Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 15 października 2017

Barania Góra zlotowo.



13.10.2017. 

Barania Góra jest mi znana z przejścia GSB. Zatem na propozycję zlotową zareagowałem z aprobatą. Z przyjaciółmi z górskiego forum dojechaliśmy do jednego z parkingów, skąd zostało nam kilka kilometrów do schroniska. Wokół nas przepięknymi barwami witała nas jesień.








Nie spieszyliśmy się wcale, bo dystans był krótki, a nogi jeszcze nie rozchodzone. Toteż do obiektu PTTK o kontrowersyjnej urodzie, dobrnęliśmy przy ostatnim świetle dnia.



Spanie w schronisku nie jest dla mnie atrakcją. Trzeba płacić za odseparowanie się od okolicznej przyrody. No, - może jeszcze balkon czy taras byłby do przyjęcia. Jednak po przywitaniu się z nadchodzącym towarzystwem, udałem się dobrze mi znanym czerwonym szlakiem przed siebie.




Baranią Górę osiągnąłem po nader spokojnym marszu. Stosowałem też minimalistyczne oświetlenie, większość trasy rozjaśniając zaledwie pięcioma lumenami (!). Tak, - dało się tak iść po wygodnym szlaku, jedynie w miejscach gdzie były rozlewiska z niezbyt stabilnymi kłodami, włączałem 100 lumenów, a jedynie dla szerszego rozejrzenia się - maksymalne 300lm (Petzl Actik).



Wreszcie przybyłem tu nocą. Z wieży dało się zobaczyć światła dalekiej cywilizacji, zaś w najbliższej okolicy panował gęsty mrok i kojąca cisza, szumiąca dość mocnymi porywami wiatru. Czy cisza może szumieć...? Pewnie to taki swoisty "sound of silence" :)




Przy ławkach miejsce było dokładnie wydeptane, toteż nie ingerowałem w miejscową przyrodę. Usunąłem jedynie kilka kamieni wystających z podłoża, po czym rozłożyłem swój zielony pałacyk tak, by nad ranem mieć wschód od strony wejścia.

Przy okazji stwierdziłem, że bukłak Platypusa z wodą, po pięciu latach intensywnej eksploatacji rozszczelnił się na załamaniu i część wody wyciekło do plecaka. Na szczęście swoje rzeczy organizuję spakowane w worki wodoodporne, toteż nic nie ucierpiało. Zresztą wiele wody nie wyciekło.




W nocy gdy przebudziłem się po pierwszym śnie, usłyszałem w oddali jakieś porykiwania. Pora roku wskazywałaby na aktywność jeleni, których jakoś wolałem od towarzystwa niedźwiedzi. Jednak po pewnym czasie efekty akustyczne obrały przeciwny kierunek i zniknęły w dali. Spałem zresztą jak zwykle czujnie.



14.10.2017. 

Ranek wstał pochmurny i mglisty, a o świcie obudziła mnie grupa górskich biegaczy, nieco zdziwionych moją tu obecnością. Skoro z nich takie ranne ptaszki, to i mi nie wypadało dłużej zalegać. Nieco jeszcze niedospany wyszedłem się przywitać i zrobić gorącą herbatkę, przy której jeszcze trochę pogwarzyliśmy.

Z zapowiadającego się pogodną nocą pięknego poranka zrobił się senny dzień, który tylko z obowiązku obfotografowałem, uwieczniając zamglone okolice. A potem zaczęli się pojawiać pierwsi wędrowcy, toteż przystąpiłem do zwijania namiotu.


















Nasza grupa zlotowa miała w planie dzisiaj wyjść na Baranią, więc wykonawszy tenże plan już wczoraj, dzisiaj oczekiwałem na przybyszów. Gdy się pojawili, wszyscy pospołu wybraliśmy się po przybywających z drugiej strony, kierując się w stronę Magurki Wiślańskiej.















Po spotkaniu nastąpił powrót na Baranią Górę, chwila wytchnienia i zeszliśmy znowu do schroniska.








W schronisku chwila na integrację i główny posiłek. Oczywiście trzeba było jeszcze pogadać na górskie i nie tylko tematy. Później z kolegą machnęliśmy jeszcze niewielką pętlę po okolicy, ale chciałem pójść maksymalnie lekko i nie zabrałem aparatu fotograficznego. Zresztą mgliste popołudnie nie zapowiadało wybitnych planów.




Na ten wieczór byłem umówiony z koleżanką w Stecówce. Jako że lubię nocne marsze, wybrałem się tam po zmroku. Miejsca widziane w jasnym świetle dnia, nieco inaczej jawią się w świetle czołówki. Tajemnicze, niesamowite i wyłaniające się niemal nagle z ciemności. Zapowiadają je zaś elementy znane, pozwalające mimo znaków, zorientować się w terenie. Właśnie dlatego lubię wędrować używając najniższego trybu czołówki.





Kościół w Stecówce przed kilku laty spłonął. Pamiętam go jeszcze w pierwotnej wersji z pierwszego przejścia GSB. Nowy już nie ma tego klimatu, co jest o tyle zrozumiałe, że stare drewniane świątynie są często perełkami architektury drewnianej. A ten ze Stecówki niewątpliwie takim był...



Tuż obok prywatne schronisko także odzyskuje blask świetności. Idąc po raz drugi GSB w tym roku, widziałem je w trakcie remontu. Jednak jak przystało na przybytek pełniący tak specyficzną funkcję, cały czas przyjmuje gości.




Po przybyciu koleżanki, razem późną nocą doszliśmy pod schronisko u stóp Baraniej Góry. Pole namiotowe nie było przygotowane, - ot, kawałek placu w pobliżu. W świetle czołówek rozłożyliśmy namiot i przed snem ustaliliśmy ramowy plan na dzień jutrzejszy. Udało nam się jeszcze załapać na końcówkę zlotowego ogniska.



15.10.2017. 

Trzeci dzień nie chciał być jakoś ładniejszy od poprzedniego. Jednak szczęśliwie się rozpogodziło, toteż zgodnie z planem mogliśmy się wybrać na eksplorację okolicy. Wobec takiego stanu rzeczy stwierdziliśmy, że dzisiejszy dzień poświęcimy właśnie na łowy z obiektywem, bo każde z nas miało niezgorszy sprzęt fotograficzny.




Ruszyliśmy w kierunku wczorajszego rekonesansu. Słońce już przebiło się przez poranne mgły, toteż złote i żółte i zielone kolory zapłonęły swą soczystością.






W Dolinie Czarnej Wisełki się zaczęło... Przechodząc przez mostek, urzekły nas wartkie wody meandrujące między głazami oblepionymi jesiennymi liśćmi. Zeszliśmy do potoku i spędziliśmy tam dłuższą chwilę.

















Z dużym prawdopodobieństwem przyjęliśmy, że na tym planie uroda okolicy się nie kończy. Leśna drożyna zaprowadziła nas dalej...









Kiedyż góry nie są cudne...? Ale chyba nigdy tak kolorowe, jak właśnie jesienią. Piękną, słoneczną, z błękitnym niebem i złocącymi się lasami, trawami i błękitniejącymi w oddali łańcuchami górskimi.







Można patrzeć w dal, ale to co w pobliżu, może niemniej zachwycać. Czerwone muchomorki zapewniają ucztę - choć tylko dla oczu. Paprocie, pniaki, liście - wszystko emanuje swą urodą.






Nawet poległy spróchniały pień drzewa, zabłyskany złotem słonecznych pełgotów, beznadziejnie żali się złamaniem otwartym... Las żyje, las umiera, las odżywa...




Wychodzimy na otwartą przestrzeń. Nie ma już znaków - prowadzi nas leśna droga. Zresztą - gdziebyśmy nie poszli, dzisiaj wszędzie jest pięknie, choć czuję, że coś pięknego się kończy... Choć w oczy wlewa się barwna radość, w serce wsącza się smutek i melancholia...



Uniesione do nieba rozłożyste konary przywołują mi do pamięci obraz "Guernica" Picassa. Te wołające resztką życia ofiary gasnącego życia, krzyczą do nieba o ratunek. Ratunek, który nie nadejdzie...



Na cyplu dostrzegam sześć sosen. Dwie jeszcze się zielenią, ale cztery już usychają. Dwa wesela i cztery pogrzeby... To nie film - to życie. I jego przemijanie...




Idzie nowe. Tegoroczne pędy nieśmiało wyrastają na tle zamierającego lasu. Widać, że nie jest tu lekko, ale może wcześniejsze pokolenie da szansę nowemu.




Jesień, to także i babie lato. Snujące się nitki tańczą na wietrze, kołysane i napinane mocnymi powiewami. Migoczą tęczowymi kolorami, odbijając pełną paletę barw krzaczków borówkowych. A borówczyny wypuszczają jeszcze jesienne pąki, które być może przetrwają zimę i wystrzelą z ciepłą wiosną. A może zima je potraktuje chłodno, bo takie tu zimy bywają...















W perspektywie zaś góry... Niezawodni towarzysze moich wędrówek. Tylko one mówią "tak" - tak, "nie" - nie. Nigdy się ze mną nie rozstają, zawsze wierne czekają bo wiedzą, że noszę je w sercu, nawet gdy na jakiś czas schodzę w doliny. Lecz choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę...




Bokeh. To coś, co przed chwilą widziałeś wyraźnie, teraz zaś jest zaledwie rozmytym tłem, czymś mniej realnym, przeszłością, wspomnieniem.







Promyk słońca jak nadzieja, wyłania się zza drzewa. Świeci w oczy i razi - boć to przecież słońce. Świeci na trawy, świeci na liście. Prześwieca na pustą leśną ścieżynę...







Wpadłem w sieć babiego lata. Jutro już zniknie, porwane wiatrem zniknie w dali, gdzieś rozpłynie się na tle gór. Roztopi się w wieczornej mgle, gdzieś za kolczastym drutem oplatającym mnie od wewnątrz... A na horyzoncie - Ochodzita. Odchodzita...?








Dzień z rudziejącym słońcem chyli się ku zachodowi. Pora wracać. Po nieznanych ścieżkach, przez przedeptane szlaki, wracać tam, gdzie nas nie ma...










Tam, gdzie nas nie ma...




_

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz