Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GSB II etap, 22 dzień - Brzegi Górne - Wołosate - Ustrzyki Górne.

-


22 dzień na GSB – Brzegi Górne - Wołosate – Ustrzyki Górne - 38 km.
GSB II etap - Dzień trzynasty - 9 lipca 2013. 

Trasa: Brzegi Górne (740) – Połonina Caryńska (1297) – Ustrzyki Górne (652) – Szeroki Wierch (1268) – Przełęcz pod Tarnicą (1275) – Przełęcz Goprowska (1160) – Halicz (1333) – Rozsypaniec (1280) – Przełęcz Bukowska (1107) – Wołosate (724) – Ustrzyki Górne.

W Brzegach Górnym nie ma spektakularnych wschodów słońca, więc nie trzeba wstawać o wpół do piątej. Jednak wcześnie rano harcerze zaczęli zwijać obóz, to i ja się wcześniej zerwałem. Dzisiaj przede mną Połonina Caryńska i pętla z Ustrzyk Górnych do Wołosatego, więc jeśli dobrze zacznę, to i o czasie zakończę nie tylko dzień, ale i całą wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim, mającym swój koniec właśnie we wsi Wołosate.

 
Najpierw jednak trzeba przesuszyć namiot i śpiwór, bo z rana jeszcze wszędzie rosa, a od wilgoci na zewnątrz, w namiocie też kondensacja aż się perli.

Gospodyni pozwoliła skorzystać ze sznura na bieliznę, płotek przy ogródku także się przydał. Był więc czas i na poranną toaletę i na spokojne śniadanie.


O godzinie dziesiątej opuściłem gościnne miejsce. Brakowało może tylko większej wiaty lub choćby zadaszenia nad stolikiem, tak w razie deszczu, ale tym razem nie odczułem tego braku.




W punkcie kasowym w Berehach już sporo ludzi. Jedni na Wetlińską, inni na Caryńską. Kupiłem bilet dla zdobywców GSB, obiłem się pieczęcią, po czym ruszyłem na ostatni dzień wędrówki czerwonym szlakiem.


Wędrówkę tego dnia rozpocząłem maksymalnie lekko. Po wczorajszej kolacji i dzisiejszym śniadaniu, maksymalnie uszczupliłem zapasy, nie zabrałem też żadnego picia, choć miałem awaryjny soczek w mini-kartoniku. Jednak niemiłosiernie prażące słońce skłoniło mnie do nabrania wody w potoku i rozpuszczenia Litorsalu z tabletką Plussz Magnez.


Podejście wydawało się nie mieć końca, bo i przewyższenie ponad 500 metrów. Na ostatnich metrach podejścia, niewiele poniżej szczytu, bije źródło sącząc niewielką strużkę, ale nie potrzeba wiele czasu, by napełnić nawet sporą butelkę.







Szczyt Połoniny został opanowany przez grupę o średniej wieku dobrze przekraczającej pięćdziesiątkę, ale wszyscy byli chyba już wcześniej zaprawieni w górskich bojach, bo i wcześniej dzielnie podchodzili i na szczycie nie wykazywali oznak niezadowolenia. Brawo!




A ja pasąc oczy przepięknymi widokami przy świetnej pogodzie, wreszcie mogłem się napatrzyć na okolicę i uwiecznić na fotografiach, gdyż moje wcześniejsze wypady na połoniny odbywały się przy marnych warunkach pogodowych i niemal zerowej widoczności. Dzisiaj zaś dostałem nagrodę za tamte mizerie.




Grzbiet Caryńskiej przeszedłem w trzy kwadranse, a do Ustrzyk nawet momentami zbiegałem. Byłem zdziwiony moją dobrą kondycją, zwłaszcza kolana na które sporo narzekałem, tym razem postanowiły pójść na współpracę. O pierwszej byłem już na asfalcie w Ustrzykach, więc niezły czas!




Została ostatnia pętla, sporo czasu i dobra pogoda. Postanowiłem coś wrzucić do żołądka, by po drodze już nie zatrzymywać się na posiłek, a co więcej – nie nosić w plecaku dodatkowych dekagramów. Zafundowałem sobie dużą bułkę z wkładką wędlinowo-serową, drożdżówkę, napój energetyczny marki piwo J, a po tym okazało się, że jest jeszcze miejsce na duży jogurt. Solidnie dokarmiony, jednak bez ociężałości, ruszyłem w stronę punktu kasowego na kierunku do Szerokiego Wierchu. Bilet miałem z Brzegów, więc kolejnego nie musiałem kupować i przez to nie obiłem się pieczątką u dziewczyny z okienka, która też przestrzegła mnie, że kilka(naście?) dni wcześniej, jakiś turysta wędrując od Wołosatego już koło czwartej – piątej rano, w okolicach wiaty – szlabanu za Wołosatym, natknął się na trzy wilki, które na niego warczały. Już nie pamiętam, czy to człowiek czy zwierzęta się wycofały, ale incydent mógł niepokoić…
Podejście pod Szeroki Wierch przypominało zdobywanie Caryńskiej.


Zwłaszcza podejście od granicy lasu do cypla daje w kość, ale i ten odcinek miałem już wcześniej zaliczony, więc wiedziałem co mnie czeka. Na cypel można wejść standardowo – szlakiem, albo nielegalnym skrótem – na krechę wprost pod górę, choć tablica ze stosownym napisem przed tym przestrzega. Tablica swoje, a ścieżka jest wydeptana chyba nie przez świstaki…


Z cypla widoki jak z pocztówki „Pozdrowienia z Bieszczadów” Ustrzyki w dolinie, a za nimi Rawki po lewej, połoniny po prawej i cały album fotograficzny dookoła. Na kierunku marszu widać masyw Krzemienia, dalsze szczyty zakryte jeszcze kulminacją Szerokiego Wierchu, ale masyw Tarnicy spoziera od prawej. A chmury jak wata cukrowa, dodają tylko uroku krajobrazowi o doskonale komponują się na fotografiach. Człowieków na szlaku mimo słusznej godziny – w sumie niewiele, ale pewnie w okolicach Tarnicy będzie zagęszczenie.






Pół godziny później jestem na zejściu do Przełęczy pod Tarnicą. Patrząc na siodło nie widzę tłumów, których się spodziewałem, ot zaledwie kilku wędrowców.


Ja sam na Tarnicę nie wchodzę, zaliczyłem szczyt już nie raz, a i znaki czerwone tam nie prowadzą. Schodzę w stronę Przełęczy Goprowskiej, nad którą przy źródełku w wakacje zwykle w namiotach dyżuruje drużyna GOPR. Tym razem namiotów brak, - czyżby BdPN nie zezwolił…?




Źródełko, a właściwie kilka cieków jednak niezawodnie jest czynne, więc popijam chłodną wodę i uzupełniam zawartość butelki, bo i pogoda i tempo wymagają nawodnienia.


Za przełęczą zaczyna się spokojne podejście zboczem Krzemienia w stronę Kopy Bukowskiej. Także i na tym stoku tuż przy szlaku bije źródło, jednak moje zaopatrzenie nie zostało jeszcze naruszone. Idę dalej dobrze wydeptaną ścieżką, równie dobrze oznakowaną. Im wyżej, tym horyzont się poszerza, a widoki stają się coraz ciekawsze. Godzinę od Goprowskiej zajmuje mi dojście na Halicz, - widać efekty właściwej diety i racjonalnego nawadniania.










Z Halicza rozciągają się tak piękne widoki przy dodatkowo interesującej grze świateł i cieni modelowanej przesuwającymi się coraz ciemniejszymi chmurami, że dobrą kamerą zdjąłbym kilka interesujących ujęć. 
Ale i na sam aparat jest sporo dobrych kadrów, co staram się ująć bez zbytniej staranności i przy brakach odpowiednich szkieł, ale jak lekko to lekko…




Na Rozsypaniec pochodzę nieco wolniej, bo i najwyższy punkt już zaliczony i wnet zostanie tylko schodzenie, a od Przełęczy Bukowskiej to będzie zero atrakcji, jest więc czas na spokojne podziwianie bliższej i dalszej okolicy.


W oddali dobrze widać Pikuja i nieco bliższe połacie Ukrainy.


Połonina Bukowska obszarem niedostępnym dla wędrówki prowadzi przez widoczny nieopodal Kińczyk Bukowski, Opołonek i Piniaszkowy, do źródeł Sanu. Jest to jednak Granica Państwa, jak i samej Unii Europejskiej, więc pewnie nieprędko powstanie tu szlak tworzący pętlę przez Sianki, Beniową, Bukowiec do Tarnawy Niżnej i dalej do Mucznego, a szkoda, bo idąc na Bukowe Berdo i Krzemień, można by zamknąć bardzo ciekawą pętlę. Nawet gdyby nie pasem granicznym, za którym nota bene idzie szlak ukraiński, można by zejść z Przełęczy Bukowskiej do Bukowca przez Błękitną Aleję (zawdzięczającą swą nazwę robotnikom obalającym denaturat), ale po drodze jest ostoja żubra i niedźwiedzia – jak oświecił mnie kiedyś strażnik BdPN, więc i ta opcja nie wejdzie do realizacji. Ale dzika ścieżka jest… A trzeba pamiętać, że droga asfaltowa prowadząca z Wołosatego na Przełęcz Bukowską, miała prowadzić w ramach przyjaźni z „bratnim krajem” dalej na wschód, ale ów kraj nie przyklasnął planom płk. Doskoczyńskiego, rządzącego niepodzielnie w Mucznem i zamkniętych dla ludu okolicach łowiska z czasów wczesnego Gierka.

Masyw Rozsypańca to także wzgórek, nieco stromy na północnym zboczu, bardzo atrakcyjny jako punkt widokowo-kontemplacyjny. Kiedyś w zimie tam właśnie zamarzł mi aparat i stamtąd wykonałem dupozjazd.  


Przełęcz Bukowska. Tutaj tak naprawdę kończy się polski odcinek Głównego Szlaku Wschodniobeskidzkiego, jak nazywał się jeszcze przed wojną, prowadząc dalej na wschód, w kierunku Stocha czy wsi Kuty w Czywczynach. Stąd najchętniej ruszyłbym na dawne ziemie Macierzy, ale kto wie, - już zaczynam zbierać informacje do takiej wędrówki, więc ktokolwiek wie…




Z Przełęczy Bukowskiej od wiaty wchodzimy drogą o nawierzchni asfaltowej. Po chwili trafiamy na ostatnie źródło na szlaku i stąd już praktycznie brak atrakcji, tylko asfalt w dół i dookoła las. Można wręcz usnąć w marszu, monotonnie stawiając kroki w rytm mantry znudzonego wędrowca.




W dolinie szumią potoki, moczary wydzielają swoistą woń, a w miejscu mniej więcej wilczej konfrontacji, wyczułem mocny fetor padliny, - może wilczy żer…? Nie natknąłem się na basiora ni na waderę, jedynie w gęstych zaroślach po prawej coś hałasowało w ruchu, ale nie nawiązałem kontaktu wzrokowego. 
Niebawem minąłem stojącą nieopodal wiatę i szlaban, skąd już do Wołosatego ostatni rzut dobry beretem.




Kilka minut i przed oczami pojawia się most. Prowadzi na Ukrainę na południe do wsi Łubne, ale jest zamknięty dla ruchu – także pieszego. Tak jak i asfalt na Przełęcz Bukowską, tak i ta droga jest reliktem przeszłości.


Teraz poszczególne punkty na ostatnim odcinku szlaku następują kolejno po sobie – budki kasowe, tablica „Wołosate”, leśniczówka, cerkwisko, parking i kolejne budki kasowe, szereg domów i w centrum wsi, po prawej stronie stoi słupek z szlako wskazami i jedną ważną tabliczką: „Początek / koniec Głównego Szlaku Beskidzkiego…”



Doszedłem!


Doszedłem, ale to już koniec wędrówki, koniec mojego długo realizowanego planu, koniec przygód na Czerwonym Szlaku, koniec dziennych dystansów – zamknięty ważny rozdział moich wędrówek, bagaż doświadczeń, znajomości, przyjaźni… Komplet zdjęć i początek wspomnień…
…ale teraz jest plan – przejść w sumie nieistniejący dawny szlak na Ukrainie. Jedno się kończy, drugie zaczyna…



A wiecie co? Główny Szlak Beskidzki to piękna przygoda, - polecam go z pełnym przekonaniem.
Do zobaczenia na szlaku!


-

27 komentarzy:

  1. Gratulujemy.
    Zazdrościmy Ci zdjęcia z czerwoną kropką .W ubiegłym roku, kiedy startowaliśmy z Wołosatego kropka była w remoncie :) Może uda się nam skończyć "GSB na raty" w pażdzierniku tego roku to i kropka będzie nasza.
    Pozdrawiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!
      Ja zrobiłem GSB w sumie na dwie i pół raty ;-) ale najchętniej bym poszedł jeszcze raz, ale tak, by przejść szlak za jednym razem. To świetna przygoda właśnie wtedy, gdy idzie się bez przerw, bez rat, gdy świat zostaje gdzieś obok, a przed nami tylko czerwone znaki i z dnia na dzień coraz bliżej tej magicznej czerwonej kropki...
      Tak czy inaczej, - GSB to fantastyczna przygoda, której każdemu wędrowcy życzę.
      Do zobaczenia na szlaku! :)

      Usuń
  2. Witam i gratuluję. Muszę przyznać, że Pana relacje z wyprawy zainspirowały Mnie i kilku moich znajomych do spędzania w takiej formie wolnego czasu. Na tych wakacjach udało nam się wygospodarować 10 dni na wędrówkę i 2 dni na przyjazd i dojazd. Nastawiamy się na samo chodzenie niż zwiedzanie. Rygor dnia jest także mocny. Już nie którzy z nas szlifują formę- idziemy też na 1-3 krótkie wyprawy przygotowawcze. W naszej grupie są zarówno ludzie z jakimś doświadczeniem, jak i ci którzy będą to robić pierwszy raz. Stąd nasze pytanie: Ile dla takiej grupy zalecał by Pan przejść dziennie kilometrów (by się i zmęczyć, ale i nie paść na drodze); idziemy z plecakami. Z góry za odpowiedź i radę dziękuję ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja robiłem odcinki 25 - 30 km, ale trzeba pamiętać, że w górach trzeba liczyć podejścia i zejścia jak niemal dodatkowy dystans. Po dobrym wcześniejszym przygotowaniu, optymalne będą odcinki ok. 20 km. W pojedynkę idzie się zwykle szybciej, im więcej piechurów, tym tempo spada. Dystanse 15 km są zdecydowanie za krótkie, 20 to raczej minimum, ale dla słabszych może okazać się w sam raz - zwłaszcza na górzystych odcinkach. Po trzech dniach, dystans spokojnie można wydłużyć do 25 km, zakładając, że nie będzie otarć, pęcherzy czy niesprzyjającej pogody.
      Mocno zalecam odchudzenie wyposażenia, - im lżej tym przyjemniej. :)

      Usuń
  3. Z zaciekawieniem przeczytałem całość. Świetnie opisane i okraszone ładnymi zdjęciami. Moje gratulacje. Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku.
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ciepłe słowa. :) Jak dobrze (się) pójdzie, będzie kolejna relacja długodystansowa w lipcu 2014.
      Do zobaczenia na szlaku!

      Usuń
  4. Przeczytałem, znowu :) po raz n-ty całą relację:) Potwierdzam świetna!
    Szczerze muszę powiedzieć, że bardzo motywująco działa na mnie cała relacja i piękne zdjęcia. Już raz 2 lata temu próbowałem się zmierzyć z GSB, ale jak pisałem deszcz mnie pokonał na Baraniej Górze. Myślę, czy by w te wakacje nie spróbować ponownie. Chciałbym zacząć znowu od początku czyli z Ustronia. Postanowienie jest silne, a jak wyjdzie się zobaczy. Myślałem, tez jaki miesiąc wybrać na GSB? Jakaś sugestia :P Czerwiec teoretycznie w mojej opinii najlepszy, najdłuższe dni, pogoda w miarę stabilna. lipiec jednak dość deszczowy (o czym się przekonałem 2 lata temu), sierpień - już krótsze dni, zimniejsze noce, a chciałem pod namiot iść.
    Mimo wszystko, wielkie dziękuję za pełną relację, myślę że nie tylko mnie motywuje do przejścia szlaku.

    Do zobaczenia w trasie.
    Grzesiek T.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Grześku, wielkie dzięki... :)

      Mój blog jest przy okazji formą przewodnika / poradnika / galerii, dzięki czemu poszerza wiedzę o szlaku czy sprzęcie. Przecież właśnie o to chodzi, by ludzie gór pomagali sobie wzajemnie. Liczę, że mój blog jest w jakimś stopniu pomocny.

      Moje priorytety długodystansowej wędrówki, to:
      - termin czerwcowy - długi dzień, stabilna (w miarę) pogoda, puste szlaki, tanie spanie.
      - kierunek na wschód bądź na północ - słońce za plecami,świeci na panel słoneczny na plecaku.
      - namiot ze sobą - niezależność noclegowa i każdego ranka pałac w terenie ;-)
      - lekki plecak - absolutny minimalizm. Idę długo, nie czując ciężaru. Uśmiech gwarantowany :)
      - zapas jedzenia - w plecaku żelazna rezerwa na dzień-dwa. Kolejna niezależność.
      - zapas czasu - ja akurat nie pracuję, ale jeśli czas nie goni, to jest komfort.
      - dobra mapa i ślad w smartfonie - nawiguję w nocy, we mgle i po pobłądzeniu.
      - walka z przeciwnościami - nie idziemy deptakiem do hotelu, ale pokonujemy przeciwności.
      - pozytywne nastawienie i sprawdzone buty - coś nas musi prowadzić do celu! :)

      Ja wędruję z biwakami od wiosny (niekiedy śnieżnej) do jesieni. Ale na najdłuższe trasy wybieram właśnie start w połowie czerwca. Wtedy wykorzystuję dzień do zmierzchu, ale i czołówkę mam ze sobą. Wszędzie wtedy jeszcze pusto i tanio, a przyroda już w pełnym rozkwicie i ciepło pod namiotem.

      Kto napiera - nie umiera!

      Do zobaczenia na szlaku! :)

      Usuń
    2. Dzięki za szybkie info:)

      Zacznę od końca: ja też wędruję zazwyczaj od wiosny do jesieni jak czas pozwala, bo niestety (a może stety) pracuję, więc tylko weekendy mogę chodzić. Bardzo lubię to, i z żoną a nawet córkę zabieram w góry. Córka (lat 7) jest zadowolona, ale pod warunkiem, że tam gdzie idziemy są widoki, jak nie ma to kręci nosem. Wytrzymała jest, najdłuższa jej trasa na własnych nogach to korona Tarnicy. Więc jest wprawiona.

      Teraz przeskoczę na początek:) Uważam, Twój blog za najlepszą relację o GSB, z bardzo pomocnymi informacjami, pięknymi zdjęciami i opowieścią jaka znalazłem w sieci!!! Gratulację! I wcale się nie podlizuję, po prostu przeczytałem wiele i Twoja jest the best!

      I dochodząc do sensu wypowiedzi:
      - kierunek na wschód tez preferuje,
      - o namiocie też myślałem i często biorę na kilkudniowe wędrówki, ale najczęściej śpię przy schroniskach albo na polach namiotowych,
      - plecak lekki to faktycznie podstawa, ostatnio na GSB spakowałem się na 11 kg, więc nie było źle,
      - z zapasem wody ostatnio trochę było krucho i muszę nad tym popracować,
      - czołówka obowiązkowa,
      - buty dobrze wychodzone, i od pewnego czasu w mojej ocenie na wędrówki po Beskidach świetnie sprawdzają się buty lekkie, nawet takie do biegania, tylko trochę wytrzymalsze. Na pewno pod kostkę a nie ponad, już się z takich wyleczyłem.
      - z pozytywnym nastawieniem ostatnio było krucho po 4 godzinnym deszczu, nad tym tez muszę popracować.

      No i czerwiec też najlepiej wybierać.

      Pozdrawiam,
      Do zobaczenia na szlaku
      Grzesiek T.


      Usuń
    3. Och! Czy ja przeszedłem jakiś szlak na którym by nie padało...?!?
      Na GSB co i rusz mokro, na Świętokrzyskim chlupało w butach i bębniło o namiot, na GSS goniły nas mokre chmury, na MSB dodatkowo zawieja śnieżna, - deszcz to nieodłączny towarzysz wędrówek.
      Z najdawniejszych czasów obozów harcerskich, najlepiej pamiętam właśnie deszcz bębniący o płótno namiotu...
      Dobre poncho okrywające wędrowca wraz z plecakiem, nieprzemakalne spodnie i dobre buty, no, może jeszcze stuptuty - tak można wędrować nie bacząc na deszcze. A i te mają swój urok, choć burza w Chyrowej pod dziurawą wiatą, w otwartym terenie nie byłaby już atrakcją...

      Skoro już wiemy jak wędrować, to pakujemy plecak i do spotkania na szlaku!

      Usuń
  5. Często piszesz, że nie pracujesz i piszesz to w długich odstępach czasowych. Czy możesz zdradzić w jaki sposób się utrzymujesz, czy jesteś w jakiś sposób zawodowym turystą, masz jakichś sponsorów? Oczywiście jeśli to nie jest zbyt osobiste pytanie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pytanie w istocie jest osobiste, ale niech czytelnicy wiedzą...
      Dzięki mojej duźej rodzinie, mogę tak wędrować. Opiekuję się domem rodzinnym przy wsparciu mojego rodzeństwa, którzy popierają mój styl bycia.
      Zapewniają mi minimum socjalne, a za to mają locum na wakacje, ferie czy inne święta. No i mają teź ubogiego brata, który zadowala się ryżem, owsianką i plonami ogródka.
      To tak w skrócie.

      Usuń
  6. Interesowało mnie, w jaki sposób to robisz na zasadzie "może i ja (lub ktoś inny śledzący Twój blog) mógłbym jakiś Twój pomysł przenieść do swojego życia". Sam mam inną sytuację życiową i raczej nie będę w ten sposób żyć. Ponadto wycieczki górskie traktuję jako sposób na wolny czas, a nie sposób na życie. Dziękuję za odpowiedź i może jakiemuś zapalonemu wędrowcy, Twój pomysł w jakiś sposób pomoże.

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam,
    Widzę, że jest nas więcej zazdroszczących Yatzkowi:) Też się nad tym tematem zastanawiałem i cały czas chodzi mi po głowie myśl, żeby rzucić wszystko w cholerę i iść za głosem serca:) Jak czytam ten blog to też rwie mnie ruszyć w góry, poczuć tę wolność, wiatr we włosach. Ehh.. Może kiedyś...

    Miłego dnia,
    Grzesiek

    OdpowiedzUsuń
  8. Polecam nieco zagłębić temat minimalizmu w życiu codziennym. Choć nie stałem się jakimś skrajnym minimalistą, to jednak idea pokazała mi sprawy z innego punktu widzenia. Idea podobna do tego plecakowo-podróżniczego. Im bardziej potrafimy zrezygnować z różnych dóbr materialnych, luksusów i uwalniamy się od potrzeby posiadania, czy też postawy "może się przydać", " na wszelki wypadek wezmę/zostawię", tym mniej niesiemy ciężaru na swoich barkach, zarówno na barkach podczas podróży, ale i na tych barkach życiowych.

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam,
    Co do minimalizmu, to myślę, że u mnie nie jest tak źle:). Staram się czasu nie marnować na zbędne bzdury, wolę poczytać dobrą książkę czy przejść się w góry niż siedzieć przed telewizorem (którego i tak nie posiadam z własnego wyboru). Przesadnie nie otaczam się elektronicznymi gadżetami. Żyję w miarę zgodnie z moimi priorytetami: rodzina, zdrowie. Czasem tylko praca zawodowa mnie męczy, i tu mam największą zagwozdkę. Myślę. czasem co by innego robić niż to że obecnie na 8h idę do pracy. A chętnie bym bardziej chciałbym być własnym szefem, ale trochę mi odwagi brak... i tu jest problem. Druga kwestia czy z tego co chciałbym robić można jakoś żyć, aby nie głodować.

    Życzę sobie i pozostałym czytającym sił do zmiany i odwagi.

    Grzesiek

    OdpowiedzUsuń
  10. Zależy co chcesz robić, ale ja swój zawód oparłem właśnie na tym co bardzo lubię robić, czyli prowadzić samochód (dostawcze/ciężarowe). Z czasem zostałem swoim szefem. Zaleta jest taka, że robiąc to co lubimy nie czujemy, że pracujemy, ale raczej że zarabiamy dobrze się bawiąc.

    OdpowiedzUsuń
  11. Święte słowa. Właśnie próbuję dążyć do takiego stanu, aby " robiąc to co lubimy nie czujemy, że pracujemy.." Życzę tego wszystkim osiągnięcia tego stanu:)
    Pozdrawiam
    Grzesiek

    OdpowiedzUsuń
  12. Super relacja z GSB. Dużo ważnych info, fajne zdjęcia i inteligentne pełne humoru komentarze. pierwsza relacja która przeczytałam od dechy do dechy, ludziska albo piszą ogromniaste epistoły albo kręcą niewyobrażalnie długaśne filmy. Ja w tym roku idę sobie GSB w przeciwnym nieco kierunku ze wschodu na zachód, ponieważ w życiu jestem sobie sterem i żeglarzem , mogę pozwolić sobie tylko na weekendowe wypady max 3 do 4 dni (tak zresztą dreptam po górach od 20 lat). śpie po schroniskach, żarełko noszę ze sobą i też jest to super przygoda. przed każdym kolejnym odcinkiem trza do perfekcji dopracować jeno dojazd i wyjazd :).
    Jeszcze raz gratuluję relacji w której chodzi o chodzenie i patrzenie wokół siebie i po horyzont a nie o dziki pęd byle szybciej do celu 9 bez możliwości rozglądnięcia się wokoło i odstąpienia na 100m od głównej drogi . za mną już 350km. trzymajcie kciuki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anno, Anno... Ano zawstydziłaś mnie, bo mam świadomość, że moje opisy są dość ogólne. Ale cieszę się, że znajdujesz w nich dobre strony, bo właśnie dla tak sympatycznych górołazów jak Ty redaguję moje relacje z wędrówek.
      Kolejne odbyte wędrówki czekają na opisanie, ale już pakuję się na następny szlak, siedząc w ubraniu z terenu... Ale ten czas to kulminacja wędrówek i przygód, czego Tobie gorąco życzę.
      Do spotkania na szlaku :)

      Usuń
  13. Widzę w Panu bratnią duszę miłująca góry, górskie wedrowki, podejście do tych wędrówek jak i do życia. Jak juz wspomniałem od wielu lat chodzę ale nigdy nie chodziłem w Polsce. Chciałbym to nadrobić ponieważ jestem juz emerytem ale nadal sprawnym fizycznie.
    Szkoda, że jestem tutaj niemile widzianym gościem. Pisząc poprzedni post myslalem, że pomoże mi Pan w podjęciu decyzji wybrania odpowiedniego szlaku i w przygotowaniu się do niego.
    Pozdrawiam i życzę udanych wędrówek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem z czego może wynikać stwierdzenie: "że jestem tutaj niemile widzianym gościem"...
      Podejmowanie decyzji, czy pomaganie w jej podjęciu, to wypadkowa wielu elementów - bardzo istotnych. To osobiste preferencje, kondycja rzutująca na dzienne dystanse, dobór sprzętu / wyposażenia, ilość czasu przeznaczona na wędrówkę... Do tego trzeba jednak dobrze znać drugiego człowieka, więc nie ma tu absolutnie żadnej niechęci.
      Zadeklarowałem swą pomoc, zasugerowałem szlak (Niebieski Graniczny), nadal wyciągam pomocną dłoń. I to jest moje wsparcie na tym etapie.

      Absolutnie nie pomyślałbym, by ktokolwiek mógłby tu być niemile widzianym gościem...

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  14. Jacku,
    Pozwolisz, że tak się będę zwracał ponieważ jest to forma, do której chyba też już przywykłeś.
    Biję się w piersi i bardzo Cię przepraszam za ten moj post. Przed tym nieładnym napisałem dwa inne ale coś spapralem bo one się nie pokazały.
    Wybacz, proszę winnemu.

    Czytałem o Niebieskim Granicznym. Wyglada bardzo zachęcająco. A co myślisz jakby zrobić pętle w połączeniu z czerwonym.
    W Polsce będę od 12 maja do 3 lipca. Napewno wygospodaruje conajmniej dwa tygodnie na wedrowki.
    Jesteś dla mnie ekspertem typu tutejszego - Erik the Black i napewno jeszcze nieraz będę się do Ciebie zwracał o pomoc.
    W ramach bratniej pomocy miłośników gór oferuję pomoc w organizacji wędrówek na zachodnim wybrzeżu a już szczególnie w stanie Waszyngton gdzie najcześciej chodzę.

    Po górach chodzę od chwili przeprowadzki do Seattle. Przez lata były to tzw. day hikes. W roku przejścia na emeryturę zacząłem poważniej i tak to juz trwa do dnia dzisiejszego. Kończę wędrówkę i myśle o następnej. W ostatnich miesiącach były sekcje PCT, Wanderland Trail a wielodniowki zakonczylem zaskoczony atakiem zimy na Golden Lakes Loop. Śnieg a nocą temperatura około -10 C. Dobrze, że byłem z troszkę cieplejszym namiotem i śpiworem a na nogach solidne buty.

    Staram sie chodzić lekko, max 30 funtów to z jedzeniem na 6 dni. Ubranie to co na sobie, a w plecaku kurtka puchowa, kurtka i spodnie przeciwdeszczowa (OR helium II kurtka, spodnie marmot), kalesony, ekstra bluzka z długim rękawem i skarpety (wszystko lekkie z merino
    wool). Plecak - ULA Circuit, namiot marmot eos lub lżejszy Big Agnes Copper Spur ul 1, materac identyczny z Twoim thermarest xlite, śpiwór marmot helium 15 albo marmot nano wave 45. Coraz mniej rzeczy zbędnych. Rozmyślam zmianę plecaka na ULA Ohm 2.0 ale zakupiłem polski śpiwór Cumulus Lite Line 300 i całkowicie niepotrzebnie Big Agnes Fly Creek Platinum 1p. Namiot jest super lekki ale nie w moim typie. Chętnie odsprzedam z dużym rabatem. Odbiór w maju w Lublinie. W związku z powyższym wyczerpałem fundusze na sprzęt do końca tego roku i na cały następny. Mam nadzieje, że jeszcze coś dostanę pod choinkę od bliskich.
    Jesli pogoda pozwala to nadal staram się chodzić 8-10 mil raz w tygodniu (przynajmniej). Oprócz tego często po moim miasteczku.
    Od 22 stycznia do 10 lutego będę chodził po Torres Del Paine (Circuit w 8 dni) i 5 dni w okolicach El Chalten (Mt. Fitz Roy). Wyjazd ten podpowiedział mi gość z Detroit spotkany na wonderland trail. Po powrocie do domu zapytałem szefa o zgodę i zabrałem sie do roboty.
    Podobnie jak wedrowki moje podróże są bardzo, bardzo tanie. Też plecak, też przede wszystkim namiot i suche jedzenie z US.

    Czuję się świetnie na dystansach do 10-12 mil. Jak trzeba przejdę i więcej. Z tego co widzę to moje miejscowe góry sa trochę wyższe od polskich.

    Jacku tylko tyle mogę napisać na forum publicznym. Bedzie mi miło porozmawiać na face time, messenger, skype lub email. Mam tez trochę zdjeć z moich ostatnich wędrówek na Facebook. Wszystko to robię aby zachęcić innych do zbliżenia z nasza matką Ziemią. Ostatnio jednak zacząłem zastanawiać się, czy warto. Myśle tak chodząc na krótkich dystansach w weekends i widząc te śmiecące tłumy.

    Raz jeszcze serdecznie Cię przepraszam za formę poprzedniego wpisu.
    Pozdrawiam,
    (Kazik)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kazimierzu...

      Zostawmy już konwenanse i nieporozumienia. Było, minęło - bez śladu :)

      Widzę, że jesteś dobrze wyekwipowany i masz niezłą kondycję. Tym samym stoją przed Tobą otworem polskie szlaki długodystansowe.
      Główny Szlak Beskidzki jest z nich najdłuższy i najpopularniejszy, ma też stosunkowo mało odcinków bezludnych. Z tego tez powodu wybrałem wstępnie dla Ciebie szlak Niebieski Graniczny. Nie obfituje może w nadmiar widoków, bo u nas Beskidy są dość niskie i porośnięte lasami, ale właśnie na Niebieskim jest trochę "spokojnych" atrakcji.

      Widzę, że już zauważyłeś, że polskie śpiwory to ścisła światowa czołówka w tej kategorii sprzętowej. Cumulus LL300 to bardzo dobry wybór - także mam ten model, choć ostatnio przeszedłem na Małachowski UL300II, a to w ramach minimalizacji wagi i gabarytów.
      Namiot mam nieco podobny do BA Fly Creek, aczkolwiek waga oryginału niesamowicie kusi, nie wiem tylko, czy nawet ze znaczną zniżką mógłbym sobie na niego pozwolić...

      Ja niedawno wróciłem z Gorców, korzystałem z pięknej pogody i chodziłem też poza szlakami. Akurat zachodnia część Gorców temu sprzyja, bo znajduje się poza obszarem Parku Narodowego. Kto wie, czy nie wybiorę się tam niebawem w zimie, ale zobaczymy co na to powiedzą moje kolana, na które coraz bardziej narzekam. No ale wędrować trzeba.

      Podam Ci adres mailowy, to uzgodnimy kanały informacji.

      Pozdrawiam,
      Yatzek

      Usuń
    2. Yatzku,

      W związku z tym, ze nie pracuję to mam mnóstwo wolnego czasu. Nigdy nie należałem do miłośników zarabiania pieniędzy. Jestem minimalistą i żona powtarza mi bardzo często, że dzięki niej nie mieszkam w jaskini. Czasem tak sobie myśle - szkoda tej jaskini.
      Wszystko co kupuje, kupuję bardzo długo. Czytam, szperam i czekam na okazje. Zawsze liczę pieniądze ponieważ jestem emerytem.
      Jesli podróżuje to tez bardzo długo planuje kazdy szczegół. Podróż zaczynam od kupna biletu bo zawsze jest to największy wydatek. Na okazję do Ojczyzny czekałem 3 miesiące. Kupiłem za 430usd Seattle - Frankfurt - Warszawa . Bilet w dwie strony z oczekiwaniem we Frankfurcie do 2 godzin.
      Bilet na styczeń do Punta Arenas jest z Vancuver BC bo jest tańszy o 500usd niż z Seattle.
      Podobnie jak Ty jem mało i prawie zawsze to co w plecaku. W podróży korzystam(y) z airbnb. Mam tutaj dobrego kolegę, który przez lata miał bardzo dobrą restaurację. Powiedział mi - Kazik, jedz lepiej w domu.
      Żona z córka mówią, że jestem cheap a mnie po prostu niestac na marnotrawienie i rozrzutność.
      Od 2 miesięcy szukałem hiking shoes. Bylem już blisko zakupu adidas ax2 (waga). Kupiłem wczoraj za 74usd z przesyłka i bez podatku Merrell Moab ventilator. Trochę ciężkie ale od lat sa najmniej zawodne. W lutym mają wypuścić nowszy model,który jak kazdy kolejny bedzie napewno gorszy. Latem zawsze chodzę w hiking shoes - waga i u nas czasem trzeba przechodzić kamieniste strumienie, lite shoes szybko schną.
      Druga rzecz, która wyciągnąłem od ciebie to dbanie o śpiwór. W domu wiszą ale podczas wędrówek zawsze trzymałem je w 12 lub 8 litrowym seatosummit (czasem zawilgocone) na samym dnie plecaka. Dzięki Yatzku!

      Czy samotne chodzenie po górach jest w Polsce bezpieczne?
      Czy bede mógł zakupić paliwo do msr pocket rocket?
      Czy macie coś takiego jak Mountain House freeze dried food (jednorazowki w torebkach, Po zalaniu wrzątkiem jem z torebki)?
      Czy nie ma problemu z zakupem (w moim przypadku) dobrej mapy Bieszczad ? Jaką polecasz? Niestety nie mam gps, do którego i tak nie miałbym zaufania.

      Zdarza mi sie nieumyślne schodzenie ze szlaku, najcześciej z kimś bo wtedy kompletnie nie uważam. Dla takich właśnie lepszy jest szlak wielodniowy bo jest i shelter i food.

      Pozdrawim,

      Kaz

      Usuń
    3. Witaj ponownie,

      Minimalizm to w górach dobra rzecz. Kto podchodzi do tego świadomie, ten wie.
      Ja sam długo wypatruję okazje w internecie i bardzo często kupuję rzeczy za ułamek ceny. Na szczęście mam czas na szperanie w sieci i w pewnym sensie to się zwraca.

      Co do butów, to ja preferuję wysokość Mid. Miałem już kilka par różnych, w tym Adidas AX1 i od niedawna Adidas AX2. Niestety, te drugie jeszcze szybciej dokonały żywota, a przeszedłem w nich niewiele więcej niż 600 - 700 km. Może uda mi się je reklamować.
      Niskie jednak mi nie podchodzą, choć Szlak Nadbużańskie przeszedłem właśnie w niskich, ale to wybitnie był płaski teren i bardziej potrzebowałem dobrej amortyzacji niż walorów docenianych w górach...

      Worków wodoszczelnych mam sporo - są właśnie w fazie testów. Jednak trzymanie w nich śpiwora dopuszczam jedynie w warunkach spodziewanej ulewy, bądź na kajaku.

      Co do polskich gór:
      - Samotne chodzenie po górach jest powszechne i bezpieczne. O zagrożeniach od ludzi i zwierząt nie słychać,
      - Kartusze nakręcane (do MSR PR) są powszechnie dostępne w trzech rozmiarach,
      - Polskie liofile z Lyo Food uchodzą za najlepsze, ja jadam też Travellunch i podobne z Decathlonu,
      - Mapy są dostępne bez problemu, sam korzystam z map Wydawnictwa Compass 1:50 000. Ostatnio wydali na plastikowym papierze. Brakuje niestety na nich zaznaczonych źródeł wody.

      Błądzenie jest rzeczą ludzką - także na szlakach. Te są jednak wystarczająco dobrze oznakowane, choć zawsze może być lepiej :)

      Pozdrawiam!

      Usuń