Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 21 czerwca 2015

Szlak Nadbużański 13 - Bubel-Łukowiska - Zabuże


Bubel-Łukowiska - Zabuże. Dystans - 27 km.

 

Na szlaku: Bubel-Łukowiska, Stary Bubel, Gnojno, Borsuki, Serpelice, Klepaczew, Zabuże.


21.06.2015.


Budzę się i nie wiem, czy to rok 2015 czy 1915 ;-) Stara chata, drewniany wychodek, głęboka studnia z krystaliczną wodą, no i babcia. Wita nas z uśmiechem, zapraszając na grządkę z truskawkami. Częstujemy się z wstrzemięźliwością, bo jakoś nie wypada babci ogołocić grządki, a mamy przecież swoje zapasy, z których korzystamy, bo już zbliża się cel naszej wędrówki.





Wnuczki babci już są wokół domku i pilnie obserwują nasze śniadaniowe poczynania. Na starym wielkim pniu rozkładam swoją kuchnię i przyrządzam kaszę gryczaną z warzywami od Granero. Danie jest wstępnie obrobione, więc wystarczy zalać wrzątkiem, choć brakuje mu przypraw. Wrzucam jedną trzecią kostki rosołowej z kurczaka, która doskonale wzbogaca płonny smak kaszy. Chwilę dochodzi pod przykryciem, a ja przez ten czas klaruję namiot z przyległościami.






 Wcinam podwójną kaszę, czyli zawartość dwóch woreczków, co z rana jest w sam raz. Danie jest łatwe w przyrządzeniu, a po doprawieniu całkiem smaczne, a przy tym niedrogie. Na takie wędrówki jak ta, jest świetną alternatywą dla liofilizatów.



Śniadanie zjedzone, obóz zwinięty. Proponuję młodzieży i babci zdjęcie na pożegnanie. Zasiadają na ławeczce przed chatą - będzie pamiątka i dla nich i dla mnie.




Znowu żal odchodzić, ale mam dziwne przeczucie, że jeśli wrócę tu po latach, zastanę wszystko tak samo, jak było przed wielu laty. I żadnych zmian nie oczekuję...

Za wsią jeszcze kilka pojedynczych domów, cmentarz i dochodzimy do drogi asfaltowej. Wzdłuż niej ciągnie się Stary Bubel. Jako że jest to niedziela, widzimy ludzi wracających z kościoła. Odprawiana jest tu jedna tylko msza, po niej jest czas na rosół i kotleta i niedzielny odpoczynek. Ot, uświęcona latami tradycja czy też zwyczaj.




Kościół św. Jana Ewangelisty w Starym Bublu.


Za znakami wchodzimy na polną drogę biegnącą za plecami chat. Po prawej rząd gospodarstw, po lewej bezkresne pola. Dochodzimy do ściany lasu, wzdłuż której biegnie kolejna droga. Skręcamy w nią i nie dostrzegamy znaku po kilkudziesięciu metrach, co skutkuje beztroskim dołożeniem kilku ładnych kilometrów. Wracamy w pokorze i skręcamy w las. Niebawem go opuszczamy, przy czym znaki nakazują skręcić w lewo, ale dzięki niedawnemu roztargnieniu, po chwili odkrywamy brak ciągłości szlaku w lewo, co więcej, mapa pokazuje przebieg trasy po prawej. Kto malował ostatni znak i co miał w zamiarze...?



Bubel Granna - zabłądziliśmy...





Polna droga, rozległe pola i łąki, lekko pofalowana rzeźba terenu i rzadko rozrzucone zabudowania towarzyszą nam przez kolejne dwa kilometry. Trzymamy się szlaku i dochodzimy do wsi. Tu odkrywamy Przystań w Gnojnie z altanami i budynkami, gdzie pewnie udałoby się zanocować. My jednak mijamy miejscowość i za ostatnimi zabudowaniami wchodzimy w pola. Pola bezkresne, gdzie gubiąc szlak, mijamy granicę województw. Opuszczamy lubelskie, a wchodzimy w mazowieckie.
Widać domy. Polna droga doprowadza nas do asfaltu z rzędami domów po obydwu stronach. To Borsuki.






Kościół św. Antoniego Padewskiego w Gnojnie.




Idziemy, idziemy i dochodzimy do karczmy. Ceny są iście mazowieckie, więc zwrot na pięcie załatwia sprawę. Na szczęście w pobliżu jest sklep spożywczy, ale po dotarciu do niego euforia maleje. W niedzielę nie ma dostawy świeżego pieczywa, więc nie robię zakupów. Niewiele dalej są Serpelice, więc spokojnie wytrzymam. Nieopodal sklepu na skrzyżowaniu odczytujemy nazwę - Serpelice, a nad nią widnieje napis - Kózki 20. A my w Kózkach kończymy wędrówkę...





Na niebie wiszą ciężkie chmury, a nad naszymi głowami kłębi się złowieszcza ciemniejąca masa. Nie wygląda to najlepiej... Nic to - idziemy dalej.




Nie przeszliśmy nawet kilometra, a tu jak u góry rąbnęło, to bez gry wstępnej deszcz lunął jak z cebra. Jeszcze nigdy tak pospiesznie nie zakładałem poncha jak wtedy. Leśna też szybko wciągnęła kurtkę, ale jakoś nie czuliśmy nadmiaru komfortu. Na dodatek deszcz zamienił się w grad, a w pobliżu żadnego schronienia. Pod obszernym konarem gdzie staliśmy, zatrzymały się samochody, nie mogąc dalej jechać. Do jednego z nich zaprosił nas mężczyzna podróżujący z żoną. Skwapliwie skorzystaliśmy, po czym, gdy okazało się, że nasi wybawcy jadą do Serpelic, przejechaliśmy leśny odcinek, skracając marsz o trzy kilometry. Przy okazji dowiedzieliśmy się, gdzie zeszliśmy ze szlaku. Opady ustały, a my wysiedliśmy przed spożywczakiem, dziękując za uprzejmość zabrania i podwiezienia.



W sklepie wreszcie coś kupiłem, a po chwili byliśmy na powrót na szlaku.
Kolejna wioska - Klepaczew, prezentowała już wyższy poziom zamożności niż chociażby Bubel. Tu już więcej domów murowanych, gabarytowo większych.
Ale po chwili opuszczamy drogę asfaltową i wchodzimy w pola. Przestronna stara aleja z wysokimi drzewami prowadzi nas w stronę Bugu. Zza gęstego szpaleru wyłaniają się białe ściany jakiejś okazałej budowli. Dochodząc do bramy, odczytujemy napis na budynku - Dwór w Zabużu.




 


Właściwie, to jeszcze nie jest późno i spokojnie byśmy mogli przejść ze dwie godziny do następnej wioski, ale pytam Leśną, czy nie spróbujemy się załapać na nocleg w tych komfortowych warunkach. Postanawiamy spróbować.
W recepcji pytam młodych ludzi, czy internetowa promocja jeszcze trwa.
- Jaka promocja? - pyta recepcjonista.
- No ta, że jeśli ktoś do was idzie przez dwa tygodnie pieszo, to dostaje nocleg gratis - wykładam jednym tchem.
- Nic nie słyszałem o tej promocji - odpiera tamten.
- Ale może pan udawać, że pan słyszał.

Takie wejście buduje atmosferę przyjazną, bo młodzi ludzie mają poczucie humoru, a nasza krótka opowieść o wędrówce robi wrażenie. Ostatecznie pytamy o miejsce pod wiatą i okazuje się, że wiata jest, a menadżer który niebawem nadchodzi, zgadza się, byśmy się na noc pod nią schronili.
Jest nieźle. Do dyspozycji mamy łazienkę z zimną wodą nieopodal, a w kompleksie możemy skorzystać z gorącego prysznica. Jak dla nas - pełen komfort.




Dwór jest rzeczywiście wystawny i bardzo zadbany. Z wysokiego brzegu widać leniwy nurt Bugu z kojącą zielenią łąk i zagajników, a w lazurowej toni wód odbijają się białe obłoki na tle błękitnego nieba. Brakuje mi jeszcze łódki wiosłowej, by urozmaicić sobie wieczorne godziny, ale i tak jest przyjemnie. Rozglądam się po terenie, odwiedzam masę tajemniczych zakątków i widzę dobre miejsce na obserwowanie zachodu słońca. Po tym krótkim spektaklu wracam pod wiatę i na kolację serwuję sobie zupkę.









Zsuwam dwie ławki by sprawdzonym sposobem zrobić osłonięte legowisko, ale każda ławka waży chyba ze sto kilo. Namachałem się okrutnie, ale jeszcze nieco krzepy we mnie zostało. To już ostatni nocleg na naszym długim szlaku, więc rezerwa sił może zostać zużyta :)

Jeszcze tylko nadmuchać materac, osłonić się od powiewów arkuszem Tyveku zwykle robiącym za dodatkową podłogę pod namiot i można się wsunąć do przytulnego i lekkiego śpiwora puchowego.



Mimo sąsiedztwa wielkiej rzeki, jakoś nie ma komarów i innych latających krwiopijców.
Wsłuchany w ciszy szum wody i śpiew ptaków, odpływam do krainy snów...



2 komentarze:

  1. Hej, fajna rozpiska. Widzę, że używasz Tyveku pod matę - można wiedzieć o jakich wymiarach? Sam stosowałem przez jakiś czas taki namiotowy groundsheet o wymiarach 120x180cm który sobie przedłużyłem jeszcze doklejać kawałek dużego worka na śmieci. Niby ważyło to „tylko” 300g, ale ostatnio stwierdziłem, że to dużo i rozglądam się za jakimś alternatywnym odchudzonym niebrudzącym śpiwora rozwiązaniem - Łukasz Supergan mi zasugerował na swoim blogu Tyvek i tak tu właśnie trafiłem :) A może jakieś inne rozwiązanie (pisałeś o czymś lżejszym)? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tomku, podłogę z Tyveku Soft dociąłem pod kształt namiotu - Coleman Rigel X2. Zostawiłem lekki nadmiar przy wyjściu, by wychodząc, stanąć jeszcze na czystym materiale, zanim założę buty.
      Tyvek kupuje się na metry, więc można dociąć każdy wymiar przy szerokości nieprzekraczającej 150cm.
      Ponadto rozmiar pod namiot nadaje się także na podłożenie pod matę np w wiacie, czy pod innym daszkiem - w kolibie, pustostanie itp. Raz nawet na werandzie niezamieszkałego domu się w niego zawinąłem, niemal jak w bivy-bag.

      Mam jeszcze Tyvek 1443R, nieco lżejszy, ale on będzie wykorzystany pewnie na coś innego, - na wiosnę się wyjaśni. Mam natomiast zamiar zakupić folię Polycryo, która jest wyraźnie lżejsza, choć jej cienkość nie daje takiego zabezpieczenia mechanicznego jak aktualnie używany Tyvek. Ten jest optymalny na nieznany teren, ale na trawiaste biwaki wziąłbym Polycryo. Ale na razie nie mam, więc więcej na jego temat sobie wygoogluj.
      A Łukasz też zagląda na mojego bloga, więc kto wie skąd u niego także Tyvek...
      Pozdrawiam.

      Usuń