Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

czwartek, 18 czerwca 2015

Szlak Nadbużański 10 - Kodeń - Łobaczew Mały


Kodeń - Łobaczew Mały. Dystans - 33 km.

 

Na szlaku: Kodeń, Okczyn, Kostomłoty, Kołpin-Ogrodniki, Terespol, Łobaczew Mały.


18.06.2015.


Z całego serca dziękuję Siostrom Sercankom za gościnę. Nie tylko w lesie nie zostawiam po sobie śladów, także i tu nie trzeba po mnie sprzątać, niechajże ta obustronna wiara w człowieka w tym gościnnym miejscu i w tych sercach trwa.

Zgromadzenia Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny.


Odwiedziliśmy - rzecz jasna - sanktuarium w Kodniu. Prezbiterium było akurat w remoncie, tak więc nie wszystko mogliśmy zobaczyć.




Na śniadanie udaliśmy się początkowo do stołówki przy Domu Pielgrzyma, ale ceny nie zachęcały. Zrobiliśmy zakupy w pobliskim sklepie spożywczym i rozgościliśmy się w poprzedniej lokalizacji na tarasie pod parasolem.

Za Kodniem powitały nas nadbużańskie krajobrazy z polną piaszczystą drogą, łąkami i nadbrzeżnymi zaroślami. Sam Bug się nic nie zmienił, więc piaszczysta droga prowadziła nas dalej.
Między łąkami wypatrzył nas z dala patrol Straży Granicznej. Tym razem sprawdzanie trwał długo, dyktowanie danych przez radio i telefon dłużyło się, ale na koniec panowie zaproponowali, że nas kawałek podwiozą. Jednak pogoda była w sam raz, toteż podziękowaliśmy.





Przy korycie Bugu posiłkowaliśmy się mapą z braku oznaczeń. Droga prowadziła przez zdziczałe ostępy, odwiedzane zapewne tylko przez pograniczników i wędkarzy. Stare zakola przecinały szlak naszej marszruty, jednak suche lato pozwalało nam wyszukać względnie suche miejsca, przez które przeprawiały się jakieś pojazdy.
Wyszliśmy na drogę asfaltową. Poza pojedynczymi zabudowaniami, nic nie przyciągało naszej uwagi. Tak prowadzeni spokojną szosą, doszliśmy do Kostomłotów, gdzie znajduje się sanktuarium Unitów. Szczęśliwie trafiliśmy na dwie wycieczki, więc mogliśmy wysłuchać opowieści przewodniczki i unickiego kapłana. W pobliskiej obszernej wiacie przekąsiliśmy małe co-nieco.







Szlak prowadził niezbyt czytelnie. Pośród starych i biednych chat i kolejną polną drogą parliśmy przed siebie. Gdzieś nawet mignęły czerwone znaki.
Przy drodze stary unicki krzyż chylił się ku upadkowi. Może ktoś ocali go od smutnego losu...
Oczywiście błądzimy. Po wejściu w szczere pola o znakach nie ma co nawet marzyć. Mapa niewiele pomaga, bo punktów odniesienia brak, więc nawigujemy starym sposobem - "na czuja". Niechcący omijamy stare fortyfikacje i dochodzimy do drogi asfaltowej. Leśna zasięga języka u tubylca, który po chwili nadaje nam nowy kierunek, dzięki czemu na właściwym skrzyżowaniu drogi polnej z asfaltem, trafiamy na czerwone znaki.
Idziemy jakimiś nieciekawymi polami, prowadzeni zygzakiem bez widocznego celu. Na obwodnicy Terespola schodzimy w kierunku miasta i znowu znaki się kończą. Cóż zrobić... Ustalamy kierunek wzdłuż torów, by dojść do miejsca, gdzie na mapie jest czerwona linia i napieramy.






W Terespolu podobno jest tani hotel robotniczy czy jakoś tak. Na poszukiwanie tracimy z pół godziny, mimo szyldu przed bramą na teren jakiejś bazy. Cóż, poszukamy gdzie indziej.
Zatrzymujemy się na posiłek, a ja rozglądam się po mieście. Znajduję spory kościół, więc może na plebani nas przenocują. Tu jednak czeka nas odmowa, ale jakoś mnie to nie dziwi...
Nieco dalej zauważamy spory kompleks budynków Straży Granicznej. Wstępujemy zgłosić pobyt w strefie nadgranicznej, ale pytanie o nocleg daje taką samą odpowiedź jak i wcześniej. Są za to czerwone znaki, więc postanawiamy opuścić niegościnne miasto. Znaki niebawem znikają, więc brakuje nam pewności co do kierunku marszu, toteż wracamy sprawdzić, czy nie przeoczyliśmy skrętu. Jednak mapa sugeruje, by iść dalej tak, jak poprzednio.

Kościół pw. Świętej Trójcy w Terespolu.



Wchodzimy na jakąś zdziczałą aleję, przy której za gęstym zadrzewieniem, co i rusz prześwitują bryły domów. Po kolei pytamy o miejsce na podwórku, ale bez rezultatów.
Przy kolejnym wjeździe na posesję, mężczyzna energicznie wyrównuje okolicę dróżki prowadzącej do furtki. Krótko zapytuję o miejsce na podwórku i nieco zdziwiony w odpowiedzi słyszę przyjazne "...a to zapraszam".
Gospodarz okazuje się bardzo gościnny, udostępnia nam altanę, podłącza prąd i zapowiada możliwość skorzystania z łazienki w domu. Mocno zaskoczonej małżonce przekazuje wiadomość o gościach, w co miła i urocza pani nie może uwierzyć, myśląc, że to jakiś żart. Lecz kiedy spogląda na dwoje wędrowców z krwi i kości, pozbywa się złudzeń.

Oporządzam altanę i składam dwie ławki. Dzisiaj śpię pod dachem z ażurowymi ścianami. Leśna rozkłada swój namiot nieco dalej.
Po chwili przychodzi pan gospodarz i zaprasza nas na kolację, wcześniej oferując gorący prysznic. Wpadamy na zmianę do łazienki, a następnie zasiadamy przed obficie zastawionym stołem. Sympatyczna gospodyni po porzuceniu myśli o żartach ze strony męża, teraz chłonie nasze opowieści o tej i wcześniejszych wędrówkach. Żeby mi jednak w gardle nie zaschło, pan gospodarz proponuje skosztowanie swoich nalewek. Jest w tej materii niekwestionowanym mistrzem, gdyż płynne specjały nie mają sobie równych. Wszystko przygotowane samodzielnie i z kunsztem, który przejawia się także w stosownych etykietach z jego imieniem o francuskiej proweniencji.
Zachowujemy umiar, choć nie wynika on z braku gościnności naszych gospodarzy. Mi udaje się rozpoznać smaki i część składników wybornych nalewek, ale nie jestem bynajmniej kiperem czy innym smakoszem, toteż co i rusz dowiaduję się o kolejnych kompozycjach smakowych, które w moim gardle rozlewają się błogim i łagodnym ogniem. Atmosfera jest nadzwyczaj przyjacielska, a my dostarczamy opowieści godnych programów przyrodniczo - podróżniczych i tworzy się bardzo przyjemny nastrój.
Jednak trzeba myśleć o nocnym odpoczynku. Serdecznie dziękujemy za tę staropolską gościnę i udajemy się w stronę altany i namiotu. Ja nie chcę przyjąć małej buteleczki na drogę, choć mam świadomość, że na takie specjały pewnie nieprędko się natknę. To jednak moja zasada - łupów nie bierzemy ;-) Korzystamy z gościny, ale nie na wynos. Choć teraz trochę żałuje, że wtedy ta zasada nie okazała się niezłomna...



Ach, cóż to był za dzień... Dla takich przygód z takim finałem, jakże bardzo wędrować warto... :)
Dzisiaj będą błogie sny...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz