Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 21 czerwca 2014

GSS 13 - Kąty Bystrzyckie - Lądek Zdrój

-

Kąty Bystrzyckie - Lądek Zdrój. Dystans - 10 km. Suma podejść - 40m, suma zejść - 150m.

 

Na szlaku: Kąty Bystrzyckie - 557m, Lądek Zdrój - 427m.


W starych murach Gottwaldówki spało się tak smacznie, że nad ranem nie chciało się wstawać. Wszystko co mokre, wyschło idealnie, śniadanie smakowało wybornie, a pogoda zdawała się być akceptowalna.
Opuściliśmy zatem mieszkalny skansen z nutką nostalgii i trochę okrężną drogą skierowaliśmy się w stronę Lądka Zdroju.






Lądek Zdrój to właściwie dwie osobne miejscowości, ale znane pod tą łączną nazwą. Miejscowość przywitała nas ruchliwą drogą asfaltową i przyjemnym chłodem, a raczej brakiem upału i smażącego słońca.

W pięknym rynku był akurat targ staroci, który obeszliśmy, podziwiając spore zasoby eksponatów przeznaczonych do sprzedaży. Niewątpliwie niejeden kolekcjoner lub miłośnik starzyzny, znalazł by tu coś dla siebie.



Czas jednak był się zbierać w drogę powrotną. Kończył mi się domowy "urlop", więc może jeszcze rzutem na taśmę doszlibyśmy nieco dalej, ale i tak nie do końca. Musieliśmy jeszcze wrócić do Świeradowa po samochód i nim udać się kolejne kilkaset kilometrów, co odjęło nam półtora dnia wędrówki.
Gdyby w pobliżu było lotnisko, moglibyśmy "latać jak orzeł, a lądować jak Wrona" :)



No i stanęliśmy na okazję. Do Kłodzka zabrały nas cztery Niemki podróżujące wynajętym busem. Nigdy bym obywateli tego sąsiedniego kraju nie podejrzewał o takie gadulstwo, ale chyba im się ode mnie udzieliło. Gdyby nie to, że i one jechały do Kłodzka, pewnie wysiedlibyśmy gdzieś daleko za Odrą... :)


W Kłodzku zatrzymaliśmy się na dobrą kawę i deser. Po kilkunastu dniach wędrówki złożyliśmy i przytroczyliśmy kijki. Był to widoczny znak, że wędrowanie zostało na ten czas zakończone.



Z Kłodzka do Świeradowa jest jeszcze ładny kawałek drogi, a my postanowiliśmy dojechać tam okazją.
Po południu nie zanosiło się na szybki powrót, ale to, co się wydarzyło, zasługuje na osobny opis w szczegółach. Wspomnę tylko, że jechaliśmy chyba siedmioma pojazdami, w tym jednym busem rozkładowym i jednym autobusem podmiejskim, a także wypasionym Audi, TIR-em, Beemką, jakimś Fiatem (Palio czy podobnym) Mercedesem Vito i jeszcze jakąś skromną osobówką.
Ciekawostka polegała na tym, że w żadnym miejscu nie machaliśmy nawet pięciu minut. Dwa samochody zawróciły po nas specjalnie (!), a miły gość z wypasionej Audi, przez CB złapał TIR-a, do którego na stację paliw nas podrzucił i przekazał. Ludzie podpowiadali gdzie wysiąść, gdzie przejść, gdzie się ustawić na następny etap. Ze Szklarskiej już nie spodziewaliśmy się nic złapać, a tu dwoje studentów się zatrzymało, ale jechali niedaleko. Zaproponowaliśmy dorzucenie się na przejazd do Świeradowa i podrzucili nas pod sam parking, gdzie musieliśmy wrócić po samochód. Normalnie rewelacja! Taka przyjazność i tak skumulowana uczynność była dla mnie bardzo budująca i tą drogą gorąco dziękuję tym wszystkim, którzy nas podwozili stopem w kierunku Świeradowa.

Wielkie dzięki!

Chłopaki z wypasionej Beemki (słabo kojarzę fury) którzy nas wieźli do Szklarskiej, polecili też Izerską Chatę. Tam zostaliśmy na noc, która właśnie nadciągała. Wsunęliśmy pstrąga - całkiem smacznego i poszliśmy pochrapywać, wiedząc, że rano nie trzeba zrywać się wcześnie i walczyć z butami, kilometrami, szlakiem i pogodą. A szkoda...


Wracając, postanowiliśmy jeszcze odwiedzić kilka atrakcji dostępnych po drodze. Samochód dawał nam już tę niezależność, a czas zaoszczędzony przez sprawnie podwożących nas kierowców w dniu poprzednim, pozwolił na rozplanowanie całego dnia na taki właśnie przejazd.
To jednak już nie należy do opisu Głównego Szlaku Sudeckiego, więc tego wątku nie rozwijam.
Tym niemniej pobliskie atrakcje warto było przy takiej okazji odwiedzić.


Na koniec, zanim wskoczyliśmy na autostradę, spojrzeliśmy za siebie. Panorama Karkonoszy, Rudaw Janowickich i zieleń pól obudziła w nas zwykły żal z kończącej się przygody.
Wrócimy dokończyć Szlak, ale Sudety i spotykani serdeczni ludzie z pewnością będą bodźcem do powrotu w te strony. To zastanawiające, jak takie ogromne góry mogą się zmieścić w tak małych sercach. A może się nie mieszczą, może je po prostu tym sercem kochamy...


Do zobaczenia Sudety!
.

piątek, 20 czerwca 2014

GSS 12 - Marianówka - Kąty Bystrzyckie

-

Marianówka - Kąty Bystrzyckie. Dystans - 35 km. Suma podejść - 1300m, suma zejść - 1350m.

 

Na szlaku: Marianówka - 561m, Igliczna - 776m, Międzygórze - 583m, Schronisko na Śnieżniku - 1213m, Przełęcz Śnieżnicka - 1126m, Żmijowa Polana - 1049m, Przełęcz Pod Jaworową Kopą - 1129, Czarna Góra - 1187m, Przełęcz Puchaczówka - 895m, Przełęcz Pod Chłopkiem - 744m, Kąty Bystrzyckie - 557m.


Agroturystyka w Marianówce jest oddalona jakieś 500 metrów od szlaku. Z uwagi na przyjazną wędrowcom ofertę, zasugerowaliśmy, by przy skrzyżowaniu ze szlakiem postawić informację o obiekcie. Dla ceniących smak komfortu, ta miejscówka powinna się znaleźć w obszarze zainteresowania.

Ranek zapowiadał się nienajgorzej - chmury osłaniały od spiekoty, ale jeszcze nie straszyły deszczem. Spojrzeliśmy zatem za siebie i weszliśmy na szlak.



Trasa wiodła zakosami, bowiem Igliczna miała dość znaczną wybitność. Ale takie podejście było dobrym rozruchem na poranek i szybko nas rozgrzało, tym bardziej, że temperatura w tych dniach była wysoka. Jednak wśród drzew panował leśny mikroklimat.



Doszliśmy do drogi utwardzonej, a ta już bez zbędnych zakrętów doprowadziła nas do gmachu schroniska i bielejącego tuż za nim kościoła Marii Śnieżnej.



Sanktuarium przypominało bardziej fortecę niż obiekt łatwo dostępny. Ogrodzenie z bramą otwieraną elektrycznie i mnogość kamer monitoringu świadczyły, że nie każdy może tu się dostać. Najazdu biednych pątników nie stwierdziliśmy...




Tuż poniżej stało sobie schronisko. Bez ogrodzenia, bez kamer, za to otwarte dla wędrującego człowieka. Po krótkiej pogawędce z miłym gospodarzem, zaopatrzeni w pieczątki, opuściliśmy zasieki religii i otwartość ludzką...




Celem pośrednim było Międzygórze, czyli po podejściu na górę, trzeba było zejść do miejscowości, za którą wyrastała następna góra.






Po drodze kolejna atrakcja - wodospad Wilczki o wysokości 22 metry. Najwyższy w masywie Śnieżnika i drugi w paśmie Sudetów. Kiedyś był jeszcze wyższy, ale piętrzący wodę głaz został wymyty w jednej z powodzi. Mimo to imponuje swą niezwykłością i pięknem,  Skały i zieleń dodają mu egzotycznego posmaku.





Międzygórze ma charakter kurortu. Upakowane między zboczami gór, nie pozostawia złudzeń co do atrakcyjności otoczenia.




W miasteczku można się zaopatrzyć w Gieesie i obić w oddziale PTTK. To nam wystarczyło, ale pewnie znalazłyby się inne sklepy bądź atrakcje.




Gieesowskie zakupy poddaliśmy konsumpcji tuż za biurem PTTK. Okazało się, że stoliki pod parasolami przynależą do otwieranej knajpki, ale miły gospodarz uśmiechnął się tylko, pozwalając nam posilić się na terenie ogródka.



Powoli wychodząc z Międzygórza, wyłapujemy lokalne ciekawostki, jakim była doskonale utrzymana stara chata. Mijane pensjonaty nie zasłużyły na fotkę... ;-)




Wreszcie stanęliśmy u podstawy Śnieżnika. W tym miejscu kończyła się dolina, a zaczynało konkretne podejście. Od tego miejsca można liczyć przewyższenie i czas. My zaś liczyliśmy, że pogoda wytrzyma. :)



Szlak szybko nabrał przyjemnego górskiego charakteru. Skały niczym kości i korzenie jak nabrzmiałe żyły prowadziły nasz wśród szczeciny lasu.








Ostatnie podejście i widać już budynek schroniska pod Śnieżnikiem. Pogoda tylko jakby na nas czekała, bo ostatnie metry pokonujemy w lekkim deszczyku, stopniowo przybierającym na sile.




W środku rojno było i gwarno. W końcu Śnieżnik to znana góra, więc można się było spodziewać sporej frekwencji. Aż strach pomyśleć, co się tu dzieje w letnie wakacje.


Przed wyjściem po raz pierwszy na GSS założyłem coś cieplejszego na górę. To prototyp bluzy Zmierzch od firmy Kwark. Pani Kasia zaproponowała, bym w górach ocenił przydatność tego modelu wykonanego z PowerStretchu. No ale w lecie trudno o warunki do rzetelnej oceny warstwy termicznej, więc na miarodajną ocenę "Zmierzchu" trzeba będzie jeszcze poczekać. Tymczasem bardzo dziękuję pani Kasi za tę formę wsparcia.
Mogę wstępnie stwierdzić, że PS (PowerStretch) jako elastyczny, ma dzięki temu niemal konstrukcję MuscleMapping, co w moim przypadku oznaczało także BrzucholMapping. :-) Tym bardziej, że u Exosa (plecak), pas biodrowy ma wąski pas, pięknie rzeźbiąc sylwetkę. ;-)
Deszczowa pogoda wymusiła założenie poncho, więc dodam, że PS nawet mokry, termicznie zabezpiecza przedramiona wystające spod wspomnianego poncho. Z bluzą "Zmierzch" łączę duże nadzieje na zimniejsze miesiące.



Wędrowaliśmy w transie w jaki wprowadził nas monotonnie siąpiący deszcz i po pierwszym odcinku na Przełęczy Śnieżnickiej nie zauważyliśmy, że szlak lekko odbija w lewo, na wprost prowadząc jedynie ścieżką rowerową. Mimo zaanonsowania "braku czerwonych", przeszliśmy tak ze dwa kilometry, ale mapa nie dawała złudzeń, że nawet jakiś skrót nas przeprowadzi. Trzeba było zawrócić, co w deszczowej pogodzie nie poprawiło humorów.





Pod Czarną Górą znowu trzeba było uważnie poszukiwać "czerwonych". Kolejna konfrontacja z mapą i już wspinamy się na masyw Czarnej.




Piękne chmury i opary ścieliły się nisko i szybko przesuwały. Co jakiś czas uwidaczniały Igliczną z białymi ścianami Sanktuarium, by po chwili całkowicie owinąć nas białą wilgotną watą.
Siedząc na kamieniach z piękną choć mglistą panoramą, wsunęliśmy po drożdżówce. Nadchodzące odgłosy burzy przynagliły nas do dalszej drogi.




Na szczycie Czarnej Góry bez trudu odnaleźliśmy wieżę widokową. Jednak krążąca wokół burza nie zachęcała do wejścia pod wysoki daszek. W rzęsistym deszczu, poszukując niezbyt konsekwentnie malowanych znaków, chcieliśmy szybko opuścić wyższe partie masywu. Pioruny słychać było niepokojąco blisko, a deszcz padał obficie, zamieniając stromą ścieżkę w śliską rynnę. Na szczęście obyło się bez ślizgów, a to dzięki kijkom, które w tej sytuacji sprawdziły się wybornie.



Po zejściu z masywu Śnieżnika do Przełęczy Puchaczówka, zobaczyliśmy całą okolicę spowitą chmurami, mgłami i oparami. Deszcz na szczęście ustał, jednak buty co i rusz informowały o wilgoci pod stopami.



Przy starej kapliczce zeszliśmy z asfaltu na kolejne niewielkie podejście. Jeszcze przez chwilę można było podziwiać okolicę i zostawiony za nami, spowity mgłami Śnieżnik.



Przywitał nas tajemniczy, mroczny las. Jedynie w zielonych przeziorach pojawiały się smugi słońca, które wreszcie nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur. Gdybym spotkał tu Golluma, pewnie uwierzyłbym i w trole... ;-)




Nie zapisaliśmy się do partyzantki, więc wychodzimy z lasu. Przed nami pojawiają się opuszczone gospodarstwa, straszące popadaniem w ruinę.
Jakoś nie mamy wielkiej ochoty na rozbijanie namiotów, choć w mijanej osadzie znajduje się spora wiata z kominkiem i nieśmiało kusi. Jednak obłapiająca nas wilgoć skłania do poszukiwań noclegu pod dachem.



Kąty Bystrzyckie są spokojną miejscowością. Cicho tu i spokojnie, ale sklepu także brak. Pytamy po domach, ale albo cena nie zachęca, albo nie chcą nas na jedną noc. W skansenie Gottwaldówka napotykamy troje starszych Niemców - dwie kobiety i mężczyznę w wieku emerytalnym. Zapraszają nas do kuchni, częstują kawą, a starszy pan gdzieś znika, wracając po chwili ze swojską żubrówką. Rozgrzewamy się, prowadząc sympatyczną rozmowę. Kobiety nie dowierzają, że już kilkanaście dni jesteśmy na szlaku, ale nasze opowieści rozwiewają wątpliwości. Atmosfera jest bardzo przyjemna, a starszy pan poszedł zadzwonić do właścicieli by dowiedzieć się o nocleg dla nas. Jednak po chwili przychodzi wyraźnie zmartwiony i oznajmia łamana polszczyzną, że jest mu bardzo przykro, ale do wolnego pokoju mają przyjechać goście i nie ma wolnych miejsc. Niemki są zasmucone, bo moje gadulstwo rozbudziło ich ciekawość i pewnie byśmy długie rozmowy jeszcze ciągnęli, ale skoro tak, - zbieramy się do wyjścia, żegnając się serdecznie.
Po chwili, obserwując grę świateł zachodzącego słońca, maszerujemy dalej, ale droga nam się jakoś ślimaczy.



Wreszcie docieramy do agroturystyki, którą okazuje się być Dom Skowronki, którego właściciele zawiadują ...Gottwaldówką! Okazuje się, że na poddaszu drugiego budynku znajdzie się pokój na tę noc.
Humory momentalnie się nam poprawiają, a zapytani o możliwość zakupu chleba, dostajemy od gospodyni kilka pachnących pajd i trochę doskonałego ciasta drożdżowego! Piękny przykład serdecznej gościnności. Córka miłej pani - sama równie sympatyczna - podwiozła nas z powrotem do Gottwaldówki, gdzie rozgościliśmy się w pokoju z łazienką, w której stał kaloryferek-olejak, więc można było osuszyć buty.

Po gorącym prysznicu lekka kolacja i mocny sen. A spało się smacznie... :)