Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 10 października 2016

Sudety, październik 2016



Wędrując Głównym Szlakiem Sudeckim obiecałem sobie wrócić w Sudety. Góry o ogromnym potencjale turystycznym, pełne pasm górskich, schronisk i zamków. Tak więc w składzie identycznym jak na GSS, pojawiliśmy się w tych górach jesienią 2016.


Dzień pierwszy - 06 października 2016.


Zaczęło się od wylądowania w Kamieńcu Ząbkowickim. Atrakcje architektoniczne są dla mnie drugorzędne, ale wciąż istotne. Jadąc zatem w góry i mając po drodze tego typu atrakcję, piekę dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Opustoszały kościół ewangelicki porażał swą pustką, nadającą mu jeszcze bardziej monumentalny charakter. Emanował nostalgią i pysznił się religijnym niebytem.






Po sąsiedzku ulokowano pałac Marianny Orańskiej. Jej osobowość i pokrętne, wręcz tragiczne losy, były niezłą kanwą do opowieści o samym obiekcie, w ciągu ostatnich lat odzyskującym swą dawną świetność. Dbałość o zabytek jest zauważalna, toteż za kolejne kilka lat stanie się lśniącą perłą regionu. Mając do tego zresztą pełne predyspozycje.


 







Tego dnia pogoda była nieciekawa. Czasami siąpił deszczyk, toteż zwiedzanie zabytków dobrze wpasowało się w aurę. Wieczorem przemieściliśmy się już bliżej gór, by nazajutrz zamienić cywilizację na naturę. Ugościło nas schronisko Andrzejówka.








Dzień drugi - 07 października 2016.


Andrzejówkę odwiedziliśmy wędrując Głównym Szlakiem Sudeckim, toteż chętnie powróciliśmy w gościnne progi. Czerwony szlak mieliśmy tym samym zaliczony, a za to kusiła Waligóra, piętrząca się niemal za progiem schroniska. Będzie przy okazji punkt do Korony Gór Polski, jakkolwiek oficjalnie nie zdobywanej, to jednak gdzieś po górach chodzić trzeba... :)





Podejście krótkie, ale bardzo strome. Po wczorajszych deszczach trzeba było uważnie stawiać stopy, no ale nie było źle. Od czasu do czasu między drzewami można było spojrzeć gdzieś w dal, by po krótkiej chwili osiągnąć wierzchołek.
 







Za górą trzeba było trochę pokombinować, bo żółty szlak na dalszym kierunku niespecjalnie nas interesował. Po konfrontacji mapy z ścieżkami, trasą rowerową doszliśmy do dróżki z pięknymi widokami na dalszą okolicę.





Przy drodze odnaleźliśmy stare ruiny. Miejsce było świetnie wybrane przez dawnych budowniczych, albowiem z urwistego stoku roztaczała się przepiękna panorama. Jakiż to musieli mieć wspaniały widok z okien lokatorzy tej nieznanej budowli...
Po przeczesaniu zasobów internetu, okazało się, iż w tym miejscu stał budynek gospodarczy niżej ulokowanego pałacyku myśliwskiego Hochbergów.
Link - http://dolny-slask.org.pl/523730,Rybnica_Lesna,Palacyk_mysliwski_Hochbergow_dawny.html





Warto było wrócić w Sudety. Po tym małym odkryciu napieramy dalej. Wkrótce dochodzimy do szlaku niebieskiego, którym przy skrzących się rosą iglakach, podążamy jesienną aleją zgodnie z wcześniejszym planem.








Urzekająca jest tu jesień. Mimo braku spektakularnej pogody, a może właśnie dzięki niej, miejsca nabierają barwnego, choć nieco surowego klimatu. Momentami wychodzi słońce, ale czuć już nadchodzące chłody. W odkrytym terenie powiewy wiatru uderzają mocną falą. Kolory jesieni skrzętnie łapiemy w obiektyw i spoglądając w rozliczne kałuże, dochodzimy do czeskiej graniczy pod Szpiczakiem.










Tu zaczyna się podejście dość ostro pod górę. Górą tą jest Ruprechticky Spicak, zwany po Polsku Szpiczakiem, a przez miejscowych i wędrowców - Rumburakiem :) Na szczyt pośród złotej jesieni, prowadzą nas słupki graniczne.






Im wyżej tym więcej widać. Piękną perspektywą odchodzi w dal dolina okolona gęstymi lasami. Ostrzymy sobie źrenice na to co z samego szczytu można będzie zobaczyć.





Na szczycie witają nas pojedyncze drzewa i czeska wieża widokowa, na szczycie której zainstalowano przekaźniki komunikacyjne. Jest niewielka infrastruktura wypoczynkowa, a w przypadku załamania pogody można się schronić w wejściu na wieżę.





Korzystam z okazji i wychodzę na wysoką platformę. Już z samej góry dobrze widać, ale ten wyniesiony punkt obserwacyjny dostarcza w pełni panoramicznych widoków. Horyzont jest opisany na planszach, więc z identyfikowaniem okolicznych szczytów nie ma problemu. Strzelam zatem serię zdjęć, powoli lustruję horyzont i bliższe doliny, po czym schodzę na małe co-nieco.











Wyciągam z plecaka swą minimalistyczną kuchnię i po kilku chwilach delektujemy się gorącą herbatą i ciasteczkami owsianymi i jęczmiennymi. Jest pięknie. Jesienne krajobrazy prezentują się okazale, kolorowo i dodają ciepła nieco chłodniejszym powiewom. Dzisiejsza trasa nie będzie zbyt długa, więc możemy spokojnie posiedzieć, sącząc gorący złocisty płyn. Dopiero po dłuższej chwili zwijamy nasz stan posiadania i schodzimy za znakami w dolinę, kierując się na przeciwległe wzgórze.








Na wschodnim stoku wysokie trawy przybierają piękne jesienne barwy. Spróchniałe pnie zaznaczają upływ czasu i tak obumarła i żywa przyroda koegzystuje zgodnie z odwiecznym prawem natury.






W dolinie buczyna cieszy oko swymi barwami. Zdecydowanie w dobrej porze się tu pojawiliśmy. Mając nieograniczony czas, możnaby komponować piękne ujęcia i sycić oczy, co też po części czynimy. Gdy komuś się przyznam że nie mam telewizora, to właśnie takimi widokami objaśniam, co jest moim telewizorem... :)









Kolejne wzgórze i kolejne emocje. Zmienia się perspektywa, a moja zdolność obserwacji wyczulona jest na komponowanie kadrów fotograficznych. Korzystam więc i starannie wybieram plan.





Schodząc z wzniesienia, oglądam się za siebie. Obramowane tunelem ścieżki widnieje w oddali pozbawione liści pojedyncze drzewo. Zupełnie jakby spoglądało na mnie, czy już sobie poszedłem.
Nieco dalej w kolejnym przeziorze miedzy drzewami, malowniczo zaprezentowała się nachylona w naszą stronę polana z przeciwległego stoku, chcąc jaknajkorzystniej się przymilić.




Na kolejnej zalesionej przełęczy prowadząca mocno wyjeżdżoną koleiną droga, prowokuje następną porcję jesiennych wzruszeń. Gdybyż jeszcze teraz zaświeciło słońce, las rozjarzyłby się wszystkimi kolorami jesieni, ale i tak czego nie zobaczy nasze oko, dopełnia to bogata i pobudzona wyobraźnia. Tak po chwili dochodząc do następnych rozstajów, decydujemy o zawinięciu w lewo, by powoli zamykać pętlę powrotną.





Odbijamy od granicy i kierujemy się na kolejną wioskę. Po drodze trafiamy na sporą kałuże, której część spuszczamy po stoku. Takie wędrowne prace melioracyjne... ;-)




Droga wygodnie prowadzi w poprzek zbocza, a my wypatrujemy wyciągu narciarskiego, którego instalacja powinna sprowadzić nas do wioski. Gęsty las po chwili doprowadza nas do miejsca, w którym zarośla się przerzedzają.
Schodząc, opuszczamy knieję, a naszym oczom ukazuje się piękna rozległa dolina, a na jej początku zabudowania, do których powoli się zbliżamy.





Zejście przez podmokłe łąki zryte przez dziki, było mało komfortowe, a później trzeba było wypatrzyć dojście do drogi. Akurat przed drogą płynął wartki strumień i nie wyglądało to dobrze, ale tuż za trzecim domem był mostek i przez nikogo nie zauważeni, stanęliśmy na asfalcie. Dzięki dobremu oznakowaniu na pobliskim skrzyżowaniu, nie było wątpliwości którędy i dokąd iść.




W górę doliny prowadziła droga asfaltowa, która niebawem się skończyła i weszliśmy w regularny las, na wygodną leśną drogę. Tuż na jej początku coś mignęło na wzgórzu między drzewami, co rozpoznaliśmy jako muflony. Niestety, w ciemnym gąszczu aparat nie miał warunków do szybkiego działania.





Droga, las, góry i strumień. Bardzo malownicza trasa była wręcz czarująca, późne popołudnie nadawało kniei tajemniczości, a pomarańczowa poświata przydawała ciepłych kolorów. Nie było pośpiechu, toteż w bardziej sprzyjających warunkach oświetleniowych, ponownie chwyciłem za aparat fotograficzny.






Podchodząc coraz wyżej zauważyliśmy, że górą słońce prześwieca przez drzewa, sygnalizując bliskość zachodu. Chcieliśmy na to widowisko wyjść na otwartą przestrzeń, bo niebo różowiąc się informowało o nadchodzącym spektaklu. Na szczęście według mapy nie było daleko, toteż po kilku chwilach wiedzieliśmy, że dojdziemy na czas.








Wyszliśmy na skraj lasu, za którym rozpościerała się obszerna łąka. Stąd do schroniska był już rzut beretem, a nad budynkiem rozpoczynało się powoli przedstawienie na niebie.






Porę dzienną wykorzystaliśmy co do minuty. Na kontemplację zachodu słońca był to w zasadzie ostatni dzwonek. Teraz rozsiedliśmy się na skraju łąki, by przy kolejnej gorącej herbacie obejrzeć przedstawienie, jakiego nie zaprezentuje nam najlepszy i największy telewizor. Teatr zachodzącego słońca po chwili wystawił swą sztukę, a była to sztuka najwyższej klasy w pełnych kolorach nieba, obłoków i zachodzącego słońca.









Tak pięknie zakończonego dnia chyba się nawet nie spodziewaliśmy :)




Dzień trzeci - 08 października 2016.



Był zamek, były góry, - trzeciego dnia przyszedł czas na tajemniczy podziemny poniemiecki kompleks Osówka. Tajemnicza fabryka nigdy nie została dokładnie poznana, a jej przeznaczenie do dziś dnia rodzi rozmaite domysły. Chronieni przez kaski, udaliśmy się do podziemnych korytarzy.







Podziemny kompleks robi wrażenie. Nawet bez objaśnień przewodnika widać ogrom pracy jaki włożono w wykonanie tego co widzimy. Bowiem według opowieści, dostępna jest zaledwie część dawnych pomieszczeń. Nieznana ilość korytarzy i hal została wysadzona, zasypana i zalana. My zaś oglądamy to, co pozostało i gdzie można zajrzeć.










Założenie było wielopoziomowe. Starannie wykonane, wyposażone we wszystkie instalacje zapewniające autonomiczność. Aż chciałoby się zobaczyć jak to wszystko by wyglądało po ukończeniu, nie ulegając zniszczeniom mającym zamaskować przeznaczenie obiektu.








Ogrom, kunszt i tajemnica. Ten ostatni przymiot jest magnesem przyciągającym w okolicę obiektu wielu poszukiwaczy i eksploratorów. A podobnych instalacji jest w okolicy jeszcze kilka, my jednak opuszczamy to podziemne miasto, pełni wrażeń i domysłów.





Następnym punktem programu był zamek Książ. Wielka, zaprojektowana z rozmachem budowla z ogromnym założeniem parkowym, jest niewątpliwą perełką w bliższych i dalszych okolicach Wałbrzycha. Być w okolicy i nie zajść na zamek Książ...




Wszystko jest tu imponujące - i architektura i wnętrza bogato zdobione i opowieści o księżnej Daisy i jej tragicznych losach... To wszystko obejrzeliśmy i wysłuchaliśmy z uwagą.





Oczywiście jak każdy, tak i ten zamek kryje w sobie wiele tajemnic, w tym tajemniczych podziemi, które częściowo są udostępnione do zwiedzania. To czego się dowiedzieliśmy i cośmy obejrzeli, było zaledwie cząstką tego fascynującego bogactwa.








Chyba nie odważyłbym się tu spacerować samodzielnie. Zgubić się można w tajnych przejściach, podwójnych ścianach, szybach i ciemnych zakamarkach. Właściwie, to są dwa wnętrza - to jedno ogromne pałacowe i te drugie - tajemnicze, wojenne i do końca nie zbadane. Do tego piękne ogrody na dziedzińcach i cała ta atmosfera przepychu i tajemniczości...










Wychodzimy z zamku. Okoliczne góry ze swoimi tajemnicami i pięknem, doskonale korespondują z równie ciekawą historią, której lekcje właśnie odrobiliśmy. Zaiste, - cały kompleks zamku Książ jest niesamowity, aż chciałoby się poświęcić mu więcej czasu...










Dzień czwarty - 09 października 2016.


Polska zachodnia obfituje w zamki. Jeden zwiedziliśmy wczoraj, dzisiaj mamy w rozkładzie kolejny. Po krótkiej przejażdżce wita nas zamek Grodno. A że zamki budowano na wzniesieniach, to przy okazji mamy małe podejście. Czyli namiastka górołażenia :)






Pomiędzy drzewami widać jakieś budowle. Mur oporowy i zabudowania towarzyszące skrywają jeszcze główną bryłę zamku. Przechodzimy przez piękny budynek bramny i z dziedzińca ogarniamy pozostałe zabudowania.








Także i na tym obiekcie zaznacza się troskliwa ręka gospodarza. Po latach zaniedbań, zamek odzyskuje swą dawną świetność. Prowadzeni przez przewodnika, stopniowo zapoznajemy się z historią obiektu, poznając - zapewne dorabiane dla turystów - rozliczne ciekawostki.









We wnętrzach zdołano ocalić część wyposażenia, w tym historyczne obrazy. I choć komnaty są zapełnione eksponatami, to panuje tu jakaś chłodna atmosfera. Przypuszczam, że zimą właściciele nie mieli tu zbyt przytulnie. My zaś korzystamy z okazji i po starych schodach wspinamy się na wieżę.









Wieża to prawie góra... ;-) Widoki są interesujące, a nieszczególna pogoda także i tu owija dalsze horyzonty mgiełką tajemniczości.







Schodząc, oglądamy ostatnie ekspozycje i poznajemy okruchy dziejów miejsca i okolicy.
W obejściu wypatruję jeszcze smaczków fotograficznych i powoli zbieramy się od opuszczenia zamczyska.




 
 







Południe już dawno minęło, ale pozostałe godziny dnia są jeszcze do wykorzystania. Podziemia i zamek to niewątpliwe atrakcje, ale przecież góry! Przyjechaliśmy w góry!

Padło na Wielką Sowę. Byliśmy tu idąc GSS, ale teraz zdobędziemy ją innym szlakiem. Zaprowadzą nas z Przełęczy Walimskiej niebieskie znaki.







Pogoda jakoś nie chce nas rozpieścić. Choć do wędrowania po górach każda pogoda jest dobra, jedynie nie każda się nadaje do kontemplowania i uwieczniania widoków. Ale dzięki temu, to co widzimy ma swój indywidualny klimat.








Opodal Małej Sowy łapiemy żółte znaki. Przez chwilę towarzyszy nam lekko apokaliptyczny obraz kikutów drzew, jednak po chwili ponownie wkraczamy w zdrowy, zwarty las, podchodząc wyraźną drogą.







Na ostatnich metrach podejścia natrafiamy na ruiny bardzo solidnej budowli. Tu stał niegdyś schron narciarski pruskiej służby granicznej. Jeszcze dzisiaj pozostałości murów i okna wskazują na kunszt architekta i budowniczych.




Kilka minut później dochodzimy do szczytu. Znajoma i charakterystyczna wieża widokowa przypomina latarnię morską. Choć jeśli taka pogoda się utrzyma... ;-)
Zasiadamy pod wiatą i odpalamy kuchnię. Po chwili wrzątek trafia do kubków i mamy ciepłe żarełko i gorącą herbatę. Widoków nie kontemplujemy, bo mgła gęstnieje, że ledwie wieża majaczy w nieodległej perspektywie.




Wracamy do Rozdroża między Sowami i dalej kierujemy się żółtym szlakiem. Widać tylko szlak i pobliskie drzewa, więc podziwianie dalekich krajobrazów nie wchodzi w grę...








Do Walimia jednak nie pójdziemy, więc niebawem odszukujemy drogę leśną, która powinna nas doprowadzić do niebieskiego szlaku. Dróżka jest, więc podążamy nią w tajemniczym półmroku rozświetlonym w oddali mglistą, siną poświatą.





Im niżej tym bardziej rzednie mgła. Na szerszej gospodarczej drodze widać działania naprawcze sprzed epoki. Stąd już niedaleko do niebieskiego szlaku.





Dochodzimy do kolejnego skrzyżowania, przy którym rozpoznaję starą butwiejącą kłodę. Niebieskie znaki potwierdzają moje przekonanie. Krótkim zejściem osiągamy Przełęcz Walimską i tym samym kończy się nasza przygoda w pięknych i tajemniczych Górach Sowich.





Cztery dni w Sudetach... Oczywiście zbyt mało by w miarę dobrze poznać piękno tych gór i historię okolicy. Ale zamysł powrotu z czasów GSS został spełniony i pewnie będzie się jeszcze spełniał. W tym pięknym regionie Polski, wśród gór, zamków i tajemnic, można czuć się dobrze przez wiele dni i ciągle nie mieć dosyć. Pewnie tu wrócę i do znanych z przeszłości miejsc i by poznać te nowe, które już mi się podobają, choć jeszcze ich nie widziałem... ;-)



 _