniem. 

  • Bukłak Platypus Hoser 1.8l - 37g. Mieści prawie dwa litry, pełny dopasowuje się do przestrzeni w plecaku, ale pusty niemal nic nie waży i nie zajmuje miejsca po zrolowaniu / złożeniu. Odporny na wrzątek, nie zatrzymuje zapachów. Mam drugi dwulitrowy z rurką do picia - ten waży 100g w komplecie. 

  • No i mała rzecz - a cieszy - bawełniana chusta (w czaszki) - 20g. Na głowę, do ochrony karku pod czapkę w upał, polewana dla ochłody, na nadgarstek do ocierania potu, na szyję wieczorem oraz jako namiastka ręcznika przy źródełku czy strumieniu. Takie niby nic,
    a jaka użyteczna...


Były też rzeczy bardzo dobre, którym niewiele brakowało...:
 
  • Polar Quechua Forclaz 50 - 240g to trochę za dużo, ale na chłodne wieczory i jako wkład poduszkowy - jest OK. 

  • Koszulka polo jedwabna - 110g. Bez guzików byłaby jeszcze lżejsza.
    Z uwagi na zalety podkoszulki Domyos - nie wzięła udziału w walkach ;-) 

  • Klapki Kubota - 155g. Wygodne i przydatne, ale trochę za grube i za ciężkie. Na szczęście tylko "trochę"... 

  • Skarpety Fiord Nansen Hike Kevlar - 57g. Bardzo dobre, choć do cięższego plecaka preferowałem grubsze Trek Kevlar. Te za to doskonale opinają stopę - przy równie dobrych butach nie ma mowy o obtarciach czy innej niewygodzie. Niezastąpione do lekkich wędrówek.  

  • Poncho Quechua Forclaz 100 - 420g. Gdyby nie ta waga, byłby to mój ulubiony ekwipunek przeciwdeszczowy, ale i tak je lubię, bo jest w 100% nieprzemakalne, co w dłuższych wędrówkach jest kluczowe. 

  • Karimata Karrimor UL - 190g. Leciuteńka, ale przez to na ziarnku grochu cierpię "katiusze". ;-) Za to przy rozłożeniu się na gładkim terenie albo na grubszej trawie, nie jest źle. 

  • Śpiwór Cumulus LL330 Custom - 800g. Ten jest na Pertexie Microlight, więc cięższy. Na lato wystarczyłaby mi skrócona wersja LL200, oszczędzająca wagę. Na końcowy etap wędrówki miałem Cumulus Quilt 250, ale jego ocenię po pełniejszym przetestowaniu. 

  • Palnik Providus+ FM300G - 85g. Składany - zajmuje niewiele miejsca, z dorobionym patentem usztywniającym luźny przegub.
    Są lżejsze, tytanowe, ale to w sumie niezauważalna różnica. 

  • Garnek MSR Titanium Kettle (850ml) - 118g. Lekki, pojemny, ale po włożeniu średniego kartusza nie domyka się wieczko.
    A brakuje zaledwie pół centymetra...! No i brak podziałki wewnątrz. 

  • Nóż Frosts 860 - 105g. Tnie bułki jak masło, a palce jak się zagapisz... ;-) Wygodny, ostry, dobry i w kuchni i do gałęzi.
    Jakby go odchudzić i jego pochewkę, to byłby ideał. 

  • Scyzoryk Victorinox Outrider - 135g. Optymalny dobór narzędzi, ale przez to zbyt dużo waży. Gdyby go tak - tam gdzie się da - odchudzić... 

  • Czołówka Petzl Tikka XP2 (60lm) - 85g. Może nie najmocniejsza, ale daje radę. Nie boi się deszczu.


A teraz czas na to, co z chęcią bym wymienił:
 
  • Buty Adidas AX1 MID GTX - 860g. Z zalet - to niska waga. Niestety, podeszwa zbyt miękka by je mianować butami trekkingowymi. W marszu bez obciążenia lub z lekkim plecakiem (do 5kg) jeszcze zapewniają jaki-taki komfort, ale plecak od 9kg potrafi już skutecznie zniechęcić do zakładania tego obuwia. W terenie kamienistym czy skałkowym, każdy ostrzejszy lub mniejszy kamień uwiera w stopę, a nadmierna elastyczność podeszwy męczy po dłuższym marszu. Membrana Goretex chroni przed niewielkim deszczem, większy deszcz zostawia wilgoć w pozostałych materiałach buta, a na mokrą trawę nie są dobrą ochroną. Górna przelotka z tulejki metalowej, niszczy sznurówki. Klejenie podeszwy sprawia wrażenie nietrwałego i już wydaje mi się, że coś tam puszcza, - obejrzę po następnych kilkudziesięciu kilometrach...
    Na szczęście były niedrogie. 

  • Przyprawownik Primus Spice Jar - otworki do sypania przypraw są małe i łatwo się zapychają. W mniejszych przegródkach są tylko po dwa, więc można paść z głodu, zanim się nasypie grubszej przyprawy... 

  • Worki suche Quechua - zestaw trzech rozmiarów. Niedrogie, - koniec zalet... Można złożyć tylko na jedno zawinięcie, bo taka jest konstrukcja zapięcia na rzep. Jeśli worek wypełniony jest do połowy, nie da się go bardziej zrolować, jak znakomitą większość suchych worków zwijanych z klamerką. Tu połowa worka zostanie niewypełniona, a zabezpieczenie przez zamoknięciem nie jest całkowite. 

  • Łyżkonóż SeaToSummit - zostawia posmak plastiku i ma fakturę chropowatą / porowatą - niezbyt przyjemną przy kontakcie z językiem.

Pozostałe elementy wyposażenia też się spisywały, bo po pierwszym etapie nastąpiła ostrzejsza selekcja, więc dobre zostały. Były też i takie elementy, których nie używałem, ale trzeba je było zabrać "na wszelki wypadek", a to apteczka - 250g, kurtka wiatrówka - 190g, zestaw naprawczy - 90g.


No i mała dywagacja, - poszukiwania ideału ;-) - moja lista życzeń:

Poncho o wadze do 200g, całkowitej nieprzemakalności i zadowalającej trwałości.
Kurtka wiatrówka do 100g i o super małych gabarytach.
Polar lub warstwa termiczna na chłodniejsze wieczory, - do 200g.
Klapki do 90g para.
Idealny aparat fotograficzny wędrowca - do 150g.



Filozofia żywieniowa.

Wybierając się w słabiej zaopatrzone rejony, zabierałem z sobą zapas jedzenia na 1 - 2 dni i czasem dodatkowe 1,5 litra wody, poza napojami.
Jedzenie w plecaku, to owsianka-mieszanka wg mojej receptury, kuskus, zupy i cienki makaron. Do tego zestaw batonów szturmowych, Glucardiamid jako działający i bezpieczny dopalacz ;-) oraz Litorsal i Plussz Magnez to rozpuszczania w wodzie. Do tego kilka herbat ekspresowych i kilka saszetek kawy 3w1 i dodatkowy cukier. Obowiązkowo ze dwie garście daktyli i czasem jakaś mała szynka w lekkiej aluminiowej foremce. Opcjonalnie biorę też mleko zagęszczone w tubce i serki topione.
Taki pakiet jedzenia zamykał się wagowo masą 1.5 - 2.0 kg, plus dodatkowa woda w zależności od jej dostępności (lub braku dostępności) na szlaku.
W trakcie wędrówki w sklepach kupowałem zestaw wzmacniający ;-) - bułka z wędliną i żółtym serem, banany, jogurty (doskonałe lokalne były
w Bieszczadach), drożdżówki.


Sposób odżywiania.

Rano śniadanie. Ale śniadanie wędrowca różni się od posiłku "stacjonarnego". Spośród tego co napisałem wyżej, jadam niewiele, by nie obciążać żołądka.
Lepiej mi się wędruje z lekkim brzuchem niż napełnionym śmietnikiem ;-) Czasem nic więcej nie jem do wieczora, czasem wpada bułka wzmacniająca lub dwie.
Wieczorem zajadam się zupą z makaronem albo mniejszą owsianką, co daje poczucie sytości i gromadzi energię na czas snu i następny dzień.
Batoniki zwykle zjadam z braku bułki wzmacniającej, bo w ciągu dnia nie robię dłuższych przerw na przyrządzanie posiłku.
Wygląda więc na to, że nie dość, że jadam mało, to jeszcze niezbyt często. Taki rytm powoduje, że organizm wykorzystuje wszystko co dostanie, a ponadto zgromadzone zapasy. Widać to najlepiej po spadających spodniach i ogólnie odczuwanej lekkości :) Nie mam natomiast ochoty najedzenia się do syta, co jest też związane z nawadnianiem się.


Sposób nawadniania.

Nawadnianie w letnim marszu ma fundamentalne znaczenie dla kondycji organizmu. Wiele poradników i opinii, zaleca pić dużo, często, nawet przesadnie.
Ja natomiast przez lata wypracowałem sobie własną metodę, potwierdzoną dwoma podobnymi doświadczeniami.
Przed wyruszeniem w trasę wypijam trochę jakby na zapas, ale też nie za wiele. Zauważyłem, że zbyt dużo płynów w organizmie powoduje, że pocąc się, tracimy część tak potrzebnej energii. Samo pocenie się też nie jest zbyt przyjemne, zwłaszcza obfite zalewanie się i odzienia.

Idąc na letnią wędrówkę, często zabieram pół litra płynów i często się zdarza, że przynoszę picie spowrotem! Nazywam to kontrolowanym odwodnieniem. Wieczorem natomiast wlewam w siebie to, co wypociłem przez dzień, plus jeszcze dodatkowo piję bez większych ograniczeń. Odwodnienie zatem nie trwa dłużej niż 12 godzin, choć przy sporych upałach nie stronię od napojów. Preferuję dwa rodzaje tychże - Powerade, który doskonale nawilża ślinianki i jako izotonik uzupełnia elektrolity, piję także rozpuszczony Litorsal z dodatkiem tabletki magnezu. Ten ostatni napój też jest izotonikiem, ma dobry smak, ale szybciej wysusza ślinianki, więc poszukuję jeszcze czegoś, co dodane do tych dwóch składników obniży czynnik wysychania w ustach.

Oszczędne nawadnianie się stosują też brytyjskie siły specjalne, działające w cieplejszych rejonach, inaczej niż amerykanie, którzy bez Camelbaga znacznie szybciej padają.
Wysłuchałem także kiedyś audycji radiowej o człowieku, który za młodu chodził z ojcem po polskich wtedy Gorganach i był przyzwyczajany do bardzo oszczędnego picia, a wręcz do wędrowania bez uzupełniania płynów.
Przestrzegam zatem przed "terapią szokową", ale niedługi czas przyzwyczajenia, pozwoli się przystosować do takiej opcji. Jeżeli już pić, to pojedynczymi haustami, początkowo przepłukującymi usta i dokładnie nawilżającymi ślinianki, a dopiero po chwili połykanymi. Nie pić jednorazowo więcej niż trzy łyki, - każdy następny to w sumie strata płynu. O ile pierwsze łyki wchłoną się w większym stopniu, to kolejne - jako nadmiarowe - zostaną wydalone przez pocenie się lub w sposób naturalny - z moczem.

A w górach lub w innym dzikim bezwodnym terenie, gdzie nie ma możliwości szybkiego uzupełnienia napojów, racjonalne gospodarowanie płynami ma niebagatelne znaczenie. Można na postoju wyżłopać litrową butelkę po forsownym podejściu, ale tą samą ilością płynu można się wspomagać spokojnie przez cały dzień. Po powrocie z Głównego Szlaku Beskidzkiego byłem jeszcze w Beskidzie Wyspowym a później na Babiej Górze i tam, mimo większej łatwości w pozyskiwaniu napojów, oszczędzałem je z braku konieczności picia. Dla osób dużo wędrujących, wytworzenie takiego nawyku połączone z przyzwyczajeniem organizmu, jest według mnie - bardzo korzystne.

Pij tyle, ile Twój organizm potrzebuje, ale najpierw go poznaj i przyzwyczaj do mniejszych potrzeb. :-)

-

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GSB II etap, 22 dzień - Brzegi Górne - Wołosate - Ustrzyki Górne.

-


22 dzień na GSB – Brzegi Górne - Wołosate – Ustrzyki Górne - 38 km.
GSB II etap - Dzień trzynasty - 9 lipca 2013. 

Trasa: Brzegi Górne (740) – Połonina Caryńska (1297) – Ustrzyki Górne (652) – Szeroki Wierch (1268) – Przełęcz pod Tarnicą (1275) – Przełęcz Goprowska (1160) – Halicz (1333) – Rozsypaniec (1280) – Przełęcz Bukowska (1107) – Wołosate (724) – Ustrzyki Górne.

W Brzegach Górnym nie ma spektakularnych wschodów słońca, więc nie trzeba wstawać o wpół do piątej. Jednak wcześnie rano harcerze zaczęli zwijać obóz, to i ja się wcześniej zerwałem. Dzisiaj przede mną Połonina Caryńska i pętla z Ustrzyk Górnych do Wołosatego, więc jeśli dobrze zacznę, to i o czasie zakończę nie tylko dzień, ale i całą wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim, mającym swój koniec właśnie we wsi Wołosate.

 
Najpierw jednak trzeba przesuszyć namiot i śpiwór, bo z rana jeszcze wszędzie rosa, a od wilgoci na zewnątrz, w namiocie też kondensacja aż się perli.

Gospodyni pozwoliła skorzystać ze sznura na bieliznę, płotek przy ogródku także się przydał. Był więc czas i na poranną toaletę i na spokojne śniadanie.


O godzinie dziesiątej opuściłem gościnne miejsce. Brakowało może tylko większej wiaty lub choćby zadaszenia nad stolikiem, tak w razie deszczu, ale tym razem nie odczułem tego braku.




W punkcie kasowym w Berehach już sporo ludzi. Jedni na Wetlińską, inni na Caryńską. Kupiłem bilet dla zdobywców GSB, obiłem się pieczęcią, po czym ruszyłem na ostatni dzień wędrówki czerwonym szlakiem.


Wędrówkę tego dnia rozpocząłem maksymalnie lekko. Po wczorajszej kolacji i dzisiejszym śniadaniu, maksymalnie uszczupliłem zapasy, nie zabrałem też żadnego picia, choć miałem awaryjny soczek w mini-kartoniku. Jednak niemiłosiernie prażące słońce skłoniło mnie do nabrania wody w potoku i rozpuszczenia Litorsalu z tabletką Plussz Magnez.


Podejście wydawało się nie mieć końca, bo i przewyższenie ponad 500 metrów. Na ostatnich metrach podejścia, niewiele poniżej szczytu, bije źródło sącząc niewielką strużkę, ale nie potrzeba wiele czasu, by napełnić nawet sporą butelkę.







Szczyt Połoniny został opanowany przez grupę o średniej wieku dobrze przekraczającej pięćdziesiątkę, ale wszyscy byli chyba już wcześniej zaprawieni w górskich bojach, bo i wcześniej dzielnie podchodzili i na szczycie nie wykazywali oznak niezadowolenia. Brawo!




A ja pasąc oczy przepięknymi widokami przy świetnej pogodzie, wreszcie mogłem się napatrzyć na okolicę i uwiecznić na fotografiach, gdyż moje wcześniejsze wypady na połoniny odbywały się przy marnych warunkach pogodowych i niemal zerowej widoczności. Dzisiaj zaś dostałem nagrodę za tamte mizerie.




Grzbiet Caryńskiej przeszedłem w trzy kwadranse, a do Ustrzyk nawet momentami zbiegałem. Byłem zdziwiony moją dobrą kondycją, zwłaszcza kolana na które sporo narzekałem, tym razem postanowiły pójść na współpracę. O pierwszej byłem już na asfalcie w Ustrzykach, więc niezły czas!




Została ostatnia pętla, sporo czasu i dobra pogoda. Postanowiłem coś wrzucić do żołądka, by po drodze już nie zatrzymywać się na posiłek, a co więcej – nie nosić w plecaku dodatkowych dekagramów. Zafundowałem sobie dużą bułkę z wkładką wędlinowo-serową, drożdżówkę, napój energetyczny marki piwo J, a po tym okazało się, że jest jeszcze miejsce na duży jogurt. Solidnie dokarmiony, jednak bez ociężałości, ruszyłem w stronę punktu kasowego na kierunku do Szerokiego Wierchu. Bilet miałem z Brzegów, więc kolejnego nie musiałem kupować i przez to nie obiłem się pieczątką u dziewczyny z okienka, która też przestrzegła mnie, że kilka(naście?) dni wcześniej, jakiś turysta wędrując od Wołosatego już koło czwartej – piątej rano, w okolicach wiaty – szlabanu za Wołosatym, natknął się na trzy wilki, które na niego warczały. Już nie pamiętam, czy to człowiek czy zwierzęta się wycofały, ale incydent mógł niepokoić…
Podejście pod Szeroki Wierch przypominało zdobywanie Caryńskiej.


Zwłaszcza podejście od granicy lasu do cypla daje w kość, ale i ten odcinek miałem już wcześniej zaliczony, więc wiedziałem co mnie czeka. Na cypel można wejść standardowo – szlakiem, albo nielegalnym skrótem – na krechę wprost pod górę, choć tablica ze stosownym napisem przed tym przestrzega. Tablica swoje, a ścieżka jest wydeptana chyba nie przez świstaki…


Z cypla widoki jak z pocztówki „Pozdrowienia z Bieszczadów” Ustrzyki w dolinie, a za nimi Rawki po lewej, połoniny po prawej i cały album fotograficzny dookoła. Na kierunku marszu widać masyw Krzemienia, dalsze szczyty zakryte jeszcze kulminacją Szerokiego Wierchu, ale masyw Tarnicy spoziera od prawej. A chmury jak wata cukrowa, dodają tylko uroku krajobrazowi o doskonale komponują się na fotografiach. Człowieków na szlaku mimo słusznej godziny – w sumie niewiele, ale pewnie w okolicach Tarnicy będzie zagęszczenie.






Pół godziny później jestem na zejściu do Przełęczy pod Tarnicą. Patrząc na siodło nie widzę tłumów, których się spodziewałem, ot zaledwie kilku wędrowców.


Ja sam na Tarnicę nie wchodzę, zaliczyłem szczyt już nie raz, a i znaki czerwone tam nie prowadzą. Schodzę w stronę Przełęczy Goprowskiej, nad którą przy źródełku w wakacje zwykle w namiotach dyżuruje drużyna GOPR. Tym razem namiotów brak, - czyżby BdPN nie zezwolił…?




Źródełko, a właściwie kilka cieków jednak niezawodnie jest czynne, więc popijam chłodną wodę i uzupełniam zawartość butelki, bo i pogoda i tempo wymagają nawodnienia.


Za przełęczą zaczyna się spokojne podejście zboczem Krzemienia w stronę Kopy Bukowskiej. Także i na tym stoku tuż przy szlaku bije źródło, jednak moje zaopatrzenie nie zostało jeszcze naruszone. Idę dalej dobrze wydeptaną ścieżką, równie dobrze oznakowaną. Im wyżej, tym horyzont się poszerza, a widoki stają się coraz ciekawsze. Godzinę od Goprowskiej zajmuje mi dojście na Halicz, - widać efekty właściwej diety i racjonalnego nawadniania.










Z Halicza rozciągają się tak piękne widoki przy dodatkowo interesującej grze świateł i cieni modelowanej przesuwającymi się coraz ciemniejszymi chmurami, że dobrą kamerą zdjąłbym kilka interesujących ujęć. 
Ale i na sam aparat jest sporo dobrych kadrów, co staram się ująć bez zbytniej staranności i przy brakach odpowiednich szkieł, ale jak lekko to lekko…




Na Rozsypaniec pochodzę nieco wolniej, bo i najwyższy punkt już zaliczony i wnet zostanie tylko schodzenie, a od Przełęczy Bukowskiej to będzie zero atrakcji, jest więc czas na spokojne podziwianie bliższej i dalszej okolicy.


W oddali dobrze widać Pikuja i nieco bliższe połacie Ukrainy.


Połonina Bukowska obszarem niedostępnym dla wędrówki prowadzi przez widoczny nieopodal Kińczyk Bukowski, Opołonek i Piniaszkowy, do źródeł Sanu. Jest to jednak Granica Państwa, jak i samej Unii Europejskiej, więc pewnie nieprędko powstanie tu szlak tworzący pętlę przez Sianki, Beniową, Bukowiec do Tarnawy Niżnej i dalej do Mucznego, a szkoda, bo idąc na Bukowe Berdo i Krzemień, można by zamknąć bardzo ciekawą pętlę. Nawet gdyby nie pasem granicznym, za którym nota bene idzie szlak ukraiński, można by zejść z Przełęczy Bukowskiej do Bukowca przez Błękitną Aleję (zawdzięczającą swą nazwę robotnikom obalającym denaturat), ale po drodze jest ostoja żubra i niedźwiedzia – jak oświecił mnie kiedyś strażnik BdPN, więc i ta opcja nie wejdzie do realizacji. Ale dzika ścieżka jest… A trzeba pamiętać, że droga asfaltowa prowadząca z Wołosatego na Przełęcz Bukowską, miała prowadzić w ramach przyjaźni z „bratnim krajem” dalej na wschód, ale ów kraj nie przyklasnął planom płk. Doskoczyńskiego, rządzącego niepodzielnie w Mucznem i zamkniętych dla ludu okolicach łowiska z czasów wczesnego Gierka.

Masyw Rozsypańca to także wzgórek, nieco stromy na północnym zboczu, bardzo atrakcyjny jako punkt widokowo-kontemplacyjny. Kiedyś w zimie tam właśnie zamarzł mi aparat i stamtąd wykonałem dupozjazd.  


Przełęcz Bukowska. Tutaj tak naprawdę kończy się polski odcinek Głównego Szlaku Wschodniobeskidzkiego, jak nazywał się jeszcze przed wojną, prowadząc dalej na wschód, w kierunku Stocha czy wsi Kuty w Czywczynach. Stąd najchętniej ruszyłbym na dawne ziemie Macierzy, ale kto wie, - już zaczynam zbierać informacje do takiej wędrówki, więc ktokolwiek wie…




Z Przełęczy Bukowskiej od wiaty wchodzimy drogą o nawierzchni asfaltowej. Po chwili trafiamy na ostatnie źródło na szlaku i stąd już praktycznie brak atrakcji, tylko asfalt w dół i dookoła las. Można wręcz usnąć w marszu, monotonnie stawiając kroki w rytm mantry znudzonego wędrowca.




W dolinie szumią potoki, moczary wydzielają swoistą woń, a w miejscu mniej więcej wilczej konfrontacji, wyczułem mocny fetor padliny, - może wilczy żer…? Nie natknąłem się na basiora ni na waderę, jedynie w gęstych zaroślach po prawej coś hałasowało w ruchu, ale nie nawiązałem kontaktu wzrokowego. 
Niebawem minąłem stojącą nieopodal wiatę i szlaban, skąd już do Wołosatego ostatni rzut dobry beretem.




Kilka minut i przed oczami pojawia się most. Prowadzi na Ukrainę na południe do wsi Łubne, ale jest zamknięty dla ruchu – także pieszego. Tak jak i asfalt na Przełęcz Bukowską, tak i ta droga jest reliktem przeszłości.


Teraz poszczególne punkty na ostatnim odcinku szlaku następują kolejno po sobie – budki kasowe, tablica „Wołosate”, leśniczówka, cerkwisko, parking i kolejne budki kasowe, szereg domów i w centrum wsi, po prawej stronie stoi słupek z szlako wskazami i jedną ważną tabliczką: „Początek / koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego…”



Doszedłem!


Doszedłem, ale to już koniec wędrówki, koniec mojego długo realizowanego planu, koniec przygód na Czerwonym Szlaku, koniec dziennych dystansów – zamknięty ważny rozdział moich wędrówek, bagaż doświadczeń, znajomości, przyjaźni… Komplet zdjęć i początek wspomnień…
…ale teraz jest plan – przejść w sumie nieistniejący dawny szlak na Ukrainie. Jedno się kończy, drugie zaczyna…



A wiecie co? Główny Szlak Beskidzki to piękna przygoda, - polecam go z pełnym przekonaniem.
Do zobaczenia na szlaku!


-