Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Szlak Nadbużański 07 - Wołczyny - Suszno


Wołczyny - Suszno. Dystans - 24 km.

 

Na szlaku: Wołczyny, Sobibór, Orchówek, Włodawa, Suszno.


15.06.2015.


Budzę się i od razu czuję mrowienie w nogach. Każdy ruch powoduje, że tysiące mrówek biegają zapalczywie po łydkach, kolanach i podudziach. Nic to, trzeba się z tym oswoić, - to minie.

Na zewnątrz pogoda jest nijaka. Chyba skończyły się upały, bo niebo zaciągnięte jest chmurami, zrobiło się też chłodniej.
Zwijamy namioty. Ledwie to zrobiliśmy, zaczyna lać. Przeczekujemy deszcz pod daszkiem za leśniczówką, aż wreszcie się przejaśnia.
Żegnamy się z gospodarzem w zielonym mundurze, dziękując za gościnę. Ruszamy w poszukiwaniu wczoraj zagubionego szlaku.



Niedaleko od leśniczówki natrafiamy na dość sporą wiatę, lecz pozbawioną ścian i nieco przeciekającą. Od niej ciągnie się bita droga, prowadząca zapewne do zagubionego szlaku. Podążamy nią i mijamy biedne zabudowania wsi. Dalej napotykamy nowy schludny budynek z tablicą informacyjną, ogrodzone siatką panelową. To świetlica wiejska. Nikogo jednak w środku nie ma, widać pozostałości po imprezie. Gdybyśmy tu byli wczoraj, pewnie załapalibyśmy się na tą uroczystość, ale dzisiaj tylko mijamy budynek.





Dalej domy już wyglądają bardziej okazale. Stare, ale zadbane, trafiają się też budynki murowane.
Dochodzimy do Bugu, na którym widać punkciki uderzających w taflę wody kropel deszczu. Odnajdujemy wczoraj porzucone czerwone znaki, które na powrót prowadzą nas do wsi. Piaszczysta droga przechodzi niebawem w asfaltową i pojawia się tablica z napisem Sobibór.
Przy głównej ulicy stoi szereg starych drewnianych domów. Połowa z nich opuszczona, połowa jeszcze zamieszkana. Zdecydowanie jest to jedno z uboższych skupisk ludzkich na szlaku.








Napotkana starsza kobieta wdaje się z nami w rozmowę, więc dopytuję o pozostałości obozu śmierci jaki był w Sobiborze w czasach II Wojny Światowej. Obóz był za wsią, w odległości jakichś pięciu kilometrów i nie jest to na trasie naszej marszruty.
Po dłuższej chwili dochodzimy do główniejszej drogi, za którą pojawiają się domy murowane, jest też dość spory sklep spożywczy. Kupuję pięć kajzerek, pasztet podlaski i jogurt. Ekonomicznie i sycąco :) Teraz mogę do wieczora wędrować.





Zbaczamy z asfaltu w polną drogę. Znowu pojawiają się drewniane domy, które po chwili ustępują miejsca polnym krajobrazom.
Znowu wita nas Bug, stary dobry znajomy. Niewiele się różni od wcześniejszych odcinków. Brzegi wyglądają niemal tak samo, szerokość także, a i woda tak samo leniwie ciemni się w dół biegu.
Jeszcze kilka pól, zagajnik i dochodzimy do żwirowni. Rozjeżdżoną ciężarówkami drogą dochodzimy do asfaltu, skąd widać już regularne zabudowania.
Gdzieś w tej okolicy za Bugiem kończy się granica z Ukrainą, a zaczyna Białoruś. Jednak do tego miejsca szlak nie prowadzi, a szkoda.
Dochodzimy do Orchówka gdy niebo zaciągają ołowiane chmury. Chwilę odpoczywamy pod daszkiem z wielką mapą okolicy, po czym zwiedzamy pobliski kościół - sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Orchówku, będący w administracji O.O. Kapucynów.






Pierwsze krople deszczu przynaglają nas do marszu w stronę pobliskiej wiaty. Gdy do niej dochodzimy, zaczyna się prawdziwa ulewa i robi się chłodno, co po tygodniowym skwarze jest nowością, do której niełatwo przywyknąć.
Pod wiatą jest grill i wędzarnia, jako że miejsce ma swoje długoletnie tradycje kiszenia i wędzenia specjałów. Przeczekujemy dłużącą się zlewę, aż wreszcie możemy pójść dalej.






Trafiamy na niewysoką drewnianą wieżę widokową. Postawiona na pagórku, jest dobrym punktem obserwacyjnym. Widać z niej wieże kościoła we Włodawie, gdzie wkrótce podążamy prowadzeni czerwonymi znakami.





Nad Bugiem jedyna zmiana, to znaki graniczne w barwach Białorusi na przeciwległym brzegu.
Pełną kałuż drogą gruntową, z naprzeciwka nadchodzą dwie postacie. To patrol Straży Granicznej - mężczyzna i kobieta. Pogrążeni w rozmowie niemal nas nie zauważając i mijają bez zainteresowania.
Wreszcie brzegiem Bugu dochodzimy do Włodawki, za którą górują wieże jednego z kościołów.




 

Drugi z krzyżami prawosławnymi jest ulokowany bliżej centrum. Jeszcze dalej w centrum sennego miasta napotykamy budynki synagogi i miejscowego muzeum.

Kościół św. Ludwika Ojców Paulinów.

Cerkiew pw. Narodzenia NMP.


Mała Synagoga.

Wielka Synagoga - Muzeum.


Nieco dalej urywa się czytelne dotąd oznakowanie. Ani nasza wytężona uwaga ani mapa nie naprowadzają nas na szlak. W napotkanej komendzie Policji też nie wiedzą o szlaku pieszym. Owszem, rowerowy to tak... Policjanci są uprzejmi i uczynni, żywo zainteresowani naszą wędrówką. Oni także potwierdzają wyjątkowość naszego długodystansowego marszu. Nadają nam najbardziej prawdopodobny kierunek, po czym udajemy się w stronę placówki Straży Granicznej.





W obszernym budynku odziedziczonym po koszarach wojskowych z pewnością znalazłoby się pomieszczenie w którym moglibyśmy się przespać, tym bardziej, że po drodze dopada nasz rzęsisty deszczyk, z którym jakoś nie chcemy mieć przyjemności. Jednak mundurowi zasłaniając się przepisami, nie chcą nas ani przenocować ani zatrzymać za przemyt naszego optymizmu. No cóż, - spodziewaliśmy się takiej ewentualności, więc z nowym kierunkiem ruszamy przed siebie.
Odnajdujemy nasze czerwone oznakowania, co nas oczywiście cieszy. Przynajmniej wiadomo, że idziemy w dobrą stronę, nic to, że w deszczu. Ale nadchodzi zmrok, więc już na wylocie i za Włodawą rozglądamy się za suchą miejscówką.
Przy jednym z domów zauważamy pełnowymiarową wiatę i ludzi siedzących przy domu. Pytamy o nocleg w obejściu, ale w zamian dostajemy namiar na pobliskie niedrogie agro. Niedrogie, to jakby nie dla nas. Dotychczas na spanie nie wydaliśmy ani grosza i dobrze by było podtrzymać tę passę.
Drepczemy w lekkim deszczyku, aż tu po chwili podjeżdża do nas na rowerze przemoczone dziewczę. Przeprasza, że tak nas odprawili i proponuję nocleg, zastrzegając, że warunki nie są zbyt komfortowe. Ale to, co dla innych jest nie do przyjęcia, dla nas jest ofertą nie do odrzucenia.
Wracamy. Ludzie witają nas przyjaźnie, zapraszają do domu i niemal z marszu na kolację. Trudno by było odmówić, bo gościnność jest szczera, tak jak i gospodarze.
Okazuje się, że za domem jest stajnia z koniami wierzchowymi, bo syn gospodarzy jest ułanem szwadronu rekonstrukcyjnego, a Stajnia Mafia jego oczkiem w głowie. Jego i sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa, która także ma serce oddane wierzchowcom. Mają między innymi hucuły, co budzi moją radość, gdyż sam od dłuższego czasu rasy tych niewielkich acz wytrzymałych koni dosiadam u siebie w terenie.
Pogrążeni w rozmowach o koniach, szybko zacieśniamy przyjaźnie i gawędzimy tak do późna.
A w przyziemiu mamy do dyspozycji tapczan i fotel rozkładany, więc warunki lepsze, niż pod wiatą. Leśna odmeldowuje się do spania dość wcześnie, ja zaś dobrze po północy odkładam rozmowy o koniach do poranka. Wyciągnięty wygodnie w swym śpiworze, zasypiam z wyrazem zadowolenia na twarzy...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz