Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

środa, 17 czerwca 2015

Szlak Nadbużański 09 - Kuzawka - Kodeń


Kuzawka - Kodeń. Dystans - 32 km.

 

Na szlaku: Kuzawka, Sławatycze, Mościce Dolne, Jabłeczna, Szostaki, Kodeń.


17.06.2015.


Budzę się w namiocie, ale czuję się jakbym spał w pałacu. Ale czy to nie to samo...?
Nasza gospodyni, jakby tylko czekała aż się obudzimy. Podejmuje nas wyśmienitym swojskim śniadaniem - doskonały biały ser, miód z mniszka lekarskiego i pyszny chleb, mimo że kupny. Leśna dostaje ponadto gar pełen zsiadłego mleka, na który ja - na wszelki wypadek - nie reflektuję.
Śniadanie jest wyborne, popijam je kawą "rozruchową". Pochłaniam ser i miód jak ostatni żarłok, czy też rozbitek uratowany z dryfującej na oceanie tratwy, ale jedzenie jest klasy "palce lizać".
Pani uśmiecha się widząc nasz apetyt i proponuje, byśmy zostali na cały dzień, obiecując podjąć nas swoim specjałem - botwinką. Cieszymy się, że zrobiliśmy dobre wrażenie, ale nasz szlak jest długi i wypada go przejść w rozsądnym czasie, a nie objadać całymi dniami gościnnych ludzi.




Po zwyczajowej sesji fotograficznej, żegnamy się z żalem i obustronną sympatią. Ach... Tyle mógłbym jeszcze opowiadać, ale na szczęście nie popełniam grzechu gadulstwa.



Po kilku minutach, na końcu wsi spotykamy gospodarza, który zawsze ma coś do załatwienia. Trochę nam wstyd że go nie rozpoznaliśmy, ale cieszymy się, że i jemu możemy podziękować i pożegnać się. Obiecuję sobie jeszcze kiedyś wrócić do Kuzawki, a pewnie i do wszystkich, który nas gościli...

Wpadamy na główną drogę. Trochę nie nasz klimat, ale Sławatycze niedaleko. W mieście jest placówka Straży Granicznej, więc zaglądamy się zalogować na dalszą wędrówkę. Sympatyczny oficer wdaje się z nami w pogawędkę. Widział nas poprzedniego dnia w Różance, a teraz przedstawia nam pobliski fragment szlaku. Jest w tej kwestii znacznie lepiej zorientowany niż inni, widać, że praca jest też dla niego cennym źródłem wiedzy o okolicy. Zostawiamy namiary na nasze blogi, po czym ruszamy dalej.

Ale nie uszliśmy za daleko, tym razem przyciągają nas lody. Zaszaleliśmy, ale lody były wyśmienite, nawet w gazetach o nich pisano.

W marszu spoglądamy jeszcze na cerkiew i kościół, a szlak prowadzi nas do przejścia granicznego.
Tam próbujemy dostać zgodę na symboliczne postawienie stopy na Białorusi, ale bez paszportu nawet w asyście naszych pograniczników nie da rady... Ale nasza wędrówka i tak nie na wschód prowadzi...

Cerkiew Opieki Matki Bożej w Sławatyczach.




Kierujemy się za znakami na północ i na stodole odczytujemy wyznanie miłosne wyrażone ze sporym rozmachem. Niestety, nie wiemy co na to Edyta...



Idziemy sobie wśród pól, łąk i pojedynczych chatynek. Czasem widzimy stare rozlewiska, porośnięte i zasnute zielenią na tafli wody. Znaki znowu odeszły w niebyt, a konfrontacja mapy z rzeczywistością też nie jest łatwa. Przez lata od wydania mapy, okolica nieco się zmienia, oczywiście także w kwestii dróg. Na szczęście dobre nawigowanie doprowadza nas do drogi prowadzącej do monastyru św. Onufrego, gdzie niebawem przybywamy.







Zaglądamy za mury i od razu widać zamożność miejsca. Wszystko odnowione z dbałością o szczegóły i bez uciekania się do oszczędności.
Pielgrzymów zero, więc cisza i spokój aż bije z tego miejsca. Kilka fotek i spadamy.





Trochę gruntową, trochę asfaltową drogą pokonujemy kolejne kilometry. Nieodmiennie stare chaty urozmaicają krajobraz, a my co jakiś czas znowu z asfaltówki w polną i "naabarot".







Bug do którego znowu dochodzimy, coraz szerzej prowadzi swoje wody. Płynie leniwie, jakby nie chciał nas wyprzedzać, ale kiedy się przy nim zatrzymujemy, on jednak płynie dalej...
Dochodzimy do dużego zakola z piaszczystym brzegiem dość łagodnie opadającym do tafli wody. Kilku wędkarzy niemal kontempluje swe automatyczne czynności zarzucania wędki i wodzi wzrokiem za spławikiem.
Od jednego z nich dowiadujemy się, że Kodeń już niedaleko, może ze cztery kilometry. Właśnie kodeńskie sanktuarium ma zwieńczyć trud naszej dzisiejszej wędrówki.
Polną piaszczystą drogą malowniczo wijącą się wśród łanów zbóż, pokonujemy kolejne kilometry, ale tubylec na swej MZ-ce widocznie miał rozregulowany licznik ;-) Jednak powoli iglica kościoła staje się bliższa, a my dochodzimy do opłotków Kodnia. Krzyż na innej kopule ustawia się dokładnie na tarczy chylącego się ku zachodowi słońca.









Tuż przed zmierzchem dochodzimy do ogrodów maryjnych. Rozglądam się za dogodnym miejscem na biwak, ale spodziewamy się spacerowiczów, więc idziemy w stronę kościoła, gdzie po sąsiedzku księża Oblaci prowadzą Dom Pielgrzyma.
Tu jednak rządzi biznes, a zasada "podróżnych w dom przyjąć" została zmodyfikowana do formy "od podróżnych w kieszeń przyjąć..." Opcja darmowa według księdza istnieje "tam, za krzyżem". To z pół kilometra od luksusu, w trawie, bez żadnej infrastruktury.
Leśna ma już dość, ale ja się nie poddaję i ruszam w poszukiwaniu miejsca u dobrych ludzi, jakich dotychczas nie brakowało.
Niebawem trafiam na Siostry Sercanki bezhabitowe, które sercem się kierują. Dostajemy możliwość noclegu w ich domu, w części dla pielgrzymów i z wyjątkiem ciepłej wody - bo tu nikogo miało nie być na noc - mamy do dyspozycji wszystko.


Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej - Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej.

Wracam po Leśną, ale wszystkiego jej nie mówię. Zobaczyła i na powrót uwierzyła :)
Woda i tak była wystarczająco letnia, a w kuchni można było spokojnie przyrządzić kolację i przy gorącej herbacie posiedzieć nad mapą. A w biblioteczce w pokoju znalazłem na dobranoc lekturę traktującą między innymi o moich rodzinnych stronach.



W ciszy i spokoju emanującym z miejsca i od dobrych ludzi, niewiedzieć kiedy zasnąłem...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz