Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 27 sierpnia 2016

Jednodniówki - Magura Małastowska




Jednodniówki to taki produkt czekoladopodobny ;-) Nie można się wybrać dalej na dłużej, to chociaż blisko i na krótko... Zawsze to coś...

Plan był ambitniejszy z celownikiem ustawionym na Beskid Niski. Jednak na miejscu okazało się, że z powodu jakiegoś wyścigu kolarskiego, kilka dróg w rejonie Uścia Gorlickiego zamknięto i trzeba było uciec się do planu "B" skleconego naprędce.


Błądząc po wąskich asfaltach, trochę po śladach przemierzonego niedawno niebieskiego szlaku granicznego, trafiliśmy do Brunarów. Stara cerkiew przyciągnęła uwagę, więc weszliśmy do środka.












W ramach podziwiania starych budowli sakralnych, nieco przypadkowo trafiliśmy na kościół Świętych Jakuba i Filipa w Sękowej, znajdujący się niemal przy niebieskim szlaku na Magurę Małastowską. Ten obejrzeliśmy z zewnątrz i kukając do zamkniętego wnętrza.





Za rzeką trafiliśmy na niebieskie znaki. Mimo bliskości cywilizacji, już na wstępie zakosztowaliśmy smaku dziczy i prawdziwego chaszczowania ;-)




Droga asfaltowa wspinająca się pod górę za ostatnimi domami zmieniła nawierzchnię na szutrową, przez co wędrówka nabrała charakteru terenowego.




Za sobą zostawiliśmy cywilizację i okalające ją z drugiej strony góry. Zresztą pagórków w okolicy był dostatek, toteż pofalowany horyzont prezentował się znacznie lepiej niż miejskie krajobrazy.



Za ostatnimi zabudowaniami zagłębiamy się w las i od razu zwiększa się nachylenie stoku. Liściasty las pokazuje swe uroki - te mniejsze, dostrzegalne z bliska i te większe - jak w każdym lesie. Rajskie jabłuszka informują, że niegdyś były to zapewne i osady ludzkie.






Wychodzimy na przepiękną polanę. Rozpościera się ona za końcem wsi Owczary, skąd prowadzi ścieżka rowerowa do Małastowa. Przepiękne widoki, sama natura i ani śladu cywilizacji. Jedynie ślady kół i droga biegnąca w poprzek polany informują, że człowiek tu zagląda i gospodaruje.






Jest ciepło, niemal gorąco, więc za skrajem polany, na porębie robimy przerwę na herbatę i małe co-nieco. W tak pięknych okolicznościach przyrody aż chce się zasłuchać w jej niczym niezmącone odgłosy. Tak, - Beskid Niski ma swój niezaprzeczalny urok...




Chcąc - niechcąc ruszamy dalej. wszak to tylko jednodniówka... Pobliski szlakowskaz informuje, że nie musimy się spieszyć. Dzisiaj to będzie spacer w terenie, gdzie ważniejsza jest spokojna przyjemność niż połykanie kilometrów z większym plecakiem.





Na Magurze Małastowskiej jest ...jak wszędzie :) Góra łagodna, las gęsty i znaki na drzewach. Ot, jeszcze jeden piękny szlak, jeszcze jeden punt na mapie i na koncie...



Niedaleko stąd do schroniska. Odwiedzamy je obowiązkowo, choć dzisiaj nie zbieram stempelków. To krótki spacer i zdawkowe odwiedziny, toteż po chwili kontynuujemy wędrówkę.





Przy Przełęczy Małastowskiej jest stary cmentarz, jakich w Beskidzie Niskim sporo. Odwiedzamy go, po czym machamy na okazję.




Młodzi ludzie zatrzymują się po krótkiej chwili kiwania na stopa i zabierają nas do samochodu. Po krótkiej podróży, dziękując, wysiadamy w Sękowej.
Tym samym mała, ale ciekawa jednodniówka przechodzi do historii... :)
_

sobota, 20 sierpnia 2016

Cztery wieże - Gorce, Beskid Sądecki - sierpień 2016


Gdy w ubiegłym roku wędrowałem niebieskim szlakiem z Wielkiego Rogacza do Przełęczy św. Justa, zauważyłem przygotowania do jakowychś prac budowlanych na Lubaniu. Podobna inwestycja zaczęła nabierać kształtów także na Gorcu, gdzie również byłem. Zainteresowany tymi przedsięwzięciami, dowiedziałem się, że w sąsiedztwie powstają cztery nowe wieże widokowe: Na Magurkach, Gorcu, Lubaniu i na Koziarzu.

Zatem w tym roku postanowiłem odwiedzić wszystkie


Cztery Wieże







Początkowy plan zakładał, by na każdej z wież się przespać. Jednak na wędrówkę miałem ostatecznie trzy dni, czyli dwie noce. Ponadto zabrałem nowy namiot NatureHike CloudUp 2 do testów, no i koniec końców postanowiłem wejść na cztery nowe konstrukcje, a jako miejsca noclegowe zostały wybrane Bazy Namiotowe na Gorcu i na Lubaniu. Stanowiły one swoisty materiał porównawczy do testowanego przeze mnie namiotu.


Dzień pierwszy, 18 sierpnia 2016.


Do Ochotnicy Górnej dojechałem autobusem, wysiadając przy tamtejszym kościele. Wieża na Magurkach leży bowiem poza szlakami PTTK, ale prowadzi do niej ścieżka dydaktyczna. Niedaleko od kościoła napotkałem stosowne znaki i poruszałem się wedle nich.






Sześć kilometrów do pierwszej wieży na Magurkach, to niewiele. Piękny, słoneczny dzień zapowiadał piękne kolory i pot na czole. Na to byłem gotowy.
Swojskie widoki i wznoszące się pod błękitne niebo zbocza zalesionych górek, były tym co lubię. Drogę biegnącą doliną potoku Jaszcze przemierzałem powoli, rozgrzewając mięśnie. Reszta mojego fizycznego człowieczeństwa korzystała natomiast z coraz gorętszych promieni słonecznych.





Nabrałem już jako-takiej wysokości, która pozwalała spojrzeć z słusznej pozycji na okolicę. Nie dziwiła mnie zatem skromna ławka ulokowana na wysokiej łące. Nawet buddyjscy mnisi mogli by tu spokojnie kontemplować. ;-) Ja zaś piąłem się coraz wyżej.




Na kolejnej polance napotkałem stareńką kolibę. Ta miała lata świetności dawno za sobą, jednak na poddaszu była nowa podłoga, dając schronienie nocne wędrowcom czy innym chętnym. Stado owiec i coraz rozleglejsze widoki, dopełniały sielanki. Do pierwszej wieży jeszcze nie doszedłem, ale już tę na Gorcu ogarniałem spojrzeniem.






Pod górę idzie się z mantrą. Wtedy droga szybciej mija, a zamyślenie odrywa od pierwszych oznak zmęczenia. Jeszcze jedna połać lasu i wychodzę na obszernej podłużnej polanie, gdzie opodal znacznie nowszego niż poprzedni szałasu, niczym drapacz chmur, króluje pierwsza wieża widokowa. Dotarłem na Magurki.






Konstrukcja powstała z rozmachem i ze smakiem. O ile można dyskutować zasadność stawiania takich wież, to jeśli już powstają, powinny być estetyczne. Tak właśnie tu stwierdziłem. Wieża jest estetyczna, nieco stylowa, wygodna z tradycyjną konstrukcją schodów i bezpieczna z wysokim obudowaniem najwyższego piętra.






Widoki z góry także są miłe oku. Znane pasma okolicznych gór można teraz podziwiać niczym nie przesłonięte. Widoczność może nie jest dzisiaj rewelacyjna, Tatry nieco zasnute, ale panoramy warte wejścia po schodach.








Następna w kolejności będzie wieża na Gorcu. Dobrze ją było widać z góry, a prowadzi do niej zielony szlak od Bulandowej Kapliczki, do której także mam zamiar dojść. Szkopuł w tym, że do zielonego szlaku nie prowadzi żadne oznakowanie i żadna ścieżka. Co prawda za zielonymi oznaczeniami można dojść do miejsca katastrofy Liberatora, ale zostaje jeszcze około kilometra przez las. Czyli najpierw ścieżką, a później się zobaczy...










Szybko dochodzę do stylizowanego na wrak Liberatora pomnika. Wpobok postawiono kolibę i ławki. Stąd ścieżka zawraca w dół potoku, a ja szukam jakiegoś przesmyku do góry. Nic nie widzę co przypominałoby choć wąską ścieżynę. Cóż - pójdę na azymut...






Szybko okazuje się, że parcie na wprost pod górę wcale nie będzie takie łatwe. Las jest kompletnie dziki, a ilość wiatrołomów z każdym metrem narasta. Meandruję nad klocami, przeciskam się pod nimi, a większe zawaliska obchodzę.






Lubię przedzierać się przez puszczę jak prawdziwy traper. Tym razem jest to na poważnie, a plecak nie ułatwia przeciskania się. Gdzie nie było zawalisk, zaraz pojawiały się chaszcze. Szorowałem przez nie jak przez kosówkę, aż z rozpędu wpakowałem się w pochyłe bagno. Musiałem ratować buta, którego o mało nie pogrążyłbym w trzęsawisku. Na szczęście doświadczenia z nadbużańskich bagien się przydały.







Brodząc w borowinach i wyplątując się z ostrężyn, wpadłem na pomysł, by nie schodzić z pni leżących drzew, tylko z jednego przechodzić na drugie i tak do przodu. Nie było to trudne, bowiem drzewa leżały jeden na drugim, a nierzadko tworzyły kilka warstw. Nawet udało mi się nie spaść z tego ciągu komunikacyjnego, ale nie ustrzegłem się rozdarcia spodni o odstające zasuszone kikuty gałęzi.





 



Miałem na szczęście zapas czasu i świadomość, że metodycznie metr po metrze zbliżam się do szlaku prowadzącego grzbietem. Za mną już widać było niedawno pożegnaną wieżę, a na wprost zasuszony las i powalone drzewa, straszące karpami korzeni.





Wreszcie pokonując wzdłuż leżące kłody, zobaczyłem dwa człowieki spokojnie sunące w poprzek. Zrozumiałem, że idą szlakiem. Byłem uratowany! ;-)
Jeszcze kilkanaście metrów i sam stanąłem na wybudowanym tu wygodnym pomoście nad mokradłami. Ufff... Gdybym tak miał iść cały dzień, to chyba moim ulubionym filmem stała by się Teksańska Masakra Piłą Łańcuchową... ;-)



Teraz trzeba tylko wrócić do Bulandowej Kapliczki. Po drodze spotkałem właścicieli pola na którym ta kultowa kapliczka stoi. Zbierali borówki, których tu było zatrzęsienie. Po chwili rozmowy ruszyłem spokojnym krokiem. Tak! Spokojnym krokiem po wygodnej ścieżce. :) Gdy doszedłem do polany, nieco zachmurzona Matka Boska spojrzała na mnie poważnie. Przez chwilę wydawało mi się nawet, że lekko się uśmiechnęła. :)





Wędrowanie jest piękne, zwłaszcza w tak pięknych miejscach... Zielony szlak wyprowadził mnie z polany i wiódł spokojnie w kierunku Gorca. Nie omieszkałem i ja skorzystać z szczodrości natury i co kilka kroków obficie zajadałem się borówkami. Lubie je prawie tak, jak samo wędrowanie... :)









Grzbiet którym wędrowałem obficie porastają lasy, ale od czasu do czasu otwiera się polana na południe, a z niej rozległy horyzont gór bliższych i tych dalszych. Wlewający się prosto w duszę spokój i urok natury wprost zniewala. Można by tak siedzieć, patrzeć i paść oczy... Zlekka napasłem także i trzewia. ;-) W ubiegłym roku byłem tu z Beatą spotkaną na Gorcu i wtedy Tatry pięknie się zaprezentowały. Ale i dzisiaj było tu urzekająco.





Do wieży na Gorcu już niedaleko. Nie spieszę się, choć i tak tempo mam dobre. Ostatnie podejście pod masyw szczytowy było nieco mniej lajtowe, ale tam właśnie czuje się, że to jednak góry.






Wchodzę na wieżę. Dopada mnie deja vu. Och nie, - przecież niedawno wychodziłem na bliźniaczą! :) Na wieży chłodek i wiaterek, zapowiadają chłodną noc. Ale i tak bardzo ciepło. No i piękne wieczorne widoki.









Do bazy mały kawałek. Ale z góry i znaną drogą. W połowie stoku przypominam sobie, że zostawiłem kijek trekkingowy na górze. Wrócę po niego na lekko, jeśli jeszcze tam będzie... Był... :)



Noc zapada, a obozowe życie się rozkręca. Ja jednak nie spałem całą poprzednią noc, toteż nie doczekam późnych godzin. Sączymy herbatę przy świecach, chwilę rozmawiamy, po czym zaszywam się w swoim zielonym pałacyku... :)










Dzień drugi, 19 sierpnia 2016.


Spać do syta w górach. Tak. Właśnie tak! Tym bardziej, że dzisiejszy cel to zaledwie Lubań na sąsiednim paśmie Gorców.
W nocy było sucho i przewiewnie, toteż w namiocie nie zaobserwowałem kondensacji. Suszenie będzie tylko formalnością, którą uskuteczniam gdy mam czas. Zawsze warto przesuszyć i przewietrzyć namiot i śpiwór. Namiot jest nominalnie dwójką, a dla jednej osoby miejsca jest aż nadto.





Czas na śniadanie, choć nie czuję głodu. Tak właśnie mam w górach. To też po części przez objadanie się borówkami. Zupka będzie tak bardziej z potrzeby niż z głodu.





W oczekiwaniu na zalewajkę rozglądam się po namiocie kuchennym i fascynuję się osmalonymi czajnikami. Okopcone, sczerniałe, z świecącą warstwą wypalonej sadzy, pogięte, poobijane, zdrutowane i zaszpuntowane drewnianym kawałkiem gałęzi, pocą się, dyszą i parują niczym ciuchcia. Wydają melodię syczenia, bulgotu i popiskiwania, skrzypiąc przy podnoszeniu i szczękając opuszczonym uchwytem. No to po zupce będzie jeszcze herbata...
 






Zbieram się. Suszenie z nieistniejącej wilgoci można spokojnie zakończyć, pozbierać majdan i spakować do plecaka. Niby tego sporo, ale w plecaku topnieje jak lód i jeszcze zostaje miejsce. Zabieram zatem mały zapas wody, bo żar już powoli się leje z nieba.







Wychodzę z bazy na Gorcu wczesnym popołudniem. Zostawiam za sobą to sympatyczne miejsce, pełne górskiej wędrownej atmosfery. Właśnie to pasmo ma jakąś dziwną specyfikę, bodaj przez połączenie nietykalności gór z dużą liczbą kolib, szałasów i szopek. A także namiotów.






Nawet na tak cywilizowanym szlaku trzeba się pilnować. Przynajmniej na dwóch rozstajach przydałoby się lepsze oznakowanie. A droga prowadzi mijając kolejne kapliczki i szałasy.







Jeszcze chwila i dojdę do drogi. Na najbliższym rozstaju - w lewo. Spotykam ludzi spieszących do Bazy, gdzie od jutra będzie się odbywał Gorcstok. Niosą duże plecaki, a nawet i reklamówki z dziwnie znajomą zawartością... :) Pogoda na imprezie będzie dopisywać.





Pięknie jest i niżej. Górski Dziewięćsił Bezłodygowy zawsze przykuwa moją uwagę, jak i inne polne kwiecie. Może przez to rozkojarzenie, znowu na skrzyżowaniu nie dostrzegam znaków i naddaję nieco drogi. Jednak słychać już samochody, więc może droga stanie się prostsza...






Wychodzę na drogę i kierunek wydaje mi się jasny, ale znaki go nie potwierdzają. Oczywiście mógłbym zerknąć na mapę, ale nabyta czujność kieruje wzrok w lewo i w prawo w poszukiwaniu znakowania. Cóż... Skręcam w prawo w dół doliny i dopiero po dłuższej chwili napotykam zieleń szlaku. Niewielki sklepik przycupnął nieopodal.




Mijam stare domy i stodoły. To ciekawy przykład lokalnego budownictwa, pamiętający całkiem zamierzchłe czasy. Dość szybko dochodzę do rzeki i przekraczam most.




Pora coś przekąsić przed podejściem, wszak śniadanie było skromne. W pobliżu jest sklep wielkopowierzchniowy, więc szybko uzupełniam zapasy. Dwie bułki z serem na już, trzy na zapas. No i piwo, które dobrze robi na moje kolana. Oczywiście aplikowane wewnętrznie. :)





Pokrzepiony jadłem i napitkiem mogę zdobywać masyw Lubania. Droga początkowo wiedzie asfaltem, by po dłuższej chwili go zgubić na rzecz nawierzchni gruntowej. Mijam ostatnie zabudowania i rozpoczynam mozolne podejście leśnym duktem.






W pewnej chwili słyszę nadciągającą jakąś piekielną maszynę. Las trzęsie się w posadach, dudnienie narasta i zza zakrętu wyłania się wielki ciągnik wlokący cztery kloce drewna, z których jeden był zaiste imponujących rozmiarów.



Ciągnik pojechał dalej i zaległa kojąca cisza. Podchodzę sobie spokojnie, rozglądam się i wcale nie spieszę. I tak na Lubań wejdę za wcześnie na zachód słońca, toteż wystarczy przyjść na tyle wcześniej, by za widoku się rozłożyć. Mijam kolejne zakręty, a droga spokojnie wije się pod górę.






W ciszy zaczyna rozbrzmiewać nabierający mocy hałas. Rozpoznaję dźwięk potężnego ciągnika, który niebawem powoli mnie mija. Stojący za kabiną mężczyzna zaprasza mnie ruchem ręki do siebie, ale ja pokazuję kijki i nogi. Nic to, - zatrzymują się, więc postanawiam zakosztować rajdu terenowego. Zajmuję miejsce na stojąco za kabiną i zaczyna się jazda. I co za jazda! Młody, może nawet mniej niż dwudziestoletni kierowca prowadzi po wąskich i stromych dróżkach jakby urodził się na fotelu kierowcy. Wjeżdżamy w łożysko potoku, pojazd buja się na wszystkie strony, a ja patrzę jak w razie czego się ewakuować. Z mężczyzną obok przekrzykujemy się w rozmowie, a ja jeszcze próbuję strzelić jakieś foty, co bynajmniej nie jest łatwe, bo razem z piekielną machiną dyndamy w trzech stopniach swobody. A jak już widzę następną stromiznę i obserwuję strzelające spod kół kamienie, to łapię się za szkieletora i walczę o przetrwanie.
Wreszcie zatrzymujemy się przed imponującą stromizną, bo mistrz kierownicy będzie podjeżdżał tyłem. Ma chłopak talent. Na szczęście znowu jesteśmy na szlaku i nasze drogi się rozchodzą. Dziękuję za niezapomnianą przygodę, macham ręką i napieram pod górę stabilnym krokiem. :)










W dzwoniącej w uszach ciszy osiągam grzbiet. Tu spotykam się z czerwonym szlakiem, do którego mam prawdziwy sentyment. Do Bazy na Lubaniu będę bowiem podążał odcinkiem Głównego Szlaku Beskidzkiego.





Ten odcinek przechodziłem już nieraz. Także i tym razem podziwiam drogę w lesie, jak i otwierające się czasem rozleglejsze widoki.






Do Lubania coraz bliżej. Dochodzi szlak niebieski, odchodzi żółty, a przede mną ostatnie mozolne podejście. Na szczęście popołudniową porą robi się znośnie i nie praży, toteż jedynie roje much uprzykrzają wędrówkę. Przede mną wieża na Lubaniu.






Pokonuję cztery piętra i jestem na platformie widokowej. Akurat Lubań i bez wieży miał całkiem dobrą projekcję na okolicę, ale jednak pełna panorama potrafi się podobać. Spoglądam na pokonaną trasę, patrzę na Tatry - nadal zamglone, odbijam wzrok od tafli zalewu, wyszukuję szczytów w Pieninach i ogarniam pobliskie grzbiety Gorców oraz leżącą nieco poniżej bazę namiotową.










Schodzę do bazy w której jest dość pustawo. Nic dziwnego, bo jak wspomniałem, dzisiaj Gorc przyciąga wędrowców. Wyjmuję zatem swój namiot NH CloudUp 2, który już niemal machinalnie rozstawiam. Przy namiotach bazowych nie byłoby tej roboty, ale i w tej maliźnie wyśpię się spokojnie. Noc zapowiada się bezdeszczowo, choć pewnie będzie chłodno.







Przy czynnościach obozowych przegapiam piękny zachód słońca. Gdy ponownie wchodzę na wieżę, jest już po fakcie. Ale i tak niebo wygląda bajecznie...



Po zachodzie słońca tradycyjnie zasiadamy przy ognisku. Ciepła herbata, dźwięki gitary niczym nie tłumione na rozległej polanie i śpiew pełen przejęcia, doskonale harmonizują z buzującym ogniem magicznego płomienia...





Dzień trzeci, 20 sierpnia 2016.


"Bo nowy dzień wstaje..." - tak zdają się porannym echem brzmieć słowa wczorajszej piosenki. Wstaję i ja i po chwili zabawy z zimną wodą, przystępuję do zwijania obozu. Standardowe suszenie idzie sprawnie, bo słońce od samego rana mocno operuje.




 


Na śniadanie idą wczorajsze bułki z serem i bardzo duży kubal kawy. To mi wystarcza do szczęścia, bo w górach szczęście leży na szczytach, przełęczach, zboczach i oczywiście na szlakach. Tu bynajmniej nie przychodzę się objadać.
Pakowanie idzie sprawnie, choć jak zwykle bez pośpiechu. Zakładam niezawodne skarpety Fiorda Nansena - bodaj najlepsze na moje górskie wędrówki. Zarzucam plecak na grzbiet, uważnie sprawdzam czy coś nie zostało, żegnam się z bazowymi i resztą, po czym zostawiam ten sympatyczny Base Camp za sobą.






Drogę znam. Lubań brałem już od każdej strony. Lubię zejście zielonym szlakiem, bo co kawałek serwuje malownicze widoki.







Borówki! Tak, w ubiegłym roku uzbierałem tu pełny mały słoiczek. Na pierogi. Ale zamiast pierogów wyszła czarna polewka. No to teraz każda garść wędruje do brzucha. :) Schodząc, uważam aby nie pojechać po kamykach bo stok nachylony i spoglądam na wijący się w dali Dunajec.






Spotykam zaledwie dwie dziewczyny po drodze. Pierwsza z nich tak uśmiechnęła się na mój widok, jakby tam mnie oczekiwała. Miała bardzo szczery, promienny uśmiech...

Zejście, podejście, zejście... Przez lukę nad drogą widzę kolejną wieżę na Koziarzu. Nie jest daleko, choć to tylko złudzenie optyczne.Trzeba zejść do rzeki i znowu podejść. Ale takie są góry...







Wychodzę z lasu i szukam szlaku. Poprzednio przed zagajnikiem skręciłem w prawo, doszedłem do drogi, ale bez znaków. Tym razem chcę iść za znakami. Wytężam wzrok, ale oznakowanie mizerne. Gdybym nie odpytał mężczyzny pracującego na polu, według dzieła znakarza pewnie bym znowu pobłądził.




Trzeba iść do zagajnika na pagórku na wprost, choć dochodzi się tam dróżką najpierw w lewo, następnie w prawo i pod górkę. Znajduje się tam grillowisko, a nieco dalej rozpoczyna się kalwaria, czyli droga krzyżowa.




Pagórek góruje nad Dunajcem i drogą biegnącą przez Tylmanową. Z kilku skalistych cyplów można podziwiać perspektywę doliny Dunajca. Jest naprawdę piękna i cieszę się, że nie poszedłem łagodniejszą drogą.






Stromym zejściem osiągam dolinę. Jestem przy wylocie drogi z Ochotnicy, a przez rzekę przeprowadzi mnie most, za którym dalej - opuściwszy Gorce - będę podążał szlakiem zielonym przez Beskid Sądecki na Błyszcz i dalej na Koziarz.



 


Podejście początkowo łagodne, w gorącym dniu rozleniwia. Ale już po chwili zaczyna się dłuższe i mozolne wspinanie na masyw Błyszcza.





Szlak serwuje kolejne miłe oku widoki. Skąpa, ale pasująca do okolicy zabudowa urozmaica krajobraz. Można nieco wytchnąć, choć ja zdecydowałem się ostro napierać, bo siostra ze szwagrem mają mnie przechwycić w Jazowsku, a przez opowieści sprzętowe na Lubaniu, trochę się zagubiłem w czasie. Teraz pod górę twardo sięgam po rezerwę siły.





Moja maksyma znajduje odbicie w faktach - każda góra kiedyś się kończy. Kończy się szczytem, choć Błyszcz do którego dochodzę nie jest szczytem wybitnym. Jego wierzchołek jest tuż obok, a ja właśnie doszedłem do końca szlaku zielonego i przejmują mnie na prowadzenie znaki żółte. Zmieniam zatem kierunek i napieram dalej.





Pogoda jest rewelacyjna, widoki wprost cudowne, aż szkoda się spieszyć. Mam jednak na tyle czasu, by spokojnie rozejrzeć się po okolicy, bo wieża już tuż-tuż...





Ostatnie podejście i jestem na Koziarzu, a przede mną w błękit nieba celuje dobrze mi znana konstrukcja. Czwarta identyczna wieża zaprasza na górę, z czego skwapliwie korzystam.




Z góry wspaniałe widoki. Lwią ich część mogłem obserwować z nieco innej perspektywy będąc na wcześniej odwiedzonych wieżach. Teraz skupiam się na kierunku wschodnim, czyli ogarniam właśnie Beskid Sądecki. Jest pięknie, ale nie mogę tu zostać zbyt długo. Strzelam fotki, które w domu obejrzę i przeanalizuję na spokojnie.











Teraz zostaje mi już tylko zejście do Jazowska. Z góry mam zamiar trochę przyspieszyć, co nawet nieźle wychodzi. Na szczęście żółte znaki pewnie prowadzą.





Żółty szlak prowadzi do Łącka, więc w połowie zejścia go opuszczam i przez Brzynę schodzę asfaltem w dół. Zejście się dłuży, a rowerem śmignąłbym w moment. Ale buty niosą, a kolana wytrzymują... :)






Po raz drugi w dniu dzisiejszym przekraczam Dunajec, - tym razem w Jazowsku. Stąd już mam niedaleko, jeszcze jakieś trzy-cztery kilometry i będę w domu rodzinnym szwagra. Gdy dochodzę, strzelam fotę nad dachem. Nad kominem dumnie piętrzy się Przehyba z masztem przekaźnikowym.

Tym samym wędrówka zakończona sukcesem, a cztery wieże zdobyte. :)





...a w planach oczywiście kolejne wędrówki... :)


_