Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 25 czerwca 2017

Główny Szlak Beskidzki 2017 - 2 tydzień - Maciejowa - Kąty


Dzień ósmy, 19 czerwca 2017.
Bacówka PTTK na Maciejowej - Stacja Turystyczna Studzionki - 18 km.



Rano na Maciejowej dołączył do nas Paweł. Dostarczył kuskus, którego wczoraj w sklepie nie było. W kuchni już była dziewczyna, która wespół z młodym gospodarzem nakarmiła nas do syta. Pogadaliśmy jeszcze przy mapach, a przy okazji zobaczyłem na smyrfonie odcisk łapy misia, który podchodził pod okoliczne domy. Ale pewnie był przechodem, - jak i my :)
Pozbieraliśmy graty, pozwijaliśmy w worki i opuściliśmy to przyjazne schronisko. Dobre miejsce, dobrzy ludzie, dobra atmosfera.






Po drodze przyjemnie chłodno w lesie, a na łączkach kolorowo. Lekkie podejście z rana było w sam raz na rozgrzewkę. Od łąki na Przełęczy Pośrednie, już tylko kilka chwil dzieliło nas od Starych Wierchów.








Stare Wierchy to moje pierwsze odwiedzone schronisko w Gorcach. Dochodziłem do niego z każdej strony, ale nigdy tu nie spałem. Dzisiaj tylko wstąpiliśmy po starą dobrze znaną pieczątkę i obejrzeliśmy nowe pomieszczenia. Także i tutaj idzie nowe, a duża ilość gniazdek elektrycznych mówi wyraźnie, że era smyrfonów jest tu wspierana :)
Po krótkiej przerwie ruszamy w stronę Turbacza.






Paweł jak zwykle na przedzie. My spokojnie drepczemy, a w okolicy Obidowca zauważamy radośnie maszerującego plecakowca z naprzeciwka. Kolega mnie rozpoznaje i okazuje się, że ...także przemierza GSB! Zacieśniamy znajomość, ale nie przy procentach, a przy "swojskim" beef jerky, które sam przygotował na szlak. Mistrzostwo świata! Potem jeszcze krótka i miła pogawędka, wymiana informacji o szlaku i kolega udaje się w kierunku Ustronia, gdzie zresztą mieszka. Ja zresztą wszędzie w górach czuję się jak w domu, więc idę tam, gdzie mieszkam ;-)





Z dojścia do Rozdziela pięknie widać grzbiet mojej ulubionej Bukowiny Miejskiej. Nie tak dawno nią wędrowałem i mam zamiar dokładniej ją przeeksplorować. Nawet Tatry nieśmiało przebijają się przez zamglenia. Także i Gorce mają swój relikt katastrof lotniczych. Niby niewysokie, ale zawsze to góry.





Początek masywu Turbacza znaczą wiatrołomy, których ogrom widać jeszcze dzisiaj. Teraz szlak jest uprzątnięty, ale pamiętam relacje wędrowców przechodzących tu po huraganie. Grozy zniszczenia dopełnia szkodnik, który skutecznie ogołaca całe połacie lasów.




Podchodząc pod sam szczyt, pamiętam by nie przeoczyć zejścia z wygodnej drogi, przez co wcześniej skręcam na strasznie błotnistą ścieżkę. Niby wyszedł z tego mały skrót, ale kosztem ubłoconych butów. Jednak lepiej trzymać się szlaku.
Na samym zaś szczycie duże zmiany. Powstał spory obelisk z tablicą godną króla Gorców. Strzelamy więc foty - każdy dla siebie. Chwilę jeszcze kontemplujemy z cypla przebytą drogę, po czym schodzimy do schroniska.





W schronisku dość pusto. W kuchni turystycznej przygotowujemy drugie śniadanie, bo teraz czeka nas długie zejście do Przełęczy Knurowskiej i jeszcze kawałek do Chrobaków. Zajadamy więc i popijamy, a nogi odpoczywają.



Pogoda nas rozpieszcza. Chciałoby się tu wyłożyć przed piękną panoramą, ale plecaki już założone, a nogi rwą się do marszu. Halę Długą osiągamy za niedługo :)




Na wysokości Metysówki zamkniętej na głucho, odnajdujemy źródło wody. O ile masyw Babiej Góry obfitował w źródła, o tyle Gorce nie są już pod tym względem tak hojne. A przynajmniej nie przy szlaku... Jesteśmy zaopatrzeni, ale skosztować zdroju nie zaszkodzi.



Na niedalekim rozstaju odzywa się sentyment do Bulandowej Kapliczki na Jaworzynie. Dzisiaj szlak prowadzi inaczej, toteż schodzimy za czerwonymi znakami. Widoki są, a na bliższych i dalszych szczytach widzę dwie, a po chwili wszystkie trzy nowe gorczańskie wieże widokowe.
Widać też pagóry za którymi kryją się Studzionki, a za Zalewem Czorsztyńskim pysznią się Pieniny.






Za Rąbaniskami widoki się kończą. Czasem między drzewami mignie polanka z bacówką, których w Gorcach wciąż sporo. Wysokie drzewa przysparzają chłodu i półmroku, bo i powoli dzień się nachyla ku zachodowi.





Na Przełęczy Knurowskiej Aelita potrzebuje dłuższego odpoczynku. Zejście dało jej w kość, a ja z lżejszym plecakiem też czuję potrzebę wytchnienia. W tym czasie obserwujemy zachód horyzontalny, który nie jest jeszcze zachodem kalendarzowym, ale gdy słońce chowa się za wzgórze, to dla nas prawie bez różnicy. Paweł oczywiście wypruł już wcześniej przodem...
Koleżanka pyta, jak daleko jeszcze do noclegu. Ja odpowiadam: góra - dół - góra - dół - góra - dół - Chrobaki! I tak jest w istocie, choć trzeba dodać jeszcze jedno góra - dół :) W lesie już ciemno, ale jeszcze coś widać. Choć droga wygodna prowadzi trawersami, to my jednak za znakami uparcie zaliczamy każdy wierzchołek. No, skoro szlak tak prowadzi... :)




Na Studzionkach nieco się przejaśnia, bo wreszcie wyszliśmy z ciemnego lasu. Dochodzimy już raźno do Stacji Turystycznej państwa Chrobaków, gdzie zgodnie ze staropolską tradycją, zostajemy serdecznie przyjęci. Paweł już nawet zdążył zaliczyć drzemkę, więc po zrzuceniu plecaków, schodzimy na dół na kolację. Wreszcie miła kąpiel i można lulu... :) Pachnie sianem, więc zasypiam z błogością i uśmiechem...







Dzień dziewiąty, 20 czerwca 2017.
Stacja Turystyczna Studzionki - Przysłop - 28 km.



Po pobudce wyglądam przez okno od łazienki. Tatry prezentują się dość dobrze, a bezchmurne niebo zapowiada dobrą pogodę. No to myju-myju, papu-papu, paku-paku i pa-pa :) Pani Chrobakowa żegna nas jak starych znajomych, ale tutaj każdy górołaz ma najwyższy status uprzywilejowania :)
Po wyjściu jeszcze spoglądamy na kapliczkę przycupniętą u samej góry pod lasem. To odrębna legenda, warto ją poznać. SKANSEN STUDZIONKI.







Droga w dół i w górę. W upale i chłodzie lasu. Wśród drzew i obok kwiatów. A do tego wierzchołki pomniejsze po drodze. Niejeden z nich ma więcej czy mniej, a nawet mógłbym przysiąc, że ma tysiąc :) Trasa jest niemęcząca, bo i podejścia umiarkowane. Po prostu się idzie...








Wreszcie trochę widoczków, ale oczywiście nie na długo. Z czasem dochodzą szlaki - najpierw z Ochotnicy zielony, a za Jaworzynami Ochotnickimi także niebieski. Po chwili zaczyna się kamieniste stromsze podejście - niechybny to znak, że wspinamy się na szczyt Lubania. Na dodatek jest gorąco, a bodaj jak zawsze - chmary much uprzykrzają wędrówkę. Przystajemy zatem co kawałek i dalej napieramy. Właściwie, to gdyby nie te kamienie ruszające się pod butami, to szło by się całkiem znośnie. Spoglądam za siebie - no, - widoki niczego sobie, szmat drogi za nami!








Wreszcie dochodzimy na szczyt, na którym od niedawna króluje wieża widokowa. Wygodnymi schodami wychodzę na górę, gdzie jest już Paweł, który oczywiście doszedł tu znacznie wcześniej. Paweł ma tu niezwykłego kolegę - gołębia którego ochrzciłem imieniem Edek. Otóż Edek chętnie popija wodę, którą Paweł poczęstował go używając swojej menażki. Staramy się go nie płoszyć, bo wyraźnie zatrzymał się tu na odpoczynek.




Oczywiście korzystam z miejsca i uwieczniam dookólne widoki. Niby zwykłe góry po horyzont, ale wprawne oko łatwo rozpozna odwiedzone i inne znane szczyty. Paweł recytuje nazwy po kolei, ale i ja dość sporo kojarzę.








Schodzę na dół po Aelitę, ale ona nie ma ochoty wchodzić po schodach, więc biorę ją "na barana" i ostatkiem sił transportuję na górę. We trójkę próbujemy jeszcze okruszkami nakarmić Edka, ale nie reflektuje... Popatrzył na nas i po chwili zaczął się zbierać do odlotu i nie zwlekając - poszybował w dal. Trochę mu zazdrościliśmy. Ciekawe czy przeleciał już kiedyś GSB...? A może właśnie teraz zaliczał...? ;-)



Trochę szkoda że bez Edka, ale przynajmniej w trójkę uwieczniliśmy się na wieży. Hula tu miły wietrzyk, widnokrąg zachwyca krajobrazami, brakuje tylko wygodnego fotela :) Ale nam go oczywiście nie trzeba, wystarczą wygodne buty.
Schodzimy w stronę nieobsadzonego jeszcze pola namiotowego, a po drodze i ja także mogę stwierdzić, że Gorce kocham, a na Lubaniu wiele razy byłem :)




W bazie zatrzymujemy się tylko by z nieco oddalonego źródła nabrać świetnej górskiej wody. Co prawda niedaleko do Krościenka, ale na upał zapas płynów się przyda. Po chwili szlakowskaz nadaje nam kierunek. Zresztą i tak gdzie bym nie poszedł - wszędzie po swoich dawnych śladach :)








Długie zejście w tym przypadku oznacza z pewnością jedno: Od Krościenka czeka nas podejście... Na tyrolkę pomiędzy Gorcami a Beskidem Sądeckim - zdecydowanie za duży dystans... :)
Idę prawie na pamięć. "Prawie", bo moja pamięć to raczej "pamięć" ;-) :) Niemniej kojarzę co wyłoni się przed nami, tym bardziej, że lubię ten odcinek tak z obiektami lokalnymi, jak i malowniczymi widokami.





Dochodzimy do Krościenka, gdzie przez chwilę odpoczywamy przy budce z lodami, a także szukamy lokalu z pieczątką. Ponownie pizzeria ratuje sprawę. Wreszcie dźwigamy plecaki i ruszamy na most, który umownie dzieli dwa okoliczne masywy górskie. Tutaj też pięć lat temu zakończyłem pierwszy etap wcześniejszego przejścia GSB, by po roku powrócić i kontynuować. Tym bardziej godzi się tę stałą przeprawę uwiecznić na fotografii.




Kiedy zaczynamy podejście za Krościenkiem, na niebie już nie widać słońca. Zaszło zanim osiągnęliśmy wysokość pozwalającą cieszyć się spektaklem końca dnia. Nic to, - odpalamy czołówki i napieramy. Ja chciałbym dojść na Przehybę, ale nikt mi nie przytakuje. Paweł nawet zapowiada spanie w agro jeśli się takowe znajdzie. Ja wolałbym uniknąć tego wydatku, ale zanosi się na deszcz, więc znowu jestem przegłosowany...
Już w ciemności rozświetlanej jedynie naszymi czołówkami mijamy Dzwonkówkę. Na jednym odcinku rozglądamy się baczniej za znakami i o mało nie gubimy koleżanki, która zamyka nasz zastęp. Jej czołówka jest nieco słabsza i woli iść zaraz za nami niż szukać znaków.
Doszliśmy wreszcie do Przysłopu. Ta malownicza osada zawsze budzi mój podziw za dnia, a tymczasem widzimy zaledwie najbliższe okolice ścieżki. Po nocy dzwonimy do drzwi, wreszcie telefonujemy, aż pojawia się gospodarz. Mimo późnej pory a może z uwagi na nią, zostajemy przyjęci na nocleg. Jedna zmiana zajmuje łazienkę, druga, kuchnię, trzecia pokój i tak na zmianę. Za to zasypiamy jak na komendę... :)



 







Dzień dziesiąty, 21 czerwca 2017.
Przysłop - Schronisko Cyrla - 26 km.



Nocny deszcz nie był jakiś straszny mimo prognozowanej burzy, która błyskała gdzieś dalej. Nad ranem było już sucho. W sporym pokoju było komfortowo, obok kuchnia i łazienka, ale jakoś takie warunki gryzą się z moim stylem wędrowania. Wolę namiot i swobodę oraz obok górską wodę... :)



Przysłop fotografuję już tylko z jednej strony, choć najpiękniej się jawi z kierunku z którego wczoraj w nocy przyszliśmy. Odwracałem się kilka razy... Nawet kwiaty na skraju łąki były jakby bardziej czarowne...





Do Przehyby jeszcze niezły kawałek, a i to jeszcze pod górkę. Pierwsze podejście jest powolne, - tak na rozgrzewkę. Później już tempo rośnie, a najbardziej Pawłowi. Znowu swym zwyczajem wyrwał się do przodu. Znaki natomiast zapewniają nam bezbłędną nawigację, która za dnia jest bezproblemowa.





No i koniec wspinaczki. Skałka zmienia konfigurację marszu z "pod górę" na "lekko z górki" :) Do pobliskiego schroniska już tylko kilka minut spaceru, toteż niebawem wchodzimy w gościnne progi tego popularnego obiektu.






W schronisku napotykamy kolegę wędrującego - jak i my - Głównym Szlakiem Beskidzkim. Twierdzi, że idzie "na lekko", choć jak spoglądam na jego cokolwiek militarny ekwipunek, to stwierdzam, że pojęcie  "na lekko" bardzo zależy od tego kto je formułuje.



Zerkając od czasu do czasu na widoki ze szlaku, dochodzimy forsownym marszem do kolejnego strategicznego obiektu jakim jest wieża widokowa na Radziejowej i opanowujemy ją bez strat własnych :) Z góry rozpoznaję i fotografuję znajome okolice i siebie, po czym schodzę. Jednak schody wieży na Lubaniu były znacznie bardziej komfortowe od tutejszych drabin...





Na dole zwieramy szyki, dokumentujemy obiekty, po czym formujemy kolumnę marszu :) Teraz czeka nas spokojne przejście w stronę Wielkiego Rogacza przez Przełęcz Żłobki. Niewiele czasu zajmuje nam dotarcie do znaku, od którego niezależnie i ja i Paweł przemierzaliśmy szlak znakowany kolorem niebieskim.







Teraz w zasadzie rozpoczyna się zejście z masywu w stronę doliny Popradu. Kilka niewielkich podejść tylko urozmaica marsz, który ciągnie się głównie lasem. Trzeba jednak spoglądać na znaki, bo za Niemcową przed jedną z polan, droga leśna prowadzi na wprost, a szlak lekko odbija w prawo.
Po chwili stajemy przed pomnikiem upamiętniającym "Szkołę nad Obłokami", kojarzącą się z tytułem dla dzieci - "Rogaś z Doliny Roztoki". Tu literatura spotyka się z prozą życia...




A proza życia to pobliskie gospodarstwo. Niesamowicie zadbane, widać, że prowadzone twardą ręką pracowitego gospodarza. Właśnie kosą odkłada kolejne pokosy trawy, która w kopach zamienia się w siano. Całe obejście schludne i zadbane, ale w takim miejscu gospodarowanie to kawał ciężkiej pracy, a w zimie też nie jest lekko.






Po dziesięciu minutach dochodzimy do kolejnego uroczego miejsca. To słynny Poczekaj. Słynny, bo mieszkała tu pani Ludwika Nowakowa, kolejna legenda tych gór i tego właśnie miejsca. Warto o niej przeczytać ARTYKUŁ.
Babci Nowakowej już nie ma, odeszła na dwa dni przed moim poprzednim przejściem tego odcinka. Została po niej chata, chyba ponownie zamieszkana, bo ktoś wprawił komin. Nie jest to już kurna chata jak za czasów pani Ludwiki...





Na Kordowiec podchodzimy obok poidła turystów, które dzisiaj jest wyschnięte. No cóż, susza dosięgła i to źródło... Za szlakowskazem dwa budynki - jeden to zwykłe gospodarstwo, a drugi to Chata Kordowiec. Schodzimy z Pawłem po pieczątkę, ale chata zamknięta na głucho. Jeszcze przed sezonem...




Las rzednie i podziwiamy kolejne widoki. Od tej chwili wkraczamy w królestwo kop siana. Stoją na każdej łące, jak okiem sięgnąć. A z naszej perspektywy wyglądają bardzo malowniczo. Niby taki prosty element, a tak mnie zachwyca...






Nieco dalej zatrzymujemy się przy Brozowym Groniku, którego skromną, acz rozpoznawalną atrakcją jest ławeczka między brzozami. Doskonałe miejsce na sentymentalną fotografię, na co sobie pozwalamy :) A dalej - znowu łąki, kopy siana i polne kwiaty. A w dolinie - Rytro.






Przez Rytro przeskakujemy dość szybko. Uzupełniamy zapasy na przeskok do Krynicy, nawadniamy się i podchodzimy przeciwległym zboczem. Znowu robi się późne popołudnie, a za dnia wypada dojść do schroniska na Cyrli.



Na podejściu mały stary, ale zamieszkały domek. Za nim tylko las z ścieżką pnącą się dość stromo pod górę. Z leżącej powyżej polany Kretówki gdzie niegdyś biwakowałem, strzelamy zachód słońca nad Popradem, którego złocąca się wstęga połyskuje w dolinie.




Gdy słońce ostatnimi promieniami smaga wierzchołki lasów nad Cyrlą, dochodzimy do tego prywatnego schroniska. Tutaj wreszcie spotykamy Asię, od której codziennie dzieliły nas dwie - trzy godziny. Teraz wreszcie nastała ta wiekopomna chwila i jesteśmy całą naszą czwórką. Na tą okoliczność Paweł wyciąga wino zakupione w Rytrze i świętujemy miłą chwilę :) W schronisku jak zwykle miła atmosfera i wszelkie wygody, ale na noc wybieramy opcję ekono i mój namiot staje obok namiotu Pawła na pobliskiej łączce. Niebo jest całe wygwieżdżone, więc przed snem mierzę naszą wędrówkę do bezkresnych przestrzeni międzygwiezdnych. W tejże skali, to my wciąż tkwimy w miejscu, ale piękne jest to miejsce i smacznie w nim zasypiamy...










Dzień jedenasty, 22 czerwca 2017.
Schronisko Cyrla - Holica - 27 km.


Spanie pod namiotem z dostępem do łazienki to dla mnie szczyt komfortu. Po pobudce okazuje się, że Asia swoim zwyczajem jest już na szlaku. A my dopiero się zwijamy i śniadamy. Rozmawiamy jeszcze z załogą chaty, po czym poddajemy się radości wędrowania. Cyrli zostawiam uznanie, - tu zawsze czuję się jak w miejscu przyjaznym wędrowcom.










Znowu podejście na rozgrzewkę. Wschodnia część Beskidu Sądeckiego jest dość równa, więc i wędrówka grzbietem jest przyjemna. Po dwudziestu minutach osiągamy wzniesienie, a następne dwadzieścia schodzi na dojście na Zadnie Góry, gdzie jest krzyż i Grota Narodzenia. Tam też dochodzi kolejny kolega przemierzający GSB na zachód. Podobno za nim podążają dwie panie. Obok groty znajduję dwa piękne grzybki, jedyne zresztą na szlaku.









Na górskich pastwiskach spotykamy stado krów. Nie są to alpejskie Milki, jakie straszą przy niejednym schronisku, a nasze poczciwe Krasule. Leniwie przeżywając soczystą trawę, patrzą na nas sennym wzrokiem.



Przed Halą Pisaną otwierają się widoki na północ, a zatem i na Nowy Sącz. Miasto widać w oddali, a w pobliżu zaznacza się szczyt. Tuż za nim mijamy dwie panie o których kolega wspominał. Nie wiem czy wypada mi zagadywać, bo tempo mają miarowe, więc zaledwie pozdrawiamy się na szlaku.





Do kolejnej hali już niedaleko, a to oznacza, że zaraz powinniśmy się natknąć na groby partyzantów. Groby symboliczne, bo ciała już czas jakiś temu ekshumowano. Jak widać, las był niegdyś nie tylko dla wędrowców...



No i jest - Hala Barnowska. Na znaku ktoś nieznający prawidłowej nazwy wymalował Baranowska. Ale nie od baranów, a od Barnowa pochodzi nazwa tej pięknej polany pokrytej bujnymi trawami.
A tuż na skraju drogi przysiadł gołąb - zapewne kolega Edka z Lubania :) Inny kolor obrączki nie pozwala wziąć go za naszego niedawnego kompana... :-)






Mijamy dawne gniazdo partyzantów, ale go nie odwiedzamy. Zapewne i na to kiedyś przyjdzie pora. A tymczasem wędrując, osiągamy kolejną - bardziej znaną halę. To oczywiście Hala Łabowska ze schroniskiem, do którego lubię zaglądać i na chwilę i na nocleg.






Poprzednią zimą odwiedziłem to miejsce z Leszkiem, skrupulatnie odtwarzającym przebieg Głównego Szlaku Beskidzkiego na naszych przedwojennych ziemiach wschodnich, obecnie znajdujących się w granicach Ukrainy. Plansza przedstawia schemat szlaku za wschodnią granicą, gdzie Leszek wędrował z idącą teraz z nami Aelitą i będącą akurat w schronisku Zosią. Rozpoznaję ich na zdjęciach. Pozdrawiamy też od Leszka gospodarza schroniska, z którym dłuższą chwilę rozmawiamy na wiele tematów. Ale wreszcie przychodzi do pożegnania i na charakterystyczny budynek spoglądamy już odchodząc w stronę Runka.





Gdzieś w połowie drogi na Runek odwiedzamy wiatę narciarzy, nadającą się też do przekimania. Wspinamy się przez chwilę pod górkę, by szybko osiągnąć skrzyżowanie szlaków, na którym oznaczono szczyt, faktycznie znajdujący się nieco dalej.




A nieco dalej wypatruję w trawach na skraju ścieżki mały kamienny kopczyk. Właśnie gdzieś tutaj wypada połowa naszego szlaku, więc może kopczyk oznacza półmetek...?



Teraz kawałek prostej i płaskiej drogi przez las, by za nim krótkim podejściem dostać się na szczyt Jaworzyny Krynickiej. Na tym popularnym miejscu nie spotykamy żywego ducha, szczęściem panie jeszcze sprzątają zamkniętą już restaurację i zrzucają nam pieczątkę. Dziękujemy! :)




Nie ma co robić u góry, więc schodzimy w dół. Z szerokiej drogi szlak po kilkudziesięciu metrach skręca w prawo, stromo w dół przez pokrzywy i chaszcze. Widać, że nikt tego odcinka nie konserwuje, bo jedynie nieliczni wędrowcy wydeptali ścieżkę, która przy braku ruchu pieszego, szybko zarosłaby wybujałym zielskiem, jakiego i tak tutaj nie brakuje. Chyba właśnie tędy szedł ten diabeł co zostawił w pobliżu Diabli Kamień, bo pokrzywy parzą piekielnym ogniem... ;-)



Na stoku narciarskim pusto, a w oddali widać jedynie ośrodek wypoczynkowy, też jakby bezludny. Schodzimy stokiem i lasem, by przez rozległe polany przepłynąć na drugi brzeg traw... Całkowicie pusto i kompletnie bezludnie...




Po drodze za Czarnym Potokiem nabieramy wodę i wracamy na szlak. Noc już zapada, a na nocleg do Krynicy nie ma się co pchać. Znajdujemy malowniczą polanę tuż przy szlaku i obejmujemy ją w posiadanie :) Rozkładamy się na grzbiecie wododziału. Tak po jednej jak i po drugiej stronie zbocza znajduję ujęcia wody. Są ogrodzone, więc dobrze, że niżej napełniliśmy bukłaki. W wysokiej trawie wyszukujemy płaskie miejsca, a po chwili stają na nich nasze maleńkie pałacyki.
Zasypiamy zasłuchani w odgłosy niczym niezmąconej przyrody...







Dzień dwunasty, 23 czerwca 2017.
Holica - Hańczowa - 28 km.


W nocy śpię głęboko jak sprawiedliwy chrześcijanin, aż tu z sąsiedniego namiotu słyszę:
- burza, burza, wyłączamy telefony!
Jakoś ta burza mnie nie przerażała, ale chyba sąsiad uznał, że będzie oberwanie chmury, bo woła:
- zwijamy się, bo nas zaleje!
W sumie, to byliśmy w dość bezpiecznym miejscu. Polana poniżej wyższych i niższych gór, namiot prawidłowo rozbity tak, by go nie zalewało, więc co tam burza. Po chwili, gdy grzmoty i błyskawice były coraz bliżej, lunęło. No to wtedy już o zwijaniu się nie było mowy, a deszcz był ulewny, więc daliśmy na przeczekanie. Mimo pięknego koncertu na światło, dźwięk i ulewę, starałem się zasnąć. Burza po chwili przeszła bokiem, więc uderzyłem w kimę. Nad ranem jeszcze raz przedstawienie się powtórzyło, ale już słabsze i trochę odleglejsze. Namiot był wzorowo rozstawiony, więc nie miałem co do niego obaw.
Wreszcie o normalnej porze obudziliśmy się na dobre. Tropik już nawet nieco przeschnął, ale trawa była nadal mokra. Niemniej nie pierwszy raz zwijałem się po deszczu, toteż zabezpieczyłem ekwipunek w workach wodoodpornych i niewiele czasu minęło, jak zaczęliśmy schodzić do Krynicy.
 




W krynickiej siedzibie GOPR-u czekała na nas Asia. Wypatrzyła nas i machała z daleka, więc zaszliśmy i po nią i po pieczątki. A przy okazji wywiązała się bardzo sympatyczna rozmowa z panem Tadeuszem - seniorem podkarpackich ratowników górskich. Bogata i barwna opowieść o historiach sprzed wielu lat, skutecznie przykuła naszą uwagę. Takiego człowieka spotkać na szlaku, to i gratka i wielka przyjemność. Na pożegnanie mocno uścisnęliśmy sobie prawice.





W Krynicy chwila przerwy na logistykę. A przy okazji za ostatnim sklepem na szlaku, gdzie z ulicy wchodzi się w las, dołączyła do nas Gosia, która w przeszłości także przeszła GSB. Wzmocniła nas tylko na weekend, a przy okazji jako częsty bywalec Beskidu Niskiego, sporo nam opowiadała o okolicach, w które właśnie wchodziliśmy.





Na Huzary wyszliśmy ostro napierając. Niby nie jest to wysoka góra, ale po odpoczynku i w duchocie dnia, trochę jakby urosła ;-) Wreszcie stanęliśmy na szczycie przy tabliczkach. Nie minęło kilka minut, a od zachodu dał się słyszeć charakterystyczny szum. To nadciągało oberwanie chmury, a przynajmniej tak to określiłem.
Nie czekając aż zagadka się sama wyjaśni, szybko sięgnęliśmy po okrycia. Ledwo zdążyliśmy nałożyć poncho, a nadszedł grad. Prał niemiłosiernie, więc każdy chował się za pnie drzewa, by osłonić się przed nawałnicą. Gdy kilkoma kulkami dostałem w dłonie, wciągnąłem je pod poły peleryny, bo rąbało kulami ostro. Gdy przeszła pierwsza fala, mogłem wreszcie sięgnąć po aparat i sfotografować kulki gradu, które w gorącu szybko się rozpuszczały.
Zanim jednak zaczęliśmy schodzenie, przyszła druga - nieco słabsza fala, więc lodowego groszku było mnóstwo dookoła.







Na zejściu było ślisko, ale każdy uważnie patrzył pod nogi i obyło się bez incydentów. Jednak pierwsza łąka Beskidu Niskiego przed Mochnaczką Niżną dała nam sygnał, że dzisiaj wędrówka nie ujdzie nam na sucho. Wilgoć wszędzie, mokro wszędzie...! Po kilkuset metrach nie było już sensu zwracać na to uwagę. Wszystkim buty przemokły, a moje najodporniejsze były już częściowo zalane od góry, - czy to przez opady, czy to przez mokre trawy. Drogą płynęły strumienie, w koleinach rozlewały się obszerne kałuże, ale jakoś doszliśmy w deszczyku na początek wsi.







W Mochnaczce pamiętałem mostek z dwóch kłód, ale tym razem znaki prowadziły nie w lewo, a gdzieś w prawo. Potok jaki znałem, zamienił się w rwącą rzeczkę, a na kierunku wskazywanym przez znaki, nie widać było żadnego mostu czy kładki. Stanęliśmy przed brudną kipielą cokolwiek zrezygnowani. Deszcz znowu się nasilił, wiec nie sięgałem po aparat, a szkoda...
Cóż było robić... Wlazłem do rwącej wody, ale na szczęście nie sięgała wyżej kolan. Sondując kijkami, przeszedłem na drugi brzeg, a reszta towarzystwa uczyniła to samo. Na drugim brzegu natknęliśmy się jeszcze na drut kolczasty, na szczęście jedna z dziewczyn gdzieś dalej wypatrzyła czerwone znaki, więc przynajmniej zachowaliśmy ogólny kierunek. Zasieki udało się pokonać i dobrnęliśmy do asfaltu, którym ruszyliśmy na drugi koniec wsi, w kierunku sklepu i wiaty przystankowej.




Zakupy zrobione, woda z butów wylana, no to cóż - ruszamy dalej. Gosia zapominalska zawróciła mnie po zgubę do sklepu. Na szczęście zguba się znalazła, ale reszta towarzystwa poszła dalej, a z braku zasięgu, nie mogliśmy się do nich dodzwonić. Ale przecież wszyscy szliśmy w jednym kierunku...




Za Mochnaczką zaczyna się bezkres łąk Beskidu Niskiego. Zmiana pasma górskiego i zdecydowana zmiana konfiguracji terenu. Piękne pola dzisiaj nie prezentowały się tak oszałamiająco jak za mojej poprzedniej tu bytności, ale i tak miały swój urok. W deszczu i oparach, nawet bardziej tajemniczy i nostalgiczny.






Przed Banicą wreszcie przestało padać. Oczywiście wszystko dookoła mokre, że o butach nie wspomnę... Ale i tak idzie się przyjemnie. Taaak... W butach chlupie i przyjemnie... ;-) Ale właśnie to stanowi o niepowtarzalności czasu, miejsca i właśnie tej ulotnej atmosfery swobody...
Wieje wiatr, snują się opary, woda z deszczu spływa w doliny... Jakże się tym nie cieszyć...!





A tu przed nami Banica. Lubię to miejsce. Wąską, krętą i błotnistą dróżką dochodzimy do wąziutkiej wstążki asfaltu. W prawo ciągnie się w kierunku wyłaniającej się z mgieł Lackowej. W lewo... A co mi tam, - przecinamy asfalcik i idziemy dalej prosto w kierunku zabudowań. Przez rzeczkę należy według szlaku przejść brodem, na prawo od gospodarstwa. Ale właśnie stojący tam gospodarz zaprasza nas do przejścia przez podwórko i most - chyba prywatny. Dziękujemy i korzystamy :)




Dochodzimy do kolejnego asfaltu na główniejszej drodze. Tuż obok pasie się piękny ogier. Lekka, choć muskularna sylwetka zdradza ostry temperament. Spogląda na nas i krótko się odzywa. Odpowiadam mu z pełnym przekonaniem. No i zawiązuje się między nami jakaś nić potrzeby wolności i konwersacja. W miarę naszej pogawędki, koń aż się rwie do przodu, ale i nogi ma spętane i ogrodzenie go powstrzymuje. Jednak spina się i wyrywa. Jeszcze trochę i dalszą część GSB przemierzę wierzchem... No ale tak się nie da - to nie moje zwierze, musi tu zostać, a mi żal go tak zostawić. Zaraz, - jaki żal zostawić. Dwie minuty pogawędki i już kumple?
Gosia odwraca jego uwagę, a ja powoli odchodzę. Zostawiam go spętanego i uwięzionego, a sam mogę pójść gdzie zechcę. Trochę mi z tym jakoś niewyraźnie... Pamiętam, jak kiedyś jeździłem na innym ogierze (Okoń, hc.). To był charakter, - nie było gąszczu w który by nie wszedł...



W pobliskiej szkole pytamy o naszych wędrowców. Mieliśmy tu nocować w razie załamania pogody, ale warunki do wędrowania są, a w szkole pusto. Zatem kierunek - Izby. A w Izbach zaczyna się monotonne podejście leśną drogą przez las. Zatrzymujemy wyglądających na pracowników leśnych dwóch ludzi na quadzie. Widzieli naszą trójkę jakieś pół godziny marszu przed nami. No to pewnie spotkamy się w Hańczowej, bo tam wypadnie nam nocleg. No to idziemy.





Za przegibkiem dwa zakręty których już szlak nie ścina, ale po chwili odbija z drogi w lewo w las. Zatem trzeba patrzeć na znaki. Wchodzimy w gęstwę i pod nogami mokre błoto. Dochodzimy do ujęcia wody, za którym las się kończy, ale wychodzimy z niego zaledwie na kilkadziesiąt metrów na mokrą łąkę. Znaki wiodą ponownie w las, gdzie już nie ma takich kałuż. Wreszcie wychodzimy na drugim końcu łąki.





Przed nami przepiękny szeroki klin łąk i zagajników, za którymi usadowiło się przepiękne rancho. Tam mógłbym mieć swą letnią rezydencję, a może mógłbym i przehibernować przez zimę... :) Lasem schodzimy w dół do dróżki, która w Ropkach staje się już drogą bitą z regularnym ruchem kołowym.



Teraz pokonujemy odcinek, którym w zeszłym roku szliśmy w przeciwną stronę, wędrując Szlakiem Niebieskim Granicznym. Przy mokradłach przez drogę przebiega duże stado łań z jelonkami, - tak z kilkanaście lub więcej sztuk. 




Dochodzimy do asfaltu i po chwili żegnamy niebieskie znaki. Czerwone prowadzą nas do wsi. A tu czekają na nas Aelita, Asia i Paweł. Nie jest bardzo późno, ale z mokrymi butami nie pójdziemy dalej spać pod namiotem. Trzeba wysuszyć obuwie i resztę rzeczy.
Rozglądamy się, a miła pani wskazuje dom, gdzie gospodarze przyjmują wędrowców. Tu jednak zjechała się rodzina i możemy co najwyżej rozbić namioty na trawniku. Przy pogodzie byśmy tak zrobili, ale nie teraz... Dziękujemy, a syn gospodarzy prowadzi nas do internatu. Tam znowu remont... Miła pani widząc naszą desperację i brak powodzenia, nie daje za wygraną i prowadzi nas do sąsiadów. Woła pod oknem, a po chwili przyjmuje nas miła młoda i uśmiechnięta dziewczyna. Mamy parter do dyspozycji, a buty zabiera na piętro do suszenia. Normalnie rewelacja! Czekamy tylko chwilę na zagrzanie wody w termie, kąpiemy się i przebieramy w suche ciuszki, a dzisiejsze pierzemy. Kolacja smakuje po królewsku! :)







Dzień trzynasty, 24 czerwca 2017.
Hańczowa -  Wołowiec, Chata Kasi - 23 km.


Rano dostaliśmy nasze buty. Dziewczynom wyschły, mi nie... Ale ja mam na to prosty i wypróbowany patent. Najpierw zakładam suche skarpety, na to cienkie worki foliowe albo reklamówki i dopiero buty. Tak zrobiłem i tym razem.
Żegnamy się z miłą dziewczyną która przyjęła nas pod dach. Nie robi tego regularnie, więc nie podaję namiarów.
Z drogi asfaltowej ruszamy przez mostek na Ropie w stronę Koziego Żebra.




Za mostkiem szlak prowadzi do potoku i dalej jego łożyskiem dobre kilkaset metrów. Jednak ścieżka biegnąca brzegiem jest zmasakrowana przez krowy, toteż szybko wydostajemy się na łąkę, a z niej na asfalt, na który z potoku powinniśmy wyjść nieco dalej. Jeżeli więc komuś nie zależy na "klepnięciu" każdego znaku na drzewie, sugeruję, by za wspomnianym mostkiem idąc drogą za znakami, nie iść dalej do ostatnich zabudowań i w potok, ale za pierwszymi domami skręcić w lewo wyraźną uliczką do tego samego asfaltu, do którego nieco dalej dochodzi szlak. Jeszcze jak jest sucho, to można chaszczować potokiem, ale na mokro lepiej pójść asfaltem.





Od znaku na asfalcie już kawałeczek do lasu. A tam po kolejnych kilkuset metrach skręt w lewo, którego lepiej nie przeoczyć. Zaczyna się podejście pod Kozie Żebro, a ja spoglądam na moje nieprzemakalne patenty na skarpetach - trzymają się i działają wzorowo :)




Podejście jest znośne, pogoda też dopisuje, a w lesie momentami półmrok gęstwiny. W trzy kwadranse od skrętu i podejścia, meldujemy się na szczycie. Nic tu nas nie zatrzymuje prócz wyrównania oddechu, toteż po chwili schodzimy, trzymając się znaków, które prowadzą nie zawsze główną dróżką.




Kolejne czterdzieści minut i z brzegu lasu nad doliną ciągnącą się do Przełęczy Regietowskiej, widzimy kopiec. To Rotunda, a u jej stóp kolejna na naszym szlaku Baza Namiotowa.





Tu robimy dłuższy odpoczynek i drugie śniadanie. Mięta zaparzona i osłodzona jest niczym nektar bogów, a ja korzystam z chwili posiadówki i zdejmuję foliowe patenty. Buty już się rozgrzały i prawie wyschły, skarpety suche, więc wszystko gra.





Baza jeszcze niemal pusta, bo nieco dalej widać pojedynczy namiot. Wiata odnowiona, a ujęcie wody poprowadzone z przelewem do potoku, bo nowa droga przechodzi przez stare ujęcie. Bukłaki napełnione.




Rozgrzewka już była, odpoczynek z przekąską i miętą do picia też, wiec napieramy pod Rotundę. Podejście jest zacne, ale tak na pół godzinki. I tyle wystarczy. A na szczycie odnowiony cmentarz, nowa tablica i stare tłumaczenie. Przydałoby się w lepszym wydaniu.
Pasmo przygraniczne usłane jest cmentarzami wojennymi, a niejedna inskrypcja zmusza do refleksji nad bezsensem wojny. Rok wcześniej na sąsiednim Niebieskim Granicznym co rusz napotykaliśmy liczne nekropolie i przejmujące napisy...







Opuszczamy to smutne miejsce, by łąkami i zagajnikami zejść wzdłuż coraz wyraźniejszej drogi do wsi. Droga dość zarośnięta, ale nie tylko chaszczem, ale i pięknymi polnymi kwiatami. Znaków jest nie za wiele, toteż trzeba wytężać wzrok i nie rozpędzać się na kierunku.









Pastwiska są na skraju wsi, a za nimi możliwość skrócenia drogi na przeciwległe zbocze. Na potoku bowiem znajduje się solidna kładka, a właściwie kłoda, którą można dojść do asfaltu, a tym samym do szlaku, który idzie od sklepu, do którego jednak dojdziemy, nie skracając drogi. A ja koniecznie muszę odwiedzić starą studnię opatrzoną dwoma znakami naszego szlaku. Przed nami Zdynia - Ług.






Przy sklepie schładzamy się i nawadniamy zarazem, oraz uzupełniamy zapasy, bo w Wołowcu sklepu nie będzie, a i dalej zaopatrzenia brak aż do Kątów. Warto o tym pamiętać przy planowaniu trasy.






Od sklepu asfaltem już niedaleko do kapliczki, przy której skręcamy w prawo w pole, które przechodzimy po przekątnej do granicy lasu. A tam niezłe podejście wzdłuż ogrodzenia leśnego (szkółka?). Oznakowanie bardzo dobre na podejściu. Wypłaszczeniem idzie się już wyraźnie lżej przez Popowe Wierchy, a ja kawałek za szczytem wypatruję pasącą się łanię. Jeszcze mnie nie widzi, więc podchodzę po cichu, licząc na zdjęcie z bliska. Ta jednak co chwilę się czujnie rozgląda i wreszcie zauważa intruzów. Strzelam - ale tylko fotkę :) - gdy odchodzi. Krótkim obiektywem niewiele zdziałam. Ledwie ją widać...








Dochodzimy do szerokiej, dobrze utrzymanej leśnej drogi. Od razu znaki informują, że trzeba przejść 800 metrów do kolejnego odbicia. Poprzednio odbiliśmy wcześniej, skutkiem czego ominęliśmy całą Kanadę i Wołowiec, czego nawet nie żałowaliśmy. Tym razem mamy zamiar pójść ortodoksyjnie przez dzicz. Na szczęście jest względnie sucho, bo przejść Kanadę po dwudniowym deszczu, byłoby wyzwaniem. A dopiero co wysuszyliśmy buty...






Jak na razie - jest dobrze. Są znaki, jest ścieżka. A w razie wątpliwości uruchamiamy "czuja", który jest nieźle wytrenowany i działa :) Drogę w Krzywej przekraczamy, niemal jej nie zauważając ;-) A dalej - kolejne objęcie natury, - dzikiej, pięknej, łapiącej za nogawki, a może i za serce... ;-)





Chaszcze i potoki nie są tu powodem do narzekań. Właściwie, to właśnie po to się tu idzie. Gdybym napisał że odwiedziłem właśnie Alaskę w środku lata, pewnie niejeden by uwierzył... :) Do surowej przyrody pasuje nawet nowy drewniany mostek. Także i on stąd się wywodzi...






Wreszcie stawiamy stopę na asfalcie. Choć słowo "wreszcie" jest uzasadnione jedynie późną porą. Zachód powoli różowieje, ale wędrując doliną, nie zobaczymy słońca kryjącego się za widnokrąg.
Przed samym końcem wsi przycupnęła niewielka chata, niemal ukryta wśród drzew i krzewów. To Chata Kasi, gdzie Gosia przyjeżdża chętnie i często, więc dzisiaj tu zanocujemy. Od progu czuje się tu fantastyczny klimat z niepotrzebną nutką dymu tytoniowego. Na tarasie kwitnie życie towarzyskie, a my od razu zostajemy podjęci głębokim talerzem wyśmienitej, gęstej zupy. Właściwie, to taki lokalny creme de la creme! Pychota! Chwilę jeszcze rozmawiamy ze wszystkimi w chacie, ale trzeba się jeszcze oporządzić przed jutrzejszym przeskokiem do Kątów.










Dzień czternasty, 25 czerwca 2017.
Wołowiec, Chata Kasi - Kąty - 27 km.


A może by nie iść dzisiaj na szlak, - zostać, wyspać się i wypocząć w tej gościnnej oazie...? :) No, może gdyby była burza z oberwaniem chmury, to kto wie... Ale dzisiaj wstał piękny dzień, więc trzeba go wykorzystać na szlaku.
Dziękujemy Kasi za gościnę i w miarę sprawnie wychodzimy na szlak. Za nami zostaje chatka gościnna, kolorowa, skrzypiąca i pachnąca aromatycznym drewnem. A przed nami dziczy już nieco uładzonej - ciąg dalszy.





Przed nami już ostatnie, opuszczone domy. Przed ostatnim niedużym, takim bardziej w stylu domku letniego, skręcamy na łąkę i pod górę. Trafiamy na niesamowity chaszcz, aż trudno się przecisnąć przez kłujące, kolczaste głogi. Sięgam po Victorinoxa i po chwili piłka do drewna prześwietla ścieżkę. Żadna to szkoda, a raczej utrzymanie drożności szlaku.
Wreszcie wychodzimy na normalny, leśny szlak. Nim już bez przeszkód dochodzimy do szerokiej drogi, po której już warunkowo odbywa się lokalny ruch kołowy. Tak dochodzimy do Bartnego, kontemplując po drodze pojawiające się widoki.






Na skrzyżowaniu w Bartnem stawiam kwestię - idziemy za szlakiem, czy obchodzimy błota? Właściwie wszyscy są za pokonaniem moczarów, bo dzisiaj pogoda nawet sprzyja. Ja nie oponuję, bo po poprzednim obejściu, chcę w lepszych warunkach ocenić stan szlaku na tym odcinku. W bacówce wbijamy tylko stempelki do książeczek.



No i błota są i to mocno uprzykrzające marsz. Porośnięte gęstymi krzakami zawężającymi i mocno utrudniającymi przejście. Dodatkowo, ogrodzenie sąsiedniej działki wręcz spycha nas w błota! Każdy przeciska się gdzie może, nie ma jednej ścieżki, bo wszędzie gąszcz i mokradła, teraz na szczęście nieco podeschnięte.
Wreszcie nawołując się i pomagając innym mijanym, wychodzimy na wyższą połać lasu, skąd już wydostajemy się na łąkę okalającą pobliskie wzgórze. Wzgórze to można obejść od strony wsi, nie pakując się przy tym w wątpliwą błotną atrakcję. Gdyby jeszcze dopiero co przebyty odcinek był jakoś konserwowany, chaszcze przycinane i rzucone po dwie kłody na co większe błota, to mielibyśmy jakąś atrakcję. A tak, - irytacja i mokre buty czy podarte rzeczy...





Kawałeczek za pochyłą łąką widać strzałkę w prawo, kierującą na Przełęcz Majdan. Właśnie do tej strzałki można dojść z przeciwnego kierunku od wsi, gdyż stamtąd także prowadzi kilka polnych dróg. Mając orientację i dobrą mapę, nie powinno to stanowić żadnego problemu.




Do Majdanu dochodzimy bez przygód. Tu zaczyna się podejście pod Magurę, ale niezbyt długie. Za wiatą wchodzimy na grzbiet, gdzie witają nas pamiątki papieskie, oraz skrzynka wędrowcy z pieczątką i zapisanym dziennikiem. W szafce termometr jest niestety rozbity. Ławka natomiast zachęca do odpoczynku, bo skoro było podejście... :)





Magura Wątkowska prowadzi teraz grzbietem, więc idzie się lekko i przyjemnie. Niebawem przy ścieżce zauważamy ujęcie wody z przelewem, z którego nabieramy zapasy. Dobra to lokalizacja, bo nie trzeba taszczyć wody z dołu, a ujęcie wygląda na niewyczerpane.




Grzbietem idzie się dobrym rytmem, ale nie są to góry płaskie. Schodzimy więc w kierunku Polany Świerzowskiej. Po zejściu, w zaroślach skręcamy pod kątem prostym w prawo i wychodzimy na drogę, na której znajduję zarastające resztki asfaltu. Droga ta schodzi łagodnie w dół, ale znaków nie widać. Nie zboczyliśmy jednak, to tylko braki w oznakowaniu, a droga prosto prowadzi do drogi leśnej, przy której stoi pierwsza z czterech wiat na szlaku.




Tu zaczyna się kolejne podejście - w sam raz na rozgrzewkę, bo tutejszy Beskid - choć Niski, to jednak potrafi pokazać pazur. Z Świerzowej ciemnym lasem dochodzimy w dół. Tu, przy odejściu żółtego szlaku żegna się z nami Gosia. Jest niedziela - weekend się kończy... Na szczęście w tamtą stronę zmierza też napotkane na szlaku małżeństwo i mając pod lasem samochód, podrzucą ją do cywilizacji.
My zaś dochodzimy do kolejnej wiaty pod Ostryszem, a stąd podchodzimy pod Kolanin. Nazwa tej góry jest nadana bez kozery, bo zejście daje konkretnie po kolanach. Zdecydowanie jedno z najbardziej stromych na GSB w Niskim. U podnóża kolejna wiata, - w sam raz na rozmasowanie kolan :)








Wkraczamy na kolejną szeroką leśną drogę i zbieramy miętę, której rośnie tu cała obfitość. Jednak nie należy się rozkojarzać wygodną drogą, bo po krótkim jej biegu, przy małej krzyżówce, znaki odbijają w głąb lasu. Tu znajduję tabliczkę z informacją o noclegu, którą fotografuję, co się później przyda. A przed nami niewielka - na szczęście - góra, za którą powoli dochodzimy do Przełęczy Hałbowskiej. Prowadzi tędy droga asfaltowa do Kątów, ale my dojdziemy tam szlakiem terenowym. Przecinamy więc drogę i mijamy wiatę, w której niegdyś kimałem.






Jeszcze tylko podejście pod Kamień, gdzie za szczytem widziałem poprzednio drzewko, któremu udało się odrosnąć po bodaj złamaniu. Jest i ma się dobrze :) Taki stary znajomy... Po sąsiedzku widzimy też skałki - spore kamienne głazy, od których góra odziedziczyła swą nazwę.




Schodzimy dróżką, którą dopiero co płynął wartki potok po ostatnich deszczach. Kamienie wypłukane, przemieszczone ze swych miejsc, ruszają się po nastąpieniu, więc patrzymy pod nogi. Trzeba też patrzyć przed siebie na znaki, bo po lekkim wypłaszczeniu, wyraźnie informują o skręcie w prawo w dół. A tam schodzimy przepięknym monumentalnym lasem, rodem z powieści Juliusza Verne. Wysokie drzewa z rozległą czaszą koron nad niskim kobiercem podszytu, sprawiają wrażenie olbrzymiej podziemnej krypty. Magicznie po musi wyglądać wczesnym słonecznym rankiem, bo to wschodni stok. Także wieczorem musi tu być czarownie... A na pewno tak jest w mojej bujnej jak te drzewa - wyobraźni... :)




Po meandrującym zejściu wychodzimy na łąki. Ale co za łąki! Rozległe, przepastne, ciągnące się nad okolicznymi dolinami i łagodnie w nie opadającymi. Pasy pól i łąk nadają niepowtarzalnego uroku swą łagodnością i spokojem... Drzewa w kępach, samotne i całe zagajniki... Malowniczo, uroczo i malarsko. Aparat pracuje, choć tu przydałoby się więcej optyki. Mi musi wystarczyć standard zoom. Spoglądając na bliższe i dalsze krajobrazy, płynę w wysokich trawach, znacząc swą drogę śladami butów i trzaskiem migawki...









Zejście w dół jest krótkie. A na Wisłoku Wisłoce (rzeka Wisłoka - dzięki Barsus!) osiągamy najniższy punkt szlaku - jedynie 335m n.p.m.
Z mostu widać wszystko co nas interesuje - duży sklep otwarty do 22-giej, a pomiędzy nim a mostem - agroturystykę w miejscu gdzie szlak z drogi odbija w prawo. Idziemy na zakupy gdzie spotykamy Asię, a telefonicznie dowiaduję się, że przy agro - gdzie Asia nocuje - można rozbić namiot.
Odpoczywamy pod sklepem, a tu powoli nadciągają ciemne chmury. W agro miła gospodyni pyta, czy nadal chcemy pod namiotem, bo zanosi się na niezłą burzę... Pytamy o opcję budżetową i dostajemy taniej pokój techniczny ze składem wyposażenia, ale są dwa tapczany! Jest też kuchnia i łazienka. No to jesteśmy jak w hotelu...!
Od nocującego w sąsiednim pokoju kolegi z Kóz pod Bielskiem, idącego GSB w przeciwną stronę, pożyczam ładowarkę, którą adaptuję spinaczem do nikonowskiego akumulatora. A już się bałem, że zasilanie skończy się w połowie Bieszczadów...
W kuchni przy kolacji jeszcze chwilę rozmawiamy wszyscy, ale i Asia i kolega chcą ruszać wcześnie rano, toteż niebawem wszyscy idziemy spać.
Tak mija nam drugi tydzień wędrówki...






Dalszy ciąg relacji we wpisie z kolejnego tygodnia.



10 komentarzy:

  1. Nie wiem czy to tylko moje subiektywne odczucie, ale wyczuwam wyraźne odcięcie relacji od tematów logistyczno-sprzętowo-nawigacyjnych ;) Domyślam się co napiszesz, więc tylko dodam, że nie mogę się doczekać "tych" postów (w tym niebieskoszlakowych). Im więcej Twych relacji czytam tym bardziej chciałbym móc się wczytać w znacznie więcej przemyśleń z wędrówki - od tych bardziej przyziemnych zw. z aktualną trasą (troszkę w stylu "wrażeń na żywo") po myśli które kłębią się pod koniec dnia, gdy nogi już odpoczywają. Wg mnie im więcej szczegółów opisanych w relacji tym większa przyjemność z "pochłaniania" lektury. Może to dlatego, że dostrzegłem straszliwy brak tego typu dłuższych opisów - marzy mi się wielogodzinna przygoda z lekturą podróżniczą osadzoną nie w egzotycznych, zagranicznych pasmach a właśnie w mniej uczęszczanych zakątkach Beskidów (coś jak miks przeżywania gór Wojtka Kurtyki, przewodników Rewasza i poradami z książki Sztuka minimalizmu w podróży). Może przy w mniejszej skali uda mi się cos takiego napisać z niedawnego przejścia (póki wrażenia w miarę świeże, ale i tak wydaje mi się, że taką relację trzeba pisać bardziej "na bieżąco" - częściowo pewnie w trasie) ;) Co do samej trasy - podziwiam za upór pokonywania trasy w takich warunkach. Chociaż niestraszne mi dystanse i w okolicach 45km "na lekko" w dobrych warunkach, to z "outdoorowym ekwipunkiem na szlak graniczny" przy krótkim załamaniu pogody z pokorą robiłem i 15km przy podobnym wysiłku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michale - z jedną kwestią Cie rozczaruję - chodzi o przemyślenia na końcu dnia. Jak pewnie zauważyłeś, lwią część wcześniej pisanej relacji mi wcięło i poleciała w niebyt. Wrrr! Wreszcie się odrobiłem, ale starałem się streszczać. Choć Twoja sugestia już u mnie kiełkuje do przyszłego rozkwitu :) Dzięki!

      Wątek sprzętowy będzie, już nawet napisałem pierwsze trzy linijki, żeby był początek i mobilizacja do kontynuowania. Tu przemyśleń jest sporo i zapewne dla pewnej grupy wędrowców znajdzie się w tym wątku coś do zaadaptowania - czy konkretne pozycje wyposażenia, czy filozofia... Będzie!

      Będzie też wątek logistyczny. Przebieg szlaku budzi nieco kontrowersji u mnie, ale napiszę też zwykły poradnik co do odcinków których nie chciałbym z jakiegoś powodu przemilczeć.
      W tymże wątku będzie też o jedzeniu, piciu, zapatrzeniu i kwaterach na szlaku. Też pewnie komuś się przyda.

      A pogoda, - cóż - dla mnie zawsze jest dobra, choć niejednokrotnie wolałbym lepszą :)Skoro już ruszam na trzy tygodnie, to MUSZĘ być przygotowany na każdą opcje pogodową i zwykle jestem przygotowany. Obawiałem się Babiej - Królowej Niepogody, ale to pół dnia i ekstrema da się przeżyć. Przeżyłem, choć myślałem, że aż tak źle nie będzie...

      Zaraz wrzucam trzeci i ostatni odcinek relacji ze szlaku. Na poboczne wątki trzeba będzie jednak trochę poczekać, bo jutro znowu ruszam w góry... Nawet nie wiem na jak długo, ale raczej na krótko - do tygodnia.
      Ale jeśli będziesz mieć jakieś przemyślenia, sugestie o moim pisaniu - śmiało zapodawaj. Piszę nie dla siebie. Blog - choć jest formą pamiętnika wędrowcy, ma być też w pewnej - znacznej mierze, formą przewodnika czy poradnika. Sam kiedyś szukałem przeróżnych informacji, zatem tymi, którymi sam dysponuję, - dzielę się z innymi. A jeśli komuś to się przyda - to tylko mi się cieszyć :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Yatzku w Kontach to nie Wisłok a Wisłoka. Wisłok to dopiero w Puławach za bazą namiotową Wisłoczek.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Barsus! Na tabliczce stoi jak byk "Wisłoka", a ja... Biję się w pierś, ale już poprawiłem.
      Dzięki i pozdrawiam!

      Usuń
  3. Trochę szkoda tej drewnianej tabliczki Turbacz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jedno, a przed małym budynkiem PTTK na Turbaczu stał szlakowskaz GSB i też go nie ma. Byłem tam niecały tydzień temu.
      Zmiany, zmiany, zmiany... Jedynie starsze fotografie przywołują dawne wspomnienia...

      Usuń
    2. Znalazłem jakiś czas temu opis i garść zdjęć z przejścia rocznik 1980 - tam dopiero widać zmiany (http://www.palukitv.pl/beskidy/index.php/beskidy-1980.html). Taki już urok życia i dodatkowa motywacja żeby nie czekać z wyruszeniem na szlak :D

      Ja cały czas mam nadzieję, że żona zaakceptuje w przyszłym roku kilkunastodniowe wagary i będę miał szansę zmierzyć się z całością GSB.

      Usuń
    3. Wow! To mi zadałeś lekturę... :) Przeczytałem jednym tchem i obejrzałem zdjęcia. Piękne połączenie GSB z szlakiem Niebieskim Granicznym i wariacją na temat okolicznych gór :)
      Spojrzałem na swoje zdjęcia z Niebieskiego Granicznego i znalazłem dwie kapliczki - jedna ma już utrącony krzyż i jest pomalowana na niebiesko, druga - zniszczona na starym zdjęciu, teraz naprawiona i krzyż już jest z powrotem przytwierdzony do cokołu.
      Z kolei na Łapsowej w schronisku byłem kilkanaście dni temu i jeszcze wiele miejsc kojarzę... No i ta sentymentalna podróż w czasy które pamiętam... Świetna lektura - dzięki!
      Trzymam kciuki za Twoją wyprawę na szlak.
      Powodzenia!

      Usuń
  4. Yatzku na naszym "polu biwakowym" nad Krynicą chyba byłem myślami jeszcze na moim poprzednim dłuuugim szlaku;-) Bo tam jak już padało to solidnie! Stąd takie moje emocje po pierwszych błyskach i grzmotach. Grunt, że "chińczyk" przetrwał to wszystko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi ta burza też nie pasowała, też myślałem o ewakuacji, ale mieliśmy dość bezpieczną lokalizację. Zatem mimo rozpoczęcia ewakuacji, po nadejściu deszczu i burzy - zostaliśmy.
      Na szczęście polskie nawałnice są delikatniejsze od tych z półkuli południowej... :)
      A z mojego Colemana jestem dumny.

      Właśnie wróciłem z moim "chińczykiem" z Pilska i gdyby nie było trzeba już wracać, chętnie bym tam zabiwakował, bo miejscówka zacna. Pewnie tam jeszcze wrócę z namiotem.

      Usuń