Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 21 października 2017

Wyspowo - Gorczańska Włóczęga



Niezależnie od dobrze zaplanowanych wielodniowych wędrówek, raz do roku wybieram się na włóczęgę. Efekt końcowy jest taki sam - przejście odcinka z punktu do punktu. Choć jest różnica, - włóczęga jest powolniejsza, może zawierać przespanie dwóch nocy w jednej lokalizacji i dopuszcza łączenie odcinków komunikacją kołową.


***


Dzień zerowy - 17 października 2017.


Wieczorem podjechałem na Przełęcz Gruszowiec. Gdy już się zmierzchało, po ogarnięciu plecaka zbierałem się do wyjścia na szlak, kiedy ze stojącego obok samochodu wyszła para - także z plecakami. Traszan z dziewczyną :) Co więcej, okazało się że oni także idą na Ćwilin...!

Ruszyliśmy we trójkę przy świetle czołówek. Wychodząc okazało się, że niestety - zapomniałem kijków trekkingowych, a podejście na Ćwilin od Gruszowca jest dosyć strome... Traszany z kijami napierali w komforcie, a ja bez kijków jak dziecko, które dopiero nauczyło się chodzić.

Na szczyt dotarliśmy dość szybko i rozłożyliśmy się sprawnie. Ja rozstawiłem niedawno nabyty namiot chińskiego producenta - NatureHike CloudUp 2. Dla jednej osoby daje on spory komfort, przy bardzo akceptowalnej wadze, jak na namiot dwuosobowy.
Ładnie prezentował się nocą oświetlony czołówką od wewnątrz.

Z Traszanami poszliśmy jeszcze po wodę do źródełka znajdującego się na południowym zboczu, pięć minut drogą od szczytu.







Dzień pierwszy - 18 października 2017.


Na Ćwilinie wieje niemal zawsze. Od samego rana zapowiadała się piękna pogoda, niewielkie chmurki dodawały uroku jesiennemu niebu. Jednak gotowanie trzeba było wykonać w zamkniętym namiocie, bo mocne powiewy wciskały się za każdą osłonę.







 

Śniadanie przy szczytowym stoliku było kwintesencją wolności. Bez pośpiechu, z przecudnymi widokami i wiatrem we włosach... W tak pięknej scenerii, nawet chleb z pasztetem jest jak królewska uczta. Zresztą wodę na herbatę gotowałem w zielonym pałacyku... :)









Na szczyt sukcesywnie napływały kolejne osoby. Zaczęło się robić tłoczno i gwarno - przynajmniej jak dla mnie. Postanowiliśmy się więc zbierać, jako że i pora był już słuszna.
Para Traszanów namawiała mnie na wspólną wędrówkę, ale mój plan przez noc i poranek wyewoluował w innym kierunku. Oni poszli na wschód, zaś ja podążyłem w kierunku zachodnim.





Z poręby na zachód od szczytu rozciąga się jeden z piękniejszych widoków w Beskidzie Wyspowym. Właściwie, to wszędzie tu jest pięknie, niemniej panorama którą kontemplowałem dobre kilkanaście minut, jak zwykle cieszyła moje oko i serce.





Poniżej linii drzew odbiłem od schodzącego szlaku. Przy rozpadającej się ambonie poszedłem stokówką w dół, do kolejnej leśnej drogi. A tą doszedłem już do szlaku, którym wczoraj podchodziliśmy ku szczytowi. Zdecydowanie jesień prezentowała się tu w pełnej gamie swych barw.







Od krzyża Kowalczyka już niedaleko do przełęczy. Fascynując się urokami natury, po kilku chwilach powróciłem do swojego Grzechotnika i postanowiłem się przemieścić w jakieś miejsce, z którego będę mógł pokonać nieprzebyty dotąd szlak, a zamykając pętlę, bez kłopotu powrócić po samochód.
Padło zatem na Zakopiankę pod Małym Luboniem, z kierunkiem na Luboń Wielki.








***

Przy Zakopiance na parkingu zostawiłem auto. Już dojeżdżając widziałem niebieskie znaki, które po chwili zaczęły mnie prowadzić wśród niesamowitych kolorów jesiennego lasu. Niewątpliwie trafiłem na autentyczną Złotą Polską Jesień...










Na szlaku nie spotkałem nikogo. Nawet na Polanie Surówka za Luboniem Małym, przy domach nie dostrzegłem żywej duszy. Zaś oddalone horyzonty były zbyt odległe, bym mógł dostrzec kogokolwiek. Słabnący nieco wiatr rozsnuwał w oddali dymy jesiennych ognisk...






Wędrując po górach, co rusz natrafiam na ślady katastrof lotniczych. Na Głównym Szlaku Beskidzkim było takich miejsc sporo, ale napotykałem je i w innych pasmach. Jak widać, także i Beskid Wyspowy na styku gór z niebem pochłonął swoje ofiary.



Jesienne drzewostany zachwycają mnie i rozweselają. Zatapiam się w czerwieniach, pomarańczach i żółciach, przez które prześwituje jeszcze sporo zieleni, gdyż jesień - mimo że barwna, to jeszcze nie ozłociła całej flory. Dzięki temu wizja zbliżającej się zimy jeszcze się nie wkrada do świadomości.






W tak magicznej scenerii czas i droga szybko mijają. Dochodzę do Lubonia Wielkiego, gdzie za szopą wita mnie kwadratowa bryła schroniska. Wchodzę do środka, które tak jak i szlak, wygląda na opustoszałe. Ale jest gospodarz i pozwala mi się rozbić w pobliżu. Proszę tylko o wodę i już wychodzę na zewnątrz, by się rozbić jeszcze za dnia.






Słońce już mocno nachyliło się ku zachodowi, toteż jeszcze chcę uwiecznić okolice. Dzielę zatem czas pomiędzy stawianiem schronienia i dokumentowaniem kolorowego spektaklu na niebie. Zaiste, gdyby ze schroniska dało się usłyszeć "The Great Gig in the Sky", byłbym niezmiernie ukontentowany. Ale w ciszy wieczora i tak byłem pełen niesamowitych wrażeń.








Pod Luboniem trudno jest znaleźć płaski kawałek pod namiot. Wymościłem się na takiej skibie, która zapewniała poziom dla materaca. Reszta gratów niech więc stacza się w kąt sypialni...
A pod wiatą znalazłem gniazdko elektryczne, to i mój smyrfon zaspokoił apetyt na miliwaty w sosie miliamperowym ;-) Jak się później dowiedziałem od kolegi - Pawła, wiata runęła dwa dni później. Mam alibi - mnie wtedy już tam nie było :)




Zasiadłem do kolacji, wpatrując się w girlandy świateł nieruchomych, jak i poruszających się po drogach w dolinie. Mimo wieczornego chłodu, jeszcze przez kilka chwil opierałem się pokusie wtulenia się w ciepły puch śpiwora. Bo właśnie ten chłód sprawia, że docierające do mnie wrażenia się utrwalają jako rzeczywiste, a nie oglądane w ciepłym pokoju przed telewizorem. Choć z tym akurat nie mam rozterek, bo domu nie ogrzewam, a i telewizora nie posiadam. Właśnie takie widoki z gór całkowicie i z nawiązką zastępują mi telewizor. A dokładniej, to telewizor zaledwie w części może zastąpić tak cudowne wrażenia odbierane na żywo wzrokiem, węchem, dotykiem i poczuciem lekkiego chłodu, utrwalone pod płachtą namiotu i puchowego kokonu, gdy wieje wiatr, szumi las, a ciemna noc raczy tajemniczymi odgłosami przyrody...








Dzień drugi - 19 października 2017.


Poranek wstał pogodny, acz chłodny. Ale chłód moim przyjacielem jest i nieodłącznym towarzyszem. Słońce świeci przez drzewo niczym polowa monstrancja, sypiąc złotymi iskrami dookoła. Budzą się góry wczoraj przeze mnie odwiedzone, a z dolin dochodzą odgłosy budzącej się cywilizacji. Bo nowy dzień wstaje, nowy dzień... :)





W dolinach jeszcze poranne mgły, a u mnie już słońce wesoło zagląda i powoli wydobywa namiot z cienia wysokich drzew. Słyszę coraz więcej głosów - to nadciągają uczestnicy jakiegoś szkolnego rajdu. Wielkie grupy młodzieży przybywają z hałasem i burzą świątynną niemal magię miejsca. Staram się być jakby nieobecny w tworzącej się rzeczywistości i przygotowując śniadanie, systematycznie zwijam obóz.








Gdy już moje smakołyki zostały spałaszowane, a do spakowania pozostał dosychający tropik namiotu, jedna z nauczycielek zaprasza mnie na grochówkę. Trochę szkoda, że nie wcześniej, bo jako wyznawca freeganizmu, chętnie bym przystał na taką propozycję, ale już mój żołądek dostał swoją porcję, a przeładowanie nie sprzyja lekkiemu maszerowaniu, toteż z żalem odmawiając - dziękuję.
Zwijam ostatni element i wrzucam plecak na grzbiet.



Ostatni rzut okiem w stronę schroniska. Z wczorajszej oazy ciszy, dzisiaj powstało tu miejsce zbiórki dobrze ponad setki ludzi. Ale taka przecież jest formula miejsca, więc czemu tu się dziwić. Schodzę zatem w stronę Rabki niebieskim szlakiem, także i dzisiaj podziwiając piękno mijanych miejsc.



 











Przede mną Rabka-Zaryte. Na chwilę zatrzymuję się na pobliskich łąkach, by wzrokiem ogarnąć malownicze widoki. Piękne jest to co w oddali, piękno ściele się także u moich stóp...





Niebieskie znaki prowadzą mnie w kierunku Grzebienia. Szlak piękny i łagodny przede mną, nawet na odcinku nizinnym pośród zabudowy. To też po części z ubarwienia jesienią...









Podchodzę na masyw Grzebienia, którego zostawiam po wschodniej stronie. Zaś za mną piętrzy się Luboń Wielki, z którego dopiero co zszedłem. Bliższe lasy cieszą oko złocistością barw.






Za przegibem dochodzę do ulicy, która prowadzi mnie do Rabki. Zanim opuszczę miasto, zmieniam kolor szlaku na czarny. A ten prowadzi mnie pod górę ku halom, na których napotykam na stado czarnych owiec, a zapewne i baranów :) Na szczęście nie witają mnie jak swego, choć czasami miewałem wrażenie, że w rodzinie byłem... Zresztą - mniejsza z tym ;-) :)











Dochodzę do czerwonych znaków. Dobrze je znam - wszak to GSB! W tym roku przechodziłem tędy trzykrotnie, a za każdym razem cieszę się z bycia w tych okolicach. Do schroniska na Maciejowej dochodzę niespiesznie, bo kontemplacja widoków jak zawsze mnie pochłania.





Zajmuję miejsce w jaskółce, więc dzisiaj odpuszczam nocowanie pod namiotem. Jako honorowy krwiodawca, mam tu bowiem korzystną zniżkę, a i rano mogę się sprawniej zwinąć, nie musząc pakować całego majdanu. Przed nocą jeszcze rozmawiam z sympatycznymi ludźmi, którzy zakwaterowali się w tym samym pokoju. Od dziewczyny chcę odkupić kijki trekkingowe których brak mi doskwiera, ale moja determinacja chyba utwierdza ją w posiadaniu dobrego wyposażenia. No cóż, - po drodze będę podpierał się doświadczeniem zamiast kijami... ;-) Nawet o rozsądnej porze zasypiamy.






Dzień trzeci - 20 października 2018.


Obudziłem się, a tu ciepło! No tak - jestem przecież w bacówce, na stryszku i w dodatku przy ścianie kominowej. Na zewnątrz ponownie mgły w dolinach, a przez górski grzbiet przelewają się kłęby obłoków. Zaś na zachodzie znad oparów wyłania się majestat Królowej Beskidów - Babiej Góry.





Plan na dzisiaj jest luźny i będzie się dynamicznie zmieniał. To w ramach posmaku przygody, kiedy nie wiadomo którą drogę wybiorę na rozstaju. Na razie jednak kroczę po czerwonych znakach - na Stare Wierchy.





Na Turbacz? No nie! Byłem tu już tyle razy - także w tym roku... Może w drugą stronę? Ależ i ten odcinek przedeptałem dwukrotnie. Zostaje zatem kierunek na południe - do Obidowej. Byłem tam, ale wystarczająco dawno, by chętnie znów tam zajrzeć. No to w drogę!





Zostawiam znakowane ścieżki. Kilkanaście lat temu Edytka oprowadziła mnie tu po tajemniczych ścieżkach, po których żaden szlak nie prowadzi. Chyba nawet nieco sentymentu wkradło się w te wspomnienia. Ruszyłem zatem w krainę wspomnień, krzepiąc się energią zaklętą w izraelskim batonie.




Dziwy natury ujęte przez człowieka i te nieokiełznane otaczały mnie zewsząd. Zwłaszcza te naturalne były surowe, autentyczne i niemal nieskażone, choć ślady ingerencji człowieka widoczne były co krok. Potok jednak swym wartkim biegiem i głośnym pluskiem dobitnie informował, że otacza mnie królestwo przyrody. Nic zatem dziwnego, że i ktoś inny chce tu spędzać wolny czas - co kawałek wyłania się mniej lub bardziej skromna chatka.













Przekraczam potok i wchodzę w dziki las. No dobrze - nie taki znów dziki, bo i tutaj widać wyraźne działania człowieka. W lesie bowiem jest sporo powalonych drzew, a i te zdrowsze, ale przeznaczone do wycinki, już zalegają przy leśnej drodze.









Dochodzę do większego składowiska i pozdrawiam drwali. To ciężka praca, choć często krytykowana. Ale mało kto chciałby się zamienić na twarde mozolenie się. Omijam rozjeżdżone błoto i wybieram jedną z drożyn pnących się pod górę. Idę gdzieś przed siebie, zaledwie z grubsza znając azymut. Mam cel, ale nie wiem na ile surowe warunki terenowe pozwolą na jego osiągnięcie.







Koniec drogi. Była tu poręba i stąd wożono kłody, ale nawet przejść dalej byłoby niełatwo. Szukam innej drogi, których zawsze w lesie jest sporo. No i po chwili trafiam na taką szerszą, nadal eksploatowaną. Spotykam nawet robotnika leśnego, który utwierdza mnie w nawigowaniu i kieruje do drogi, którą tak niedawno szedłem. A więc przynajmniej nie pobłądziłem.






Z kolejnej poręby rozglądam się po okolicy i po chwili następuje korekta planu. Nie pójdę dalej na wschód, bo przede mną głęboka dolina, a dzień już wchodzi w fazę popołudniową. Postanawiam więc dojść do czerwonego szlaku, którym mogę iść nawet nocą, bo znam go wystarczająco dobrze. Jest jeszcze trochę czasu, to po batonikowym obiedzie żeruję na borowinach w ramach podwieczorka :) Jestem już w pobliżu szlaku, toteż niebawem czerwone znaki mam przed oczami.











Złota jesień i słońce nisko nad horyzontem. Któż nie chciałby tak wędrować... Może tylko nie ci, którym niebo gwałtownie schyliło się do ziemi... Fragment śmigła i pogięte blachy dobrze znam, choć za każdym razem witam je jakoś tak bez nadmiernej radości...





Do Starych Wierchów dochodzę równo o zachodzie. Pasemka chmur choć nabierają pomarańczowej barwy, to jednak przesłaniają samą tarczę słońca. Piękny to widok tak po stronie zachodniej, jak i nad szczytami Tatr.
Od schroniska na Starych Wierchach do Maciejowej idę już przy świetle czołówki. Ale droga znana i z górki. Dochodząc, podziwiam Diablaka w pomarańczach :)

 
 







W schronisku już tylko gleba, bo o tej porze obłożenie jest stuprocentowe. Ale moja gleba jest wystarczająco dobrze ulokowana, by nie być rozdeptanym :) Zresztą co więcej potrzeba po tak cudownej wędrówce. Zasypiam z filmem pełnym jesiennych barw pod powiekami... :)






Dzień czwarty - 21 października 2017.


Jakoś nigdy z Maciejowej nie szedłem na zachód. Pójdę zatem dzisiaj, w ramach zdobywania nieznanych mi szlaków. Tym razem poprowadzą mnie zielone znaki.






Na Ponice idzie się początkowo lasem, aż za połogimi polanami szlak wychodzi na otwarty stok. Widać wieś ciągnącą się wzdłuż doliny i przeciwległe zbocza, na które zapewne będę wnet podchodził. Schodzę więc do drogi, lecz po chwili znaki prowadzą znowu w teren.






Dzisiaj jest mniej słońca, choć nadal ciepło by wędrować z przyjemnością. Zresztą słowa "wędrowanie" i "przyjemność" w moim słowniku występują niemal łącznie. Toteż z uśmiechem na twarzy osiągam kolejne wzgórze - Świńska.






Za wzgórzem owce i "full wypas" :-) Nieco dalej stado krów na wypasie i znowu owce. Przynajmniej tutaj łąki nie stoją odłogiem a przy okazji okolica wygląda bardziej swojsko. Pagóry są łagodne, toteż idzie się spokojnym rytmem.







Pióro pręgowane, - któreż to już znalezione na szlaku...? Zabieram, by przypominało mi okolice, gdzie drapieżne ptaki wypatrują swej zdobyczy. Ale chyba nie polują one na koty, bo monochromatyczny mruczek nie spogląda w niebo. Choć zdjąć go z takiego pnia dla skrzydlatego myśliwego byłoby łatwo.




W Rdzawce zahaczam o pobliski sklep. Drożdżówka na drugie śniadanie? Czemu nie! Proszę dwie! :) I już ręce mam zajęte do następnego wzgórza, na które prowadzi droga krzyżowa. Dla mnie nie jest to bynajmniej Golgota, ale też idę sam i na lekko...




Za ostatnim na szlaku wzgórzem mijam niewielką kępkę drzew. Tak jakoś smutnawo, choć nie wiem, czy to na widok wspomnienia krzyżowej śmierci, czy dlatego, że kończy się moja wędrówka. Tak czy inaczej, tu jest kres naszej drogi...
Opodal pobliskiego kościółka, na przystanku zatrzymuję się i spoglądam za siebie. Dociera do mnie myśl, że koniec jednej wędrówki jest dobrym powodem, by obmyślać kolejną...
Po kilku chwilach jedną, a później drugą okazją (dziękuję pani i panu) dojeżdżam na parking i wsiadam do samochodu.

Świat za przednią szybą wydaje mi się jakby bardziej szary...







_

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz