Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

wtorek, 28 kwietnia 2015

Mały Szlak Beskidzki 06 - Kasina Wielka - Luboń Wielki


Kasina Wielka - Luboń Wielki. Dystans - 19 km. Suma podejść - 1150m, suma zejść - 690m.

 

Na szlaku: Kasina Wielka - 559m, Lubogoszcz - 968m, Mszana Dolna - 384m, Przełęcz Glisne - 634m, Luboń Wielki - Schronisko PTTK - 1022m.


22.04.2015.

Ach! Jak my lubimy się wyspać do syta! Zrywamy się przed dziewiątą skoro świt ;-)
Poranne ablucje i w tym czasie dochodzi śniadanko. To moje zaległości konsumpcyjne z poprzednich wędrówek, które wreszcie doczekały się spałaszowania.

Spoglądamy na mapę. Dystans niby niewielki, ale zagęszczenie poziomic pokazuje to, co widzieliśmy wczoraj - "z dołu do góry, z góry na dół..." Leśna kwituje to celnym określeniem - "rzeźnia".

W ramach przepaku oglądam pusty plecak Leśnej. Laminowana cubenowa konstrukcja jest zadziwiająco lekka. Mimo sporej pojemności i stelaża, jestem w stanie podnieść go na paznokciu małego palca, który przez czas wędrówki nieco wyrósł. Zdecydowanie ten "Zipak" mnie przekonuje. Nieznośna lekkość bytu. :)





Przed jedenastą jesteśmy już za naszą nocną bazą. Strzelam fotę tabliczce z namiarami na nasz nocleg, który gorąco polecam, głównie za sprawą miłej gospodyni.
Przed nami widać przyczajony Lubogoszcz, a na wesołym błękitnym niebie królują kłębki waty wymierzane krechami Dreamlinerów.




Szlak prowadzi nas na niewielki przegibek obok starych chat. Na wzniesieniu czerwone znaki gdzieś się zapodziały, ale nietrudno się domyślić, że należy skręcić tu w polną drogę obok obrombionego i ukwieconego krzyża.
Spod lasu spoglądam za siebie. Po lewej Śnieżnica, po prawej Ćwilin. Błękitne niebo słońce, obłoczki, pola, góry i las, - czegóż nam jeszcze potrzeba do szczęścia... :)





Zaczyna się podejście. Gęsty las co chwilę otwiera polanę, a to po prawej, a to po lewej stronie. Widać pracujących ludzi, zwożących drzewa przy pomocy mocnego konia. Siekiera za paskiem budzi respekt.





Nachylenie początkowo dość znośne, prowadzi zakosami pod górę. Znaków prawie nie widać, na odległym drzewie czerwony szlak zda się prowadzić szeroką drogą. Jak się później okaże, tam właśnie skręcał w prawo, ale znakarz się tu nie wykazał. Zresztą widać zniszczenia po potężnej wichurze, która powywracała całą połać lasu, co dobitnie potwierdzają sterczące karpy korzeni.





Droga pod górę pełna jest mozołu. W skupieniu i powoli, acz systematycznie, zdobywamy kolejne metry wysokości. Grzejące słońce informuje, że oto na naszym szlaku nadeszła czwarta pora roku - lato.
Na kolejnym zdemolowanym fragmencie dawnego lasu odwracam się za siebie. Oj, warto się było tu wdrapać. Jeszcze to nie szczyt, ale widoki już zapierają dech w piersiach. Co? To moja zadyszka? No, może też trochę zmęczenia, ale jednak to co widzę, przykuwa mój wzrok na dłużej.



Wyrównanie oddechu i trzeba tę górę wreszcie połknąć. Jak na ironię, wyrasta przede mną kolejne strome podejście. Rzucam klasyczną odzywę na MSB - "Ta góra nigdy się nie skończy!" ;-)
Wreszcie małe wypłaszczenie i solidna kłoda. Siadamy. Okolica prezentuje się wizytowo. Pogoda jakby chcąc wynagrodzić nam trud morderczego podejścia, otwiera przed nami szeroki i daleki horyzont. Jest cudownie! Sycę oczy, jakbym mógł napatrzyć się na zapas. Rozpoznaję szczyty bliższe i dalsze. Te zdobyte i te zostawione na kolejne wędrówki. Podziwiam piękno gór i wiem, że dla takich chwil warto wędrować. Znika zmęczenie przed o wiele większym zachwytem. Przede mną beskidzkie wyspy, a ja jestem sobie sam sterem, żeglarzem i okrętem. Navigare necesse est - zaprawdę, wędrowanie także jest uzależniające.

W takim miejscu obowiązkowo fotografujemy się na tle malowniczej okolicy. To obowiązkowa dokumentacja, nic to, że trochę sztampowa. Takie cyfrowe "TU BYŁEM". ;-)






Mógłbym tu zostać na noc, by zobaczyć wieczorne mgły ścielące się w dolinach i poranne morze mgieł otulające osamotnione szczyty, jako wyspy wyłaniające się z morza kłębiących się chmur...
Na szczęście mam bogatą wyobraźnię, więc mogę poświęcić się wykonaniu dzisiejszego planu.
Sprawdzamy jeszcze przebieg szlaku - powinien być jakieś 200 - 300 metrów przed nami po prawej. Prowadzi tam dróżka, więc nią dochodzimy do czerwonych znaków. Te prowadzą nas jeszcze niewielki kawałek pod górę, po czym stajemy na szczycie. Lubogoszcz zdobyty.







Na szczycie pozbawionym widoków, długo nie zabawiamy. Czeka nas teraz długie zejście do Mszany Dolnej, choć po drodze osiągamy drugi wierzchołek góry. Za nim momentami robi się stromo, ale idzie się całkiem dobrze. Trochę czasu mija, aż opuszczamy leśne ostępy i wychodzimy na pola i łąki.
W ramach odpoczynku ogarniamy wzrokiem pobliską Mszanę oraz Lubonia wychylającego się zza Szczebla. Coś słodkiego wpada w trzewia i znowu jesteśmy w drodze.






Na pobliskiej łące wypatruję pasącego się spokojnie koziołka. Dobre tele ściągnęło by go skutecznie, bo gdy tylko próbowałem podejść, czujność zadziałała i sorek zwiał.



Kwietnymi łąkami schodzimy w dół. Stokrotki rozsypane biało-żółtym kobiercem, a nad rzeką soczystą żółcią pyszni się forsycja. Rozmawiamy z napotkanymi owcami, ale rozmowa wyraźnie się nie klei. Młode ledwie pobekują, a zbaraniała starszyzna ledwie coś odbeknie. :) W rzece woda aż błękitna od lazuru nieba, - jesteśmy na przedmieściach Mszany.





Mostem przekraczamy Mszankę i za znakami dochodzimy do budki z przekąskami. Za 3 zł dostajemy całkiem sporą i smaczną zapiekankę, którą poprawiamy równie pyszną drożdżówką. Morale wzrasta.





Odwiedzamy jeszcze Biedrę chcąc kupić Skary z Biedry ;-) To na cześć naszego kolegi forumowego, posługującego się tak specyficznym słownictwem. Skarów (czy też skar) nie ma, ale za to jest ciućpajs w czteropaku, który Leśna migiem pochłania.



Wielki szlakowskaz wysyła nas w różne okoliczne światy. My jednak konsekwentnie podążamy w kierunku ostatniej góry na szlaku. Do Lubonia Wielkiego tylko dwie godziny. Oczywiście nasze odpoczynki zweryfikują ten chronometraż. Po drodze wypatrujemy stary, ale krzepki drewniany domek, z którego równie krzepkim krokiem wychodzi starsza kobieta. Na obydwu czas nie odcisnął swego niszczącego piętna.




Teraz idziemy główną ulicą i na światłach skręcamy na Rabkę. Ale nie na długo, - już po kilkuset metrach kierujemy się przez most w prawo w kierunku Przełęczy Glisne. Jednak z asfaltu niebawem schodzimy w boczną drogę. Tu szybko napotykamy na kapliczkę z ławkami, co jest dobrym pretekstem do krótkiego wytchnienia.





Rozpoczynamy lekkie podejście. To dobra rozgrzewka po chwilach lenistwa. Drzewo pilnujące polnej drogi przegląda się w rozsnutej mgiełce obłoków. Kolejne zaś rozmawia z sąsiadem stojącym przy sąsiedniej miedzy. Pewnie szumią o górach, których tu pełne horyzonty...




Skradamy się brzegiem zagajników na wysoką łąkę. Jakby dla Leśnej, ktoś zbudował tu ławkę z daszkiem. No, to mamy pięć minut dobroci dla nóg. :) Na szczęście jest co podziwiać, więc zachwycam się barwnym krajobrazem malowanym pod błękitną kopułą nieba. Aż żal myśleć, że to już ostatnie godziny na szlaku...
Przez kojące spokojem pola i łąki schodzimy ze Złotych Wierchów. Jeszcze kilka dni i roślinność zakwitnie tu eksplozją barw i zapachów. Na niektórych drzewach widać już zawiązki liści.






Dochodzimy do polnej drogi okolonej drzewami, które trakt ten prowadzą w pola. Brakuje tylko furmanki na drewnianych kołach ze stalowymi obręczami, głośno turkoczącej na kamieniach i koleinach. A może wracały tędy ociężałe krowy z wymionami pełnymi mleka i przeżuwające popołudniowy full wypas... :)



Wracamy na niedawno opuszczoną drogę asfaltową. Kierujemy się w stronę słońca drogą wijącą się pod górę na zachód. Kolejna stara chata zyskała drugą młodość, pokryta nowym blaszanym dachem, teraz wygrzewa swe drewniane ściany w słońcu.




Tak wędrując, osiągamy Przełęcz Glisne. Koniec asfaltu na szlaku, skręcamy w lewo wśród domów i z polnej drogi spoglądamy na nasz cel sześciodniowej wędrówki i dzisiejszego popołudnia - Luboń wcale nie wygląda na taki Wielki...






Przed wejściem w gęsty las, spoglądamy jeszcze za siebie. No, trochę tego pięknego kraju przeszliśmy, a nieprzebyte szlaki wciąż na nas czekają.



Ruszamy pod górę. Luboń jednak jest Wielki. Bez żadnych ceregieli zmusza nas do wysiłku, ale wiemy, że to ostatni etap naszego zmagania się z Małym Szlakiem Beskidzkim. Zatem konsekwentnie i metodycznie, krok za krokiem zdobywamy kolejne metry. Schodzące ku zachodowi słońce prześwieca między drzewami, nadając głębi świerkowym ostępom.

Podchodzimy północnym stokiem, więc napotykamy jeszcze spore płaty śniegu. Nowej dostawy pewnie już nie będzie, ale resztki trzymają się dzielnie. Pokonując kilka stromizn, wreszcie wychodzimy na mały płaskowyż. Za nim przez drzewa widać już instalacje antenowe, a za nimi wyłania się charakterystyczna sylwetka schroniska na Luboniu Wielkim. Idę przodem, ale zatrzymuję się i czekam na Leśną. Na szczyt wejdziemy razem.






Przy tarasie widokowym stoi rogal. Na nim tabliczka z czerwonym kółkiem.
Tym samym w szóstym dniu wędrówki, idąc od Bielska-Białej Straconki, po przejściu prawie 140 kilometrów, osiągnęliśmy cel i zakończyliśmy wędrówkę Małym Szlakiem Beskidzkim.
W schronisku przybiłem ostatnią pieczęć, wypiłem piwo zwycięzcy (Żubr :) ).
Ostatnie pamiątkowe fotki w środku i ostatni, długi rzut okiem na przebyte góry...










Do zobaczenia na szlaku!


Całość zdjęć na mojej Pikasie - GALERIA MSB




2 komentarze:

  1. Super opis.Teraz moja kolej na MSB. Pozdro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! MSB jest w sam raz na wiosnę, jako rozgrzewka przed długimi trasami. Powodzenia!

      Usuń