Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 31 sierpnia 2013

GSB - podziękowania

-

"Nie mieli pieniędzy, ale mieli czas..." - taką przyśpiewkę nuciłem sobie czasem, wędrując Głównym Szlakiem Beskidzkim.

Będąc bez pracy, dysponowałem wystarczającą ilością czasu, by przejść Czerwony Szlak.
Jednak braki sprzętowe i "dyskomfort finansowy" mogłyby znacząco utrudnić pokonywanie trasy, lecz Ludzie Dobrej Woli sprawili, że ta wędrówka mogła się w ogóle odbyć - i co więcej - zakończyła się z uśmiechem na twarzy!

Wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób przyłożyli swą pomocną dłoń do planu mojej wędrówki, czyniąc ją realną, z całego serca dziękuję i dedykuję im moją relację, moje fotografie i zapewniam o swej wdzięczności.

Szczególnie dziękuję zaś:

  • Firmie Alp, a szczególnie panu Pawłowi (zgodnie z prośbą, nie napiszę wprost za co),
  • Firmie Szanti, a szczególnie pani Hanusi - za przekazanie do testów dwóch par świetnych skarpet Fjord Nansen,
  • Firmie Cumulus - za przekazanie do testów śpiwora Quilt 250,
  • Firmie Arten - za przekazanie folii Tyvek Soft na płachtę pod namiot,
  • Koledze Wawrzynowi - za wsad żarełka i latarkę,
  • Koleżance Anuś Anuś - za wspieranie zupami i daktylami,
  • Firmie Jura z Rajbrotu - za przekazanie zapasu świetnego makaronu,
  • Mojej rodzinie - za wsparcie finansowe i duchowe.

Dziękuję także wszystkim, którzy okazywali mi w trakcie wędrówki swą pomoc, podwożąc i odwożąc na punktach krańcowych, za udzielane zniżki i rabaty, za przechowanie sprzętu, za wszelkie rady i każde dobre słowo. Spotkać na szlaku ludzi - to oczywistość, spotkać Człowieka - to duża rzecz!



Dziękuję!




-

piątek, 30 sierpnia 2013

GSB - Podsumowanie

-

Przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego to nie tylko trasa i wędrowiec. To także bagaż, - nie tylko ten niesiony na plecach, ale i bagaż doświadczeń, to istotne punkty trasy, - czy to pomocne, czy też uciążliwe, złe oznakowania lub nawet ich brak, to także właściwy dobór wyposażenia, miejsca noclegowe, zaopatrzenie, źródła wody.
Zacznę od wyposażenia, bo na ten element wędrówki miałem największy wpływ i jest on najbardziej modyfikowalny.

Wędrowałem w czerwcu i lipcu, więc w miesiącach letnich, ciepłych, ale i deszczowych. Dzień był długi, sprzyjający maszerowaniu z maksymalnym wykorzystaniem doby i wystarczającym nocnym odpoczynkiem.


Zdecydowanymi faworytami mojej wędrówki były elementy, które wymienię ex equo:
 
  • Plecak Osprey Exos 34 - lekki (910g) i bardzo wygodny. Do wagi całkowitej 9-10 kg - komfortowy, przy obciążeniu 10-13 kg tracił na wygodzie. W rozmiarze "S" ma pojemność 32 litry, ale jest tak pakowny, że zdaje się być większy. Boczne kieszenie doskonale zaprojektowane, - jedna mieściła namiot, w drugiej napoje. Po starannym dopasowaniu i obciążeniu do 9 kg, układał się wprost idealnie! 


  • Namiot Coleman Rigel X2 - bardzo lekki (980g). Pomimo zauważalnej kondensacji wewnątrz w wilgotniejsze dni, jego waga
    i odporność na czynniki zewnętrzne stawia go w mojej ocenie na najwyższym miejscu. Na wszelki wypadek wymieniłem szpilki na dłuższe. 

  • Kijki trekkingowe Fizan Compact - lekkie (158g /szt) i krótkie po złożeniu. Raz rozłożone na początku wędrówki, wytrzymały bez składania się pod znacznym nieraz obciążeniem, nie wygięły się zablokowane między kamieniami i korzeniami. Wygodny chwyt z pianki
    i paski które się nie luzują. 

  • Podkoszulek Domyos - rewelacja! Przy wadze 140g może nienajlżejszy, ale za to niesamowicie wytrzymały i wygodny. Cały szlak przeszedłem tylko w nim, piorąc go na bieżąco. Zero śladów zużycia. Po pół roku od zakupu chciałem kupić drugi taki sam, ale to już całkiem inna rzecz, prawie w niczym nie podobny do poprzednika, choć teoretycznie taki sam... Szkoda, bo gdybym znalazł taki jak ten pierwszy, kupiłbym ich kilka i miał na lata, zważywszy na wytrzymałość. 

  • Skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar - wygoda i 67g wagi. Podobne do wersji Hike, ale nieco dłuższe, bardziej mięsiste, doskonale opinające stopę, świetnie oddychające. Poza jednym dniem, gdy po przepierce w wilgotny dzień nie doschnęły przez noc, chodziłem tylko w nich. Susząc przy ognisku lekko przytopiłem ściągacz u góry, ale nadal świetnie się spisują. Dobre do chodzenia pod obciążeniem. 

  • Bukłak Platypus Hoser 1.8l - 37g. Mieści prawie dwa litry, pełny dopasowuje się do przestrzeni w plecaku, ale pusty niemal nic nie waży i nie zajmuje miejsca po zrolowaniu / złożeniu. Odporny na wrzątek, nie zatrzymuje zapachów. Mam drugi dwulitrowy z rurką do picia - ten waży 100g w komplecie. 

  • No i mała rzecz - a cieszy - bawełniana chusta (w czaszki) - 20g. Na głowę, do ochrony karku pod czapkę w upał, polewana dla ochłody, na nadgarstek do ocierania potu, na szyję wieczorem oraz jako namiastka ręcznika przy źródełku czy strumieniu. Takie niby nic,
    a jaka użyteczna...


Były też rzeczy bardzo dobre, którym niewiele brakowało...:
 
  • Polar Quechua Forclaz 50 - 240g to trochę za dużo, ale na chłodne wieczory i jako wkład poduszkowy - jest OK. 

  • Koszulka polo jedwabna - 110g. Bez guzików byłaby jeszcze lżejsza.
    Z uwagi na zalety podkoszulki Domyos - nie wzięła udziału w walkach ;-) 

  • Klapki Kubota - 155g. Wygodne i przydatne, ale trochę za grube i za ciężkie. Na szczęście tylko "trochę"... 

  • Skarpety Fiord Nansen Hike Kevlar - 57g. Bardzo dobre, choć do cięższego plecaka preferowałem grubsze Trek Kevlar. Te za to doskonale opinają stopę - przy równie dobrych butach nie ma mowy o obtarciach czy innej niewygodzie. Niezastąpione do lekkich wędrówek.  

  • Poncho Quechua Forclaz 100 - 420g. Gdyby nie ta waga, byłby to mój ulubiony ekwipunek przeciwdeszczowy, ale i tak je lubię, bo jest w 100% nieprzemakalne, co w dłuższych wędrówkach jest kluczowe. 

  • Karimata Karrimor UL - 190g. Leciuteńka, ale przez to na ziarnku grochu cierpię "katiusze". ;-) Za to przy rozłożeniu się na gładkim terenie albo na grubszej trawie, nie jest źle. 

  • Śpiwór Cumulus LL330 Custom - 800g. Ten jest na Pertexie Microlight, więc cięższy. Na lato wystarczyłaby mi skrócona wersja LL200, oszczędzająca wagę. Na końcowy etap wędrówki miałem Cumulus Quilt 250, ale jego ocenię po pełniejszym przetestowaniu. 

  • Palnik Providus+ FM300G - 85g. Składany - zajmuje niewiele miejsca, z dorobionym patentem usztywniającym luźny przegub.
    Są lżejsze, tytanowe, ale to w sumie niezauważalna różnica. 

  • Garnek MSR Titanium Kettle (850ml) - 118g. Lekki, pojemny, ale po włożeniu średniego kartusza nie domyka się wieczko.
    A brakuje zaledwie pół centymetra...! No i brak podziałki wewnątrz. 

  • Nóż Frosts 860 - 105g. Tnie bułki jak masło, a palce jak się zagapisz... ;-) Wygodny, ostry, dobry i w kuchni i do gałęzi.
    Jakby go odchudzić i jego pochewkę, to byłby ideał. 

  • Scyzoryk Victorinox Outrider - 135g. Optymalny dobór narzędzi, ale przez to zbyt dużo waży. Gdyby go tak - tam gdzie się da - odchudzić... 

  • Czołówka Petzl Tikka XP2 (60lm) - 85g. Może nie najmocniejsza, ale daje radę. Nie boi się deszczu.


A teraz czas na to, co z chęcią bym wymienił:
 
  • Buty Adidas AX1 MID GTX - 860g. Z zalet - to niska waga. Niestety, podeszwa zbyt miękka by je mianować butami trekkingowymi. W marszu bez obciążenia lub z lekkim plecakiem (do 5kg) jeszcze zapewniają jaki-taki komfort, ale plecak od 9kg potrafi już skutecznie zniechęcić do zakładania tego obuwia. W terenie kamienistym czy skałkowym, każdy ostrzejszy lub mniejszy kamień uwiera w stopę, a nadmierna elastyczność podeszwy męczy po dłuższym marszu. Membrana Goretex chroni przed niewielkim deszczem, większy deszcz zostawia wilgoć w pozostałych materiałach buta, a na mokrą trawę nie są dobrą ochroną. Górna przelotka z tulejki metalowej, niszczy sznurówki. Klejenie podeszwy sprawia wrażenie nietrwałego i już wydaje mi się, że coś tam puszcza, - obejrzę po następnych kilkudziesięciu kilometrach...
    Na szczęście były niedrogie. 

  • Przyprawownik Primus Spice Jar - otworki do sypania przypraw są małe i łatwo się zapychają. W mniejszych przegródkach są tylko po dwa, więc można paść z głodu, zanim się nasypie grubszej przyprawy... 

  • Worki suche Quechua - zestaw trzech rozmiarów. Niedrogie, - koniec zalet... Można złożyć tylko na jedno zawinięcie, bo taka jest konstrukcja zapięcia na rzep. Jeśli worek wypełniony jest do połowy, nie da się go bardziej zrolować, jak znakomitą większość suchych worków zwijanych z klamerką. Tu połowa worka zostanie niewypełniona, a zabezpieczenie przez zamoknięciem nie jest całkowite. 

  • Łyżkonóż SeaToSummit - zostawia posmak plastiku i ma fakturę chropowatą / porowatą - niezbyt przyjemną przy kontakcie z językiem.

Pozostałe elementy wyposażenia też się spisywały, bo po pierwszym etapie nastąpiła ostrzejsza selekcja, więc dobre zostały. Były też i takie elementy, których nie używałem, ale trzeba je było zabrać "na wszelki wypadek", a to apteczka - 250g, kurtka wiatrówka - 190g, zestaw naprawczy - 90g.


No i mała dywagacja, - poszukiwania ideału ;-) - moja lista życzeń:

Poncho o wadze do 200g, całkowitej nieprzemakalności i zadowalającej trwałości.
Kurtka wiatrówka do 100g i o super małych gabarytach.
Polar lub warstwa termiczna na chłodniejsze wieczory, - do 200g.
Klapki do 90g para.
Idealny aparat fotograficzny wędrowca - do 150g.



Filozofia żywieniowa.

Wybierając się w słabiej zaopatrzone rejony, zabierałem z sobą zapas jedzenia na 1 - 2 dni i czasem dodatkowe 1,5 litra wody, poza napojami.
Jedzenie w plecaku, to owsianka-mieszanka wg mojej receptury, kuskus, zupy i cienki makaron. Do tego zestaw batonów szturmowych, Glucardiamid jako działający i bezpieczny dopalacz ;-) oraz Litorsal i Plussz Magnez to rozpuszczania w wodzie. Do tego kilka herbat ekspresowych i kilka saszetek kawy 3w1 i dodatkowy cukier. Obowiązkowo ze dwie garście daktyli i czasem jakaś mała szynka w lekkiej aluminiowej foremce. Opcjonalnie biorę też mleko zagęszczone w tubce i serki topione.
Taki pakiet jedzenia zamykał się wagowo masą 1.5 - 2.0 kg, plus dodatkowa woda w zależności od jej dostępności (lub braku dostępności) na szlaku.
W trakcie wędrówki w sklepach kupowałem zestaw wzmacniający ;-) - bułka z wędliną i żółtym serem, banany, jogurty (doskonałe lokalne były
w Bieszczadach), drożdżówki.


Sposób odżywiania.

Rano śniadanie. Ale śniadanie wędrowca różni się od posiłku "stacjonarnego". Spośród tego co napisałem wyżej, jadam niewiele, by nie obciążać żołądka.
Lepiej mi się wędruje z lekkim brzuchem niż napełnionym śmietnikiem ;-) Czasem nic więcej nie jem do wieczora, czasem wpada bułka wzmacniająca lub dwie.
Wieczorem zajadam się zupą z makaronem albo mniejszą owsianką, co daje poczucie sytości i gromadzi energię na czas snu i następny dzień.
Batoniki zwykle zjadam z braku bułki wzmacniającej, bo w ciągu dnia nie robię dłuższych przerw na przyrządzanie posiłku.
Wygląda więc na to, że nie dość, że jadam mało, to jeszcze niezbyt często. Taki rytm powoduje, że organizm wykorzystuje wszystko co dostanie, a ponadto zgromadzone zapasy. Widać to najlepiej po spadających spodniach i ogólnie odczuwanej lekkości :) Nie mam natomiast ochoty najedzenia się do syta, co jest też związane z nawadnianiem się.


Sposób nawadniania.

Nawadnianie w letnim marszu ma fundamentalne znaczenie dla kondycji organizmu. Wiele poradników i opinii, zaleca pić dużo, często, nawet przesadnie.
Ja natomiast przez lata wypracowałem sobie własną metodę, potwierdzoną dwoma podobnymi doświadczeniami.
Przed wyruszeniem w trasę wypijam trochę jakby na zapas, ale też nie za wiele. Zauważyłem, że zbyt dużo płynów w organizmie powoduje, że pocąc się, tracimy część tak potrzebnej energii. Samo pocenie się też nie jest zbyt przyjemne, zwłaszcza obfite zalewanie się i odzienia.

Idąc na letnią wędrówkę, często zabieram pół litra płynów i często się zdarza, że przynoszę picie spowrotem! Nazywam to kontrolowanym odwodnieniem. Wieczorem natomiast wlewam w siebie to, co wypociłem przez dzień, plus jeszcze dodatkowo piję bez większych ograniczeń. Odwodnienie zatem nie trwa dłużej niż 12 godzin, choć przy sporych upałach nie stronię od napojów. Preferuję dwa rodzaje tychże - Powerade, który doskonale nawilża ślinianki i jako izotonik uzupełnia elektrolity, piję także rozpuszczony Litorsal z dodatkiem tabletki magnezu. Ten ostatni napój też jest izotonikiem, ma dobry smak, ale szybciej wysusza ślinianki, więc poszukuję jeszcze czegoś, co dodane do tych dwóch składników obniży czynnik wysychania w ustach.

Oszczędne nawadnianie się stosują też brytyjskie siły specjalne, działające w cieplejszych rejonach, inaczej niż amerykanie, którzy bez Camelbaga znacznie szybciej padają.
Wysłuchałem także kiedyś audycji radiowej o człowieku, który za młodu chodził z ojcem po polskich wtedy Gorganach i był przyzwyczajany do bardzo oszczędnego picia, a wręcz do wędrowania bez uzupełniania płynów.
Przestrzegam zatem przed "terapią szokową", ale niedługi czas przyzwyczajenia, pozwoli się przystosować do takiej opcji. Jeżeli już pić, to pojedynczymi haustami, początkowo przepłukującymi usta i dokładnie nawilżającymi ślinianki, a dopiero po chwili połykanymi. Nie pić jednorazowo więcej niż trzy łyki, - każdy następny to w sumie strata płynu. O ile pierwsze łyki wchłoną się w większym stopniu, to kolejne - jako nadmiarowe - zostaną wydalone przez pocenie się lub w sposób naturalny - z moczem.

A w górach lub w innym dzikim bezwodnym terenie, gdzie nie ma możliwości szybkiego uzupełnienia napojów, racjonalne gospodarowanie płynami ma niebagatelne znaczenie. Można na postoju wyżłopać litrową butelkę po forsownym podejściu, ale tą samą ilością płynu można się wspomagać spokojnie przez cały dzień. Po powrocie z Głównego Szlaku Beskidzkiego byłem jeszcze w Beskidzie Wyspowym a później na Babiej Górze i tam, mimo większej łatwości w pozyskiwaniu napojów, oszczędzałem je z braku konieczności picia. Dla osób dużo wędrujących, wytworzenie takiego nawyku połączone z przyzwyczajeniem organizmu, jest według mnie - bardzo korzystne.

Pij tyle, ile Twój organizm potrzebuje, ale najpierw go poznaj i przyzwyczaj do mniejszych potrzeb. :-)

-

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GSB II etap, 22 dzień - Brzegi Górne - Wołosate - Ustrzyki Górne.

-


22 dzień na GSB – Brzegi Górne - Wołosate – Ustrzyki Górne - 38 km.
GSB II etap - Dzień trzynasty - 9 lipca 2013. 

Trasa: Brzegi Górne (740) – Połonina Caryńska (1297) – Ustrzyki Górne (652) – Szeroki Wierch (1268) – Przełęcz pod Tarnicą (1275) – Przełęcz Goprowska (1160) – Halicz (1333) – Rozsypaniec (1280) – Przełęcz Bukowska (1107) – Wołosate (724) – Ustrzyki Górne.

W Brzegach Górnym nie ma spektakularnych wschodów słońca, więc nie trzeba wstawać o wpół do piątej. Jednak wcześnie rano harcerze zaczęli zwijać obóz, to i ja się wcześniej zerwałem. Dzisiaj przede mną Połonina Caryńska i pętla z Ustrzyk Górnych do Wołosatego, więc jeśli dobrze zacznę, to i o czasie zakończę nie tylko dzień, ale i całą wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim, mającym swój koniec właśnie we wsi Wołosate.

 
Najpierw jednak trzeba przesuszyć namiot i śpiwór, bo z rana jeszcze wszędzie rosa, a od wilgoci na zewnątrz, w namiocie też kondensacja aż się perli.

Gospodyni pozwoliła skorzystać ze sznura na bieliznę, płotek przy ogródku także się przydał. Był więc czas i na poranną toaletę i na spokojne śniadanie.


O godzinie dziesiątej opuściłem gościnne miejsce. Brakowało może tylko większej wiaty lub choćby zadaszenia nad stolikiem, tak w razie deszczu, ale tym razem nie odczułem tego braku.




W punkcie kasowym w Berehach już sporo ludzi. Jedni na Wetlińską, inni na Caryńską. Kupiłem bilet dla zdobywców GSB, obiłem się pieczęcią, po czym ruszyłem na ostatni dzień wędrówki czerwonym szlakiem.


Wędrówkę tego dnia rozpocząłem maksymalnie lekko. Po wczorajszej kolacji i dzisiejszym śniadaniu, maksymalnie uszczupliłem zapasy, nie zabrałem też żadnego picia, choć miałem awaryjny soczek w mini-kartoniku. Jednak niemiłosiernie prażące słońce skłoniło mnie do nabrania wody w potoku i rozpuszczenia Litorsalu z tabletką Plussz Magnez.


Podejście wydawało się nie mieć końca, bo i przewyższenie ponad 500 metrów. Na ostatnich metrach podejścia, niewiele poniżej szczytu, bije źródło sącząc niewielką strużkę, ale nie potrzeba wiele czasu, by napełnić nawet sporą butelkę.







Szczyt Połoniny został opanowany przez grupę o średniej wieku dobrze przekraczającej pięćdziesiątkę, ale wszyscy byli chyba już wcześniej zaprawieni w górskich bojach, bo i wcześniej dzielnie podchodzili i na szczycie nie wykazywali oznak niezadowolenia. Brawo!




A ja pasąc oczy przepięknymi widokami przy świetnej pogodzie, wreszcie mogłem się napatrzyć na okolicę i uwiecznić na fotografiach, gdyż moje wcześniejsze wypady na połoniny odbywały się przy marnych warunkach pogodowych i niemal zerowej widoczności. Dzisiaj zaś dostałem nagrodę za tamte mizerie.




Grzbiet Caryńskiej przeszedłem w trzy kwadranse, a do Ustrzyk nawet momentami zbiegałem. Byłem zdziwiony moją dobrą kondycją, zwłaszcza kolana na które sporo narzekałem, tym razem postanowiły pójść na współpracę. O pierwszej byłem już na asfalcie w Ustrzykach, więc niezły czas!




Została ostatnia pętla, sporo czasu i dobra pogoda. Postanowiłem coś wrzucić do żołądka, by po drodze już nie zatrzymywać się na posiłek, a co więcej – nie nosić w plecaku dodatkowych dekagramów. Zafundowałem sobie dużą bułkę z wkładką wędlinowo-serową, drożdżówkę, napój energetyczny marki piwo J, a po tym okazało się, że jest jeszcze miejsce na duży jogurt. Solidnie dokarmiony, jednak bez ociężałości, ruszyłem w stronę punktu kasowego na kierunku do Szerokiego Wierchu. Bilet miałem z Brzegów, więc kolejnego nie musiałem kupować i przez to nie obiłem się pieczątką u dziewczyny z okienka, która też przestrzegła mnie, że kilka(naście?) dni wcześniej, jakiś turysta wędrując od Wołosatego już koło czwartej – piątej rano, w okolicach wiaty – szlabanu za Wołosatym, natknął się na trzy wilki, które na niego warczały. Już nie pamiętam, czy to człowiek czy zwierzęta się wycofały, ale incydent mógł niepokoić…
Podejście pod Szeroki Wierch przypominało zdobywanie Caryńskiej.


Zwłaszcza podejście od granicy lasu do cypla daje w kość, ale i ten odcinek miałem już wcześniej zaliczony, więc wiedziałem co mnie czeka. Na cypel można wejść standardowo – szlakiem, albo nielegalnym skrótem – na krechę wprost pod górę, choć tablica ze stosownym napisem przed tym przestrzega. Tablica swoje, a ścieżka jest wydeptana chyba nie przez świstaki…


Z cypla widoki jak z pocztówki „Pozdrowienia z Bieszczadów” Ustrzyki w dolinie, a za nimi Rawki po lewej, połoniny po prawej i cały album fotograficzny dookoła. Na kierunku marszu widać masyw Krzemienia, dalsze szczyty zakryte jeszcze kulminacją Szerokiego Wierchu, ale masyw Tarnicy spoziera od prawej. A chmury jak wata cukrowa, dodają tylko uroku krajobrazowi o doskonale komponują się na fotografiach. Człowieków na szlaku mimo słusznej godziny – w sumie niewiele, ale pewnie w okolicach Tarnicy będzie zagęszczenie.






Pół godziny później jestem na zejściu do Przełęczy pod Tarnicą. Patrząc na siodło nie widzę tłumów, których się spodziewałem, ot zaledwie kilku wędrowców.


Ja sam na Tarnicę nie wchodzę, zaliczyłem szczyt już nie raz, a i znaki czerwone tam nie prowadzą. Schodzę w stronę Przełęczy Goprowskiej, nad którą przy źródełku w wakacje zwykle w namiotach dyżuruje drużyna GOPR. Tym razem namiotów brak, - czyżby BdPN nie zezwolił…?




Źródełko, a właściwie kilka cieków jednak niezawodnie jest czynne, więc popijam chłodną wodę i uzupełniam zawartość butelki, bo i pogoda i tempo wymagają nawodnienia.


Za przełęczą zaczyna się spokojne podejście zboczem Krzemienia w stronę Kopy Bukowskiej. Także i na tym stoku tuż przy szlaku bije źródło, jednak moje zaopatrzenie nie zostało jeszcze naruszone. Idę dalej dobrze wydeptaną ścieżką, równie dobrze oznakowaną. Im wyżej, tym horyzont się poszerza, a widoki stają się coraz ciekawsze. Godzinę od Goprowskiej zajmuje mi dojście na Halicz, - widać efekty właściwej diety i racjonalnego nawadniania.










Z Halicza rozciągają się tak piękne widoki przy dodatkowo interesującej grze świateł i cieni modelowanej przesuwającymi się coraz ciemniejszymi chmurami, że dobrą kamerą zdjąłbym kilka interesujących ujęć. 
Ale i na sam aparat jest sporo dobrych kadrów, co staram się ująć bez zbytniej staranności i przy brakach odpowiednich szkieł, ale jak lekko to lekko…




Na Rozsypaniec pochodzę nieco wolniej, bo i najwyższy punkt już zaliczony i wnet zostanie tylko schodzenie, a od Przełęczy Bukowskiej to będzie zero atrakcji, jest więc czas na spokojne podziwianie bliższej i dalszej okolicy.


W oddali dobrze widać Pikuja i nieco bliższe połacie Ukrainy.


Połonina Bukowska obszarem niedostępnym dla wędrówki prowadzi przez widoczny nieopodal Kińczyk Bukowski, Opołonek i Piniaszkowy, do źródeł Sanu. Jest to jednak Granica Państwa, jak i samej Unii Europejskiej, więc pewnie nieprędko powstanie tu szlak tworzący pętlę przez Sianki, Beniową, Bukowiec do Tarnawy Niżnej i dalej do Mucznego, a szkoda, bo idąc na Bukowe Berdo i Krzemień, można by zamknąć bardzo ciekawą pętlę. Nawet gdyby nie pasem granicznym, za którym nota bene idzie szlak ukraiński, można by zejść z Przełęczy Bukowskiej do Bukowca przez Błękitną Aleję (zawdzięczającą swą nazwę robotnikom obalającym denaturat), ale po drodze jest ostoja żubra i niedźwiedzia – jak oświecił mnie kiedyś strażnik BdPN, więc i ta opcja nie wejdzie do realizacji. Ale dzika ścieżka jest… A trzeba pamiętać, że droga asfaltowa prowadząca z Wołosatego na Przełęcz Bukowską, miała prowadzić w ramach przyjaźni z „bratnim krajem” dalej na wschód, ale ów kraj nie przyklasnął planom płk. Doskoczyńskiego, rządzącego niepodzielnie w Mucznem i zamkniętych dla ludu okolicach łowiska z czasów wczesnego Gierka.

Masyw Rozsypańca to także wzgórek, nieco stromy na północnym zboczu, bardzo atrakcyjny jako punkt widokowo-kontemplacyjny. Kiedyś w zimie tam właśnie zamarzł mi aparat i stamtąd wykonałem dupozjazd.  


Przełęcz Bukowska. Tutaj tak naprawdę kończy się polski odcinek Głównego Szlaku Wschodniobeskidzkiego, jak nazywał się jeszcze przed wojną, prowadząc dalej na wschód, w kierunku Stocha czy wsi Kuty w Czywczynach. Stąd najchętniej ruszyłbym na dawne ziemie Macierzy, ale kto wie, - już zaczynam zbierać informacje do takiej wędrówki, więc ktokolwiek wie…




Z Przełęczy Bukowskiej od wiaty wchodzimy drogą o nawierzchni asfaltowej. Po chwili trafiamy na ostatnie źródło na szlaku i stąd już praktycznie brak atrakcji, tylko asfalt w dół i dookoła las. Można wręcz usnąć w marszu, monotonnie stawiając kroki w rytm mantry znudzonego wędrowca.




W dolinie szumią potoki, moczary wydzielają swoistą woń, a w miejscu mniej więcej wilczej konfrontacji, wyczułem mocny fetor padliny, - może wilczy żer…? Nie natknąłem się na basiora ni na waderę, jedynie w gęstych zaroślach po prawej coś hałasowało w ruchu, ale nie nawiązałem kontaktu wzrokowego. 
Niebawem minąłem stojącą nieopodal wiatę i szlaban, skąd już do Wołosatego ostatni rzut dobry beretem.




Kilka minut i przed oczami pojawia się most. Prowadzi na Ukrainę na południe do wsi Łubne, ale jest zamknięty dla ruchu – także pieszego. Tak jak i asfalt na Przełęcz Bukowską, tak i ta droga jest reliktem przeszłości.


Teraz poszczególne punkty na ostatnim odcinku szlaku następują kolejno po sobie – budki kasowe, tablica „Wołosate”, leśniczówka, cerkwisko, parking i kolejne budki kasowe, szereg domów i w centrum wsi, po prawej stronie stoi słupek z szlako wskazami i jedną ważną tabliczką: „Początek / koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego…”



Doszedłem!


Doszedłem, ale to już koniec wędrówki, koniec mojego długo realizowanego planu, koniec przygód na Czerwonym Szlaku, koniec dziennych dystansów – zamknięty ważny rozdział moich wędrówek, bagaż doświadczeń, znajomości, przyjaźni… Komplet zdjęć i początek wspomnień…
…ale teraz jest plan – przejść w sumie nieistniejący dawny szlak na Ukrainie. Jedno się kończy, drugie zaczyna…



A wiecie co? Główny Szlak Beskidzki to piękna przygoda, - polecam go z pełnym przekonaniem.
Do zobaczenia na szlaku!


-