Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

czwartek, 31 grudnia 2015

Test - osobisty filtr wody - Diercon PS01


Diercon PS01 - test osobistego filtru wody '2015



Dzięki Administracji Niezależnej Grupy Testingowej - NGT.pl, z początkiem roku 2015 zostałem testerem osobistego filtra wody - Diercon PS01. Filtr otrzymałem od polskiego dystrybutora - firmy outdoorzy.pl.



Filtr osobisty jest indywidualnym wyposażeniem wędrowcy, dając możliwość uzupełniania zapasów wody pitnej z niemal każdego źródła wody o nieznanej czystości.

Opisywany i testowany filtr należy do kategorii filtrów grawitacyjnych, bazujących na wolnym przepływie wody z naczynia umieszczonego wyżej poprzez filtr do naczynia umieszczonego niżej.
Jest też możliwość podniesienia ciśnienia, a tym samym szybkości filtrowania poprzez ściskanie elastycznego pojemnika z wodą filtrowaną.
Istnieją także filtry mechaniczne wyposażone w ręczną pompkę i choć mają większą wydajność, to są gabarytowo większe i mają zwykle większą wagę.

Opis i parametry techniczne są dostępne na stronie polskiego dystrybutora:
http://diercon.pl/produkty/diercon-ps01/

Dla pojedynczego użytkownika, filtr grawitacyjny jest zwykle wystarczający, choć czas oczyszczania wody niekiedy wystawia cierpliwość spragnionego na niewielką próbę.
Jednak oszczędność wagi noszonej wody gdy mamy do dyspozycji ważący 60 gramów filtr, jest nie do przecenienia, zwłaszcza dla wyznawcy ideologii Light & Fast. Zakładam oczywiście, że poruszając się w terenie, wcześniej zrobiłem rozpoznanie i spodziewam się znaleźć jakiekolwiek źródło wody.

Pozostawiam poza dyskusją rozterki, czy uda się wodę znaleźć po drodze czy też nie, a czy w tej sytuacji trzeba nosić jej odpowiedni zapas. Skupię się natomiast na plusach i minusach togo konkretnego produktu i jego przydatności praktycznej w terenie.

Jakoś nie jestem zwolennikiem prezentowania "unpacking" czyli otwierania z namaszczeniem paczki i wyliczania każdego drobiazgu z osobna. Tym bardziej, że nie biorę jakoś szczególnie pod uwagę dodatków, bo często one maja podnieść atrakcyjność głównego towaru, chyba że są  jego nieodłącznym składnikiem.
Zatem obok samego filtra, otrzymujemy maleńką strzykawkę do przemywania, wężyk do połączenia według naszej inwencji, elastyczną butelkę/torebkę/bukłak z zakrętką, komplet filtrów wstępnych, "dziubek" do wężyka, a także instrukcję - niestety bez języka polskiego, ale obrazkowo pokazującą stosowanie filtra.






Wodę do filtrowania możemy gromadzić w butelkach typu PET ze standardowym gwintem, ja używam bukłaków Platypus, mających też ten uniwersalny skok gwintu. Ich dokręcenie jest pewne i wygodne, wystarczająco szczelne do przeprowadzenia filtrowania.




Wylot jest ukształtowany w mały ustnik, umożliwiając picie wprost z filtra. Można na niego nałożyć wężyk i połączyć z naczyniem odbiorczym bądź włączyć przelotowo do rurki od bukłaka.
Ja preferuję pozostawienie wylotu wolnego, pod który podstawiam naczynie, do którego spływa przefiltrowana woda.





Zanim przejdę do spostrzeżeń z samego filtrowania, dodam, że filtr ma wewnątrz podwójne filtrowanie. Woda początkowo przechodzi przez warstwę węgla aktywowanego, gdzie jest oczyszczana z toksycznych składników. Znajdujący się w dalszej części filtr kapilarny blokuje przepływ drobin mechanicznych i znakomitej większości bakterii mogących znajdować się w filtrowanej wodzie. Więcej technicznego bla-bla znajdziecie we wcześniej podanym linku :)

Gabaryty nie są duże, choć też nie najmniejsze - 160mm długości, 31mm średnicy i 60g wagi (56g zważone). Po pierwszym użyciu zawsze pozostanie w nim nieco wody i wtedy może ważyć nieznacznie więcej.




Porównanie do innych powszechnie znanych gabarytów daje bardziej wyobrażalne pojęcie:



Pierwsze użycie filtra jest nieco ...frustrujące. Wynika to z prostej zależności, że filtr najpierw sam musi napełnić się wodą, która dopiero po chwili wydostanie się z drugiego końca. Dobrze jest tę czynność wykonać ze wspomaganiem, ściskając butelkę czy bukłak, by pierwsze zadziałanie filtra przebiegło szybko i sprawnie.
Początkowo woda leci wąską strużką, a po kilku użyciach nieco przyspiesza.
W jej smaku można wyczuć posmak węgla, który także jest sprawcą spowolnienia procesy filtrowania. Można jednak wyjść z założenia, że jeśli powoli - to dokładnie.

W większości filtrowałem wodę z ujęć leśnych. Była to woda cieknąca z odległego źródła, bądź stojąca w niewielkich zbiornikach, ale o dobrej przejrzystości, choć zanieczyszczona gnijącymi liśćmi i zawierająca jakoweś żyjątka, których nie chciałbym gościć w swoich trzewiach.





Po kilkukrotnym filtrowaniu wczesną wiosną, gdy znałem już możliwości Diercona, zabrałem go na Mały Szlak Beskidzki. Już pierwszego wieczora na Kiczerze za Żarem poszukiwaliśmy wody. Nie znaleźliśmy ujęcia z pitną, ale natknęliśmy się na wannę zawierającą zieloną wodę z glonami i jakąś wodną mikroflorą, a kto wie, czy też nie i mikrofauną. Tego wieczoru było bardzo zimno, więc proces filtrowania był dość powolny, ale nie miało to większego znaczenia, gdyż najpierw podpiąłem filtr, by następnie zająć się organizowaniem obozu i noclegu. Z tej racji na bardzo mogę określić kiedy kubek (850ml) wypełnił się po brzegi czystą wodą.




Zanosiło się na przymrozek, toteż po użyciu filtr został przedmuchany i schowany z zapasowymi ubraniami do plecaka. I tu jest właśnie istotna uwaga eksploatacyjna: Filtr po użyciu należy chronić przed ujemną temperaturą, gdyż może ona spowodować popękanie jego wewnętrznej struktury i woda która będzie z niego wypływać, może już nie być właściwie odfiltrowana.
Wspominam, bo nazajutrz okazało się, że resztka wody w kubku zamarzła, a stanowisko testowe pokryte było śniegiem...


Mając przy sobie filtr, nigdy nie nosiłem większego zapasu niż 0,5 l wody. Zabierałem go zatem chętnie na wszelkie wyjścia, na których woda mi była potrzebna do celów spożywczych w ilościach większych niż chciałbym nosić.

Z nastaniem regularnej wiosny zabrałem Diercona wraz z dwoma innymi filtrami o których w tej recenzji nie będę się rozpisywał. Postanowiłem tym razem określić czas w jakim oczyści pół litra wody. Co więcej, wodę nalałem do bukłaka i dokręciłem filtr, przez co bukłak został zamknięty i z zmniejszaniem się ilości wody powstawało w nim niewielkie podciśnienie, gdyż nie był odpowietrzany. Niewątpliwie spowolniło to czas filtrowania.
Pół litra wody zostało oczyszczone po nieco ponad dwunastu minutach.







Diercon PS01 nie jest demonem szybkości, ale też nie podnosiłem ciśnienia w bukłaku, nie ściskałem go dłońmi, nie zgniatałem ciężkim kamieniem ani nie stosowałem żadnej formy pompowania. Jestem w stanie zaakceptować ten wynik, wiedząc, że jest to bodaj najwolniejszy sposób filtrowania grawitacyjnego.




Przez dwa tygodnie wędrowałem Szlakiem Nadbużańskim. Na dystansie 370 km, kilkukrotnie użyłem Diercona do zapewnienia sobie czystej wody. Raz w sporym upale zrobiliśmy odpoczynek na terenie starego ośrodka wypoczynkowego, gdzie z hydrantu kapała niezbyt ciekawie pachnąca i wyglądająca woda. Kilka minut ściskania bukłaka i butelka była pełna.





Innym razem po koszmarnym przebrnięciu przez sobiborskie bagna, filtrowałem wodę gruntową w Wołczynach, - śmierdziała jakimiś produktami naftowymi. Fo odfiltrowaniu straciła moc paliwa rakietowego :) Było już późno, humor po bagnach miałem mizerny, a dodatkowo już byłem częściowo zjedzony przez meszki i komary, więc nawet nie sięgałem po aparat...
Jeszcze gdzieś na Nadbużańskim filtrowałem, ale nie pamiętam gdzie.

W lecie wędrowałem systematycznie po kilka dni. Za każdym razem w klapie plecaka na podorędziu mieszkał sobie filtr Diercon. Zwykle nakręcałem go na niewielką butelkę, która na finiszu wędrówki lądowała w koszu na jakimś przystanku busów. Dzięki temu, moje terenowe i leśne posiłki były spożywane w myśl zasady: nie ważne co się je, - ważne czym się popija :)







Planując dłuższe wędrówki, przeglądam mapy także pod kątem ujęć wody. Półlitrowy żelazny zapas zwykle wraca ze mną do domu, a w terenie poprzestaję na filtrze. Nie szukam na siłę jakiejś wyjątkowo brudnej wody, bo dbam by zbytnio nie zanieczyścić filtra, a po powrocie do domu przepłukuję go zwrotnie czystą ciepłą wodą. Wytrącam i wydmuchuję nadmiar wody i pozostawiam obydwa końce otwarte. Dzięki temu mogę na nim polegać i zabieram go na kolejne wędrówki po beskidzkich szlakach.







Podsumowanie.

Filtr Diercon PS01 jest urządzeniem spełniającym swe zadanie. Szybkość filtrowania nie jest najwyższa, ale w większości sytuacji akceptowalna, tym bardziej, że przy wspomaganiu ściskaniem butelki/bukłaka z filtrowaną wodą, proces da się wyraźnie przyspieszyć.

Smak przefiltrowanej wody za każdym razem był bez zarzutu, choć na wejściu była ona o zapachu zgnilizny, ziemistym, ropopochodnym czy innym niezbyt przekonywującym do bezpośredniego spożycia.

Masą i gabarytami Diercon plasuje się w klasie filtrów kompaktowych. Nie jest rekordowo mały czy lekki, ale są to wartości i tak wystarczająco dobre, by włączyć go na stałe do wyposażenia plecakowego.

Dzięki standardowemu gwintowi w jaki wyposażane są powszechne butelki PET, jest łatwy do zestawienia z takimiż butelkami i bukłakami, a ustnik na wyjściu umożliwia dalszą kombinację według potrzeb.

Posiada podwójny system filtrowania - węgiel aktywny i kapilary, co skutecznie eliminuje niepożądane składniki.

Wymaga minimum obsługi serwisowej i zachowania podstawowych warunków eksploatacji i przechowywania.

Daje dużą oszczędność wagi wyposażenia - zamiast mniejszej czy większej ilości wody, nosimy lekki filtr i ewentualnie żelazną rezerwę płynów. Oczywiście w sytuacji gdzie liczymy się z pozyskaniem nieoczyszczonej wody w terenie.

Plusy i minusy.

Na plus:

- małe gabaryty i niewielka waga,
- uniwersalny gwint i możliwość wpięcia w rurki z obydwu stron,
- bezobsługowe działanie,
- bardzo wysoka skuteczność filtrowania,
- duża niezawodność,
- możliwość zastosowania prostego filtra wstępnego.

Na minus:

- nierozbieralny niewymienny wkład węglowy,
- zbyt mały filtr wstępny,
- krótka żywotność - jeden rok,
- nieco powolne działanie.


Konkluzja:

Filtr godny polecenia. Uniwersalny, niekłopotliwy, sprawdzający się w praktyce. Spełnia wszelkie wymogi dla filtra kompaktowego. Gdyby się dało wymieniać wkład węglowy, byłby bliski ideałowi w swojej klasie.

Moje uwagi dla producenta:

Opracować wersję modułową trzyczęściową: filtr wstępny-filtr węglowy-filtr kapilarny.
Do wody z górskich potoków wystarczył by moduł kapilarny. Przy większych zanieczyszczeniach można dokręcić moduł węglowy, który po resursie można wymienić na nowy (bądź sam wkład). Dla mętnej stojącej wody z kałuży i innej mocno zanieczyszczonej, wystarczy dokręcić moduł z filtrem wstępnym, łatwo wymienialnym.
W znany i czysty teren na krótką trasę można wtedy zabrać filtr kapilarny, w bardziej wątpliwe warunki zabrać trzy moduły i używać według potrzeb.
Oczywiście PS01 może pozostać jak jest, ale na jego bazie wykonać trójmodułowy dla bardziej wymagających.

No to koniec lania (filtrowanej) wody... ;-)

Na zdrowie!




Całość zdjęć na mojej Pikasie:
https://picasaweb.google.com/112339065399764771934/FiltrDierconPS01TestNGT?authuser=0&feat=directlink

Link skrócony: http://tiny.pl/gtq37


_

czwartek, 17 września 2015

Worek Raczański

 
 
Worek Raczański jakoś nie mógł się wcześniej doczekać kolejki. Pomijałem tę okolicę odkładając "na później", aż wreszcie później zapomniałem...
Aż któregoś dnia jadąc palcem po mapie, poszukiwałem jakiegoś ciekawego czerwonego szlaku - czerwony przypomina główne szlaki które przeszedłem, no i uzależnia. Co trafiłem na dłuższy czerwony, to okazywało się, że go już przeszedłem. Aż tu wetknięty gdzieś w zakątek, przyklejony do granicy pojawił się nie dość że czerwony, to jeszcze zapomniany-odgrzebany i układający się w ciekawą pętlę! Tym samym na plan przejścia trafił Worek Raczański.

Dzień pierwszy, środa, 16 września 2015.


Skoro świt wyruszyłem w stronę Soli, bo dystans był dość spory do pokonania, a połowa września to już trochę krótki dzień. Na stacji PKP w Soli gdzie znajduje się jedna z czerwonych kropek oznaczających dla mnie początek szlaku, zameldowałem się po dziesiątej. Czas w sam raz, ciepło, pogoda piękna, więc u miłej pani na stacji wynegocjowałem pieczątkę, obiłem się i poszedłem pod wielkie drzewo strzelić fotę na wyruszenie w trasę.




O godzinie 10.20 sfotografowałem się pod czerwoną kropką i ruszyłem.




Przy skrzyżowaniu zajrzałem do sklepu, bo rano nawet nie wciągnąłem śniadania, ale bułek już nie było... Jednak wiedziałem, że po drodze będę mijał przynajmniej dwa sklepy, więc nie był to wielki problem.
Początek wędrówki asfaltem to taka w sam raz rozgrzewka. Porozglądałem się po miejscowości, zerknąłem na opis wód solankowych, aż trafiłem do dobrze zaopatrzonego spożywczaka. Miła pani z wielkich bułek z dodatkami wyczarowała imponujące kanapki, przy czym bułki były wyśmienite. Pierwszą wsunąłem z marszu, reszta powędrowała do plecaka.






Od skrzyżowania co rusz mijałem się z dużym samochodem dostawczym, robiącym za obwoźny punkt sprzedaży dóbr wszelakich. Co przystawał, to obwieszczał swe przybycie donośnym sygnałem, jakiego nie powstydziłby się legendarny liniowiec Stefan Batory. A że dziwnym trafem zatrzymywał się w ślad za mną a czasem przede mną, to tej trąby miałem po chwili serdecznie dosyć. Na szczęście po całym Archipelagu Asfaltowym czerwone szlaki wywiodły mnie na drogę utwardzaną, a frachtowiec popłynął w słoną dal, trąbiąc jeszcze tęsknie co chwilę coraz dalej...





Czeka mnie pierwsze podejście z Soli - 538m na Rachowiec - 954m. Podejście jest łagodne, właściwie to się go nie czuje. Początkowo między domami zaraz za odbiciem od głównej drogi, w miarę podchodzenia domów po drodze coraz mniej, a droga staje się już typowo polną drogą.
Za ostatnim domem po chwili droga schodzi nieco w dół, po czym wije się pod górę. Tu już można obejrzeć się za siebie, bo widoki są naprawdę piękne.







W partii podszczytowej znaki prowadzą trochę lawirując po północnej stronie, ale można podejść do małej wieży widokowej i zapoznać się z opisami na pobliskich tablicach.
Z tego miejsca bardzo ładnie prezentuje się panorama w kierunku południowym, czyli właśnie są to obrzeża Worka Raczańskiego.





Jeszcze krótki odcinek grzbietem na zachód i pojawia się górna stacja wyciągu narciarskiego. Tu otwierają się widoki na zachód i północ, a szlak prowadzi w dół zbocza, po chwili przecinając go skosem w lewo. Drogą przechodzącą w ścieżkę, po pokonaniu lasu dochodzę do drogi asfaltowej, nieopodal Małego Rachowca. Stąd dobre kilkaset metrów asfaltem w dół, ale trzeba się pilnować, bo przy niewielkiej łączce znaki prowadzą lasem w dół.






Trochę kluczenia za znakami po lesie z uwagą na umiarkowane nastromienie. Niebawem las prześwituje i widać drogę, a za nią tory. Dochodzę do Zwardonia. Na brzegu lasu znajduję spory sklep, więc zaglądam na drożdżówkę i jogurt. Pałaszując ją (równie smaczna jak bułka kupiona w Soli), mijam dworzec, a za nim jakby centrum miejscowości i kolejny sklep.
Za sklepem kończy się niebawem zwarta zabudowa, na podejściu widać kościół, a za nim już i domów coraz mniej. Jeszcze jakiś pensjonat i obok zabudowanego w formie szałasu ujęcia wody, dochodzę do kolejnego lasu.





Las śmignął mi mimo oczu i po chwili stałem przed sporą budowlą, nieco zaniedbaną i jakby opuszczoną, co niebawem się potwierdziło. Budynek ten to Schronisko "Dworzec Beskidzki", oczekujące na nowego dzierżawcę. Kilka fotek i ruszyłem dalej, w stronę Wielkiej Raczy.





Po pięciu minutach trafiłem na kolejną ostoję turysty - Pensjonat na Beskidku. Strzałka wskazywała bufet, więc pomyślałem by wstąpić, może i obić się ładnym stemplem, ale i ten przybytek był szczelnie pozamykany. Dzwonek działał, ale efektu nie było... Uruchomiłem więc buty i przyjąłem kierunek marszu - na południe.




Okolica z każdą chwilą piękniała. Zniknęły zwarte zabudowania, a na łagodnych zboczach czerwieniły się z rzadka dachy niewielkich domów.
Za kolejną połacią lasu minąłem budynek w typie bacówki PTTK, opisany jako Chata pod Skalanką.
Jakby lokalnym prawidłem stało się wędrowanie przez kolejną połać lasu, by na jego skraju trafić na następne zabudowania, z których pierwszym była znana i lubiana Chatka Skalanka. Otoczona sadem owocowym, zatopiona w ciszy i zieleni, jawiła się jako sielska oaza spokoju i błogości.
Nawet nie wiedziałem, że do mojego przewodu pokarmowego uda się zmieścić tak dużo śliwek... ;-)






Droga wiodąca w stronę Wielkiej Raczy także była jak magiczna. Niby prosta, ale lekko wijąca się wśród drzew, lekko pokryta ubiegłorocznymi liśćmi, mijając pojedyncze domy, prowadziła w nieznane - obiecane...



Wędrując górskimi ścieżkami i spoglądając na coraz rozleglejsze horyzonty, doszedłem do przełęczy Vrescovske Sedlo. Przecinała je wąska wstęga asfaltu z racji istnienia tu niegdyś przejścia Małego Ruchu Granicznego. Dzisiaj jest to świetna trasa rowerowa do wypadów na Słowację.



Podreptałem sobie spokojnie pod kolejną górkę. Lubię mijać nieznane mi okolice, - na swój użytek je odkrywam, ale niekoniecznie poznaję ich nazwy. Niech jeszcze mają w sobie jakiś pierwiastek nieznanego, gdybym chciał raz jeszcze coś tu odkryć.
Tym samym doszedłem na pobliską górkę, na której rozsiadło się gospodarstwo z piętrowym domem. Przy przydrożnym świątku podumałem chwilę, po czym skierowałem się w dół zbocza w stronę kolejnej przełęczy.





Przełęcz wyglądała na kompletnie bezludną. Gdzie okiem sięgnąć, wszędzie surowe krajobrazy jak w dalekich niedostępnych krainach.
Na wielkiej zasuszonej kłodzie złożyłem plecak - mojego wiernego towarzysza wędrówek. Właśnie dzięki niemu tak komfortowo transportuję swe wyposażenie, ciesząc się radością przemierzania górskich szlaków. Sięgnąłem po mapę i chwilę studiowałem topografię okolicznych terenów.





Mapa podpowiedziała mi, że teraz czeka mnie podejście na Kikulę, co niebawem stało się faktem dokonanym. Długie podejścia są jak mantra. To akurat nie było jakoś specjalnie długie, ale rytm stawiania kroków i kijków na pnącej się ku niebu drodze miał w sobie tę ulotną specyfikę, swoiste DejaVu, to dobrze znane wchodzenie w nieznane...




Kykula powitała mnie obfitością czarnych jagód. Im oprzeć się nie mogłem, toteż i nie odpierałem pokusy. Na szczycie zaś, zamiast łyknięcia czegoś do picia, pochłonąłem słodką i soczystą śliwkę spod Skalanki. Gdy dodam, że natknąłem się na krzaki jeżyn czyli czernic, to pewnie uwierzycie, że gdyby rosły tu drzewa piwne, mógłbym tu rzucić kotwicę. Choćby na dwa dni ;-)






Z wysokości grzbietu ciągnącego się od szczytu Kikuli, można było już kontemplować wcale odległe widoki. Choć pogoda nie była idealna, a chmury i mgliste niebo nie odsłaniały najdalszych horyzontów, to jednak Mała Fatra z oddali prezentowała swe szczyty. Ale i najbliższa okolica była zachwycająca, a szeroka grzbietowa drożyna, to poprzecinana korzeniami, to wymoszczona mchem i trawami, przyjmowała wędrowca prowadząc wśród wiatrołomów pięknym czerwonym szlakiem.







Znakomita część czerwonego szlaku wokół Worka Raczańskiego prowadzi wzdłuż granicy z Słowacją. Tereny niegdyś niedostępne, dzikie i surowe, teraz stały się doskonałym szlakiem turystycznym. Słupki graniczne widać nadal, bo granica przecież istnieje cały czas, ale już nie dzieli, a łączy. Wędruje się zatem raz po stronie słowackiej, raz po polskiej. Ale dzikość przyrody nie pokazuje tu różnic. Tam gdzie natura rządzi, granic nie ma. Jednak rękę ludzką widać na każdym kroku, co daje poczucie więzi z cywilizacją, czasem niezbyt chwalebną.





Lekko pod górę trawersując północny stok, spoglądam na okolicę. Wokół góry, góry i góry... Jedynie gdzieś między drzewami mignie zagubiona chatka czy współczesne domostwo. Leśne drogi szutrowe też informują, że człowiek prowadzi tu jakowąś gospodarkę. Zbocze zostało zamienione w porębę, więc pewnie często w okolicy można usłyszeć i zobaczyć ciągniki, choć dzisiaj cicho tu i pusto.





Pogoda sprzyja wędrowaniu. Jest słońce, są i chmury, na otwartej przestrzeni wieje wiatr.
Zaschnięte pnie drzew strzelają w niebo skargą kresu swojego istnienia. Pewnie niebawem dokonają żywota pod siekierą lokalnego drwala...




Od północnego wschodu otwiera się widok na pobliską dolinę. W tym zagubionym zakątku wśród gór i niezmierzonych lasów, skupiło się kilkadziesiąt domów, a kilkanaście rozciągnęło się wzdłuż dróg biegnących meandrami gdzieś za wzgórza. To ostatnie osady raczańskie, do których prowadzi droga. Dalej już tylko terenówka, traktor i dobre buty wędrowca.



Na chwilę zagłębiam się w zarośla drzew, ale nie na długo. Trawers nadal prowadzi zboczem, nad którym króluje Wielki Przysłop.




Tak spoglądając co rusz ku górom i ku dolinom, dochodzę do Przełęczy pod Obłazem. Za nią już tylko trzeba podejść na tenże Obłaz, skąd trochę w dół i trochę w górę, wzdłuż linii energetycznej dochodzę do Wielkiej Raczy, gdzie tuż poniżej szczytowego płaskowyżu, przycupnęło schronisko.





Pora już mocno popołudniowa, toteż najpierw wyszedłem na szczyt, bo obejrzeć miejsce pod biwak.
Tuż obok krzyża rosły krzewy, w sam raz mogące osłonić przed wiatrem, a miejsce płaskie i miękkie nadawało się pod namiot. Wyskoczyłem jeszcze na niewysoką platformę widokową i rozejrzałem się spokojnie po okolicy. Będąc już na mecie dzisiejszego etapu, nie musiałem się z niczym spieszyć.






Położone po wschodniej stronie zbocza schronisko prezentowało się harmonijnie na tle okolicznych łańcuchów górskich.




Postanowiłem jeszcze zajrzeć do bufetu, obić się pieczęciami i może wciągnąć piwo.
Sącząc je spokojnie, zapytałem o ceny noclegu i zniżki. Gdy okazało się, że dla krwiodawców jest 20% zniżki, postanowiłem (nie wiedzieć czemu) zaszaleć i przekimać się na schroniskowym łóżku.




Plan biwakowania wziął w łeb, bo zagadałem się ze spotkanymi tam ludźmi - dwiema dziewczynami i z kolegą Grześkiem, który - jak się szybko okazało - był równie jak i ja zakręcony na punkcie skrupulatnego doboru wyposażenia.

Jak to bywa w górskim towarzystwie, szybko znaleźliśmy nić porozumienia i konferowaliśmy w najlepsze o tytanowych garnkach, palnikach, łyżkach, matach i śpiworach.
Ja wyciągnąłem superlekki śpiwór od Małachowskiego - UL200 (nazwany już wcześniej przeze mnie Spartanem 200) i zaprezentowałem koleżeństwu korzystając z okazji. Były też tematy doboru osobistych filtrów wody i ogólnotematyczna wymiana poglądów, porad i doświadczeń.
Dobrze, że w ferworze tych rozmów udało mi się choć jedną fotę w pokoju strzelić. A czego nie uwieczniłem, to fakt istnienia łazienki przy pokoju. Żadne tam wychodzenie do wspólnej toalety, czy szukanie prysznica w piwnicach. Łazienka o hotelowym niemal standardzie nie należała do częstych widoków w schroniskach.


Ja wyskoczyłem jeszcze na chwilę złapać zachód słońca, po czym rozpoczęła się druga część konferencji sprzętowej. Gdyby nie fakt, że przed każdym z nas widniała perspektywa długiej wędrówki następnego dnia, gawędzilibyśmy tak do rana.
Ale gdy ułożyliśmy się wreszcie do snu, ten przyszedł i wszystkich nasz szybko utulił...





Dzień drugi, czwartek, 17 września 2015.


Jak tu cicho o świcie... Chyba wszyscy się zbudzili po ósmej, ale jakoś nikt nie chciał mącić tej błogości porannego dosypiania. Ale wreszcie po sprawnym kolejkowaniu dostępu do łazienki i wciągnięciu śniadania, wyszliśmy na ten piękny poranek, czy może już wczesne przedpołudnie.

Ja wyszedłem ostatni, ale na szczycie spotkałem dziewczyny i Grzegorza. Pogoda była piękna, więc podziwialiśmy widoki, foty strzelały na lewo i prawo, aż przed rozejściem się wykonaliśmy fotę zbiorową, po czym ruszyliśmy na szlak.







W piękny dzień idzie się bardzo przyjemnie. W planie około 25 km do przejścia, niewiele podejść, przewaga schodzenia. Można zatem rozglądać się i chłonąć widoki godne uwiecznienia.





Krótki odcinek szedłem z Grześkiem, ale że jego trasa miała być w tym dniu krótsza, to przyjął bardziej kontemplacyjny styl wędrówki. Po krótkiej pogawędce i pożegnaniu, przyspieszyłem kroku.



Po chwili dojrzałem przed sobą "nasze" dziewczyny. One także nie wykazywały pośpiechu na szlaku, więc w okolicy Przełęczy pod Orłem wysunąłem się na prowadzenie.




Na dobrze oznakowanym szlaku nawigowało się bez problemów. Ścieżka prowadziła bądź to granicą, bądź lekko odbijała na stoki po polskiej stronie.
Nie brakowało też źródeł wody, więc można tu wędrować zdecydowanie na lekko.






Do Przełęczy Przegibek szlak prowadził głównie lasem. Niewiele miejsc widokowych sprzyjało szybkiemu marszowi. Ale były też otwarcia na pobliskie okolice, a nawet tajemnicze leśne przejście graniczne z nie tak odległych czasów.
Można było także spojrzeć na masyw Wielkiej Raczy, po czym minąć kolejne źródła przed Przegibkiem.







Na stromym stoku wypatrzyłem dorodne czernice zwane jeżynami. Tak się zapędziłem w zbiorach, że o mało nie poleciałem w dół stromego zbocza gęsto porośniętego ciernistymi krzaczorami.
Po takim drugim śniadaniu, ochoczo ruszyłem w stronę górskiej osady.




Na przełęczy leniwie rozsiadło się kilka domów. O tej porze roku wyglądały sielsko i anielsko, ale wystarczy pojawić się tu zimą, by przekonać się, jak surowe potrafią być tu warunki.
Ogarnąłem otwarty horyzont, obfotografowałem najbliższe obiekty i rzeźbę terenu, po czym czerwone znaki poprowadziły mnie w głąb lasu.





Wąska ścieżka prowadząca ciemnym lasem wśród wysokich sosen, prowadziła zda się w nieznane. Gęste zarośla dawały cień i ciszę, której szum w koronach drzew nie zakłócał, a wręcz nawet tworzył. Grzbiet to wznosił się, to miejscami opadał, pozwalając wędrować w prawdziwie beskidzkim rytmie.
Tak maszerując doszedłem do podstawy zbocza, u stóp którego począł toczyć swe wody potok z bijącego pod kamieniem źródła. Stałem zatem u podnóża Wielkiej Rycerzowej.




Podejście nie było szczególnie strome czy zbyt długie, jednak wspięcie się na szczyt zabrało mi chwilę. Powodem była kolejna naturalna plantacja owoców lasu, które ze smakiem zbierałem i zjadałem. I tak niemal krok po kroku obierając czernice i borówki po polskiej i słowackiej stronie, dotarłem do szczytu.






Krótka połać lasu po chwili marszu ustąpiła miejsca rozległym halom. A że punkt był wysoki, to i panorama która mym oczom się ukazała była szeroka i wzrok sięgał daleko, dzięki pięknej letniej pogodzie.



 
Nieco poniżej, na wschodnim stoku niewielkiej przełączy, przycupnęła niewielka bacówka w typie znanych w Beskidach bacówek PTTK.
Szlak czerwony nie prowadził do niej, ale nie mogłem sobie odmówić możliwości zajrzenia do tak uroczo położonego obiektu. Wkroczyłem zatem na wąziutką ścieżynę biegnącą wśród wysokich pożółkłych traw, która wijąc się, zaprowadziła mnie do progów schroniska.







W schronisku nie miałem zamiaru się objadać, trzymając budżet na wodzy, ale uległem skuszony chlebem ze smalcem i kiszonymi ogórkami. Te ostatnie były "własnego chowu" i muszę przyznać, że były wyśmienite. Tak jak i chleb ze smalcem, który w górach smakuje zawsze jak najsmaczniejszy przysmak. :)
Przywaliłem pieczęcie do mojego dziennika podróży i ruszyłem w stronę siodła, przez które cicho i spokojnie biegł niedawno przeze mnie opuszczony czerwony szlak. Po drodze zajrzałem w przeszłość i zwierciadło przy krzyżu i wśród sięgającego pasa morza traw dobiłem do szlaku - bynajmniej nie żeglownego... :)







Z Rycerzowej Małej gęstym lasem podążałem przed siebie. Gęstym, ale systematycznie rzednącym za sprawą drwali, których ślady działania były wyraźnie widoczne. Dzięki temu droga była szersza i nawet nie rozjeżdżona zbytnio.
Po krótkim łagodnym zejściu stok nachylił się nieco bardziej, aż wreszcie łagodniejąc, zakosami doprowadził mnie na skraj kolejnej malowniczej polany, gdzie rozłożyła się osada Młada Hora.





Niedawno po raz kolejny zaliczyłem rezerwat Madohora, dzisiaj przywitała mnie Młada Hora. Ważne, że Hora :)
Krzyżują się tu szlaki w pobliżu byłego schronu. Przy domach stoją samochody, więc cywilizacja tu dociera ze swoimi dobrami, choć zimą trzeba dobrze drogi przecierać by dało się docierać...
Ale skoro jest tu ulica Marszałkowska przy której stoi bynajmniej nie katedra, ale niewielka kaplica, to można się czuć jak w "prawie" wielkim mieście ;-)






Pasę oczy widokami, bo choć co krok są przepiękne, to chyba właśnie dlatego są magnesem dla oczu i celem dla obiektywu.
Powoli podchodzę dróżką pod górę, spoglądając na osadę z następnego wzniesienia. Z całą pewnością mieszkają tu ludzie szczęśliwi.





Od ostatniego wzniesienia zaczyna się powolne schodzenie. Grzbiet jest mocno przerzedzony, zatem widokowo interesujący. Wąska stosunkowo grań pozwala się rozglądać na lewo i prawo, tak jak i przed siebie. Można obserwować pobliskie szczyty, zbocza pocięte leśnymi duktami i doliny głęboko wcięte między strome stoki, gdzie prześwitują dachy domów.







Wędrując górą wśród powalonych wiatrołomów, dochodzę do wyciągu narciarskiego mającego lata świetności za sobą. Chwilę spoglądam w dół zbocza na ciągnącą się w poprzek doliny wieś, po czym kontynuuję podążanie za czerwonymi znakami, prowadzącymi w dół.
Opuszczam górskie szczyty, ale już wiem, że zew gór umieścił w moim sercu kolejne małe ziarenko, które będzie kiełkować i zaowocuje kolejnymi wędrówkami po tej pięknej i surowej krainie.
Widzę już wieżę kościoła w Rajczy, a przede mną Rycerka Dolna. Tak - Dolna...





Dochodząc do gładkiej asfaltowej drogi czuję się jak zdrajca, który porzucił góry dla wygód cywilizacji. Na szczęście niewiele mam tych wygód w domu, będącym dla mnie nizinnym schroniskiem.
Za znakami trafiam do stacji PKP Rycerka, gdzie na jednym z słupów odnajduję czerwoną kropkę. To nieomylny znak, że moja wędrówka czerwonym szlakiem wokół Worka Raczańskiego dobiegła szczęśliwie końca. Uśmiecham się do zdjęcia i wyłączam zapis śladu w nawigacji.
Przeszedłem kolejne piękne dwa dni mojego życia. Życia w górach na raty... :)







Wszystkie zdjęcia na mojej Pikasie:
https://picasaweb.google.com/112339065399764771934/WorekRaczanski17Wrzesnia2015?authuser=0&authkey=Gv1sRgCIOevZu73MfPuQE&feat=directlink

Link skrócony - http://tiny.pl/ggnzl


_