Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

piątek, 25 listopada 2016

Gorce, listopad 2016


Gorce mnie zaczęły jakoś mocniej interesować... A bo niedaleko, a bo widoki z nich i na nie są interesujące, a bo sporo bacówek i szałasów...

Niedawno wędrowałem od Starych Wierchów na Turbacz i już tak od Obidowca spoglądałem w prawo na sąsiedni grzbiet. No i tak powstał zamysł kolejnego wypadu w Gorce.

Jeden z moich dobrych znajomych wspomniał kiedyś, że ma w rodzinie kogoś, kto ma bacówkę przy jednym z szlaków na Turbacz. Temat ten nie dawał mi spokoju, bo taka baza wypadowa była przecież kusząca. Tym bardziej zimą, bo nie musiałbym dźwigać namiotu i byłby nieco większy komfort. Obdzwoniłem, uzgodniłem, pojechałem...



Dzień pierwszy - 22 listopada 2016.





Z Nowego Targu podjechałem gdzieś pod górę. Prowadził znajomy, więc ledwie orientowałem się gdzie jestem. Kawałek przez las niezłym podejściem i jesteśmy. Bacówka właściwie okazała się szałasem, ale z braku dobrych definicji, nazwa nie była istotna.





W bacówce zostawiłem depozyt z żywnością, spojrzałem na okolicę i ruszyłem dalej w Gorce.
Jednak zabrałem z sobą namiot, bo zamierzałem pierwszą noc przekimać na Hali Turbacz, tuż obok Szałasowego Ołtarza. Stoi on poza obszarem Parku Narodowego, toteż nie obawiałem się wizyty strażników. Po drodze - doszedłszy do zielonego szlaku - mijałem całą masę innych szałasów, kolib, szop, bacówek i całkiem okazałych domków.










Pogoda dopisywała. Mimo końcówki listopada, temperatury były dodatnie, ale topniejące płaty śniegu generowały niesamowite ilości błota. Jednak bez większych problemów przez Bukowinę Waksmundzką doszedłem na Długie Młaki.






Do Kaplicy Papieskiej było stąd blisko, dzień jeszcze jasny i do zachodu daleko. Ruszyłem zatem za żółtymi znakami. Po kilku minutach, dreptając to po błocie, to po śniegu, stanąłem przed kaplicą.







Na żółtym szlaku pusto, cicho i spokojnie. Pomyślałem, że może gdzieś na wschodnim stoku się rozbiję, jeśli tylko znajdę wodę, bo nie transportowałem wystarczającego zapasu. Jednak wszędzie gdzie się rozglądałem, jak na złość nie widziałem źródła wody. Doszedłem do Bukowiny Miejskiej gdzie wypatrzyłem coś w rodzaju bacówko-schronu, ale poszukiwania wody nie dały rezultatu. Postanowiłem więc zawrócić w stronę Turbacza.







Błoto było dobijające. Bez kijków na podejściach pewnie nieraz bym się wyłożył, jednak Fizany niezawodnie utrzymywały mnie w pionie. Ubłocone buty regularnie przecierałem na śnieżnych płatach.




Tymczasem zmierzch gęstniał. Ostatnie światła dnia pożegnałem jeszcze przed Kaplicą, a z Wisielakówki spoglądałem na Kotlinę Nowotarską upstrzoną światłami.





Tu już odpaliłem czołówkę i powoli maszerowałem pod górę, kontrolując obecność znaków na drzewach. Ostatnie podejście było już pod kulminację Turbacza, co zdradzały prześwitujące światła schroniska. Niebawem i ono ukazało się w całości, a ja zgodnie ze starą świecką tradycją skorzystałem z kuchni turystycznej.






Właściwie, to mogłem po kolacji spokojnie wyruszyć pod Szałasowy Ołtarz, ale tego dnia niepokoiły mnie zawirowania trawienne. Takoż i po kolacji wnętrzności przypomniały sobie o porannych doświadczeniach, więc z bólem (żołądka) zdecydowałem o noclegu w schronisku...



Dzień drugi - 23 listopada 2016.


Spanie było jak na wojnie - budzenie i zasypianie. Może trzeba wymienić układ trawienno-odpalający...? No i zimowy śpiwór grzał w ciepłym pokoju... Plusem było to, że gdy zaczęło się rozwidniać, wstałem obfocić wschód słońca. Z namiotu pewnie nie chciałoby mi się świtaniem wychylać...










Najlepiej śpi mi się kiedy inni wstają. :) Pokimałem jeszcze trochę, bo trzeba było wykonać plan wędrowny. A ten przewidywał nawinięcie kilkunastu kilometrów na buty, więc o spaniu do południa należało zapomnieć. Spakowałem się, pożegnałem w okienku i ruszyłem na szlak.


 


Z szczytem Turbacza mam tak jak z Tarnicą w Bieszczadach, - sam szczyt odwiedzam co drugi raz będąc w okolicy. Widoczność była dobra, punkt obserwacyjny też, więc ze schroniska poprowadziły mnie znaki czerwone. Sam szczyt jest miejscem w Gorcach znanym i lubianym, toteż byłem jednym z kilku osób cieszących się pięknymi widokami.






Schodząc, spojrzałem na Halę Turbacz. Skąpana w słońcu jakby tęskniła za moją nocną nieobecnością ;-) Myślę, że jeszcze się doczeka. Czerwone znaki zawsze budzą we mnie sentyment, więc strzeliłem selfa przy jednym z nich.




Wokół pełno błota, jak wczoraj. Świeże, mrożone, mieszane i homogenizowane - na funty, na metry i w ilościach hurtowych. Dobrze, że chociaż dawne wiatrołomy zostały uprzątnięte.




Od południa na tle Tatr widniał grzbiet z szlakiem mojej wczorajszej wędrówki. Także i dzisiaj będę tamtędy przechodził, ale marszruta jeszcze nie jest ustalona, gdyż będzie trochę wędrówki poza szlakiem.



Na Rozdzielu nie poszedłem za znakami w prawo. Tu właśnie zbaczałem w lewo, na grzbiet którym nie prowadzi szlak pieszy. Byłem tu z koleżanką Edytką kilka ładnych lat temu, ale że to ona mnie prowadziła po tych mylnych drogach, to przypominałem sobie zaledwie mgliste fragmenty mijanych okolic. Siedzących przy traktorach gazdów zapytałem jeszcze o potwierdzenie kierunku, po czym ruszyłem drogą pełną błota i śladów kół traktora.




Chodząc utartymi, znanymi szlakami, czerpałem dużą przyjemność z odkrywania nowej trasy. Taka mała rzecz, bo przecież to Gorce dookoła pokryte gęstą siatką szlaków turystycznych, ale ten zakątek wionął ciszą. No, przynajmniej do czasu polowań, bo co kawałek widywałem ambony myśliwskie. Droga prowadziła prosto grzbietem, toteż z nawigowaniem nie było najmniejszych kłopotów.





Grzbietem ciągnie się pasmo Pośredniego Wierchu, mającego indywidualne nazwy poszczególnych wierzchołków. Piękne niewielkie polany i pochyłe łąki pozwalają na złapanie nieco szerszych widoków, jednak cały czas poruszam się w zwartej leśnej kniei. Wiata dla narciarzy, resztki szałasu - to jak na tę chwilę, jedyne szczątkowe zabudowania.





Słońce, góry, las i błoto... :) No, - może to ostatnie nie jest potrzebne do szczęścia. Ale też dodaje klimatu. Trafiam na leśną chatę, doskonale zamaskowaną za połacią gęstego lasu. Gdyby nie konieczność obejścia błotniska, pewnie bym jej nie zauważył. Idę dalej. Błoto, śnieg i znowu błoto. Czy nie dałoby się iść nie patrząc pod nogi...?!?







Wreszcie z poręby widać sąsiedni grzbiet na północy. To zapewne Obidowiec i szlak w kierunku Starych Wierchów. Na horyzoncie piętrzą się dumnie wyspy Beskidu.



Pokonałem już dobrze ponad połowę grzbietu i zaczynam sobie przypominać wędrówkę z Edytką sprzed jakichś dziesięciu lat. Ale las jest mało charakterystyczny, choć polana na skraju której wyrosła koliba, wydaje mi się jakby znajoma...





Gospodarze na Rozdzielu wspomnieli, by z grzbietu nie schodzić zakosami, bo nadłożę drogi. Pewnie kiedyś nadłożę, ale dzisiaj dzień jest krótki, więc idę na wprost, ku Obidowej. I znowu kolejna polanka jakby znajoma...





Las się zagęszcza i ciemnieje. Szeroka droga stała się wąska, ledwie na zrywkę konną. Dawno tu nikogo nie było, ale to właśnie mi odpowiada. Niedaleko słychać szum strumienia. To Lepietnica toczy swój nurt.




Wyraźnie słyszę strumień i odgłosy cywilizacji. Jeszcze ostatnie metry zejścia i widać już dno doliny. Na przeciwległym stoku drzewa już ciemnieją. Znajduję się już w strefie zachodu horyzontalnego.





Obidowa to cywilizacja. Droga, domy, ludzie. Na szczęście lokalny koloryt pozostał, więc można się tu czuć swojsko. No i jest szlak - zielony, z Nowego Targu na Stare Wierchy i dalej do Koninek. Dzisiaj nim podejdę na Polanę Mrożkową na Bukowinie Obidowskiej.






Jest takie w sam raz popołudnie, by spokojnie wędrować pod górę i nie martwić się jeszcze o koniec dnia. Rozpoznaję miejsca, potoki i ścieżki.




Z wyższych fragmentów szlaku spoglądam na opuszczony dopiero co grzbiet. Ileż tam jeszcze ścieżek, ile polan i łąk... Tak spoglądając za siebie, dochodzę na Mrożkową do skrzyżowania szlaków.






Dzisiaj zamknę pętlę na Bukowinie Miejskiej, dokąd zmierzam za czarnymi znakami. Błoto prowadzi mnie niezawodnie, jakby swą obecnością wyznaczając szlak.






Powoli dochodzę do kolejnego skrzyżowania. Hrube witają mnie szlakiem żółtym, biegnącym od Kowańca i nim podążam dalej. Dzień się już nachylił i pomyślałem, że dobrze by było dojść pod Kaplicę Papieską na zachód słońca - tak jak wczoraj.






Dochodzę do "wczorajszej" bacówki. Od niej trasę znam z poprzedniego dnia, więc rozglądam się tylko za dobrym zachodnim ujęciem. Lasy jednak przesłaniają daleki horyzont.




Poniżej kaplicy jestem lekko po czasie, choć na zachodnim niebie spektakl kończącego się dnia trwa nadal. Płonące żółcią, pomarańczem i czerwienią obłoki nad widnokręgiem zostawiają nieco różu pierzastym chmurkom zawieszonym nieco wyżej, snującym się po ciemniejącym błękicie. Czyli i tak jestem na czas... :)





Kaplicę mijam w marszu z kontrolnym zdjęciem podpieranym na ławce. Jest już dość ciemno, choć aparat wpuszczając więcej światła na matryce, oszukuje, że dzień jeszcze trwa...



Skrótem zawijam przez las i łąkę do zielonego szlaku. Od południowej strony widać już zasypiający Nowy Targ z sąsiednimi wioskami. Niebo ciemnieje, a rozliczne światła wskazują ostoje cywilizacji.






Schodzę do koliby przy czołówce. Mijam rozliczne chatki i bacówki, przechodzę przez las. W pewnej chwili zauważam dwa świecące punkty w gąszczu, - to sarna. Nie widząc mojej postaci i nie słysząc moich cichych kroków, stoi i usiłuje rozpoznać świecący obiekt. Sięgam po aparat i strzelam kilka fotek. Krótki obiektyw i słaba lampa nie dają spektakularnych efektów, ale w sumie bezkrwawe łowy się powiodły.



Jestem już blisko dzisiejszego noclegu. Na betonowym wsporniku słupa opieram aparat i wykonuję ostatnie zdjęcia Nowego Targu zatopionego w nocnych ciemnościach, rozświetlanych jednak mrowiem świateł. Wreszcie wchodzę do szałasu.



Depozyt który podwiesiłem pod sufitem jest nienaruszony. To znaczy, że będzie kolacja i jutro śniadanie :) Myszy też nie widać, choć śladów ich bytności było sporo. Wietrzę zatem wnętrze i próbuję rozpalić ogień w piecu, który ma same nieszczelności. Po okadzeniu pomieszczenia, wreszcie złapał ciąg i później już było dobrze. Zrobiło się ciepło i przyjemnie. Oczyszczone z nadmiaru błota buty, wraz ze skarpetami zawisły nad piecem do przeschnięcia.





Po lekkiej kolacji z dużą ilością herbaty, poczułem błogość. Na łóżku rozłożyłem dodatkową podłogę od namiotu, dzięki czemu mogłem położyć śpiwór na czystym podłożu. Puszysty śpiwór Małachowski UL900II rozłożył się niczym miś polarny :) Wygasiłem piec, wsunąłem się do puchacza i smacznie zasnąłem...







Dzień trzeci - 24 listopada 2016.


W nocy przebudziło mnie skrobanie myszy. Gdzieś w ścianie miała pewnie swoje korytarze, a ja nie oczekiwałem takiego gościa. Poszturchałem w dechy i gryzoń zamilkł. Już do poranka spałem bez alertów.

Po kolejnym przebudzeniu zauważyłem, że na zewnątrz się rozjaśnia. Wyszedłem na kilka fotek, ale jeszcze do wschodu było nieco za wcześnie. Po krótkiej drzemce wyszedłem na kolejną sesję.




Słońce wstało w mgłach za lasem, więc wczorajszego widowiska nie było. A w miejscu gdzie wczoraj widać było światła miasta, rozlewała się obficie mgła, z której wystawały jedynie wyższe pagóry.





Wreszcie wstałem na dobre. Pierwsze grzanie wody w bukłak i do mycia. Następne gotowanie już do picia. Poranna kawa i bułka z pasztetem rozpoczęły poranną krzątaninę.





Buty i skarpety suche, śpiwór przewietrzony, - można się pakować. W ramach testów do organizowania bagażu używam worków wodoodpornych. Aktualnie opadów brak, ale do porządkowania rzeczy i ulokowania bambetli w plecaku sprawdzają się wyśmienicie.





Zbieram się. Klaruję kolibę, posłanie w miarę możliwości zabezpieczam przed myszami. Kuchnia do plecaka, buty na stopy, plecak na grzbiet i wychodzę.






Nowy Targ nadal w mgłach. Nie bardzo mi się chce tam iść. Zejście do doliny gęstym lasem zawsze daje nadzieje na powrót w góry. Nawet, jeśli na szlaku będzie błoto. Bo górskie błoto jest lepsze od nizinnego asfaltu... :)







 Jeszcze tu wrócę... :-)
 _