Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GSB II etap, 12 dzień - Runek - Mochnaczka Niżna.

-

12 dzień na GSB – Runek – Mochanczka Niżna – 18 km.
GSB II etap - Dzień czwarty - 20 czerwca 2013. 

Trasa: Runek (1078) – Jaworzyna Krynicka (1102) – Krynica-Zdrój (572) – Huzary (864) - Mochnaczka Niżna (621).

Na Runku spało się smacznie. Wysoko, daleko od odgłosów cywilizacji, w nocy nie słychać kompletnie żadnego zwierza. Jednak nad ranem z daleka niósł się jakiś nieznany odgłos. Z czasem odgłos ów stawał cię coraz bardziej znajomy, aż wreszcie zidentyfikowałem go, - to traktor! Tuż koło naszego obozowiska przebiegała niby nieużywana droga leśna, po której przejechała ta specyficzna terenówka ;-) Dwaj panowie nieco zdziwieni widokiem hamaka z daszkiem i sypialnej zielonej trumienki, pomachali nam wesoło, po czym pochłonął ich las, razem z hałasem ciągnika. Jeszcze krótkie dosypianie i nastąpiła pobudka.



Ciepły ranek zapowiadał pogodny dzień, sprawdziłem prognozy, które zapowiadały niemal upał przy bezdeszczowej pogodzie.
Przed dziewiątą byliśmy gotowi do wymarszu, a po naszym obozowisku nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Na stopach zawitały skarpety Fjord Nansen Trek Kevlar, które otrzymałem do testowania w trudnych warunkach, a trasa na bieżący dzień w połączeniu z pogodą, miały stanowić coś więcej, niż „zwykłe warunki”.

Do Jaworzyny Krynickiej było niedaleko, ale bliskość tak popularnego szczytu nie zdradzała się ilością turystów, których po drodze nie spotkaliśmy. Kwadrans przed dziesiątą stanęliśmy więc na tym wysoko położonym deptaku.


Z racji dostępności Jaworzyny za pośrednictwem kolejki gondolowej, na szczycie usianym atrakcjami gastronomicznymi, obleganymi przez tłumy, nie miałem zamiaru spędzać tam zbyt wiele czasu. Zajrzałem do hotelu „Krynicka Koliba” w stylu krupówkowym i – o dziwo – zostaliśmy tam serdecznie przyjęci, bo jako bodaj jedyne dwie osoby, byliśmy wyekwipowani i wyglądaliśmy jak prawdziwi wędrowcy. Była pieczęć, którą skwapliwie wbiłem do mojego dziennika podróży, a miła pani specjalnie zdjęła z półki wypchanego świstaka, bym mógł go uwiecznić na zdjęciu. Nie było też żadnych problemów ze skorzystaniem z toalety, oczywiście nieodpłatnie. Przed hotelem wytargowałem jeszcze zniżkę na lody dla zdobywcy szczytu, po czym odprowadziłem Leśną Duszę na stację kolejki, z której korzystając, zjechała komfortowo na dół, podczas gdy ja – ortodoksyjny czerwonoszlakowiec, posłusznie skierowałem się do czerwonego znaku wskazującego zejście do Krynicy.






Ledwie tylko opuściłem wygodną drogę i skierowałem się w zarośla, trafiłem na ścieżkę gęsto i wysoko porośniętą pokrzywami, niezbyt harmonizującą z dostatkiem sprzed dwóch minut.


Przy kranach doprowadzających wodę do armatek śniegowych sprawdziłem, czy jest woda w kranie, chcąc się ochłodzić w upale, niestety, rury zadzwoniły głuchą pustką…


Nieopodal trafiłem na rezerwat ciekawych form kamiennych, ale po sfotografowaniu go, ruszyłem w dalsze mozolne zejście w dół, mijając malownicze polany, aż do Czarnego Potoku, gdzie z dróg i ścieżek terenowych, wkroczyłem na drogą asfaltową. Na niedługo jednak. Po chwili szlak skierował mnie w stronę lasu, z miejsca fundując podejście, którego schodząc w stronę miasta, bym się nie spodziewał. Znaki oprowadziły mnie wokół poręby, co poznałem po odgłosach piły spalinowej i nawoływaniach drwali. Wreszcie zejście i granica lasu, a tam… siedzi sobie Leśna Dusza i zażywa odpoczynku. Byliśmy umówieni w Krynicy, tymczasem moje tempo ustaliło inny stan faktyczny.


Tu już było niedaleko do pierwszych zabudowań i czerwone znaki pojawiały się z mniejszą częstotliwością i trzeba było je uważniej wypatrywać. W skwarze doszliśmy do przedmieść, gdzie napotkaliśmy na Stację Centralną Grupy Krynickiej GOPR i korzystając z gościnności ratowników, ochłodziliśmy się i odpoczęli.


Mając jeszcze w oczach zieleń lasów i powiew wiatru we włosach, wkroczyliśmy na rozgrzany asfalt pachnący spalinami przejeżdżających aut. Od tej strony tak Krynica jak i każde miasto, miało dla mnie wymiar tego, co chętnie poświęcałem na rzecz bezkresów gór, lasów i łąk.
Ale korzystając z dóbr cywilizacji, zaraz na początku głównej drogi, natknęliśmy się na lokal, w którym serwowano świetny sorbet, tak zmrożony, że po kilku wciągnięciach miałem zamrożone migdałki (czy co tam innego) i myślałem, że będzie z tego poważny problem, a przynajmniej odpadnie mi głowa od zamrożonej szyi. Nic takiego jednak się nie stało, po chwili odtajałem i popijałem już powoli.


Odwiedziliśmy jeszcze pocztę, gdzie koleżanka odebrała paczkę z zaopatrzeniem, po czym zgodnie ze znakami, powędrowaliśmy dalej głównym deptakiem. Ten zaś doprowadził nas do fontanny, w której kilka osób moczyło nogi. Nasza reakcja przy doskwierającym upale nie mogła być inna. Już po chwili obuwie i skarpety dostały wolne, a stopy błogą ochłodę i niesamowite poczucie świeżości. Ja nawet wlazłem w środek tego miejskiego natrysku, ale przezornie nie wydobyłem z plecaka mydła, szamponu i żelu, by nie narażać Straży Miejskiej na niepotrzebną interwencję… ;-)


Leśna Dusza natomiast stwierdziła, że w takich okolicznościach cywilizacji, brakuje nam tylko schabowego, który gdzieś na trasie miała zamiar skonsumować.
Po chwili poszukiwań i wzięciu kilku jeńców i drobiazgowym ich przesłuchaniu, niezbicie ustaliłem tanią jadłodajnię z opcją na wynos. Nie minęło kilka następnych minut, a menu zostało ustalone i przekazane telefonicznie do realizacji. Po kwadransie z hakiem, ku zdziwieniu i zainteresowaniu licznie zgromadzonej publiczności, dotarł do nas dostawca z styropianowym pudłem, z którego wydobył dwa zestawy schaboszczaka z popitką. Zdecydowanie tego dnia bardzo brawurowo przekroczyłem mój dzienny limit wydatków, ale stwierdziłem, że taki dzień się zdarza raz…!




Muszę dodać, że pasza była bardzo treściwa i nadzwyczaj smaczna, co raczej nie dziwi po żarełku szturmowym, a surówka z kapusty pekińskiej, wprost rewelacyjna. Nawet brak piwa do obiadu nie umniejszył mojego ukontentowania. J
Czas jednak zmobilizował nas do dalszej drogi. Odwiedziliśmy jeszcze pijalnie, gdzie ze względu na drożyznę, nie nabraliśmy wody zdrojowej, a zwykłą kranówę, która tej pierwszej chyba w niczym nie ustępowała… Nieco dalej dobiliśmy nasz obiad lodami na deser, po czym mijając ostatni spożywcza w Krynicy, wkroczyliśmy do pachnącego, wilgotnego lasu.
Objedzeni i wypoczęci do nieprzyzwoitości, powoli zaliczaliśmy kolejne kilometry, osiągając pobliską górę – Huzary.
Dalej już była Mochnaczka – teren dla mnie nieznany i nieco tajemniczy, jako że opuszczając Beskid Sądecki, wkroczyliśmy na owiany legendami – Beskid Niski.
Zaiste, wychodząc z lasu po zejściu z Huzarów, otworzył się przed nami jakże inny krajobraz. Zniknęły góry wypiętrzone z nastromionymi stokami, a ich miejsce zajęły łagodne wzgórza i rozległe pofalowane krajobrazy. Co więcej, zabudowa pierwszej napotkanej wsi była równie leniwa jak sama okolica, - domy rozsiane luźno, choć sama Mochnaczka Niżna miała nieco bardziej zwartą zabudowę.


Prowadzeni znakami, dotarliśmy do kładki składającej się z trzech podłużnych belek, z których każda uginała się w innym stopniu, zatem idąc tym mostkiem, balansowało się inaczej na lewej, a inaczej na prawej nodze. Na szczęście potok nie zapowiadał problemów, ale i przeprawa też nie nastręczała ich, więc niebawem po drugiej stronie wypatrzyliśmy strażaków, a dokładniej żeńską drużynę młodzieżową, u której zasięgnęliśmy informacji o możliwości noclegu pod dachem. Byliśmy już – mimo fontanny – nieco doświadczeni kilkudniową wędrówką i czas był by się wykąpać i oprać. Polecono nam prywatną kwaterę przed końcem wsi, przed mostem i przed sklepem, zatem udaliśmy się w tamtym kierunku, ja zaś dodatkowo z zamiarem zaopatrzenia się w piwo, którego po tak obfitym obiedzie brakowało mi do szczęścia. W ostatniej chwili dopadłem zamkniętego już sklepu na końcu wsi, jednak miła pani sprzedawczyni uratowała mnie od niechybnego rozeschnięcia się.


Już bez przeszkód zapukaliśmy do kwatery i takoż zostaliśmy przyjęci. Okazało się jednak, że nie jest tak tanio, jak zapewniali strażacy. Za nocleg trzeba było zapłacić 30 złotych (bez pościeli - własny śpiwór) i było to najdroższe kimanie na szlaku. Co więcej, dobiło mnie pytanie „…czy potrzebna nam jest ciepła woda?” Skoro nie ze względu na deszcz, a właśnie na potrzebę kąpieli i przepierki się tam zatrzymaliśmy, to resztki letniej wody zakrawały na ironię. Sytuację ratował fakt, że mieliśmy dostęp do kuchni i wrzątku, ale z drugiej strony nie było gdzie wysuszyć prania, choć obok domu stał stylowy domek z balkonami w sam raz nadającymi się do suszenia, a ja pewnie bym też spał na balkonie, tyle, że gospodarz zaproponował nam nocleg w domu…


Miejscówkę opuszczaliśmy więc z negatywnymi odczuciami, ale przynajmniej oprani i wykąpani.


>> Dzień trzynasty --> Mochnaczka Niżna - Regetów >>

-

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz