Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

czwartek, 28 lipca 2016

Szlak Kaszubski - lipiec 2016

 

Od czasu do czasu "zdradzam" góry i wędruję po płaskim... W tamtym roku (2015) był to Szlak Nadbużański, w tym roku padło na Kaszuby i kombinację trzech szlaków - czerwonego, czarnego i czerwonego, tworzących zgrabną całość i nazwaną umownie na potrzeby wędrówki - Szlakiem Kaszubskim.

Zatem - Witómë na Kaszëbach!


Trasa szlaku została ustalona według trzech odcinków będących samodzielnymi szlakami:
  • pierwszy - czerwony - początek w Sierakowicach i meta w Gołuniu - ok. 138km, 
  • drugi - czarny - z Gołunia do Wiela - ok. 19km,
  • trzeci - czerwony - z Wiela do Chojnic - ok. 56km.



Dzień pierwszy, 20 lipca 2016.


Na starcie w Sierakowicach stawiliśmy się w trzy osoby - Leśna, Paweł i ja - Yatzek. Na dalszym odcinku dołączyła jeszcze do nas Joanna.


W Sierakowicach nie udało nam się odnaleźć czerwonej kropki oznaczającej początek szlaku. Jedynie w centrum miejscowości przed kościołem wypatrzyliśmy tabliczkę z oznaczeniem szlaku i to miejsce przyjęliśmy za początek naszej wędrówki.




Stary kościół w tej miejscowości leżał tuż przy szlaku, więc na początek go odwiedziliśmy.





Niebawem uliczkami doszliśmy do opłotków, gdzie zaczęła się właściwa wędrówka w terenie.





No cóż, - brak początkowej kropki to nie jedyny problem nawigacyjny. Z drogi szlak miał skręcać w stronę lasu, lecz nie wypatrzyliśmy stosownego znaku. Poszliśmy zatem środkiem dojrzewającego owsa...



W lesie znaki się pojawiły i dalej szło się całkiem wygodnie. Mimo gorącego słońca, cień drzew dawał przyjemny klimat.




Gdzieś w pobliżu były torfowiska. Świadczyła o tym woda koloru ciemnego piwa - z pianą, choć nie próbowaliśmy jej smaku...





Za lasem przy krzyżu rosła okazała czereśnia. Owocowała równie obficie, toteż pod czujnym wzrokiem owiec objedliśmy się do syta.



Wygodna droga wyprowadziła nas na niewielkie wzniesienie. Wypatrzyliśmy z niego pierwsze jezioro, jakich całe mnóstwo miało nam towarzyszyć do końca wędrówki.




Oczywiście nie obyło się bez kolejnego błądzenia. Znaki raz to się pojawiały, to znowu znikały, ale mapa pokazywała kierunek. Na szczęście piękno okolicy odkrywaliśmy także i poza szlakiem.





Pojawiające się czerwone oznaczenia prowadziły lasem wzdłuż brzegu kolejnego jeziora. Nawet nie starałem się zapamiętywać ich nazw, bo przy tej liczbie i mojej szczątkowej pamięci i tak bym wszystko pomieszał. Tak idąc dotarliśmy do jednego z piękniejszych miejsc na szlaku, jakim była Szczelina Lechicka.






Piękny punkt widokowy ulokowany wysoko na otwartym zboczu lasu, otwierał widoki na oddalone jeziora okolone gęstym borem. Doskonałe miejsce odpoczynku i kontemplacji.



Idziemy. Teren robi się przyjemnie pagórkowaty, dając namiastkę wędrowania po Beskidach. Dochodzimy do Rezerwatu Lubygość, a Paweł przyznaje się, że to on jest tymże Lubym Gościem ;-)





Nieco błądząc, trafiamy na niewielką jaskinię. Świetnie urozmaica naszą wędrówkę, zdecydowanie powinna się znaleźć na trasie szlaku, który niestety ją omija. Błądzenie okazało się tym razem całkiem pożyteczne.
 


Co krok to rezerwat. Na tyle chroniony, że nawet znakarze nie mogli intensywnie pracować. W sukurs idzie mapa, a na osłodę - borówki :)







Lasy Mirachowskie to nie tylko lasy. To oczywiście wszędobylskie jeziora i nieco podmokły teren. Ale nic dziwnego, bo na brzegu modrej wody Diabelski Kamień przycupnął groźnie ;-)






Powoli kończy się oznakowanie, ale kolejna konfrontacja z mapą i znowu jesteśmy pewni kierunku. Pojawiają się odcinki asfaltowe, ale jednak większość to utwardzane drogi szutrowe, co okaże się standardem przez całą wędrówkę. Do tego malownicze widoki, piękna pogoda i dobre nastroje uprzyjemniają marsz.






Idziemy tak i idziemy i dochodzimy do ...Nowej Huty! Niemożliwe, - czyżby Wawel na kolejnym wzgórzu...? ;-) No tak, - miejscowości z nazwą "Huta" będzie sporo, a my póki co zatrzymujemy się by nabyć paszę i zupę z chmielu. Ta druga zdecydowanie podnosi morale :)




Przy okazji odpoczynku, mój i Pawła Kestrele odpoczywają obok siebie. :)



Piękną drożyną dochodzimy do większej osady ludzkiej. To Mirachowo, - miejsce naszego noclegu.
Rozglądamy się po okolicy, namierzyliśmy dwa sklepy, ale bardziej nas interesuje jakaś wiata, pustostan, albo chociaż miejsce pod namiot.
Zachodzimy do pięknego dworku i po sąsiedzku zasięgamy języka. Dostajemy namiar na pobliską łąkę, gdzie po kilku chwilach stają nasze namioty.




Z Pawłem mamy nie tylko podobne plecaki. Także i namioty są bliźniacze. W kolejnych dniach będziemy wymieniać się doświadczeniami w zakresie wyposażenia.



W pobliżu łąki jest stawek, a za nim kościół. Będzie więc dużo wilgoci i melodii dzwonnika, którego zastąpiły elektryczne mechanizmy. Serwują nam koncert na dobranoc...



Dzień drugi, 21 lipca 2016.


Dzwony jak nas uśpiły, tak nas budzą. A wilgoć ze stawu dostarczyła obfitość rosy, którą nasze namioty bogato się pokryły. Zatem czeka nas z rana suszenie, ale to raczej standardowa procedura.






Namioty schną dość szybko, bo dzień wstał słoneczny i pogodny. Niemniej wspomaganie procesu dehydracji przybiera różne formy ;-)




Teraz czas na śniadanie, sztabówkę i pokonywanie kolejnych kilometrów. Dziękujemy także za namiar i pozwolenie na nocleg. Syci wrażeń i pierwszego posiłku, zostawiamy Mirachowo za sobą.





Rezerwaty, rezerwaty... Ile jeszcze ich spotkamy...? Okolica piękna, a droga spokojna wiedzie szlakiem, którego znaki nawet dość wyraźnie prowadzą. Ciche lasy niewielkie pagórki i jeziora, - niby to samo, ale uroczo inne...










W oddali widać zabudowania miasteczka. Gdy dochodzimy do asfaltu, witają nas drzewa owocowe, więc zatrzymujemy się pod niską czereśnią i żerujemy niczym dwunożne szpaki. Mijający nas tubylcy tylko się uśmiechają na ten widok... :-)




Miasteczko to Sianowo. Sanktuarium sianowskie przyciąga pielgrzymów, także i my odwiedzamy świątynie i korzystamy z instalacji w domu pielgrzyma. Po sąsiedzku jest sklep, więc także zaglądamy. Ja nieprzyzwoicie objadam się lodami. No cóż, - w końcu jestem lodożercą... ;-)







Przed nami kolejna szutrówka. No i krzyże, kapliczki i jeziora. Te elementy wędrówki zmieniają się, ale praktycznie nigdy w ciągu dnia choćby jednego nie brakuje. Na szczęście nie są identyczne... :)






Przy kolejnym skrzyżowaniu znajdujemy obok nowego domu, starą chatę krytą strzechą. Nie odeszła w niebyt, nadal stanowi żywe świadectwo architektury i budownictwa z epoki. My zaś nawigujemy dalej i na kolejnych rozdrożach kierujemy się ...w stronę jeziora!






A jezioro jest spore, o czym świadczy przystań pełna łódek. Zacumowane w cieniu starych drzew, wyglądają na gotowe stawić czoło, a raczej dziób wysokim falom.





Nieco dalej masówka. Kąpielisko z plażą jakoś mnie nie pociąga. Mnóstwo ludzi i samochodów, - aż dziwne jak tu można odpoczywać... Ale - jak widać - można...




Tymczasem coraz bliżej do Kartuzów. Obserwujemy znaki, ale nawet dobrze prowadzą. Długim brzegiem jeziora, przez las wędrujemy w stronę miasta.







Szlak doprowadza nas pod kolegiatę Wniebowzięcia NMP zakonu Kartuzów. Mijamy ją, tak jak i widoczne w pobliżu sklepy wielkopowierzchniowe i za czerwonymi znakami wychodzimy z centrum miasta. Przy wylotowej uliczce zaopatrujemy się w piwo i odnawiamy zapasy paszy. Dzisiaj planujemy bardziej urozmaiconą kolację, bo mijane lasy dostarczyły grzybów.








Rozglądamy się za noclegiem. W Kartuzach nie znajdujemy, więc podążamy dalej. W jednej z sąsiednich osad - Kosy, intensywnie poszukujemy miejsca pod namioty. Miejscowi kierują nas na pole namiotowe, dochodzimy, pytamy i po chwili oglądamy miejsce. Tragedia! Drewniana infrastruktura w stanie rozpadu, sanitariaty z zewnątrz odstraszają, - nawet nie podchodziłem. Pytamy o cenę: "nie będziemy zdzierać, po dwadzieścia złotych od osoby". Zatkało nas! W szoku ledwie udaje nam się podziękować i wykonujemy pospieszną ewakuację. Nawet zdjęć nie zrobiłem...
Mamy plan iść dalej szlakiem do zmroku i rozbić się na dziko. Ale po chwili widzimy ludzi przy sporym gospodarstwie. Nieśmiało pytamy. Dostajemy przy domu miejsca pod namioty, mamy także do dyspozycji łazienkę i altanę. Rewelacja! Zabieramy się za oporządzanie grzybów. Kolacja - jajecznica z grzybami zaiste była wyborna :)







Właściwie mógłbym spać w altanie, ale skoro inni rozstawili swoje pałacyki, także i ja zasnąłem w namiocie...



Dzień trzeci, 22 lipca 2016.


Poranek zaczynamy standardowo - suszenie, jedzenie, pakowanie i wyruszanie. Dziękujemy też gospodarzom za bezinteresowną gościnę.




 


Wychodzimy z osady i trafiamy w piękny teren. W lesie trwają prace współczesnych drwali, a za lasem kolejne jezioro. Pachnie tu nieco komercją, a Leśnej pachnie schabowym. Zaglądamy do knajpki i każdy znajduje coś dla siebie. Ja z oszczędności skromnie skarmiam się świetną sałatką z marchewki.





Przed nami Chmielno. Miasteczko niewielkie, ale jest w nim wszystko co trzeba. My w zasadzie nic nie potrzebujemy, więc po chwili zostawiamy je za sobą.
Miejscowości są tu opisywane po Polsku i po Kaszubsku. Tym razem zastanawiamy się, która z tych nazw różni się od drugiej... ;-) Bo stare domy różnią się od nowych tym, że są ...stare! :)






Czy już pisałem, że co chwile są tu jeziora...? A tak, - pisałem... No to i teraz mijamy kolejne.
Ale droga w terenie jakoś nam się nie widzi... No tak - brakuje czerwonych znaków! Na domiar złego, mapa też nie wyjaśnia sprawy. Znowu błądzimy.




W pewnym momencie dostrzegamy czwórkę dzieciaków na rowerach i odpytujemy o następną miejscowość przez którą wiedzie szlak. Jak przystało na poszukiwaczy przygód, są dobrze zorientowani, a któreś z nich nawet tam mieszka. Prowadzą ciekawymi polnymi dróżkami, a ja najmłodszemu dodaję otuchy, bo chyba trening kondycyjny był dla niego zbyt wyczerpujący. Ale jak przystało na młodego mężczyznę - dał radę. My zaś za kapliczką dołączyliśmy do właściwego przebiegu szlaku. Dziękujemy młodej ekipie i z uwagą kroczymy dalej.







Gdzieś na odległym horyzoncie góruje Wieżyca - najwyższe wzniesienie na Kaszubach - 328,7m. Nasz szlak tam nie prowadzi, toteż spoglądamy na nią z daleka. Jest to kaszubska namiastka Beskidów, a całe pasmo i okoliczne pagórki doskonale urozmaicają krajobraz.
Przechodzimy przez kolejną połać lasu i dzielnie trzymamy się czerwonych znaków. Te doprowadzają nas do szosy asfaltowej, którą mamy niebawem opuścić. Korzystamy jednak z usytuowanego nieopodal sklepu i w ramach małego odpoczynku wciągam drożdżówkę i popijam orzeźwiającym radlerem.






Prowadzą nas jeziora i stawy. No i oczywiście droga. A ta dochodzi po pewnym czasie do mostu na Raduni, za którym widać nieliche bystrze! No, tu w kajaku czułbym się jak na moim pobliskim Dunajcu...









Siadamy na chwilę by odetchnąć w cieniu starych drzew, bo pogoda jest aż za dobra. W Ostrzycach nad jeziorem jeszcze pustawo, ale czuje się nadchodzący sezon. A gdy oddalamy się od miasteczka, znowu ogarnia nas spokój natury i błogość niespiesznego wędrowania.






Jezioro Ostrzyckie za nami. Trafiamy na leśną drogę, nieco rozmokłą, ale dobrze oznakowaną. Tu widać pofałdowanie terenu, który jako żywo przypomina łagodne Beskidy. Stromym, nieco chaszczowym zboczem schodzimy do drogi, gdzie napotykamy kompleks wypoczynkowy, zdecydowanie mający lata świetności za sobą. Dalej szlak wchodzi na ścieżynę przy torach kolejowych, pewnie zanim sprywatyzowano przyległe posiadłości, biegł przez jego teren.





W miejscowości Krzeszna przy przystanku kolejowym jest sklep. Na zakupy było późnawo, bo półki dziwnie pustawe. Na szczęście było piwo, co widać po zadowoleniu okolicznych smakoszy. Podrzucili nam miejscówkę pod namiot, ale administrator ledwie trzymał się na kursie, choć wcale nie sterował po sztormowych akwenach. O mało nie zostaliśmy z rozbawionymi dziewczynami, a szkoda, bo lokalizacja miejscówki biwakowej wyraźnie nam nie podeszła...





Podziękowaliśmy naszemu sternikowi i ruszyliśmy dalej. Pobliska szklana altanka była jak dla nas, ale jednak nie dla nas... :(  Dla nas był las, który się ciągnął dość długo, pod górę, polaną, znowu pod górę, by wreszcie doprowadzić nas do małego przysiółka - Czaple Nowe.





Robi się wieczór, więc poważnie rozglądamy się za noclegiem. Najlepiej zasięgnąć języka, więc zachodzimy do domu przy którym widać ludzi. Dostajemy namiar na łąkę i piękną prezentację mowy kaszubskiej. Rozmawia się miło, ale się ściemnia...
Dochodzimy do łąki, przy której stoi coś jakby świetlica, a boczne drzwi są otwarte! Wchodzimy "z pewną taką nieśmiałością" i stwierdzamy, że to idealne miejsce na nocleg. Trwa narada, czy można tak bez pozwolenia, aż tu nadchodzi nasz wcześniejszy rozmówca i pozwala się rozgościć. Opowiada o miejscu, o ludziach i o człowieku, który był tu w okolicy niemal ojcem-gospodarzem, ale jak to bywa, w młodym wieku i w pełni sił odszedł z tego świata... Miło się słuchało tego, czego próżno szukać w internecie. Nadto była to bardzo optymistyczna historia z wieloma fantastycznymi wątkami, ale niestety, bez dobrego zakończenia... Dziękujemy!

Po chwili ogarnęliśmy lokal, zrobiliśmy mały porządek i rozgościliśmy się. Leśna na piecu chlebowym, Paweł na złączonych krzesłach, a ja na stole. Nawet brak prądu i ciepłej wody nam nie przeszkadzał. A po kolacji rozłożyliśmy się na swoich leżach...








Dzień czwarty, 23 lipca 2016.


Po spokojnej nocy pobudka była bez pośpiechu. Nie trzeba suszyć i zwijać namiotów, więc tylko wyprawa po zakupy, a tam zonk! Świeże artykuły - na zamówienie, długoterminowe - dostępne. Sen o ciepłych bułeczkach legł w Czaplach ;-)
W oczekiwaniu na zagotowanie wody, korzystam z możliwości i porównuję nasze wyposażenie - worki wodoodporne - mamy podobne. Materacyki - mamy identyczne, różniące się jedynie rozmiarem. Śpiwory - mamy puchowe trzysetki, tym razem różnych producentów. Plecaki - wszystkie ze stajni Ospreya. :)













Śniadanie, pakowanie i w drogę. Świetna miejscówka, gościnni ludzie, ciekawe historie... Dziękujemy za tę gościnę, ale szlak czeka, a gdzieś na nim czeka Joanna - ma dołączyć w Gołubiu.






Droga prowadzi raczej pewnie, znaki są. W Starych Czaplach mijamy sklepik i znowu droga polna. W lesie są rozstaje, ale gdy na prostej znaki pokazują jedyny kierunek, to w miejscu gdzie trzeba wybrać lewo czy prawo - znaki zniknęły... :-\ A trzeba pójść w lewo w dół.







Schodzimy w dół i po chwili napotykamy spore pole namiotowe nad jeziorem. Przez chwilę trwają poszukiwania czerwonych znaków, ale są i prowadzą wzdłuż brzegu jeziora. Podążamy za nimi.




Na drugim końcu podłużnego zbiornika wodnego trafiamy na stolik i ławeczki. Zasiadamy na małą przekąskę i oglądamy okolicę. Stary kamień opowiada o ulokowanym tu niegdyś grodzie warownym.



Ciśniemy dalej. Asia już dotarła na miejsce spotkania, więc nie wypada by czekała zbyt długo. Polne krajobrazy zatrzymują nas tylko na szczęk migawki.





W Gołubiu witamy się z Asią i z marszu przechodzimy do ...marszu :) Ale napotkane w pagórkowatym lesie runo, zatrzymuje nas na popas.





Obrodziły też grzyby. Po pierwszym prawdziwku rozsypujemy się tyralierą i wybieramy małych partyzantów z kapeluszami. Wyglądają smakowicie :)



Czerwona farba na Kaszubach chyba jest droga... Nie widać jej śladów, a wątpliwości co do kierunku są. Wreszcie po małym błądzeniu znowu jesteśmy na szlaku.



Piękna trasa przez pola rozleniwia. Łany zbóż, samotne drzewo i kolejne rozstaje na polnej drodze. Brakuje tylko bocianów i rolników, no i Chełmońskiego z płótnem, pędzlem i paletą. Na szczęście mam aparat i bardzo realistycznie zachowuję ten obraz.




Peleton się rozciąga. No bo i się nam nie spieszy w tak pięknych okolicznościach przyrody. Biorąc pod uwagę mijane pagórki, nawet zbyt mocno nie tęsknię za górami. Przecież i tak wędruję... :)




Szutry ciągną się do kolejnego miasteczka. Stężycę bierzemy bokiem, nawet nie ma sklepu na widoku. Za miasteczkiem trafiamy na malowniczą kapliczkę, więc korzystamy z ocienionych ławek, bo żar leje się z nieba. Po półgodzinnym odpoczynku ruszamy przez pola.





Pięknych widoków nie brakuje. Lasy i pola tworzą swoistą symfonię, a ptaki na liniach energetycznych są jak partytura do koncertu na przyrodę i czworo wędrowców... ;-)






Psy szczekają, a karawana idzie dalej. W wiosce jakiś łańcuchowiec był wybitnie wyszczekany i nie zdradzał zbyt pokojowych zamiarów. Łańcuch jednak wytrzymał. Wioska to parę domów i skrzyżowanie, toteż nawet się nie zatrzymywaliśmy. Kaczą Percią wzdłuż jeziora doszliśmy do stada gęsi :) Za wąskim przesmykiem, nad brzegiem spokojnej wody, ulokowało się malowniczo kilka domów.







Za Wieprznicą piękne polne rozdroże. Przy znaku oznajmiającym skręt szlaku w lewo, poniżej namalowano czerwony kwadracik w kółku. Znaczenia tego symbolu jednak nie pojęliśmy...




Jedno jezioro za nami, kolejne przed nami. Taki standard na kaszubskich szlakach. My zaś po chwili wytchnienia nad wodą, maszerujemy przez las, w którym chyba nocowali harcerze. Bynajmniej jacyś amatorzy survivalu...






Znowu zbliżamy się do osad ludzkich. To i dobrze, bo pora już powoli rozglądać się za miejscem do kimania. Ostatnie kilometry prowadzą asfaltem, a przed nami Łubiana.




Z daleka widać wieżę kościoła. Robimy więc zakupy w większym sklepie i kierujemy się w stronę fary. Podejmuję się rozmowy z proboszczem, ale moje starania spełzają na niczym. Widać przykazanie "podróżnych w dom przyjąć" nie jest tu w użyciu, więc szukamy dalej...

Wreszcie po kolejnych zagadywaniach do mijanych mieszkańców, dostajemy zaproszenie od gości wychodzących od rodziny. Podążamy za nimi przez pół miasteczka i lądujemy przy domu, mając do dyspozycji drewniany garaż z szopką, ogrodowy stół z ławami, a dziewczyny mogą się pobujać na huśtawce. W domu zaś możemy skorzystać z łazienki i kuchni, zatem na kolację będzie potrawka z grzybów, której przyrządzania dopilnowuje sam gospodarz, co i raz dorzucając do niej coś z domowych zapasów. No, to świetnie trafiliśmy!





Po sytej kolacji jeszcze posiedzieliśmy w blasku świec przy stole. Tak miły akcent dzięki uprzejmości naszych gospodarzy, doskonale podniósł nasze humory. Ja rozłożyłem swój testowy namiot na trawniku, pozostała trójka rozpięła jedynie moskitiery pod dachem.




Zasnęliśmy syci wrażeń i świetnej kolacji... :)




Dzień piąty, 24 lipca 2016.


Nasz gospodarz do pracy poszedł na poranną zmianę, więc po śniadaniu i spakowaniu się podziękowaliśmy gorąco pani domu za prześwietną gościnę. Za prawdziwie kaszubską gościnę!




Szybko trafiliśmy na szlak, oglądając po drodze domki skandynawskie. Miejski asfalt szybko ustąpił miejsca szutrom, niepodzielnie panującym na drogach międzymiasteczkowych.





Tam, gdzie nie ma miasta i lasu, jest pole. Pole uprawne, obsiane zbożem. Tym razem trafiliśmy na grykę "jak śnieg białą...". Wędrując dalej, zasiedliśmy przy stoliku pod altanką, gdzie odwiedził nas bardzo ciekawski kotek. Po chwili nadeszła grupa żwawych seniorów, więc i my równie żwawo ruszyliśmy dalej.






Od wiaty w Grzybowskim Młynie wędrowaliśmy głównie lasem. Szlak prowadził pewnie, więc i drogi ubywało. Piękny dąb szypułkowy, spokojna toń wody i uschnięty kikut brzozy, doprowadziły nas do Loryńca.







Tuż przy drodze wypatrzyliśmy bar w przyczepce, więc zamówiliśmy piwo i kiełbaski. Piwo owszem, dostałem pełnowymiarowe, natomiast już kiełbaska była niemal o połowę mniejsza od pozostałych. W ramach reklamacji dowiedziałem się, że to danie nie jest oferowane na wagę, a na sztuki. Moją "sztukę" zapewne przygotował sztukmistrz... :(



Drobny ten incydent trochę popsuł mi humor, więc mniej już cieszyłem się z okolicznych atrakcji. Niemniej jednak z automatu strzelałem foty.






Jeziora, rzeki i lasy. Tak, - tego nam nie brakowało, choć czasem odczuwaliśmy niedostatek w oznakowaniu szlaku. Na szczęście im bliżej kolejnych osad ludzkich, tym lepiej nawigowało się po trasie. Aczkolwiek teren stawiał nieco wyzwań, na szczęście poziom wód w jeziorach był dość niski.







Jeszcze jedna połać lasu i przed nami pojawiają się w pełnej okazałości Wdzydze Kiszewskie. Kolejna miejscowość letniskowa kipi komercją i naporem letników. W sklepikach od razu drożej, więc poprzestaję na jogurcie. Odpoczywam pod wiatą, podczas gdy Paweł z Agnieszką wspinają się na wieżę widokową. Po chwili wyalienowujemy się z rozentuzjazmowanego tłumu... :)






Na horyzoncie Gołuń i widmo zmierzchu. W sumie na dobre wychodzi, bo tu kończy się pierwszy czerwony szlak, - właściwy Szlak Kaszubski. Stąd pójdziemy szlakiem czarnym wzdłuż jeziora Wdzydze. A tymczasem rozglądamy się za noclegiem. Bo z zakupów o tej porze nici...








Naprzeciw pobliskiego hotelu stoi namiot estradowy. Są stoły, ławki - wprost wymarzone miejsce na kimanie w samym śpiworze. Niestety, negocjacje u bossa nie dają pozytywnego efektu... Tam, gdzie w grę wchodzi biznes, nie ma sentymentów. Markotni, rozbijamy się w sosnowym lesie.








Dzień szósty, 25 lipca 2016.


Najważniejsze z rana, to dobrze się wyspać i wstać prawą nogą. To akurat nam się udaje, a z Pawłem stwierdzamy, że coraz lepiej idzie nam rozbijanie namiotów. Te wymagają nieco wprawy, którą właśnie nabywamy. Przychodzi czas na suszenie, choć noc była dość sucha, bo rozbiliśmy się na wszelki wypadek na niewielkim pagórku.





Dzisiaj dziewczyny śpią dłużej. Wyjątkowo. Mogę się bardzo spokojnie spakować, a po kilku chwilach wszyscy jesteśmy gotowi do wymarszu. Trzeba się na jeden dzień przyzwyczaić do innego koloru znaków na drzewach, bowiem do Wiela wędrujemy za czarnymi znakami. Ale to tylko około 20 kilometrów.
Droga jest piaszczysta i prowadzi przez las. Zapach sosen wierci nozdrza, bo ciepły dzień wstał od samego rana. Maszerujemy więc zgodnym rytmem.





Niewiele jest atrakcji, bo w lesie tylko droga i szlak. Jednak na sporej polanie wyglądającej raczej na miejsce po wyrębie, napotykamy pojedyncze gospodarstwo. Tak po prostu w środku lasu. Żeby tradycji stało się zadość, na skrzyżowaniu leśnych dróg znikają znaki, dopiero dokładne poszukiwania przynoszą pozytywny rezultat. Pakujemy się zatem w Żurawinowe Bagno.





Bagno było zaledwie z nazwy, ale to może przez suche lato. Wypatrujemy jeziora, bo mieliśmy iść wzdłuż brzegu, a tu las i las. Wreszcie dochodzimy do sporego akwenu i ...błądzimy!








Ach, te znaki... Odnajdujemy je i z czujnością posuwamy się naprzód. Słońce praży niemiłosiernie, a my dochodzimy do kolejnej miejscowości. To Wdzydze Tucholskie. Rozglądamy się za sklepem - są dwa. W tym drugim obkupujemy się w porze obiadowej, a pragnienie gasimy Radlerem. To odkrycie Pawła doskonale orzeźwia i nawadnia. Na szczęście przy stoliku jest spory parasol, więc mamy cień. Nie spieszymy się zatem z wymarszem.






Jednak po posileniu się, trzeba się nieco osłabić ;-) Teraz idziemy mając jezioro w zasięgu wzroku, a po drugiej stronie ścieżki piękne widoki. Kiedy więc pada hasło "kąpiel", ja odłączam się od grupy i ruszam na plener fotograficzny, a w pobliskiej restauracji zaszywam się też w klimatyzowanej toalecie. Tak to można wędrować. :)








Powoli człapię przez Borsk, objadając się lodami. Poruszam się według czarnych znaków, ale te w środku rzadkiego lasu także rzedną. Co gorsza, ślad w nawigacji także się urywa, więc tylko patrzę gdzie się znowu pojawi, koryguję trasę i postanawiam asfaltem dojść do kolejnego punktu. No to drzemy zelówy...






Krzyż na drogę - szlak odnaleziony. Czarny szlak jest marnie oznakowany. Czarno to widzę ;-)
Przede mną długa nitka szutrowej drogi prowadzącej do Wiela. Pewnie do czarnej kropki już nie pobłądzę. Patrzę za siebie, - reszty naszej kompaniji nie ma...

Droga niby prosta, ale ciekawa. Z niewielkiego wzniesienia rozpościera się miły oku widok. Łany zbóż złocą się po horyzont, przeplatając się z soczystą zielonością łąk. Pojedyncze domy podkreślają spokojność i harmonię z bezmiarem pól, nad którymi pierzaste obłoczki przesuwają się leniwie.
Nieco dalej prowadzi mnie piękna aleja starodrzewu. Przez wiele lat nic się tu zapewne nie zmieniło, nawet pył i kurz drogi taki jakby z epoki...





Pojawiają się pierwsze oznaki cywilizacji. Mijam jakiś spory tartak i wytwórnię elementów drewnianych. Cały zakład pracuje pełną parą.



Za fabryką widać już zabudowę miasta. Dochodzę do głównej drogi, skręcam za znakami w prawo i za marketem, na przystanku znajduję czarną kropkę. Oraz oczywiście czerwoną, bo wracamy na czerwony szlak, choć kolejny i niezbyt długi. Będzie go na jakieś dwa dni.





W oczekiwaniu na resztę towarzystwa, zakotwiczyłem się w markecie, gdzie miła pani pozwoliła mi doładować smyrfona. Po dłuższej chwili doszli maruderzy i zrobiliśmy zakupy na obiadokolację, bo wieczór już się zbliżał. Potem jeszcze pamiątkowe fotki i ruszamy według czerwonych znaków, które najbardziej lubimy.




Za kościołem duży obszar wypoczynkowy. Wyglądał jak pole namiotowe na brzegu jeziora, lecz nic z tych rzeczy. Mogliśmy jedynie skorzystać z toalet, ale rozbić namiotów nie wolno... Popatrzyliśmy na przedwieczerz na jeziorze i ruszyliśmy na golgotę. Przed nami bowiem okazała droga krzyżowa.







Budyneczki sakralne na drodze krzyżowej były otwarte i monitorowane. Gdyby lało, pewnie byśmy się do któregoś schronili. Tymczasem wyszliśmy na wzniesienie i obraliśmy kierunek na zabudowania widoczne nieopodal.





 



O zachodzie dotarliśmy do przysiółka Biała Góra. W jedynym domu w okolicy, mieściło się gospodarstwo agroturystyczne "U Franciszka". Nie byliśmy nastawieni na wydatki, toteż ja zagaiłem, ale negocjacje powierzyłem dziewczynom. W końcu powinny mieć lepszy wpływ na gospodarza.
No i super! Za 10 zł od głowy dostaliśmy pokój z łazienką i kuchnią. Co więcej potrzeba...? Ano dodatkowych łóżek, bo były tylko dwa. Na nich ulokowaliśmy Pawła i Asię, Agnieszka wyłożyła się na korytarzu, a ja nieco dalej.







Dzień siódmy, 26 lipca 2016.



I bardzo dobrze że spaliśmy pod dachem, bo rano taka wilgoć osiadła, że pewnie do południa suszylibyśmy namioty... A tak tylko śpiwory weszły do użycia.



Poranne niespieszne śniadanie gdy niemal cały majdan jest w plecaku - to jest to! Po posiłku opuszczamy gościnne mury agroturystyki "U Franciszka" i kierujemy się ku lasom i jeziorom. Będą podobne, ale jednak zawsze nieco inne.




Piękne lasy i urzekające jeziora, - to wszystko dawało odczucie spokoju płynącego wprost od natury. Kolejne mijane jezioro - Skąpe, było słabiej dostępne dla ruchu kołowego i nie posiadało infrastruktury dla klienta masowego, toteż zalegliśmy na dłuższą chwilę w cieniu drzew. Gdyby przyszło nam tu biwakować, to nawet z poranną kondensacją bym się pogodził. Ale jednak musieliśmy ruszać dalej.









Sielanka nie mogła trwać wiecznie, bo szlak czekał. Zaraz, zaraz! Jaki szlak? Po przejściu przez jaz, próżno szukaliśmy oznaczeń na drzewach. Mapa też niewiele pomogła, moja nawigacja nadała nam kierunek, ale znaków jak nie było tak nie ma. Doszliśmy do jakichś zabudowań i tam kobieta poinformowała nas, że lasy zostały sprywatyzowane i obecni właściciele nie chcą szlaku i turystów. Objaśniła jak dojść do drogi gdzie spodziewaliśmy się odnaleźć czerwone znaki, to poszliśmy...
Wreszcie na głównej szutrówce odnaleźliśmy oznakowania.








Przed nami Kosobudy. Tutaj opuszcza naszą ekipę Asia, bo i tak udało jej się przedłużyć urlop o jeden dzień, co może świadczyć, że zaakceptowała nasze towarzystwo i malowniczy szlak. Po zwiedzeniu kościoła żegnamy się z nią. Do spotkania znów na szlaku Joasiu!







Mijany sklep był wcześniej zamknięty - przerwa obiadowa. Pożegnawszy Asię wracamy na zakupy i jogurt z drożdżówką. Sklep jest starej daty, a ceny niskie. Jest stolik w cienistej wiacie i nawet kibelek w budynku.




Za Kosobudami wychodzimy w nieszczere pola ;-) Właściwie, to pola są szczere, jedynie niebo podejrzanie ciemnieje i zanosi się na zlewę. Czasem zdaje się że nadciąga burza piaskowa, a to sunie samochód ciągnąc za sobą chmurę pyłu. Taki urok dróg gruntowych. Chmury ciemnieją, ale jeszcze nie spadła nawet kropelka.






Znaków znowu nie widać. Prowadzi nas zatem mapa, choć ta nie jest tak jednoznaczna. Za rzeczką zaczęło kropić, ale na razie postanowiłem nasiąkać. W Czarniżu nawiedziliśmy sklep w celu nawodnienia się przez naradlerowanie i przy okazji przeczekaliśmy deszczyk.

 
 






Trzeba było dzisiaj machnąć jeszcze trochę kilometrów, by na jutro nie zostało więcej niż 30, co pozwoliłoby zakończyć wędrówkę następnego wieczora. W Dżełdoniu spotkaliśmy lokalnego leśniczego, z którym miło pogawędziliśmy dłuższą chwilę i otrzymaliśmy mapkę okolicy. Miło będzie zatem wrócić w te rejony :) Minęliśmy też znak kierujący do pewnego punktu. Miało chodzić o wodę, ale niewiedzieć czemu, mój program graficzny ma zaimplementowaną swoistą autokorektę... ;-) :D




Jeszcze kilka kilometrów i nad jeziorem Trzemeszno zaczęło się zmierzchać. A co by nie rzec, zachód słońca nad pomarszczoną lekkim wietrzykiem taflą wody, potrafi być urzekający.




Nam zaś pozostało już ostatnie kilka kilometrów do dzisiejszego celu, którym była miejscowość Męcikał. Nieco pokrętną drogą dotarliśmy tam wykorzystując dzień na maksa.




W Męcikale był okazały kościół, skromny sklep, rzeka Brda i brak pola namiotowego. Po rozpoznaniu możliwości noclegowych, dostaliśmy namiar na altanę. Uruchomiliśmy nasze zdolności negocjacyjne i miły gospodarz udostępnił nam bardzo wygodną altanę ogrodową, do której podciągnął prąd i wąż z wodą. Super! Nie musieliśmy więc rozbijać namiotów, co pozwoliło na szybkie ogarnięcie się do drogi. Ja padłem na krótką kanapkę, Agnieszka poległa na glebie, a Paweł na podpartym leżaku bujanym - coby się nie bujał we śnie :) Noc była ciepła, toteż po kolacji zasnęliśmy w pełnym komforcie.









Dzień ósmy, 27 lipca 2016.



Dobry sen to świetny start do udanego dnia. A ten należało zacząć wcześnie, bo do Chojnic 30km. Szybkie śniadanko, klarowanie bambetli, ogarnięcie altany, podziękowanie i pożegnanie się z gospodarzem i dajemy się ponieść butom :)







Za pobliskimi torami wita nas Wielki Sandr Brdy. Innymi słowy - naturalna leśna piaskownica. :) Faktycznie, piachu jakby było więcej.






Jeszcze na dobre nie opuściliśmy jednego obszaru, a już witają nas Bory Tucholskie. Początkowo młody las ustępuje miejsca starszym drzewom, a jezioro Jeleń emanuje spokojem nietkniętej natury. Tu naprawdę może się podobać. I się podoba. :)










Dochodzimy do przesmyku między jeziorami i chwilę odpoczywamy. Bory są rzeczywiście prawdziwymi borami, a ja buszując po nich w ramach odpoczynku, tradycyjnie znajduję piękne pióro ptaka drapieżnego, które uzupełni trofea z GSB i Szlaku Świętokrzyskiego. :)







Przez głęboki jak na tę okolicę wąwóz, mijając kolejne jezioro, dochodzimy do dębu Bartuś przy którym znowu się schładzamy. Jest tu uroczo i malowniczo, a moja czekolada aż się rozpływa w tej rozkoszy... ;-)










Teraz przyspieszymy kroku, bo szlak prowadzi prostą leśną drogą. Na chwilę zatrzymujemy się przy Krzyżu Napoleońskim, by niebawem opuścić urzekające swym spokojem i pięknem Bory Tucholskie. Gdyby była okazja tu powrócić, zrobię to z przyjemnością.









A przed nami asfalt i kolejne miejscowości. W Bachorzu zeszliśmy do ośrodka wypoczynkowego nad jeziorem, nęceni zapachami obiadu. Mimo obfitości nietkniętego jadła pozostawionego przez obozujących po sąsiedzku harcerzy i innej młodzieży, nie pozwolono nam z niego skorzystać... Zostało rozczarowanie i smak na lody z objazdowej budki. Potem chwila relaksu na hamaku, treningu na desce z żaglem i wizyta w komfortowej toalecie. Z poczuciem prawdziwego niedosytu, ruszyliśmy dalej leśną dróżką...







Jezioro Charzykowskie jest spore, toteż prowadziło nas swym brzegiem przez kilka kilometrów. Po drodze platforma widokowa pozwoliła ogarnąć jego bezmiar i spokojną sielankę na tafli jego wód.






Znowu wędrówka przez las. Chwila ochłody pod wiatą i niedaleko stamtąd trafiamy na starego klona. Chętnie bym go sklonował do swojego zagajnika - byłby syrop na cukier. :)
Z uwagą na znaki przemierzyliśmy kolejną połać lasu, by poczuć powiew od kolejnego jeziora.







Jezioro Niedźwiedzie było chyba mekką pobliskiej ludności, bo na brzegu i w wodzie było mrowie ludzi. Za to pięknie, wręcz pieczołowicie odrestaurowany Gaz przykuł moją uwagę, dzięki czemu miejsce zyskało pierwiastek sympatii.





Idziemy. Po gwarze tłumów nad jeziorem, na pobliskich łąkach spokój i widoki jak z obrazka. Malownicze pola za którymi wchodzimy w piękną aleję starych drzew. Miło wędrować takimi drogami, które doprowadzają nas do miejscowości Jarcewo.






Jarcewo albo jest małe, albo wzięliśmy je bokiem. W jednym z ostatnich ogrodów widać było troskliwą rękę miłośnika kwiatów, które przyciągnęły moją uwagę. Nieco dalej za pętlą busów wieś się kończyła za Szkołą Tysiąclecia i droga ciągnęła się piękną aleją jak na dojściu do miejscowości.





Pnąca się pod górę asfaltowa aleja zapowiadała ruchliwą drogę, Jednak za wzniesieniem droga zmieniła nawierzchnię z twardej na utwardzaną, więc wędrowaliśmy wśród rozległych pól obsianych zbożem, korzystając z ożywczego cienia.





Powoli niebo zaciągają chmury, ale w polu widzenia pojawiają się zabudowania Chojnic - naszego celu dzisiejszego dnia i całej wędrówki szlakami kaszubskimi.





Las, do którego niebawem docieramy, zapowiada ostatnie 3 kilometry do Chojnic. Schodzimy zatem znaczną stromizną, przekraczamy zarośniętą łąkę i dochodzimy do miejsca masowych egzekucji dokonanych przez hitlerowców na lokalnej ludności. Tu planujemy ostatni odpoczynek, bo w nogach mamy grubo ponad dwadzieścia kilometrów.






Z błogości wyrywa nas odległy grzmot poprzedzony dalekim błyskiem. Jedno spojrzenie na niebo i plecaki niemal same wskakują nam na grzbiet ;-) Zaczyna się wyścig z nadchodzącą burzą.
Szczęśliwie jesteśmy niedaleko pierwszych zabudowań i gdy grube i ciężkie krople spadają nam na głowy, niemal dobiegamy do wiat parkingowych ulokowanych przed sporą mleczarnią. Została nam mniej niż godzina marszu przez miasto, którą mogliśmy spokojnie oszczędzić na długich odpoczynkach. Ale gdybyśmy to mogli precyzyjnie przewidzieć...

Po dłużącej się chwili, czy nawet kilku dość długich chwilach, deszcz nieco zelżał. Zakładamy kurtki i poncha, finiszując w słabnącym to nasilającym się deszczu. Późnym popołudniem dochodzimy do Bramy Człuchowskiej gdzie odnajdujemy ostatnią kropkę koloru czerwonego.
Mimo pogody cieszymy się z wykonania planu, a przede wszystkim z przygody pokonywania w dobrym towarzystwie kaszubskich szlaków. Pamiątkowe selfie w deszczu i wzajemne gratulacje. To już koniec naszej ośmiodniowej wędrówki, w trakcie której pokonaliśmy około 220 kilometrów, a z błądzeniem pewnie nieco więcej.





Idąc do Bramy Człuchowskiej wypatrzyliśmy tuż przed nią pizzerię. Wracamy tam świętować, a przez korzystną dla nas pomyłkę kucharza, dostajemy dwie średnie zamiast jednej dużej pizzy. Żeby tak jeszcze zdublowali - nie licząc - zamówione piwo... ;-)



Żegnamy się. Agnieszka i Paweł odprowadzają mnie na dworzec PKP / PKS, gdzie za pół godziny podjeżdża autobus do Krakowa. Macham im na pożegnanie, zajmuje miejsce w pojeździe, autobus rusza, a ja po chwili zasypiam.
Tym samym wędrówka trzema szlakami kaszubskimi przechodzi do historii.

Wszelkie wyliczanki w podsumowaniu w osobnym wpisie.

_