Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

piątek, 3 lipca 2015

Szlak niebieski - Wielki Rogacz - Przełęcz św. Justa



Dzień pierwszy - 30 czerwca 2015.

Kosarzyska - Wielki Rogacz - Szczawnica. Dystans - 31 km. Suma podejść - 780m, suma zejść - 1200m.

Na szlaku: Wielki Rogacz 1172m, Przełęcz Gromadzka 928m, Siemieniówki, Przełęcz Rozdziela 800m, Wierchliczka, Wysoka 1050m, Durbaszka, Szafranówka 711m, Szczawnica 435m.



Aby rozpocząć wędrówkę niebieskim szlakiem z Wielkiego Rogacza, trzeba jakoś tam się znaleźć. Do niebieskiej kropki nie ma dojazdu, zatem trzeba tam było dojść "z buta".
Przeliczając odległości, wybrałem wariant dotarcia tam przed południem. Kombinacją komunikacyjną dojechałem do Piwnicznej - Kosarzysk, skąd w niezłym upale ruszyłem asfaltówką pod górę w stronę Obidzy i Przełęczy Gromadzkiej. Zatem jeszcze przed rozpoczęciem wędrówki od niebieskiej kropki, dziesięć kilometrów musiałem poświęcić na dojście do Wielkiego Rogacza.




Na Przełęczy Gromadzkiej doszedłem do niebieskiego szlaku. Właściwie to mogłem nim ruszyć w stronę Pienin, lecz prawdziwy początek jest kilka kilometrów dalej, właśnie na Wielkim Rogaczu, a precyzyjniej nieco pomiędzy Wielkim a Małym Rogaczem, w miejscu gdzie przebiega Główny Szlak Beskidzki, wcześniej zresztą przeze mnie zaliczony.






O godzinie 13:20 wystartowałem na właściwy masz spod niebieskiej kropki. Dopiero co przebytą trasą wróciłem do Przełęczy Gromadzkiej, skąd niebieskie znaki poprowadziły mnie w stronę Pienin. Co rusz otwierały się widoki na okolicę, pięknie okraszone niewielkimi cumulusami na błękitnym niebie.
Oznakowanie szlaku było dość dobre, ale momentami po serii oznaczeń, ciągnął się dość długi odcinek bez znaków, a drogi się rozchodziły. Tak było w okolicy Siemieniówek i nieco przed Wysoką. Trzeba więc zachować czujność, bo szlak czasem odchodzi od głównej drogi leśnej czy granicznej, przechodząc na trawers zbocza, bądź prowadzi mniej oczywistym odcinkiem.








Na szlaku było początkowo pusto, ale przed Przełączą Rozdziela zauważyłem człowieka idącego przede mną. Zatrzymywałem się co rusz na zdjęcia, więc początkowo dystans się nie zmniejszał.
Nad Przełęczą Rozdziela jest świetny punkt widokowy, więc zatrzymałem się na kilka zdjęć.
Dobrze stąd widać początek Doliny Białej Wody, zielone pastwiska owiec, wijące się polne drogi, no długie i szerokie pasmo Pienin.







Przełęcz wziąłem z marszu i począłem wspinać się pod górę. Za następną górką doszedłem mężczyznę maszerującego przede mną. Okazał się nim Duńczyk o imieniu Ruben (jeśli dobrze napisałem). Był już w Polsce kilka razy, głównie na zawodach rowerowych, bodaj MTB. Jednak niedawno nabawił się kontuzji i tym razem postanowił pochodzić po polskich górach, które podobają mu się tym bardziej, że w jego ojczyźnie gór nie ma...
Zagadaliśmy się na dobre, że aż zgubiliśmy szlak. Z pomocą przyszła nawigacja i po chwili przedzierając się przez pokrzywy, wróciliśmy w zasięg niebieskich znaków.
Niedaleko przed Wysoką otworzyły się przepiękne widoki na północ i wschód. Usiedliśmy przy ścieżce na małe co-nieco i kontemplowaliśmy widoki. Wokół tylko góry i doliny Pienin i dalej ciągnącego się horyzontem Beskidu Sądeckiego.





Doszliśmy pod Wysoką. Niebieski szlak prowadził dalej na zachód, ale nie mogłem odmówić sobie przyjemności wejścia na najwyższy szczyt Pienin. Ruben także stwierdził że trzeba to uczynić, więc niemal nie przerywając konwersacji, weszliśmy na szczyt.




Miejsce to piękne, głównie z racji pięknych widoków. Oczywiście dookólne góry królowały w krajobrazie, ale nie sposób było pominąć pól koszonych pasami, które z racji nieregularnych brzegów, układały owe pasy w zakola i fale. Na zachodzie pyszniły się Trzy Korony, a gdzieś tam u ich stóp wił się srebrną wstęgą niewidoczny stąd Dunajec.





Strzeliliśmy więc sporo fotek, Ruben uwiecznił się na selfie, ale i ja także go uwieczniłem.
Zeszliśmy do niebieskiego szlaku i tu się pożegnaliśmy. On ruszył w dół doliny do wsi, ja zaś za niebieskimi znakami powędrowałem na zachód.





Przechodząc przez skaliste turniczki, tak charakterystyczne dla Pienin, po wyjściu z zalesionej połaci na obszerne hale na których widziałem pasące się stada owiec, wypatrzyłem ciekawy pagórek. Akurat szlak trawersował go z prawym zboczem, ale pomyślałem, że świetnie by było przespać się na jego szczycie. Sięgnąłem po mapę i odczytałem nazwę mijanej górki - Wysoki Wierch.






Po prawej stronie w dolinie widać już zabudowania. Na wprost Szlachtowa, a nieco dalej na zachód rozciąga się Szczawnica.
Przechodzę przez kolejne skaliste wzniesienia, ale poza tymi skalistymi odcinkami, szlak jest łagodny i wręcz łatwy, taki górski spacer z elementami małej wspinaczki. Od Szafranówki zaczyna się już regularne zejście, które niebawem doprowadza do schroniska Orlica.









Ale mój plan na ten dzień obejmował jeszcze wieczorne przeprawienie się przez Dunajec i nocleg gdzieś w pobliżu Sokolicy, a może nawet i na jej szczycie. Jednak szczęście mi tu nie dopisało. Był to ostatni dzień czerwca, więc ostatni kurs łodzi wypadał na godzinę siódmą wieczorem. Dopiero nazajutrz - od pierwszego lipca, łódź miała kursować do ósmej. A ja przyszedłem około 7:37 i zastałem łódkę przycumowaną i zero flisaków w okolicy... Na dobrą sprawę przeprawiłbym się brodem, bo Dunajec w tym miejscu wydawał się płytki, ale postanowiłem przespać się w okolicy, a na Sokolicę uderzyć nazajutrz. Wróciłem do pobliskiego schroniska, skonstatowałem wysokie ceny, po czym błąkając się po Szczawnicy, doszedłem do pola namiotowego, gdzie rozbiłem swój namiot i po wieczornych czynnościach ułożyłem się do snu.






Dzień drugi - 1 lipca 2015.

Szczawnica - Lubań. Dystans - 24 km. Suma podejść - 1430m, suma zejść - 735m.

Na szlaku: Sokolica 747m, Czertezik 772m, Czerteż 774m, Burzana 724m, Bańków Gronik 678m, Trzy Korony 982m, Przełęcz Trzy Kopce 795m, Przełęcz Osice 668m, Czorsztyn 658m, Przełęcz Snozka 653m, Baza namiotowa Lubań 1211m.



Dziesiąta "skoro świt" ;-) po śniadaniu i zwinięciu obozu. Zbieram się z pola namiotowego i ruszam w kierunku przeprawy przez Dunajec. W łodzi czeka już kilka osób, pakuję się i ja i po chwili odbijamy od brzegu. Drąg flisaka zanurza się niewiele, więc rzeczywiście jest płytko. Po chwili przybijamy do przeciwnego biegu i sprawnie wyskakujemy z płaskodennej łodzi.








Tu od razu czeka długie podejście. Ścieżka jest wygodna, ale podchodzenie jest monotonne, bo widoków po drodze niemal nie ma. Jedynie skrajem lasu można wyjrzeć na dopiero co opuszczoną Szczawnicę, by mozolnie piąć się w stronę Sokolicy. Tuż przed szczytem przycupnęła budka kasowa Pienińskiego Parku Narodowego. Kupuję bilet który zachowuję na wejście na Trzy Korony i pokonuję ostatni stromy odcinek na szczyt.






Sokolica, mimo że niewysoka, jest jednym z najchętniej odwiedzanym miejscem w Pieninach. To właśnie tu, obok starej charakterystycznej sosny, można podziwiać przepiękny widok na przełom Dunajca, wrzynającego się między skaliste zalesione zbocza. Urwiste skały dodają wrażenia wysokości, a przepaścista ściana przypomina norweskie fjordy.
Zakola Dunajca są fantastyczne. Gdyby udało mi się tu dotrzeć poprzedniego wieczora, może nie podziwiałbym spektakularnego zachodu słońca znikającego za masywem Trzech Koron, ale za to rankiem przy mgłach i wschodzącym słońcu miałbym szansę na niesamowite widowisko. Nawet sprawdziłem miejsce i wyszło, że tuż przy niższej barierce zmieściłbym materacyk ze śpiworem i plecakiem, ale na nic więcej nie było płaskiej przestrzeni.






Całe dziesięć minut musiało mi wystarczyć na kontemplowanie widoków z Sokolicy.
Ruszyłem dalej. Przejście grzbietem przez Czertezik i Czerteż jest dość wymagające. Nie jest to łatwa ścieżka, gdyż sporo jest fragmentów skalnych, wymagających uwagi. Występy skalne są wyślizgane, co przy deszczu stwarza już pewne problemy. Oczywiście nie są to długie odcinki, jednak nie każdemu mogą się spodobać.


 









Burzana jest granicą wspomnianych trudności. Dalej na zachód ścieżka staje się wygodniejsza i opada na Bańków Gronik. Przepływa tu Pieniński Potok, ujęty w drewniane koryto. Woda jest krystalicznie czysta i smaczna, piłem ją bez późniejszych sensacji. Miejsce doskonałe na odpoczynek przed podejściem czy to w stronę Trzech Koron, czy w stronę Sokolicy.






Na krótkim odcinku prowadzą równolegle dwa kolory - żółty i niebieski. Po krótkim odpoczynku trochę się zagapiłem i poszedłem szeroką dróżką, nie odbijając za niebieskimi znakami. Gdy się zorientowałem, byłem już przed Przełęczą Szopka. No cóż, - nie w smak mi to było, bo ominąłem dość ciekawy odcinek gdzie jest Zamek Pieniny, będący nie lada atrakcją.

Na Przełęczy Szopka - dzikie tłumy mugoli ;-) Dzieciaki rozwrzeszczane, pewnie jakaś wycieczka szkolna.




Podejście pod Trzy Korony jest krótkie i niezbyt męczące. Przy budce pokazałem bilet kupiony pod Sokolicą, po czym metalowym podestem i takimiż schodkami dostałem się na szczytowy cypel.
Z racji przepięknej panoramy ze szczytu, Trzy Korony mają niegasnące powodzenie jako znakomity punkt widokowy na rozległą okolicę.
Szczególnie pięknie prezentują się Sromowce Niżne z sąsiednim słowackim Czerwonym Klasztorem, oddzielone srebrzystą wstęgą Dunajca, lawirującego wśród pienińskich wzgórz. Nieco dalej piętrzą się dumnie Tatry, jednak nie zawsze pogoda sprzyja podziwianiu ich potęgi.
Od wschodu po zachód tylko góry i doliny. Skały, turnie i pobliskie zalesione szczyty dają miły oku surowy widok. Powiewy wiatru niosą orzeźwienie po trudach wędrówki. Można tu długo stać i patrzeć w dal, nie mając dosyć nawet po długiej chwili. Jednak po siedmiu minutach ruszyłem do odwrotu. Przynajmniej zdjęcia będą przywoływać pamięci tamte chwile i tamte krajobrazy.














Po kwadransie byłem ponownie na Przełęczy Szopka. Horda dzieciaków pałaszowała kanapki, batony i czipsy, czyniąc przy tym cywilizacyjny zgiełk.
Szybko opuściłem to miejsce, prowadzony niebieskimi znakami. Do Przełęczy Osice wędrowało się spokojnie i bez żadnych trudności. Można było kontemplować jakąś wędrowną mantrę, od czasu do czasu podziwiając otwierające się na okolice przeziory.






Po przekroczeniu drogi asfaltowej, ze szlaku zniknęły drzewa. Orientację w marszu przez rozległą halę zapewniały spore głazy z wymalowanymi biało-niebiesko-białymi oznaczeniami. Ponadto pas trawy został wykoszony, więc szło się "łąkostradą" ;-)





Z niezbyt wybitnego szczytu hali Majerz, wypatrzyłem nieopodal bacówkę. W samą porę, gdyż zacząłem odczuwać głód, a nie chciałem sięgać po batony.
W bacówce całkiem niedrogo kupiłem średniego oscypka i dwa małe, a do tego zaryzykowałem skopek żentycy. Szczęściem i żentyca i żołądek były do siebie nastawione przyjaźnie, bo z tym góralskim napojem różnie bywa przy wrażliwszych bebechach... Oscypki też zresztą były pierwsza klasa i przykrawanie kolejnych plasterków z ich pochłanianiem szło mi nadzwyczaj sprawnie.









W dobrym nastroju ruszyłem dalej. Już po krótkiej chwili natknąłem się na budynek Pienińskiego Parku Narodowego, gdzie obiłem się starymi pieczęciami o obejrzałem wystawę. Warto tam zajrzeć by wzbogacić swą wiedzę o regionie.
Budynek był na opłotkach Czorsztyna, który szybko został za mną. Szedłem drogą asfaltową po niewielkim wzniesieniu, z którego było widać całą okolicę. Szeroką srebrzystą wstęgą ciągnęły się wody Zalewu Czorsztyńskiego, a nad nimi piętrzyły się góry.







Kręta droga doprowadziła mnie niebawem do Przełęczy Snozka (Snoska). Tuż za nią królował Wdżar, który obszedłem prowadzony niebieskimi znakami. Po drugiej stronie góry była stacja wyciągu narciarskiego, o tej porze roku całkowicie bezludna. Jednak w zewnętrznym gniazdku był prąd, z czego skwapliwie skorzystałem, doładowując telefon.






Przede mną zostało podejście na Lubań. Powoli ruszyłem pod górę, co i rusz spoglądając na piękne widoki za plecami. Przy drodze prowadzącej w górę zbocza była obfitość czarnych jagód i poziomek. Zwłaszcza borówek było sporo, a ja nie potrafiłem się oprzeć ich smakowi.




Krok po kroku podchodziłem coraz wyżej. Przed szczytem zaszedłem do źródełka, gdzie napełniłem bukłak. Tu raz jeszcze spojrzałem wstecz na niedawno opuszczone Pieniny, po czym wyszedłem na podszczytową polanę, na której ulokowała się baza namiotowa.









W bazie szybko się zaakomodowałem. Wyjątkowo skorzystałem z namiotu bazowego, w którym ogrom miejsca był kontrastujący z klaustrofobiczną ciasnotą mojego Rigela. Z zaangażowaniem i energią zabrałem się też za rąbanie drewna do obozowej kuchni. Tym sposobem udało mi się odpracować opłatę noclegową, a baza zyskała spory zapas drew do pieca.








Nastała księżycowa noc. Przy ognisku zasiedli wszyscy biwakujący tego dnia w Bazie na Lubaniu. Herbata z miętą, czar ognia, dźwięki gitary i górskie piosenki rozlewały w naszych sercach czar wędrowania i górskiego biwakowania. Aż zal było później zasypiać...










Dzień trzeci - 2 lipca 2015.

Lubań - Przełęcz pod Sałaszem. Dystans - 27 km (nie wliczając przejazdu). Suma podejść - 1620m, suma zejść - 1750m.

Na szlaku: Skrzyżowanie pod Lubaniem 1074m, Ochotnica Dolna 489m, Kamienica 448m, Modyń 1029m, Przełęcz pod Ostrą 812m, (przejazd okazją) Limanowa 404m, Miejska Góra 716m, Przełęcz pod Sałaszem 749m.


Dzień wstał słoneczny i radosny. Spało się smacznie, więc delektowałem się komfortem, nie spiesząc się w drogę. Inni wędrowcy już wyruszyli na swoje szlaki, ja zaś niespiesznie spakowałem się, gawędząc z gospodarzami bazy.
Najchętniej zostałbym tu na cały dzień, wtopił się w tę sielankę obozową, ale plan trzeba było wykonać.
Pożegnałem bazowych, czytelników bajek zatopionych w baśniowej lekturze i baśniowym miejscu, wrzuciłem plecak na grzbiet i pomaszerowałem w stronę szczytu.









Na szczycie spotkałem kolegę idącego Głównym Szlakiem Beskidzkim, po krótkiej rozmowie rozeszliśmy się w swoje strony. Spod papieskiego krzyża ogarnąłem wzrokiem horyzont. Pieniny i Tatry dumnie prezentowały się w oddali. Przede mną zaś Gorce i Beskid Wyspowy.
Przez niedługi odcinek szlak niebieski ciągnął się wraz z czerwonym, który wcześniej zaliczyłem w całości, zdobywając GSB. Wkrótce odbiłem w dół i doszedłem do Ochotnicy Dolnej.











Tu wzmocniłem się małym co-nieco, by po chwili odpoczynku powędrować dalej.




Za Ochotnicą zejście z asfaltu było mylnie oznakowane. Wpakowałem się na leśną drogę, która po pewnym odcinku się skończyła... Podobnie i znaki. Spojrzałem na ślad w nawigacji, który pokazywał nieco inny przebieg szlaku. Nie było sensu wracać, więc postanowiłem przebić się przez leśną gęstwinę poprzerastaną pokrzywami. Oj, nie było lekko. Kijkami rozgarniałem chaszcze, powoli brnąc naprzód. W zwartych zaroślach z trudem przeciskałem się przez gęsty młodnik, ale nawigacja pokazywała szlak już niedaleko.
Gdy dobrnąłem do wąskiej drożyny, odetchnąłem z prawdziwą ulgą. Zdecydowanie wolę poruszać się utartymi szlakami. Rosnące nieopodal borówki i poziomki wynagrodziły mi trudy błądzenia.













Doszedłem do niewielkiej osady, od której poruszałem się asfaltem. Schodząc w dół, wypatrzyłem strzelistą wieżycę kościoła w Kamienicy.






Dalej szlak prowadził asfaltem w stronę Modynia. Szlak był oznakowany niezbyt precyzyjnie. Schodząc w polne drogi, dwa razy trochę pobłądziłem, ale czujnie sprawdzałem nawigację, w której ślad okazał się wiarygodny i na nim polegałem.
Szczyt Modynia też zdobyłem gubiąc szlak, a schodząc, podążałem prowadzony GPS-em, nie dowierzając marnemu znakowaniu trasy.
 













Wychodząc z lasu, polną drogą dotarłem do asfaltu. W pobliskim sklepie wciągnąłem mały jogurt, spojrzałem na mapę i na zegarek, po czym ruszyłem asfaltem pod górę.
Kilka kilometrów drogą asfaltową niemal pozbawioną widoków wcale mi się nie uśmiechało. Machnąłem na przejeżdżający samochód i młody kierowca się zatrzymał. Szybko pomyślałem, gdzie by tu zanocować, by nazajutrz zdążyć wrócić do domu. Brakowało mi kilku godzin, więc korzystając z okazji, dojechałem do Limanowej. Nie było to zgodne z moją filozofią wędrowania, jednak czasu nie da się naciągnąć...





Z Limanowej po świetnych lodach zaaplikowanych na rynku, skierowałem się w stroną krzyża usadowionego na Miejskiej Górze. Liczyłem na wygodne miejsce pod namiot i możliwość doładowania komórki. Jednak nigdzie w okolicy krzyż nie znalazłem gniazdka. Zmierzchało się, więc był już odpowiedni czas na przygotowanie noclegu. Spojrzałem jeszcze na mapę i okazało się, że niewiele dalej jest wyciąg narciarski i kilka domów. Ruszyłem żwawo przez las, spoglądając jeszcze na zachodzące słonce.









Z leśnym odcinkiem całkiem sprawnie się uporałem. Jednak stacja wyciągu pilnowana była przez groźnego psa, zatem miejsca do spania trzeba było poszukać przy pobliskich domach. Za sugestią kobiety niezbyt skłonnej do udzielenia mi skrawka miejsca przy domu, przeszedłem po sąsiedzku pod domek letniskowy, gdzie rozłożyłem się na małej werandzie. Prądu nie było, ale cicho i spokojnie. A że już się całkiem zrobiło ciemno, to niebawem wsunąłem się do przytulnego puchowego śpiwora i spoglądając na rozgwieżdżone niebo, z błogością zasnąłem.








Dzień czwarty - 3 lipca 2015.

Przełęcz pod Sałaszem - Przełęcz św. Justa. Dystans - 16 km. Suma podejść - 430m, suma zejść - 795m.

Na szlaku: Sałasz Zachodni 857m, Sałasz 901m, Jaworz 908m, Skrzętla-Rojówka 684m, Świdnik 394m, Przełęcz św. Justa 372m.

Śpiąc w przygodnym miejscu, po przebudzeniu wstałem bez dosypiania. Tego dnia wczesnym popołudniem miałem mieć gości w domu, więc czas naglił.
Zebrałem się szybko i sprawnie, nie zostawiając najmniejszego śladu swojej bytności.
O poranku wyruszyłem na szlak, obserwując słońce kąpiące się w porannych rosach.








Z Sałasza Zachodniego rozciągała się piękna panorama na południe. Tatry o poranku prezentowały się okazale, a małe punkciki domów rozsypywały się po pagórkach i dolinach.




Sałasz był mi już znany. Stąd przez malowniczy las z dłużącym się podejściem doszedłem na szczyt Jaworza. Poniżej, na skraju łąki stoi wieża widokowa, na której niegdyś rozstawiłem namiot. Tym razem wszedłem na krótką chwilę, bo czas nie pozwalał na kontemplowanie widoków. Aparat zatrzymał chwile i utrwalił krajobrazy.












Malowniczą drogą na wschód. Szedłem z uśmiechem i lekkim pośpiechem. Mijałem domy, pola i zagajniki.
Na Skrzętli nikogo, jedynie kościół wita wędrowców swą niewielką bryłą. Dalej też pusto, choć gdzieniegdzie przy domach ktoś się krząta. Stary filialny budynek szkolny przywodzi na myśl czasy powojenne...







Asfalt prowadzi w dół, po drodze na tle lasów bieleją kapliczki. Długie zejście po twardej nawierzchni nie jest przyjemne, dobrze, że choć oczy dostarczają przyjemnych wrażeń. Mijam dwójkę ludzi z małymi plecakami i mapą - idą do Limanowej.






W Świdniku przecinam drogę na przełęczy i znowu podchodzę na ostatnie już wzniesienie.
Za mną szmat przebytej drogi, a przede mną właśnie wyłania się kapliczka postawiona w miejscu dawnej szkoły szybowcowej. Także i to miejsce jest mi już znane.





Widać Tęgoborze, połyskuje tafla Dunajca rozlanego zalewem ciągnącym się do Rożnowa. To od wschodu, bo po zachodniej stronie też tafla, ale lotniska aeroklubowego w Łososinie Dolnej.






Już tylko krótkie zejście i dochodzę do Przełęczy św. Justa, skąd odjeżdżam do domu.
Przy okazji, dziękuję miłym gospodarzom domu nad przełęczą, u których na podwórku pozostawiłem mojego "Grzechotnika".



Setka kilometrów zaliczona, cztery dni pięknej wędrówki po jeszcze piękniejszych górach. Muśnięty Beskid Sądecki, przewędrowane Pieniny, odwiedzone Gorce, zaliczone pagóry Beskidu Wyspowego.
Ludzie na szlaku, w górach, mieszkańcy dolin i pogórzy, Taaak... Wędrowanie po górach to cudowna przygoda.
Niebawem znowu ruszę na szlak.

Pod domem goście czekali od godziny...

Komplet zdjęć z wędrówki na mojej galerii Picasa:
https://picasaweb.google.com/112339065399764771934/SzlakNiebieskiWielkiRogaczPrzeEczSwJusta2015?authuser=0&authkey=Gv1sRgCM6xx-ygoOnyag&feat=directlink


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz