Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

wtorek, 19 sierpnia 2014

Główny Szlak Świętokrzyski 04 - Kakonin - Szczytniak

-

Kakonin - Szczytniak. Dystans - 22 km. Suma podejść - 700m, suma zejść - 500m.

 

Na szlaku: Kakonin, Huta Szklana, Łysa Góra - 594m, Święty Krzyż, Trzcianka, Kobyla Góra - 397m, Paprocice, Góra Jeleniowska - 533m, Szczytniak - 554m.



19.08.2014.

Poranek wstał pogodny - wręcz słoneczny. Nie mogąc spać, wykonałem małą sesję fotograficzną naszej miejscówki. Jednak cisza zapraszała do drzemki, czemu nie mogłem się oprzeć, jako że i Leśna Dusza wykazywała podobne oznaki niedospania... ;-)










Z rańca trzeba się było zerwać po dziewiątej, bo o dziesiątej otwierają chatę. Śniadanko się robi, a po sąsiedzku chata zaczyna funkcjonować. Sprawdzam cennik i nie jest źle, ale u mnie taniej :)
Po śniadaniu zmieniam klapki na buty i żegnamy naszą noclegową miejscówkę.






Kakonin zdaje się być senną okolicą. Ludzie się tu nie spieszą, spokojnie pracują w polu.
Kolorowe łąki pełne są barwnego kwiecia, co doceniają ślimaczki i motyle. Zresztą my też! :)







Dalsza część szlaku prowadzi nas skrajem lasu. Co rusz przechodzimy przez mostki, których na trasie jest prawdziwy urodzaj. W oknach leśnych zaglądamy na pola i łąki, ale dobrze oznakowany w tym miejscu szlak prowadzi nas niezawodnie. Po ponad godzinie las się kończy, a zza pól wygląda kolejna osada.









Osada to skansen, ale z naszego punktu widzenia to kolejne wiaty nadające się znakomicie na nocleg. ;-)
W centrum Huty Szklanej znajduje się centrum ruchu turystycznego w kierunku Łysej Góry i klasztoru Święty Krzyż. Korzystamy z standardów wycieczkowych i wsuwamy po zapiekance. Losowo wybrana Cola zapewnia, że przetrwam. :-)






Puszcza Jodłowa zaprasza po raz kolejny. Podchodzimy szeroką aleją asfaltową, ale większy komfort daje maszerowanie poboczem.
Nie wiedzieć czemu, w Puszczy Jodłowej szumią nam nad głowami ...drzewa liściaste!


 

Na szczycie witają nas dwie osobliwości z diametralnie różnych epok. Najpierw wieża transmisyjna, a nieco dalej Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej (dawne opactwo benedyktyńskie) i Sanktuarium Relikwii Krzyża Świętego.
Przed dojściem do klasztoru zaczyna lać deszcz, więc po uwiecznieniu zadaszonych stołów, a dla nas wiat, wchodzimy za mury opactwa.





Wnętrza kompleksu klasztornego są oblegane przez turystów. Ludzi jest naprawdę sporo, ale i miejsce warte jest odwiedzenia. Byłem tu w 1989 roku, ale do dziś pamiętam doskonały kompot którym poczęstowali nas mnisi.
Dzisiaj funkcjonuje tu doskonała kuchnia, ale i można zobaczyć wiele ciekawych rzeczy z czasów bardzo dawnych, a także pamiątki osiadłych tu misjonarzy. Relikwie Krzyża Świętego także znajdują się w przyklasztornej kaplicy.

Na zewnątrz ciągle dżdżysto, więc zeszliśmy do jadłodajni na świetną zupę jarzynową. Pełna czarka dobita kilkoma pajdami chleba wzmocniła nasze morale i chęć do wędrówki. Deszcz nie deszcz, wędrować trzeba dalej.












Deszcz w naszej wędrówce to nie pierwszyzna. Choć brak błota na ścieżkach wcale by nas nie zasmucił. Moje poncho doskonale daje radę, ochraniając mnie i nowego Exosa. Nawet udało mi się w przerwie w opadach strzelić spod poncha szybkie selfie.




Trzciankę mijamy tak szybko, że Leśna nawet nie zauważyła tego faktu. Rozglądając się za znakami, wchodzimy w pola, przekraczamy rzeczkę i podchodzimy na kolejne wzniesienie.






Brnąc we wszechobecnym błocie, podchodzimy na Kobylą Górę. Tu spotyka nas dodatkowy koszmar, - droga którą prowadzi szlak jest totalnie rozjeżdżona przez robotników leśnych ściągających "na smykę" drewno z lasu. Zaczynam złorzeczyć pod nosem, a czasem i głośniej, bo drogą iść się absolutnie nie da, czegoś takiego jak pobocze w lesie oczywiście nie ma, przedzieranie się przez mokrą gęstwę jest wyzwaniem samym w sobie, a buty są już przemoczone i ubłocone tak, że waga ich wzrasta dwukrotnie.

Wreszcie dochodzimy do składu drewna i mijamy jeszcze ciepłe ciągniki. Jedynie mój wrodzony pacyfizm pozwala mi przejść obok bez nadmiernych emocji...





To już Paprocice, o czym zresztą informuje kolejna tablica znajdująca się na skraju lasu.
Schodząc w dół do wsi, nie znajdujemy sklepu, którego nota bene nie szukamy. Trafiamy za to na kościół, który oceniamy pod kątem schronienia w przedsionku. Dla naszego spartańskiego stylu, było by to minimum.





Za kościołem dochodzimy do rzeczki, na której nie ma kładki. Jednak nie jest to akwen nie do przebycia. Znajduję płyciznę, rzucam kilka kamieni i przeprawa gotowa. Gdyby nie wcześniejsze błota, mógłbym napisać, że przeszliśmy rzeczkę suchą stopą...

Podchodzimy pod kolejną górę. Niedawny maraton rowerowy pozostawił sporo znaków i innego śmiecia. Błota i wody pod butami jest taka ilość, że moje rozpadające się buty ze startym niemal do zera protektorem, ślizgają się przy lada okazji. Kijki pomagają niezawodnie.

Płynące dróżką leśną strumienie pozwalają opłukać mokre i tak człapy. Zawsze to te pół kilo błota mniej... :)









Co dziwne, mimo dobijających warunków, mamy świetne nastroje. Ja żartuję, że Bear Grylls bez wsparcia swej ekipy filmowej dawno by tu wymiękł. Leśna też nie narzeka jakoś szczególnie, - ot mamy warunki które trzeba zaakceptować i tak też czynimy. To, że nasze buty i stopy są po prostu mokre, też nie jest niczym nowym.

Z dobrym morale docieramy na Szczytniak, tuż przed tablicę informującą o rezerwacie z takąż nazwą.
Leśna zarządza tu biwak, ja zaś poszedłbym jeszcze dalej. Jednak pora jest już słuszna na rozbicie obozu.
Na szczęście kilkanaście minut wcześniej deszcz ustał, mogłem więc bezkarnie zdjąć poncho i plecak.

Bez zbytniego pośpiechu zabraliśmy się za przystosowanie miejsca do spędzenia komfortowego noclegu.




Rezerwat Szczytniak sąsiaduje z rezerwatem Małe Gołoborze. Znalezienie zatem dobrego miejsca do rozbicia namiotu nie było takie proste. Wreszcie wpasowałem się między większe kamienie, usunąwszy jeden nieco mniejszy. Na szczęście mój jednoosobowy pałacyk nie potrzebował hektarów ni arów. Zadowolił się małym skrawkiem obok ścieżki. Leśna też po zmroku podwiesiła hamak pod tarpem.

W chłodzie wieczora, kolacja dodała nieco energii potrzebnej do przetrwania nocy. Ale dobrze osłonięte od wiatru miejsce pozwoliło na chwilę pogawędki przed snem. Późnym wieczorem zabezpieczyliśmy dobytek, zaszyliśmy się w minimalistycznych schronieniach, a sen przyszedł szybko...

.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz