Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

piątek, 12 czerwca 2015

Szlak Nadbużański 04 Dubienka - Okopy


Matcze - Okopy. Dystans - 28 km.

 

Na szlaku: Dubienka, Uchańka, Husynne, Dorohusk, Okopy.


12.06.2015.


Piękny dzień wstaje, a my z nim. My oczywiście później, choć nie chcemy na gospodarzach sprawiać wrażenia denatów... ;-) Skoro krzątają się w obejściu, to i nam wypada wcześnie się pozbierać.
Na stoliku pichcimy śniadanie, a na drogę będzie woda z wyśmienitym syropem z Matcza.


                 MSR Titan Kettle                    -                  Evernew ECA 267.

Po śniadaniu nasze plecaki także nabierają kształtów, żegnamy się z gospodarzami dziękując za gościnę, po czym ruszamy dalej.
Z asfaltu schodzimy w piaszczystą drogę prowadzącą wśród rozlewisk Bugu. Tutaj dobrze widać jak rozległe są odnogi i rzekłbym fiordy tej wielkiej rzeki. Oczywiście znaki gdzieś zniknęły, więc mapa dyktuje gdzie iść, a ścieżki czasem potwierdzają kierunek marszu.






Za obszernym zakolem pozostałości uwięzionych wód Bugu, dochodzimy do Uchańki. Tu chwilę odpoczywamy w cieniu, bo skwar daje się we znaki. Jednak trzeba połykać kilometry, co też niebawem czynimy.


Na nieodległym skrzyżowaniu podrzędnych asfaltówek nie dostrzegamy czerwonych znaków i pakujemy się na polną drogę. Budzi zaufanie, więc przemy do przodu, ale droga gdzieś za kombajnem do czereśni jakim nie było bynajmniej skrzyżowanie szpaka z żyrafą ;-) kończy się przed zagajnikiem.




Nie zrażeni, poszukujemy znaków, których nie ma. Zataczamy nieregularne koło, ale natrafiamy tylko na trzęsawiska, niezbyt zachęcające do ich pokonywania, bo przebłyskujące lustrem wody.
Płoszymy koziołka i ruszamy do widocznej koparki - kombajnu. Dołożyliśmy ze trzy kilometry ekstra...




Na feralnym skrzyżowaniu odnajdujemy znaki - prowadzą w dół w stronę Bugu. Ale droga niebawem skręca w lewo, przez rozległe łąki, obok widzianego wcześniej z oddali samotnego domu.
Dochodzimy do Bugu, gdzie znajdujemy malownicze miejsce na odpoczynek. Ten nie trwa zbyt długo, bo błądzeniem i pauzowaniem daleko nie zajdziemy. Ale niestety, szlaku nie widać, są jedynie nieoznakowane drogi polne.



Przyjmujemy kierunek "na czuja" posiłkując się mapą i wędrujemy wśród pól.
Po chwili natrafiamy na przepiękną aleję starych drzew. Tu z pewnością stal kiedyś folwark, z którego pozostało dość jeszcze spore gospodarstwo.




Polnych dróg jest wiele, staramy się poruszać tymi główniejszymi, zakładając, że tędy prowadzi szlak, którego nie oznakowano w tych miejscach.
Ale wędruje się przyjemnie. W oddali widać charakterystyczne zarośla nadbrzeżne, więc trzymamy się blisko rzeki, a mapa i kompas pokazują słuszność obranego kierunku.
Dochodzimy do Bugu po raz kolejny. Wygląda tak samo, jak wcześniej - ma dwa brzegi, szerokie koryto i regularne zakola :)





Mapa w konfrontacji z terenem nakazuje odejść od rzeki kolejną drogą polną. Prowadzi nas ona w kierunku widocznych z oddali zabudowań, - to Husynne.




Przed wsią zatrzymuje się przy nas cywilny samochód, jest to jedyny na szlaku nieoznakowany patrol Straży Granicznej. Ich legitymacje wyglądają na autentyczne, rutynowa kontrola przebiega szybko i niekłopotliwie.
We wsi znajdujemy jedyny sklepik wielkości kiosku, na dodatek marnie zaopatrzony, na szczęście otwarty. Zakupujemy małe co-nieco.



W Hysynnem nie ma nic interesującego, więc szybko opuszczamy tę senną wioskę.
Teraz mamy przed sobą dość długi odcinek drogi asfaltowej. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by ten odcinek urozmaicić, więc niebawem natknęliśmy się na znaki kierujące nas w las. Na polanie skręcamy równolegle do dopiero co opuszczonej asfaltówki, ale znaki tradycyjnie zniknęły. Znowu włączamy "czuja" i doginamy w kierunku głównej drogi. Ta prowadzi do Dorohuska, gdzie mamy dojść, więc przynajmniej jesteśmy na dobrym kierunku.
Koło kościoła znaleźliśmy spożywczak z ożywczą klimatyzacją i niezłym zaopatrzeniem. Zimne piwo uśmiechało się do mnie, więc się nie opierałem :)
Na miejsce konsumpcji wybrałem pobliski park z mogiłą Poniatowszczyków poległych w potyczce z Moskalami. Za parkiem wypatrzyłem pałac, ale cień starodrzewu zatrzymał mnie w tym miłym zakątku. Nawet znaki były na drzewie!



Pałac Suchodolskich w Dorohusku.


W mieście wygodniej się poruszać znakarzom, więc czerwone znaki prowadziły nas precyzyjnie. Z ich pomocą dotarliśmy niemal do samego przejścia granicznego, gdzie tablica świetlna pokazywała temperaturę 29°C o godzinie 17:46! Niezła lampa.




Za przejściem granicznym pożegnaliśmy dobre oznakowanie. Prowadziły nas meandry Bugu i jego rozlewisk, a także polne drogi. Jak się okazało, całkiem dobrze nawigowaliśmy, gdyż przed kolejnymi zabudowaniami czerwone znaki ponownie się pojawiły. Ich śladem doszliśmy do skrzyżowania ze znaczniejszą drogą, przy której królowała Biedronka.
Czas było poszukać miejsca na biwak. Początkowo dostaliśmy zgodę na rozbicie się na pustej działce, ale ani toalety, ani wody, ani stolika... Poszedłem na zwiady i po chwili znalazła się świetna miejscówka obok altany, z dostępem do kuchni i łazienki. Miły gospodarz uruchomił nawet kompresor dla nas, więc zamiast siedemnastu dmuchnięć w materacyk, zaaplikowałem jedynie ostatnie dwa :)
Trawnika nie było za wiele, ale dla naszych dwóch namiotów w sam raz.






U miłej pani w spożywczaku odtworzyliśmy zaopatrzenie, w kuchni przyrządziliśmy co trzeba na gorąco, porozmawialiśmy z gospodarzami i wreszcie z poczuciem dobrze wykonanego planu dziennego, zasnąłem po zmroku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz