Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 30 lipca 2017

Ćwilin, Ostra - Biwaki na luzie

 
Długie szlaki wymuszają tempo i dzienne dystanse. Jednak czasem obcowanie z górami na luzie jest tym, czego brakuje na długich wędrówkach. W tym duchu postanowiliśmy z Gosią wyruszyć w Beskid Wyspowy z końcem lipca 2017.

W piątek wieczorem meldujemy się na Przełęczy Gruszowiec. Właściwie, to docieramy tam już nocą, po krótkich odwiedzinach u kolegi w Dobrej. Z przełęczy wykonujemy krótkie, acz strome podejście na Ćwilin. Niecała godzina i jesteśmy na szczycie.
Na mapie wypatrzyłem lokalizację źródła wody. Z marszu zatem wyruszamy na poszukiwanie i szybko znajdujemy, choć miejsce nie odznacza się jakoś szczególnie.
Schodząc z kopuły szczytowej na południe wyraźną drogą, schodzimy około 200 metrów w dół, nie dochodząc jednak do granicy drzew. Jakieś 50 metrów przed drzewami, po lewej stronie drogi widać niewielkie zagłębienie, wyraźnie zazielenione. Pięć metrów od drogi jest mały ciek wodny, dość płytki. Nabieramy ostrożnie by nie podnieść osadu z dna i wracamy na szczyt.

Niedaleko tablicy znajdujemy względnie płaskie miejsce i rozbijamy namiot. Po chwili przyrządzamy kolację i tak schodzi pierwsza noc, bo niebawem układamy się do snu. Na górze cicho, jedynie wiejący dość spokojny wiatr generuje jedyny odgłos przyrody.




Sobota wita nas zachmurzeniem, które szybko ustępuje miejsca przejaśnieniom. Widoki są przednie, bo mimo chmur, panorama jest szeroka i czytelna.
Pojawiają się pierwszy ludzie podchodzący z dolin. Przy sobocie to normalne, a kończące się wakacje i dobra pogoda zachęcają do wyjścia z domu.
Zabieramy się za śniadanie, a po sąsiedzku rozsiada się młodzież - najprawdopodobniej z ośrodka rekolekcyjnego pod sąsiednią Śnieżnicą i gromadząc się kołem, odmawiają południowy Anioł Pański.
Zbieramy się, bo choć nigdzie nam się nie spieszy, to nie zamierzamy spędzić całego dnia w jednym miejscu. Zabieram też śmieci, które dyndają mi u plecaka i po spojrzeniu na mapę szlaków, ruszamy na zachód w dół żółtym szlakiem.














Stok zachodni Ćwilina jest mocno przerzedzony, toteż otwiera wspaniałą panoramę od południa, przez wschód, aż do północnych granic Beskidu Wyspowego. Doskonale widać Luboń Wielki, z wychylającą się zza niego Babią Górą i ciągnącym się od niej Pasmem Policy. Bliżej zaznacza się Szczebel i szeroki grzbiet Lubogoszczy. Nieco dalej szereg kolejnych wysp Beskidu, aż wreszcie panoramę zamyka zachodnie zbocze Śnieżnicy.





Żółty szlak prowadzi nas lasem, z brzegu którego czasem otwierają się widoki to na północ, to gdzieś na zachód. Tak wędrując osiągamy Czarny Dział.










Od tego miejsca las nieco się przerzedza, a spadek stoku łagodnieje. Idąc, zaglądamy w doliny i unosimy spojrzenia ku wzgórzom. Jest sielsko - anielsko. Ciepło, lekki wietrzyk i piękne widoki, - aż się chce wędrować w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Gdzieś przed kulminacją Grunwaldu, po przeciwnej stronie doliny, nieco na południowy wschód, wypatrujemy eksponowane łąki, które zamierzamy przejść zielonym szlakiem. Obieramy tym samym cel i miejsce dzisiejszego biwaku. Po prawej mijamy Lubogoszcz, a przed nami w oczach potężnieje Szczebel. Schodzimy w kierunku Mszany Dolnej, co i rusz poszukując oznakowań szlaku, nieco tu rzedniejących. Wzdłuż Potoku Ściborów dochodzimy do Maszanki.












Tutaj należałoby się cofnąć do Mszany i tam mostem pokonać Mszankę. Jednak Progu wodne przypominające zamkowe krenelaże, w sam raz nadają się do przejścia na drugi brzeg. Po chwili zawahania nad jedną ruchomą plombą, bez trudu przechodzimy na drugą stronę.
W pobliskim sklepie uzupełniamy zapasy, a ja pozbywam się śmieci niesionych z Ćwilina. Teraz odcinek asfaltem zaprowadzi nas do polnej drogi.
Przy ostatnim domu nabieramy wody. Gospodarz wspomina o źródle na górze, ale nie potrafi opisać jego lokalizacji. Trochę szkoda, bo ja akurat lubię wiedzieć gdzie można pozyskać w terenie wodę pitną... Po chwili, zielonym szlakiem wspinamy się pod górę.






Nasza wędrówka w tempie spacerowym jest bardzo relaksująca. Za nami bowiem powoli rozpoczyna się popołudniowy spektakl pod tytułem światło i cień. Chmury co raz zatrzymują światło słońca, to znów przepuszczają je pomiędzy obłokami. Luboń i Szczebel ciemnieją na zachodzie, a dymy i mgły nabierają światła dochodzącego zza nich. Zapowiada się interesujący zachód słońca, toteż spoglądając na okoliczne malownicze wzgórza, polną drogą systematycznie pniemy się wzwyż.








Na łąkę którą obieramy za miejsce noclegu, dochodzimy w samą porę. Przedstawienie "Zachód Słońca" właśnie się zaczyna. Rozstawiamy namiot korzystając jeszcze z dziennego światła i co chwilę spoglądamy na zachód. Jest rewelacyjnie, - czujemy się jak w loży dla VIP-ów, co zresztą jest faktem :)





Trzeba jeszcze zgromadzić nieco drewna na nocne ognisko, więc robimy obchód okolicy. Małgosia zbiera wiązkę chrustu i niosąc ją, na tle planu z zachodzącym właśnie słońcem wygląda wprost ikonicznie :)




Słońce zachodzi jak na romantycznych filmach, a nasza miejscówka idealnie wpisuje się w nastrój. Ze wszystkim zdążyliśmy na czas, - nazbieraliśmy suchych gałęzi, przyrządziliśmy kolację, po której zapłonęło ognisko. Tymczasem niebo zaróżowiło się delikatną zorzą, a w dolinie zabłysły światła uliczne i domowe.







Ognisko to wspaniałe dopełnienie tak miłego dnia. Kiełbaska była niczym wisienka na torcie, choć smak miała cokolwiek odmienny ;-) Jednak i tego wieczoru nie zabrakło niczego, bo cały dzień można było nazwać idealnym. Znalazło się nawet małe co-nieco na rozgrzewkę, choć chłodu w zasadzie nie dało się odczuć. Ciepło ogniska, pełnia wrażeń z całego dnia, ciemniejące niebo i światełka w dolinie i na Luboniu, dawały niepowtarzalną atmosferę. Obok czekał wygodny namiot z dwoma puchowymi śpiworami, a księżyc jakby z pewną taką nieśmiałością, pokazał połowę swej tarczy. Ach, co to była za noc...!








Nazajutrz o poranku wrażenia były równie imponujące. Przepiękna panorama rozciągająca się z naszego apartamentu była przecudna. Stałem tak i patrzyłem, że chcąc tam wszędzie w oddali być, aż wyrywało mnie z butów ;-) Jednak najpierw trzeba było się ogarnąć i przygotować śniadanie... :)


 





Trochę żal było opuszczać tak piękne miejsce, ale i wędrować trzeba i wrócić kiedyś można... Zieleń lata jeszcze była soczysta, owady już na dobre się rozbudziły, toteż buty na stopy, a plecaki na grzbiet..! Poszliśmy więc dalej za zielonymi znakami.










Na szczyt Ostrej doszliśmy bez problemu. Co prawda zielone znaki nie prowadziły przez "naszą" łąkę, ale szybko je odnaleźliśmy niewiele dalej. Ostra raczej nie obfitowała w widoki, będąc w znacznej mierze zalesioną kopułą. Za to znacznie gorzej było przy zejściu na stronę wschodnią. Spora ilość wiatrołomów leżała na samym szlaku, zatem trzeba było wypatrywać obejścia na odcinku około 100 - 150 metrów. Ale dalej było już dobrze, a po chwili także i widokowo.







Zeszliśmy w dolinę i przez obszerne łąki przeszliśmy do kolejnych połaci lasu. Tu zarośla nie były już zbyt obszerne, bo co chwilę przerywane łąkami. A łąki albo gładko wykoszone, albo porośnięte całymi dywanami kwiecia, spokojnie kołysanego leniwym zefirkiem. Sielanki ciąg dalszy :)









Przez kolejny zagajnik doszliśmy na skraj lasu. Jeszcze jedno wejście w las iglasty i za nim ukazały się rozległe zabudowania wsi ciągnącej się wzdłuż drogi. Z daleka czuło się ten spokój, tak inny od miejskiego zgiełku i pośpiechu. Usiedliśmy na skraju drogi w cieniu leśnych drzew, by i tutaj kontemplować harmonię przyrody z ludzkimi osiedlami. Biegnącym opodal asfaltem z rzadka przejechał jakiś samochód, słychać było głównie ryczące krowy i poszczekujące psy. Ja zaś wyłapywałem sobie jakieś nieistotne detale...








Doszliśmy do drogi asfaltowej i tym razem nie podążając za znakami, opuściliśmy je i podążyliśmy za drogą kołową. Tak spokojnej wioski długo szukać. Dla niejednego mieszczucha byłaby ona jak wyrzut sumienia - można żyć bez pośpiechu, bez hałasu, bez korków i wielkich sklepów. Żyć... Po prostu, spokojnie żyć...

Tak obserwując wijącą się drogę, podążaliśmy jej wstęgą w kierunku Jurkowa. Góry, krzyże, kapliczki i pasące się bydło zostały w naszych oczach jak synonimy oazy spokoju. Gdzie można pójść i nie wrócić. A przynajmniej nie chcieć wrócić...






Góry zostały za nami...



_