Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

piątek, 21 sierpnia 2015

Biwak na Leskowcu i na Potrójnej

 

Dzień pierwszy, środa, 19 sierpnia 2015.


W opisie biwaku na Wysokim Wierchu napisałem, że niejedna z moich wędrówek stawała się motorem napędowym dla kolejnej. Wędrując Małym Szlakiem Beskidzkim zapamiętywałem miejsca które przykuły moją uwagę i chętnie bym je odwiedził kolejny raz, by nie spiesząc się, obcować z naturą okraszoną interesującymi widokami. Takie niemal obrzędowe biwakowanie zadzierzga swoistą więź z miejscem, które od tej chwili staje się moim choćby jednonocnym domem.
Wędrując bowiem z namiotem, mam tę nieskrępowaną możliwość, by tam gdzie mi się podoba, zostać na dzień, na noc, jeśli oczywiście nie sprzeciwiają się temu inne okoliczności.

Potrójną i Leskowiec odwiedziłem wcześniej dwukrotnie, wędrując po MSB. Obydwa wzgórza miały dla mnie ten górski czar, którego nie mogłem tak po prostu zapomnieć i nie utrwalić swoją docelową bytnością.

Do Wadowic dojechałem w środowe popołudnie. Sierpniowy dzień był ciepły, wręcz gorący, jak całe niemal lato roku 2015. Gdy wysiadłem z busa opodal wadowickiego rynku, pierwsze co zobaczyłem, to niebieskie znaki szlaku. Postanowiłem jednak przejść na rynek i zajrzeć do kościoła, by tam i przy sąsiednim domu oddać hołd niestrudzonemu wędrowcy bożemu, konsekwentnie przez wiele lat przemierzającemu nasze piękne góry - Karolowi Wojtyle - "Wujkowi", znanemu później jako Jan Paweł II Papież. Na ślady jego bytności w górach napotykałem nieustannie.
Spojrzałem też na słynny zegar słoneczny ze znaną inskrypcją "Czas ucieka - wieczność czeka". W chwili wykonywania zdjęcia, jego gnomon wskazywał godzinę trzecią.




Czas był rozpocząć wędrówkę na Groń Jana Pawła II i na Leskowiec. Wróciłem do niebieskich znaków i podążyłem nimi przez wąskie uliczki. W ostatnim sklepiku, dobrze zaopatrzonym, zrobiłem skromne zakupy i wdałem się z miłą panią w krótką pogawędkę. Szkoda że nie miałem z sobą patelni, bo w sklepiku można było nabyć swojskie jajka, na które zawsze mam apetyt. Ale nie szedłem przecież na ucztę, a na wędrówkę.




Oznakowanie przebiegu szlaku było bardzo dobre. Zresztą na początek szło się drogami asfaltowymi dość długi odcinek, by wreszcie zejść na drogę gruntową, akurat przy mniej czytelnym oznakowaniu. Czujność i mapa załatwiły sprawę.




W lesie znaki pojawiły się znów w obfitości. Pod Łysą Górą zakończyło się podejście, by po krótkim przejściu grzbietem na zachód, odbić w dół na południe ku wsi.








Na zejściu pięknie prześwitującym młodym lasem, dało się słyszeć odgłosy prac dobiegające z położonej w dolinie wioski. Świeże znaki prowadziły wygodną leśną drogą do pierwszych płotów i zabudowań. Z zarośli wyłoniła się Ponikiew - senna wieś rozciągnięta wzdłuż drogi i niedużej rzeczki.







We wsi zachowało się sporo starych stodół, pięknie utrzymanych i będących w bieżącym użyciu. Przy niektórych zauważyłem nawet "aneks" wypoczynkowy pod bocznym daszkiem.
Zapasy drewna na zimę zostały już częściowo zgromadzone.






Na pętli busów pod wiatą ktoś wymościł sobie miejscówkę wypoczynkową. Gdyby mnie tu noc zastała, nie pogardziłbym takim lokalem :)
Na kolejnej sąsiedniej stodole bez trudu wypatrzyłem kolejny szlakowskaz. Przekroczyłem więc rzekę za którą wypatrzyłem spory sklep, ale będąc dobrze zaopatrzony, minąłem go.
Niebawem doszedłem do kolejnej przeprawy kładką przez rzekę, za którą szlak wchodził na drogę gruntową i prowadził w kierunku lasu i dalszego łańcucha gór.






Z każdym krokiem począłem zagłębiać się w las, a szlak powoli z płaskiego, zamieniał się w lekko stromy, by wreszcie pokazać, że prowadzi w rejony górskie. Tak droga jak i znaki dawały komfort wędrowania, a starszy las wyglądał na dobrze zagospodarowany.









Wreszcie można było się trochę zasapać. Podejście zdawało się nie mieć końca, a gorący dzień w ciepłym lesie podnosił temperaturę wędrówki.
Po małym wypłaszczeniu ruszyłem na kolejne podejście, a gdy pojawiły się słupy energetyczne, wypatrzyłem kolejny, całkiem stromy stok.
Zastosowałem sprawdzony sposób na przeciągające się podejścia, a mianowicie zacząłem coś rozmyślać w skupieniu, co skutecznie odwróciło uwagę od wysiłku zdobywania wysokości. Metodycznie drepcząc pod górę po chwili dotarłem do miejsca z otwartym widokiem na przebytą dzisiaj drogę i szeroką okolicę. Przede mną już Groń Jana Pawła II.







Nastało popołudnie. Wreszcie pojawił się błogi chłodek niesiony ożywczym górskim wiatrem. Wiatrem, który wskazywał, że dzisiejsza noc będzie ciepła, ale wietrzna.
Spojrzałem jeszcze w stronę zachodu, gdzie powoli dzień szykował się do zamienienia w wieczór.



Na Groniu obejrzałem dokładnie sporą kapliczkę. Jednak brak było możliwości ewentualnego nocowania tu pod dachem, co zresztą nie byłoby szczególnie dotkliwe, gdyż w pobliżu, jakieś sto metrów w dół stoku ulokowane jest schronisko.





Zaszedłem więc do schroniska by się standardowo obić, a przy okazji łyknąć gorącej herbaty i wciągnąć kanapkę na kolację. Wewnątrz zastałem dwie dziewczyny, które z uwagi na ich bagaże, wyglądały na pokonujące Mały Szlak Beskidzki, co się wkrótce potwierdziło. Przy kolacji wdaliśmy się w dłuższą pogawędkę. Jedna z nich była już zaprawiona w górskich wędrówkach, druga dopiero rozpoczynała swą przygodę z górami. Miała już okazję zmarznąć poprzedniej nocy pod namiotem, toteż moje namowy na spanie na szczycie Leskowca nie spotkały się z aprobatą.
Pogwarzyliśmy jeszcze o górach, o wyposażeniu, a gdy spojrzałem na zegar, okazało się, że z mojego kontemplowania zachodu słońca z szczytowej polany nic nie będzie. Zapadł już zmrok, więc pożegnałem sympatyczne dziewczyny i wśród ciemności rozświetlanych światłem czołówki, skierowałem się ku nieodległemu wierzchołkowi.




Na szczycie wiało niemiłosiernie. Mimo okolicznych drzew, porywy wiatru dało się z łatwością odczuć, więc do rozbicia namiotu wybrałem miejsce tuż za krzakiem dzikiej róży, który miał mnie osłaniać przed nadmierną wentylacją. Samo rozstawienie namiotu też wymagało uwagi, by w ciemnościach nie zwiało mi czegoś na dobre.




Kiedy już starannie zakotwiczyłem mój hotel pod gwiazdami, wsunąłem się do Spartana 200, jak nazwałem prototypowy superlekki śpiwór od Małachowskiego. Jednak późną nocą w dobrze przedmuchanym namiocie zrobiło się chłodnawo. Nie było niby zimno, ale na wszelki wypadek miałem obok drugi śpiwór - UL300II od tego samego producenta. Kusił obietnicą cieplejszego wnętrza, a ja się nie opierałem, wiedząc, że nad ranem będzie jeszcze chłodniej. Niebawem ponownie zasnąłem, tym razem otulony grubszą i cieplejszą warstwą puchu...



Dzień drugi, czwartek, 20 sierpnia 2015.


Spało się błogo i ciepło. Nad ranem wiatr wyraźnie zelżał, a gdy się przebudziłem, usłyszałem typową obozową krzątaninę. Gdy wychyliłem nos na zewnątrz, okazało się, że poranny cyklista przyjechał tu na pieczoną kiełbaskę z samego rana. Z samego rana, ale też już nie o świcie.
Skoro wczoraj nie było kontemplowania zachodu słońca, to i wschód niechcący udało mi się przespać. Ale ileż można spać, gdy dookoła tętni życie, a na ognisku buzuje ogień.
Gramoliłem się na tyle powoli, że po moim wyjściu z namiotu, rowerzysta był już po śniadaniu i po krótkiej pogawędce popędził dalej przed siebie.
Ja zaś zostałem ze swoim obozem pomiędzy krzyżem a wiatą.



Przede mną rozpościerała się przepiękna górska panorama. Właśnie dla takich widoków warto wędrować i choć krótko pomieszkać w takim miejscu.  

"Wokół góry, góry i góry 
i całe moje życie w górach..."

Taaak... Samemu sobie żeglarzem, sterem i okrętem...



Powoli zabierałem się za klarowanie obozu. Dzisiaj miałem w planie tylko przejście na Potrójną, zatem trasa o długości leniwego spaceru.
Poranne ablucje, przewietrzenie testowanych śpiworów, obfotografowanie całego majdanu i okolicy trwało długo i wcale się z tym nie spieszyłem.
A dzięki obfitości borówek, śniadanie miałem wprost z krzaka :)












Syty i umyty ogarnąłem po raz ostatni widoki na południe i z północnego zbocza. Podziękowałem krzakowi róży za wieczorny szum i poranną woń, pochyliłem czoła przed krzyżem, po czym powolnym krokiem skierowałem się za czerwonymi znakami ku wschodowi, przed opuszczeniem polany oglądając się za siebie.








Szedłem powoli, wręcz kontemplacyjnie. Przyglądałem się szczegółom, na które podczas wędrowania Małym Szlakiem Beskidzkim nie miałem dość czasu. Podziwiałem grę świateł na połaci lasu, spoglądałem na widoki w przeziorach kniei. Rozpoznawałem kamienie i głazy, przypatrywałem się mijanym wcześniej z daleka.  Tak... Las nigdy nie jest taki sam, choć nietrudno rozpoznać znajome miejsca...











Od Smrekowicy towarzyszył mi piękny obraz masywu Potrójnej. Nieco odległy, odgrodzony głęboką doliną, ale podwójnie bliski. Bliski memu sercu i bliski odległością.
Mijana okolica obfitowała w mniejsze i większe głazy. Na jednym z nich gęstym dywanem mierzwiły się krzaki borówki. Jednak wyjątkowe suche i gorące lato wysuszyło ten kobierzec doszczętnie, tym bardziej, że skała nie stanowiła niemal żadnego magazynu wilgoci. Borowiny wyschły poskręcane, a nieliczne jagody zaschnięte, przypominały rodzynki.







Wszechobecna susza odbiła się także na większych roślinach. Drzewa, już wcześniej zniszczone przez naturę, teraz wyschły na pieprz, a spalone słońcem wyglądały jak relikty na pustyniach. Błękit nieba i biel rozsnutych obłoków, tworzyły nostalgiczny i piękny, choć lekko niepokojący widok.





Gdzieś w ostępach leśnych usłyszałem nawoływania. To kobiety zbierające borówki prowadziły konwersację ze swych rozsianych po zboczu stanowisk. Akurat tych darów leśnych lato dostarczyło w obfitości, a wszędzie tam gdzie było dosyć wilgoci w glebie, spotykałem ich całe plantacje. A że jestem ich amatorem, przeto mając zapas czasu, uzupełniałem zapas tych smaczności wprost to żołądka.
Wszedłem w las. Łamana Skała była tu najwyższym wzniesieniem, a wokoło rozciągał się Rezerwat Przyrody Madohora. Obok sporej grupy głazów zacząłem schodzić w kierunku górnej stacji wyciągu narciarskiego.







Przy wyciągu znalazłem gniazdko z prądem, więc doładowałem nieco smyrfona. Miałem więc i zapas prądu do końca następnego dnia, a zapisując przebywaną trasę, musiałem mieć telefon stale włączony.
Mimo chwili przerwy na Czarnym Groniu kontynuowałem spokojny spacer. Taki nadmiar czasu był dla mnie nowością, toteż postanowiłem odwiedzić chatkę studencką pod Potrójną. Drewniane tabliczki prowadziły w dół zbocza.






W chatce ani w obejściu nie zastałem nikogo. Właściwie to nawet nie zaglądałem do środka, poprzestałem na zrobieniu kilku zdjęć i obejrzeniu tej osobliwości. Cisza niemal dzwoniła w uszach, na szczęście szumiący las wlewał się błogim spokojem w uszy.
Zawróciłem więc do czerwonego szlaku, który pojawił się po kilku minutach.





Jak cicho i spokojnie. Ludzi na szlaku brak, zwierzęta śpią gdzieś w ciemnych młodnikach, a od gorąca nawet ptakom nie za bardzo chciało się śpiewać. Schodząc w dół, doszedłem do niewielkiego skrzyżowania na Przełęczy Zakocierskiej. Znajduje się tu samotny krzyż, z którym wiąże się historia, rozwikłana na portalu andrychów.pl - http://andrychow.pl/modules.php?op=modload&name=Subjects&file=index&req=viewpage&pageid=275





Stąd już niedaleko na Potrójną, której zbocza dochodzą do mijanej właśnie przełęczy. Od północnej strony widać kulminację wzniesienia z rozległą halą i kępami drzew.
Po drodze można napotkać informację o noclegach w pobliskiej chacie pod samym szczytem Potrójnej, choć tablica twierdzi, że na samym szczycie...





Opłotkami, wzdłuż drogi gruntowej przemykałem się między starymi stodołami i starymi domami. Jedynie domek letniskowy był pobudowany stosunkowo niedawno, ale chętnych do pomieszkiwania tu przez cały rok jest jednak coraz mniej.
W ramach wytracaniu wolnego czasu i z sympatii do miejsca w którym już dwukrotnie bywałem, wstąpiłem do Chatki na herbatę.






W Chatce ciepło i przytulnie. Kojąca cisza dopełniana jest jedynie przez wesoło buzujący ogień, który płonie w kominku za każdym razem gdy odwiedzam to miejsce. Wychodzę na taras by obejrzeć awaryjne miejsce noclegowe. Jest nawet wersalka, więc byłby komfort na maksa.
Tymczasem pojawia się świetna herbata owocowa i cukier w znanej mi cukiernicy. Jakie to niesamowite, że dzisiaj nie spieszę w daleką drogę, a mój cel jest odległy o jedyne kilkaset metrów.
Dzisiaj ta przytulnia robiła za swoistą poczekalnię :)







Ileż można udawać ucywilizowanego domatora...? Zasięgnąłem języka co do możliwości biwakowania na szczycie Potrójnej, podziękowałem i pożegnałem się. Za drzwiami nadal ciepło, choć zrobiło się późne popołudnie.



Idąc dróżką, wypatrzyłem stojącego przy niej Gaza, wyglądającego jak wypatroszony wrak. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nieco później zobaczyłem go sunącego po łące. Niewiarygodne...



Na szczyt dotarłem szybko, bo to i niedaleko. W ciepłym słońcu spoglądałem na rozległą panoramę, a objaśnienia na pulpitach uzupełniały moją wiedzę w tej materii.





Miejscówka zacna, zdecydowanie warto było tu przyjść. Na szczycie porządek, mimo obecności śladów ogniska, nigdzie nie ma śmieci, a trawa skoszona. Przy mocnych podmuchach wiatru wypatrzyłem osłonięte świerkami miejsce pod namiot, choć wolałbym nieco wyżej, ale uszami wyobraźni już słyszałem ten uporczywy łopot namiotu. A za drzewami spokojnie jak w rezerwacie.

Po wybraniu miejsca postanowiłem przejść się pod rogala z szlakami, porozglądać się i jeszcze trochę pozbierać jagód. To właśnie wtedy dojrzałem dynamicznie jadącego po polu ruskiego dżipa :) (nie napiszę Jeepa, bo te są amerykańskie).
Żerowanie zaś było bardzo owocne, bo oprócz jagód znalazłem sporo czernic zwanych też jeżynami.







Natura mnie karmi obficie. Nie musiałem zatem zajmować się większą kolacją, wsunąłem jedynie jakiegoś lekkiego batonika, po czym przystąpiłem do rozbijania namiotu.
Poprzedniej nocy zauważyłem, że z materacyka bardzo powoli uchodzi powietrze. Wystarczyło jeden raz w nocy go dodmuchać, jednak z obawy czy uszkodzenie nie będzie postępować, pozbierałem skoszoną trawę, dość dobrze już przeschniętą i wymościłem z niej siennik pod namiot.





Wyglądało to zachęcająco, właściwie mógłbym spać na owym sienniku bez materacyka. Rozstawiłem namiot, dmuchnąłem w materacyk, wrzuciłem dwa śpiwory do testowania w różnych kombinacjach, po czym złapałem aparat, bo pora na początek zachodu słońca właśnie nadchodziła.





Mimo dobrej ekspozycji na dookólne widoki, zachodnią część nieba przysłaniały drzewa. A że zachód słońca nie był szczególnie spektakularny a jedynie dość barwny, to dość szybko zakończyłem sesję, ostrząc sobie apetyt na wschód.
Spojrzałem na namiot jak na pięciogwiazdkowy hotel, po czym wsunąłem się do niego i do cieplejszego śpiwora. Z braku zmęczenia, musiałem policzyć małe stadko baranów zanim zmorzył mnie sen...





Dzień trzeci, piątek, 21 sierpnia 2015.


W nocy wiatr ani na chwilę nie ustawał. Mimo, że było mi ciepło, to po przebudzeniu się dobrze po północy zamarzyłem o takim przytulnym ciepełku w którym się zasypia od samej wygrzanej przyjemności. A że miałem obok "Spartana" to zrobiłem combo, nasuwając go na trzysetkę.

Nad ranem zbudziłem się z czujnością łowcy poranków. Powoli zaczynało jaśnieć, więc niebawem miało wzejść słońce. Rozsunąłem odrobinę zamek by wyjrzeć na zewnątrz, a tam poranny chłód i opętańczy wiatr. Niełatwo było opuścić cieplutki kokon, no ale w końcu przyszedłem tu wypełnić rytuał, do którego wliczałem nie tylko kimanie na górce, ale i sesję z wschodzącym słońcem, czego nie udało mi się zrobić na Leskowcu.
Założyłem więc wiatrówkę, wsunąłem buty, nacisnąłem czapkę i cóż było robić... Wyszedłem na ten wygwizdów, a przechodząc onegdaj szlakiem świętokrzyskim, nie pamiętałem by tak wiało w kieleckiem...

Wiało naprawdę nieźle. Wystarczyło wysunąć się poza linię świerków by to poczuć. Przebiegłem kilka kółek by się rozgrzać w ruchu, po czym z aparatem ustawiłem się skierowany ku wschodowi. Najpierw zaczęło różowieć, a po chwili zza dalekich lasów wyłoniła się pomarańczowa tarcza. Bo nowy dzień wstaje... :-)






Fotografowanie generalnie wyglądało tak: trzy ujęcia, dwa okrążenia kępy świerków i znowu kilka zdjęć. Chłód to jedna sprawa, ale wiatr dujący nad wierzchołkiem przewiewał tym chłodem dojmująco. Skoro jednak przyszedłem tu na rytualny biwak, to nawet bez aparatu wschód słońca należało powitać. A po powitaniu pożegnać i na krótkie dosypianie zaszyć się w puchowym cieple :)










Nie powiem, zaliczyłem krótką drzemkę. W moim zielonym pałacyku nie wiało, a śpiwór trzymał jeszcze niedawno pozostawione ciepło. Taka błogość po powitalnym chłodzie poranka, to jak pełnia komfortu, zwłaszcza, że czasu miałem ile chciałem.

Ale gdy już przebudziłem się na dobre, spojrzałem na zewnątrz przez uchylone wejście, a tam już piękny i ciepły dzień wzywał do przygody.



Przebrałem się w dzienne ubranie, zrzucając getry Thermasilk, które są niesamowicie lekkie, zapewniając przy tym nieco termiki i chroniąc od wiatru, który rano bez nich wpędziłby mnie szybko z powrotem do namiotu. Lekkie skarpety zamieniłem na moje ulubione i niezwykle trwałe Fjord Nansen Trek Kevlar i wystawiłem śpiwory do wietrzenia.
Szybko przemyłem się z resztek snu i sprawnie spakowałem rzeczy i zwinąłem namiot.








Z szczytowej polany odchodził żółty szlak w stronę Targanic. Nim właśnie zamierzałem wrócić do cywilizacji.
Raz jeszcze z sentymentem ogarnąłem wzrokiem dalekie góry i bliskie grzbiety, pofalowane łagodnie. Wczoraj budziłem się na Leskowcu, dzisiaj poranek witałem na Potrójnej, - czyż to nie piękne, - mieć coraz to inne i niemniej piękniejsze widoki każdego dnia...?



Ruszyłem za żółtymi znakami. Z prześwitu między drzewami wypatrzyłem Zajazd na Kocierskiej, malowniczo komponujący się wśród lasów, wyglądający jak leśno-górska oaza.




Spokojnym krokiem przemierzałem ciepłe leśne drogi. Na Jawornicy nieopodal krzyża obejrzałem ruiny dawnego schronu sprzed II wojny.








Las począł rzednieć, zza drzew wyłaniały się pierwsze osady, a niebawem otworzyła się szeroka panorama na Andrychów, jak i bliższe i dalsze okolice. Leśna droga przeszła w asfalt, który niebawem doprowadził mnie obok kościoła do przystanku przy głównej drodze w Targanicach.
Nie zdążyłem nawet się rozejrzeć, gdyż właśnie nadjechał bus, którym dostałem się do Andrychowa, a stamtąd przez miejsca nie przypominające gór i lasów, do mojej spokojnej Lipnicy, otoczonej koroną wzgórz i borów...

Niebawem znowu wyruszę na szlak...







Foty na Pikasie:
https://picasaweb.google.com/112339065399764771934/LeskowiecPotrojna2015?authuser=0&authkey=Gv1sRgCOX7_Nf34a_a4AE&feat=directlink

Link skrócony: http://tiny.pl/ggdz2