Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GSB II etap, 15 dzień - Bartne - Przełęcz Hałbowska.

-

15 dzień na GSB – Bartne – Przełęcz Hałbowska  – 18 km.
GSB II etap - Dzień siódmy - 23 czerwca 2013. 

Trasa: Bacówka PTTK w Bartnem (619) – Magura Wątkowska (846) – Świerzowa (805) – Kolanin (705) – Przełącz Hałbowska (540).


W Bartnem leje deszcz. Od samego rana słychać monotonne stukanie w dach i plusk gdzieś za oknem. Mgły i wilgoć nie zachęcają do opuszczenia drewnianego pokoiku. Gdy już koło południa przestało padać, powoli zwijamy manatki. To niedziela i choć już od tygodnia jesteśmy na szlaku, ta niedzielna niemoc nas dopada. Sprawdzam buty i skarpety które zostawiłem do podeschnięcia na werandzie obok jadalni. Są, ale lekko wilgotnawe, a pogoda sprawi, że do końca wędrówki nie będą chciały tak całkiem wyschnąć. Przy śniadaniu spotykam innego wędrowca, który pochłania już obiad. Cóż – taka pora… Opowiedział mi jedną ciekawostkę: Jako że była to niedziela, postanowił się wybrać na nabożeństwo, ale z braku kościoła trafił do cerkwi. Po nabożeństwie stanął przed cerkwią i według jego relacji, przez piętnaście minut nie usłyszał słowa po polsku… Cóż, Beskid Niski, to żywa kraina łemkowska, gdzie tym mieszanym polsko-ukraińskim dialektem mówi się do dzisiaj, nazwy miejscowości też są pisane w dwóch językach, a religia i tradycja sprzed wielu lat, także i teraz są tu żywe.
Z pięciuset powodów jakoś nie mogliśmy sprawnie ruszyć z miejsca, przed Bacówkę wyszliśmy dopiero dwadzieścia po pierwszej!


Powoli ruszyliśmy na szlak, już od początku taplając się w ciepłym leśnym błotku. Owo błotko zaczęło się przeradzać w regularne błoto, coraz bardziej grząskie, aż wreszcie gdy po ostatnim czerwonym znaku wypatrywaliśmy kolejnego znaku, trafiliśmy na grzęzawisko, w którym mój kijek wjechał do połowy jak w masło, a z otworu po kijku zaczęły wydobywać się obfite bąbelki, zasugerowałem odwrót i poszukanie alternatywnej trasy, by w tych bagnach nie załatwić się na dobre.


Leśna Dusza jako dyżurny nawigator, wypatrzyła dwie alternatywne drogi, więc cofnęliśmy się do wsi i odnaleźliśmy pierwszą z nich. Niedaleko krzyża opisanego cyrylicą, weszliśmy w polną drogę, a lokalny Łemko potwierdził, że dojdziemy do szlaku i większej drogi leśnej, co też przy triumfach dzisiejszej przewodniczki się ziściło.


Całkiem wygodną drogą leśną dotarliśmy do Przełęczy Majdan, gdzie na ławce skwapliwie odpoczęliśmy, licytując się, kto ma bardziej ubłocone buty. Była to kwestia (nie)czysto akademicka, bo wilgoci i błota w i na naszych butach nie brakowało. Jeszcze kilka chwil i ruszyliśmy podejściem, które doprowadziło nas na Magurę Wątkowską.
Tu przy polowym ołtarzu z pamiątkowym kamieniem ks. Wojtyły, znaleźliśmy centrum informacyjno-dokumentacyjne, czyli termometr, dziennik zdobywców i okolicznościowy stempel. Tuż obok była też starsza już nieduża wiata, a okolicę porastały owocujące krzaczki czarnej jagody, na której zresztą w ramach odpoczynku skwapliwie żerowaliśmy








Idąc grzbietem, niebawem odnaleźliśmy zapowiadane ujęcie źródlanej wody i uzupełniliśmy jej zapasy. Nie było już co prawda skwaru towarzyszącego nam w pierwszych dniach wędrówki, ale później nie spodziewaliśmy się natrafić na tak dogodne zaopatrzenie w granicach właśnie przemierzanego Magurskiego Parku Narodowego i bukłak został napełniony.


Park zaś miał dobrze oznakowane ścieżki, dochodzące co chwilę do dróg gospodarczych, a w ich pobliżu pobudowane były stosunkowo nowe wiaty, dające wystarczające schronienie czy to na dzienną niepogodę, czy na nocny spoczynek. Tak więc w mgłach i błotach przemierzaliśmy kolejne kilometry, szczyty, mijali kolejne wiaty. Widoków – jak na lekarstwo. Gdyby nie górki i ciekawy las, można by było usnąć w marszu z nudów. Ale przynajmniej nie było zbyt wielu postojów fotograficznych, raczej przycupnięcie przy wiacie na zgarnięcie nadmiaru błota z butów. Zejście z Kolanina okazało się bardzo strome, a przy mokrym podłożu nadto mało komfortowe, ale udało się bez ofiar w ludziach i strat w sprzęcie, gdyby nie liczyć kompletnie ubłoconych butów i spodni. Przez chwilę wędrowaliśmy wygodną leśną i równą drogą, jednak przy skrzyżowaniu prowadzącym do jakiejś niedalekiej knajpki, trzeba było znowu wejść w las, gdzie we wszechobecnym błocie widniały odciski łap wilczych, a zapach padliny informował, że łowy były udane.




Jeszcze pół godziny leśnej wędrówki i wreszcie doszliśmy do Przełęczy Hałbowskiej.




W samą porę. Zaczęło się już lekko ściemniać, a my cokolwiek przemoczeni, chętnie byśmy przysiedli przy wesołym ognisku. Wiata w której mieliśmy spędzić noc, ulokowana była z 30 m od drogi asfaltowej, z rzadka rozbrzmiewającej głosem przejeżdżających pojazdów. W pobliżu odszukałem także domek myśliwski, ale szczelnie ogrodzony i starannie pozamykany, więc wiata na tę noc stała się naszym domem, a obok niej wkrótce zapłonęło wesołe ognisko. Można było podsuszyć buty i skarpety, co wykonałem zbyt odważnie i jedna ze skarpet przytopiła się lekko na ściągaczu, ale że były to kevlarowe treki od Fjorda Nansena, to wspomniany kevlar uratował je od totalnej pożogi. Gdyby ktoś obserwował naszą małą watrę, zdziwiłby się zapewne widokiem ludzi smażących skarpety, ale poza tym jednym drobnym incydentem, reszta była pod kontrolą. Na kolację nie zaserwowałem jednak skarpety w błotnym fixie ;-) a zupę brokułową z makaronem, której sytość spowodowała, że połowę zostawiłem na śniadanie.


Podkarmieni, podsuszeni i lekko podwędzeni, wymościliśmy swoje leża, wejście do wiaty zasłaniając tarpem, po czym smacznie zasnęliśmy, jako że noc była ciepła, a okolica cicha i spokojna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz