Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 20 czerwca 2015

Szlak Nadbużański 12 - Zaczopki - Bubel-Łukowiska


Zaczopki - Bubel-Łukowiska. Dystans - 31 km.

 

Na szlaku: Zaczopki, Derło, Woroblin, Wygoda, Janów Podlaski, Bubel-Łukowiska.


20.06.2015.


Rano wstał piękny dzień, a my z nim. Wczoraj nie natrafiliśmy na sklep, więc śniadanko było z zapasów. Szybko i sprawnie zwijamy obóz. Nasza gospodyni gdzieś wybyła, więc nie mamy się jak z nią pożegnać, a przecież wypada. Nic to, ruszamy dalej.




Odcinek przez pola jest krótki, ale za to malowniczy. Wchodzimy na niewielki pagórek, poszerzający horyzont. Złocą się łany zbóż, zielenią kępy drzew, niebo błękitnieje, a obłoki bieleją. Łąki zaś mienią się barwami lata, ciesząc oczy.





Derło to kolejna ulicówka ze skromnymi, ale troskliwie utrzymanymi domami. Na początku wsi spotykamy naszą gospodynię z Zaczopek, pomagającą w obejściu u starszego pana. Właściwie, to rozpoznaliśmy jej psa, on nas zresztą też, a po chwili zauważyliśmy jego Panią. No i udało się serdecznie pożegnać. :)

W Derle coś się święci. Mieszkańcy wychodzą przed domy i wypatrują czegoś na końcu ulicy. Nie pytamy i nie dowiadujemy się. Może to objazdowy sklep, bo stacjonarnego brak, może orszak weselny, może...



Za wsią skręcamy znowu w pola, w las i tak na zmianę do kolejnej wsi, gdzie nadal nie ma sklepu, a droga jest gruntowa, okolona tradycyjnie starymi chatami. Na końcu wsi zagadani przemy przed siebie, ale zauważa nas człowiek pracujący przy ogrodzeniu i widząc nasze plecaki, woła:
- A nie lepiej by było w prawo?
- Dziękujemy, nie zauważyliśmy znaków! - odpowiadamy z wdzięcznością.



Wchodzimy w pola i maszerujemy wzdłuż polnej drogi. Nigdzie jednak nie widać znaków, ale jest droga... Robimy spory łuk, wychodząc nad brzeg Bugu, w którego wodach odbija się błękitne niebo i pięknie skłębione pogodowe cumulusy.
Idziemy brzegiem, ale po chwili droga ginie w wysokich trawach i trzcinach, które próbuję sforsować. Okazuje się, że zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Za trzcinami jest niewielkie rozlewisko, jednak na piechotę nie do przebycia. Cóż, nie pierwsze to błądzenie i zapewne nie ostatnie. Wracamy po swoich śladach, ale przynajmniej mieliśmy interesujące widoki.







Na rozstajach wybieramy tym razem drugą drogę. Po chwili przechodzimy po drugiej stronie rozlewiska i polami suniemy przy nadbrzeżnych zaroślach.
Okolica jest cicha i spokojna, widoki sielskie - znikąd śladu cywilizacji, a o bliskości osad ludzkich świadczy jedynie polna droga.
Brzeg Bugu kusi odpoczynkiem, czemu Leśna się nie opiera, ja zaś z aparatem wypatruję tematów plenerowych.








Wypatrzenie czerwonego znaku jest przeze mnie porównywane do napotkania rysia w Bieszczadach. ;-) Ale znak jest, więc mamy potwierdzenie poprawnego nawigowania. Prę przez pola jak przez stepy Akermanu i zaiste - nikt nie woła ;-)



Za kolejną połacią lasu trafiamy na samotne gospodarstwo, a coraz częściej pojawiające się znaki dają nam komfort wędrowania. Wśród malowniczych łąk okraszonych z rzadka starymi drzewami, dochodzimy do kolejnego zakola rzeki, przy którym odkrywamy sporą wiatę z kominkiem. W pobliżu widać wędkarzy, więc spodziewamy się bliskości Janowa. Jednak polna droga zdaje się nie mieć końca, a znaki prowadzą nas przez kolejne pola, pośród rozlewisk tworzących mniejsze bądź większe stawy.





Wreszcie moim oczom ukazują się zabudowania, alejka uśpionej miejscowości i większy park. W nim już widać wybiegi dla koni i sporą ilość rumaków. Jesteśmy w janowskiej stadninie, słynącej na cały świat z niezrównanej urody koni czystej krwi arabskiej.

Stadnina Koni w Janowie Podlaskim.






Leśna pada na odpoczynek, tym bardziej, że wiedziony bliskością stadniny, mocno wyśrubowałem tempo marszu. Ona odpoczywa, to ja mam czas na fotografowanie koni.
W całym kompleksie jest wiele stajni i wybiegów, więc krążę to tu to tam, starając się nie stracić dobrej okazji do zdjęcia. Najbardziej podobają mi się araby o pięknym szczupaczym profilu łba i w siwiźnie z hreczką. Wypatruje takie cuda natury i podziwiam z wielką przyjemnością. Jeden z ich kuzynów, gniady Kuhailan nie tak dawno wpakował mnie w ogrodzenie, przez co do dzisiaj mam ograniczoną ruchomość lewego ramienia. Jednak za ich urodę i sprężysty kłus mogę wybaczyć ich elektryczny charakter i porywczość. Gdyby padło hasło że zostajemy tu do jutra, absolutnie bym nie oponował.








Zbieramy się. Głód daje znać o sobie, a sklep w mieście, bo stadnina jest nieco za miastem. Na wyjściu z kompleksu, Leśna zagląda do restauracji i zostaje na schabowego, ja zaś w ramach oszczędności kieruję się do śródmieścia, gdzie w spożywczym uzupełniam zapasy, których część konsumuję w pobliskim parku. Następnie odwiedzam kościół i jego okolice, potem drugi mniejszy i na tym kończą się atrakcje Janowa. Powoli za znakami idę dalej, ale na zejściu z głównej drogi czekam na Leśną. Niedługo czekam, widzę ją z dala. Kierujemy się za czerwonymi oznaczeniami i z sentymentem patrzę na nazwy ulic, przywołujące z pamięci imiona sławnych koni arabskich.

Kolegiata Świętej Trójcy w Janowie Podlaskim.



Żeby nie było za dobrze, gdy kończą się ostatnie zabudowania, kończą się także i czerwone znaki. Skąd my to znamy... Zasięgamy języka u pracujących w polu mężczyzn - tak, tędy dojdziemy do następnej wsi. No to idziemy. Oczywiście nieco nadkładamy drogi, ale to już nasza specjalność na tym szlaku. Normalka...



Stare Buczyce to kolejna klasyczna ulicówka, jakich wiele już mijaliśmy. Mijamy i tę, chwilę rozmawiając dziewięćdziesięcioletnim, ale pełnym energii człowiekiem. Tak... Tu z pewnością żyją szczęśliwi ludzie, a ich troski są ich chlebem codziennym, rzekłbym czerstwym, ale zdrowym chlebem...



Znowu odcinek przez pola i łąki, po czym kolejna droga gruntowa. Tabliczka na plocie oznajmia - Łukowiska. Domy skromne, niektóre nawet ubogie. Jednak widać, że ludzie dbają o swoje obejścia, mimo że pracy w gospodarstwie nie brakuje.
Jest i agro do którego zaglądamy, ale ceny nie na naszą kieszeń. Choć miejsce mało atrakcyjne, to cennik niemal jak w kurortach. Może to właśnie za tę ciszę oddalenie od drapieżnej cywilizacji trzeba zapłacić.







Przed nami idzie młoda dziewczyna. Zapytuję ją o miejsce na nocleg. Wymagań właściwie nie mamy. Okazuje się, że młoda dama idzie z odwiedzinami do babci, zamieszkującej starą chatkę na końcu wsi. No prawie jak z bajki o Czerwonym Kapturku ;-) Skoro jednak nie przypominamy wilka z rzeczonej opowiastki, obiecuje zapytać babcię o możliwość rozbicia się przy domku. Babcia się zgadza i zaprasza nas na herbatę do chatki. Wchodzimy wiedzeni ciekawością, bo i domek i babcia mają już swoje lata, ale razem doskonale się trzymają. Po chwili do niewielkiej kuchenki wpadają bracia dziewczyny - przyjechali rowerem i skuterem. Robimy za atrakcję, opowiadając o swoim wędrowaniu. Herbatę przyrządzamy na własnych kuchenkach, by nie sprawiać kłopotu. Jest klimatycznie, wnętrze chaty pamięta bardzo odległe czasy, które tutaj współistnieją z teraźniejszością. Taka mała podróż w czasie.
Chłopaki biegną do pobliskiej studni by przynieść babci wodę, a na starym piecu kuchennym po chwili perkocze stary imbryczek z wrzątkiem na herbatę dla reszty towarzystwa. Po wieczornych pogaduszkach wybieramy się do uprzednio rozstawionych namiotów. Babci solennie przyrzekliśmy, że nie będziemy używać ognia przy chatce, zresztą nie mamy takiej potrzeby.



Noc już zapada, a ja jeszcze idę do studni, by stawiając na jej konstrukcji aparat, zrobić ostatnie tego dnia zdjęcia. Gdyby nie latarnia na słupie przed domem, mógłbym powiedzieć, że to fotografie sprzed wieku. Wtedy tylko pewnie elektryczności tu nie było. Reszta się nie zmieniła...




Nie domykam namiotu. Zapach starego drewna wprowadza mnie w obezwładniająco błogi sen...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz