Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 10 grudnia 2017

Cztery bułki i pustynia... :)



Zabrałem z sobą sporo jedzenia, - w końcu będę szedł przez pustynię. Ale do tego w ostatnim dniu dołożyłem cztery bułki z żółtym serem... Zdjęć nie zrobiłem - bułka jaka jest - każdy widzi. Dopóki nie zje... :)
I tak powstał roboczy tytuł, który stał się już oficjalnym -

Cztery bułki i pustynia.


O Izraelu wiedziałem sporo. I z historii i z czasów współczesnych. Od jakiegoś czasu wiedziałem też, że jest tam sporo szlaków turystycznych, w tym ten najważniejszy - Shvil Israel - Israel National Trail (INT), czyli po naszemu Szlak Narodowy Izraela.

Stary paszport skończył się dawno, więc wyrobiłem nowy. Równolegle zacząłem planować krótki wypad do Izraela, by przed wiosennym terminem planowanego przejścia szlaku, zrobić rekonesans i sprawdzić na własnej skórze co i jak. No to poleciałem... :)










W dniu 5 grudnia wylądowałem na lotnisku Ovda, 60 km od Eilatu, na południu Izraela. Lotnisko wojskowe (coś w stylu Modlina) leży na środku pustyni.




Od razu zrodził się w mojej głowie plan, by dojechać z lotniska busem do Eilatu i wrócić na sobotę pieszo, właśnie idąc szlakiem. Trasa Shvil Israel przechodzi bowiem wzdłuż ogrodzenia lotniska, więc pomysł nie był nierealny. Jednak w wyniku skrupulatnych wyliczeń okazało się, że zabraknie mi jednego dnia, bo szlak trochę kluczy i dystans jest dłuższy niż drogą.

Wbrew przestrogom i internetowym postrachom, odprawa po przylocie była tak sprawna i bezproblemowa, że po 20 minutach siedziałem już w autobusie przed halą przylotów. Gdy autobus się zapełnił, ruszyliśmy do Eilatu.






Autobus nie miał po drodze przystanków, ale jeden z pasażerów chciał wysiąść przy szlaku do Czerwonego Kanionu. Jednak gdy kierowca niemal się zatrzymał, tamten jakoś się nie zdecydował na wysiadkę. Czyli jeśli komuś pasuje, można po drodze przy jakimś szlaku - a jest ich sporo - wysiąść. Pewnie zależy to od dobrej woli kierowcy, ale tym razem ta była.

Na dworcu w Eilacie wszystko w normie. Informacja, rozkłady jazdy, kasa biletowa, przechowalnia bagażu, gniazdka elektryczne (standard polski), schron (!) i bieżąca, pitna woda. Zalałem butelkę i ruszyłem w miasto.







Po wyjściu z dworca, po drugiej stronie ulicy był kantor, w którym po akceptowalnym kursie wymieniłem kilkanaście dolarów. Kobieta była chyba nie w sosie, bo jak poprosiłem o drobniejsze banknoty, to dostałem w możliwie najgrubszych. Choć pewnie dla niej to nadal były drobne... :)



Czego podróżnik nijak nie może zabrać do samolotu? Otóż nie zabierze butli / kartusza z gazem. Wieść gminna niesie, że w kompleksie handlowym BIG znajduje się sklep Rikushet i jest to jedyne miejsce gdzie można kupić kartusz z gazem.
W imię poświęcenia się dla dobra wiedzy mojej i moich epigonów, odszukałem to miejsce.
Interesował mnie gaz w kartuszach gwintowanych i taki był, w jedynej pojemności 230g. Koszt - 29 szekli, czyli plus/minus tyleż złotych. Mniejszych setek i większych czterystapięćdziesiątek nie było. Były także tańsze butle do innych rodzajów kuchenek i palników.






Czas było poszukać miejsca pod namiot. Rozpoznanie internetowe mówiło o odległej o kilka kilometrów południowej plaży, więc spokojnie udałem się w tamtą stronę.
Po drodze mijałem spory port do którego ciągle dopływały transporty samochodów. Było ich na kilku placach chyba kilkanaście tysięcy. Nieco dalej kilka przystani jachtowych, wypasione hotele i klimatyczne knajpki. Mimo sporego dystansu, różnorodność wrażeń umilała drogę.









Wreszcie za plażą i knajpką Migdalor trafiłem na długą plażę, przy której stało kilka przyczep kampingowych i kilkanaście namiotów. Z racji dość wczesnej pory i ciepłego wieczoru, poszedłem nieco dalej, do granicy z Egiptem, oddalonej o kolejny kilometr. Wróciłem zatem między namioty, by znaleźć miejsce dla siebie na noc.







Wypatrzyłem miejsce pomiędzy sporym głazem a mniejszymi kamieniami. W sam raz na mojego Rigela. Na początek rozwinąłem jedynie karimatę, plecak oparłem o kamor i wyłożyłem się pod ciepłym rozgwieżdżonym księżycowym niebem, o kilka metrów od szumiącego Morza Czerwonego. Czysta sielanka na początku grudnia :)




Właściwie mógłbym spać pod chmurką, ale miałem namiot... Po krótkim wylegiwaniu się i walce z morską bryzą, mój zielony pałacyk stanął na plaży. Obłożyłem go kamieniami, by dzielniej znosił podmuchy dość mocnego, ciepłego wiatru. Od sąsiadów dostałem butlę wody, gdy tylko zapytałem gdzie można napełnić bukłaki. Czułem się tu dobrze, bezpiecznie i całkiem swojsko - wszak za plecami wyrastały góry, będące jednocześnie granicą pustyni. Zaś na drugim brzegu Zatoki Akaba błyszczały światła Jordanii, a nieco dalej na południe ciemniły się połacie Arabii Saudyjskiej.
Pospacerowałem jeszcze po plaży, poszukałem muszelek i fragmentów rafy koralowej, aż wreszcie zaległem do snu...




Środa była przeznaczona na marsz przez pustynię. Trzeba było zatem odpowiednio się posilić i na to konto poszła pierwsza bułka z serem. Czy była taka syta, czy izraelska woda z Litorsalem i magnezem które do niej dodałem była taka magiczna, że to wystarczyło.
Zwinąłem namiot i ruszyłem w stronę Szkoły Polowej, przy której Shvil Israel ma swój początek bądź koniec.









Na krańcu plaży jest umywalnia z pitną wodą. A obok można zajść do knajpki i klubu nurkowego do toalety i natrysku. Zaś na każdym słupie zainstalowany jest router i darmowy dostęp do internetu. Full wypas!





Mijając delfinarium i bajeczne hotele, doszedłem do Szkoły Polowej. Sfotografowałem mapę szlaku, skorzystałem z umywalki i nabrałem wody do dwóch dwulitrowych bukłaków Platypusa. Butelka Nalgene zalana była jeszcze na plaży.








Tuż za terenem Szkoły ktoś zawiesił na drutach energetycznych buty. Właściwie, to było ich tam kilka par. Zapewne tradycja kończących długą wędrówkę...
Tuż obok jest też supersam. Wchodzę i pytam miłą młodą sprzedawczynię o gaz. No i jest! Na dodatek tańszy, bo tylko 26 szekli! Dobra wiadomość przed wyjściem na szlak. Rozmawiam z nią jeszcze chwilę i pytam o kijki trekkingowe i prosty nóż do warzyw, bo i tych rzeczy nie zabiorę do bagażu podręcznego. Tego w sklepie nie ma, ale sugeruję, by może wzbogacić asortyment z myślą o takich ekonomicznych podróżnikach jak ja...





Za supermarketem gdy skręcam ku górom, na znaku drogowym widzę pierwsze oznaczenie Szlaku Izraela. Strzelam selfa, bo to pierwszy krok na INT...
Obok, przy beduińskim namiocie dwa dromadery czekają na turystów. Ja zaś już pustynną drogą zmierzam do narożnika ogrodzenia.
Na długich szlakach zwykle znajduję pióro ptaka drapieżnego. Dzisiaj czekało na mnie jeszcze przed startem...!






Tu, gdzie kończy się zabudowa i od razu zaczyna górzysta pustynia, znajduję skrzynkę z dziennikiem szlakowym, do którego nie omieszkam się wpisać. Nic to, że to tylko rekonesans, ale jednak pójdę za znakami Shvil Israel... A tuż obok spory kamień w barwach "klubowych" :)






Idę! Pierwsze podejście, pierwszy znak w terenie. Współbieżnie prowadzi też szlak zielony. Na ścieżce sporo młodzieży szkolnej, - pewnie w ramach zorganizowanej lekcji na wzgórzach.
Momentami robi się zator, więc to zboczem, to urwiskiem omijam towarzystwo schodzące w dół. I wtedy słyszę: "Ten to się nie p... !" (nie pamiętam tego po "p"). Iwona ze swoim partnerem właśnie szli szlakiem zielonym i kierowali się na Har Tsefachot (Har - góra). Przeszliśmy zatem ten odcinek razem, ze dwa razy obchodząc karawanę młodzieży.





Z góry widoki były bajeczne. Eilat po lewej zamykał zatokę, którą na wprost flankowały jordańskie góry. Nad błękitną zatoką apetyczne chmury płynęły po nie mniej błękitnym niebie...
Moi polscy towarzysze robili pętlę do Eilatu, więc przed szczytem się rozstaliśmy, gdyż moje znaki wiodły w lewo w dół, w głąb pustkowia.




Na południu Izraela pustyni nie trzeba szukać - jest wszędzie. Nawet miasta są na pustyni, co czasem widać po niezagospodarowanych placach. A już tutaj, może ze dwa kilometry od drogi asfaltowej i ostatnich zabudowań, można się poczuć jak w sercu pustyni.
Na lokalnych szlakach sporo wędrujących grup młodzieży, indywidualnych turystów znacznie mniej. To pownie ze względów bezpieczeństwa, bo nie każdemu uśmiecha się wizja kontuzji na takim odludziu.

Oznakowanie było bardzo dobre z małym minusem. Generalnie można przyjąć, że gdy wraz z INT prowadzą inne lokalne znaki, to są one malowane 3 - 5-krotnie częściej niż trójkolorowe pasy Shvil Israel. Czyli na kamieniu widnieje "nasz" znak, gdzieś obok np. niebieski który powtarza się co kilkadziesiąt kroków, a po rzeczonych kilku powtórzeniach lokalnego, pojawia się i "nasz".
Oczywiście gdy się rozchodzą, to oznaczenia są wyraźne, więc nie ma obawy gdy widać jednobarwny, a nasz gdzieś zaginął. Pojawi się niebawem. Inna sprawa, że niekiedy trzeba go nieco dalej wypatrywać, ale zgubić się przy uważnym wędrowaniu byłoby naprawdę trudno.
Dodatkowo ścieżka jest wyraźnie wydeptana, zwłaszcza na lokalnych szlakach, no i prowadzona też logicznym przebiegiem.





Dochodzę do dna doliny, którą okresowo po ulewach płynie rzeka. Takie miejsca nazywane są z arabskiego "wadi", a po hebrajsku "nahal". Widać tu też resztki roślinności, najbardziej odpornej na brak wody.
Tymczasem, jak na potwierdzenie słów o znakowaniu, pojawiają się informacje o rozejściu trzech szlaków - zielonego który prowadzi doliną i mojego, który wraz z czarnym odbija w lewo na grzbiet. Tam otworzą się szersze horyzonty, a szlak sprowadzi mnie znów w dół.






Idzie się wygodnie. Przewyższenia są niewielkie, trasa dobrze oznakowana, nawet pogoda sprzyja lekkim zachmurzeniem. Za kolejną doliną w której wiatr poganiał uschnięte drzewko, komuś "skończyły" się buty. Ale w drodze powrotnej można dać radę nawet w klapkach, aczkolwiek tylko awaryjnie. Natomiast sandały na stopach wędrowców spotykałem kilka razy. Jest bowiem tak sucho i ciepło, że buty muszą mieć wystarczającą wytrzymałość. No i chronić przed kolcami, bo tu niemal wszystko co rośnie, posiada kolce...







Przede mną kolejna dolina, ale po prawej coś mi mignęło przed oczami. spoglądam tam i widzę Ibexy - Koziorożce Nubijskie. To takie lokalne kozice górskie z obfitymi rogami, mało płochliwe. Gdy na nie zagwizdałem, zza pobliskich zboczy wyszło jeszcze kilka i w sumie naliczyłem jedenaście sztuk. Później co jakiś czas widywałem je w oddali.





Teren powoli zmieniał się na wyżynny, prowadząc ku nieodległym szczytom. Zdecydowanie wędrówka tymi surowymi Beskidami Izraelskimi ;-) przypadła mi do gustu. Niby pustynia i odludzie, ale jej skalista rzeźba i mnogość szlaków dodawały pewnej przyjazności.








Na eksponowanym grzbiecie wypatrzyłem posuwającą się w moim kierunku grupkę ludzi. Po chwili spotkaliśmy się na zboczu i przez kilka minut zamieniliśmy kilkaset słów :) Była to wycieczka z kilku hoteli, prowadzona przez lokalnego przewodnika. Uczestniczyło w niej kilkanaście osób z zachodniej Europy i zaliczali właśnie spokojną jednodniówkę. Oni zeszli w dolinę, a ja zwróciłem się ku górom brunatnym i złotym.





Szedłem sobie pięknym grzbietem, mając pod stopami pył pustyni wzniecany w rytm moich kroków, a dookoła surowe, choć piękne widoki. I znowu spotkałem młodzież szkolną w niewielkiej zorganizowanej grupie.





Gdzieś poniżej dawno zanikłe wody deszczowe utworzyły piękny lej, w centrum którego zaschnięta akacja czekała na kolejne deszcze. Jedyne drzewo w promieniu kilku kilometrów było zapewne zbawieniem dla miejscowych szakali - w końcu jest się gdzie wysiusiać... :)



Niedaleko widzę zbiegające się ku sobie stoki. Nieomylny to znak, że zmierzam ku przełęczy. No i trafiam nieomal na eksplozję cywilizacji, bo nie dość że prowadzi tędy droga patrolowa przy granicy z Egiptem, to jeszcze z niej schodzi trzech trekkerów z słusznej wielkości plecakami i z wielkim uśmiechem pozdrawiamy się gromkim "shalom!". Pewnie byli w naszych Beskidach i poznali nasze górskie "cześć" :)



Żeby nie było tak cukierkowo, za drogą widzę tablicę, ostrzegającą o bliskości granicy i niebezpieczeństwie związanym z jej przekraczaniem czy choćby zbliżaniem się do niej. Ale ja sobie spokojnie wędruję malowniczym szlakiem...





Zresztą... Kto by chciał w stronę Półwyspu Synaj, kiedy po przeciwnej stronie Klifów Girszona do których dochodzę, złoci się najpiękniejszy bodaj widok tego dnia - Giyat Rehavam. (Europejska transkrypcja pisma hebrajskiego może dawać nieco odmienną nazwę.)
Widok jest tak olśniewający, że sięgam po drugi posiłek tego dnia - ciasteczka owsiane, a jednocześnie strzelam fotę za fotą. Właśnie z tej perspektywy dość wysokiego klifu, przepiękny złoty kopiec majestatycznie lokuje się w zakolu doliny. Okolony zupełnie innymi formacjami skalnymi barwy brązowo-brunatnej, mieni się kolorami żółci i złota, jakby praocean w ostatniej fazie formowania przez spłynięciem w doliny, przyniósł tu ostatnie wirujące pokłady świeżego złotego piaskowca... Aż trochę żałowałem braku pełnego światła słonecznego - jedynie do zdjęć, bo któż tęskni na pustyni za słońcem...







Bynajmniej nie byłem tam jedynym obserwatorem urzeczonym tak cudownym widokiem. Cała przełęcz na klifie była tak obsadzona młodzieżą, że zasłonili mi znak, przez co zamiast w lewo, skręciłem w prawo - ku złotemu kopcowi. Jednak uznałem to za dobre zrządzenie losu, bo doszedłem do drogi w dolinie u stóp stożka i dopiero wtedy sprawdziłem marszrutę i zawróciłem. Pewnie jeszcze tu wrócę...






Schodząc przeciwległym zboczem ku korycie Giszrona, musiałem wytężyć uwagę i wzmóc ostrożność. Zejście z klifu było strome, a podłoże pełne drobnych kamyków, więc o obsunięcie się było łatwo. Na szczęście buty wzorowo trzymały się skały, a ostrożność nie pozwoliła zlekceważyć zagrożenia. Po kilku minutach Wadi Gischron stanął przede mną otworem.












Dziko, sucho i jednak pięknie. Nawet nie próbuję określić, co podobało mi się w tym miejscu. Chyba naturalność, surowość i nadal tkwiące w tym to niedefiniowalne piękno. Choć nieco dalej ślady przepływającej niegdyś wody utworzyły swe magiczne scenografie, które dopełniane wyobraźnią, wprawiały w niemy zachwyt. Bo nawet wiatr wiejący górą, przycichł w dolinie...







Początek grudnia jest dobrą porą na pustynne wędrówki. Nie ma letnich zabójczych upałów, a lekkie zachmurzenie choć trochę podnosi wilgotność powietrza. Jednak nadal jest bardzo sucho, bo niewiele ponad 40% pary wodnej znajduje się w atmosferze. To znacznie mniej niż w Polsce, toteż piechurowi wyraźnie szybciej zasycha w gardle. Trzeba często popijać po małym łyku, co wystarczy by utrzymać właściwe nawodnienie i zbyt szybko nie pozbawić się zapasów płynów.
Zatrzymałem się na jedyny odpoczynek pod zasuszonym drzewem, by uzupełnić wodę w butelce. Dodatkowo rozpuszczam elektrolity i dodaję tabletkę magnezu.




Dno kanionu raz wąskie, raz szerokie, tutaj staje się bardzo obszerne. Ale już niewiele dalej widać, że twarda skała oparła się naporom wód i ściany tworzą wąski i wysoki kanion. Nieco zaś w górę suchego potoku napotykam spiętrzenie skał, które w porze deszczowej tworzy mały wodospad. Aby wspiąć się na wysoki stopień, należy pokonać kilka metrów po klamrach. I znowu kilkaset metrów płaskiego dna...







Wyobrażam sobie jak to miejsce wygląda po rozpętaniu się gwałtownej ulewy. Z opisów wiem, że powstaje wtedy "flash flood" - błyskawiczna powódź. Miejsce staje się matnią dla wszelkich istot znajdujących się w takim miejscu.
Za zakrętem tej niesamowitej alei, kolejne podejście. Klamry solidnie zamocowane bardzo ułatwiają pokonanie przewyższenia, do którego niezawodnie prowadzą znaki lokalnego i "mojego" szlaku.





Gdy wychodzę na kolejny poziom pustynnej wędrówki kanionem Giszrona, spostrzegam nagromadzenie kamieni i małych głazów wraz z powalonym rachitycznym drzewem. Zaiste, w czasie nawałnicy siły żywiołu dają tu niezły pokaz swej bezwzględnej siły. Chętnie obejrzałbym takie przedstawienie z bezpiecznego miejsca, choć nie wiem, czy owo miejsce aby na pewno byłoby bezpieczne...



No i niedaleko stąd do drogi. Tej samej patrolowej, którą przecinałem całkiem niedawno. Wąska wstęga asfaltu wyraźnie cywilizuje krajobraz, a zainstalowana na pobliskim wzgórzu antena przekaźnikowa informuje, iż jest to cywilizacja techniczna.
Niemniej jednak natura koegzystuje w harmonii z cywilizacją, gdyż dostrzegam pięknego koziorożca. Ibex jest zainteresowany dwunożną istotą, przyglądając się bez wyraźnych emocji. Ach, - gdybym miał wiązkę soczystej trawy z połonin... Odszedł, ale za to słyszę ludzkie głosy. Ktoś woła w moją stronę i zauważam patrol żołnierzy tuż obok ich Land Rovera.
- Co tu robisz? - pyta starszy rangą żołnierz.
- Wędruję przez pustynię! - odpowiadam.
- Ale nie powinni Cię tu być?
- Niby dlaczego?
- Bo to teren wojskowy!
- Ale tu jest znakowany szlak! O tu - na kamieniu!
Drugi młodszy coś do niego mówi szeptem i sprawa się wyjaśnia. Kilka pytań bez legitymowania i już wszystko jest w porządku.
- Tylko nie zbliżaj się do granicy, bo to niebezpieczne.
- Jasne, znam reguły bezpieczeństwa.
- No to w porządku, - miłego dnia.
Podaliśmy sobie dłonie, a z jednym młodym wesołym chłopakiem, zanuciliśmy "Hevenu shalom alechem" i jeszcze jedną melodię, po czym każdy zebrał się w swoją stronę. I tak się spełnia miłego dnia... :)





Zostawiam drogę. To dobre dla samochodów. Na mnie czeka górny bieg koryta Giszrona i bezkres pustyni. Drzewa zachowujące jeszcze pozory życia i zahibernowane do następnej ulewy.
Nieco dalej szlaki się rozchodzą, a ja podążam bałaganem pozostawionym przez zanikłe dawno wody. Kolejna napotkana akacja wypuszcza nieśmiało zielone listki, ale już sroży się długimi i ostrymi kolcami. No tak... Jak nie rogi - to kolce. Jak nie kolce - to zęby jadowe. Węża nie spotkałem, ale za to uciekł przede mną mały skorpion. Dobrze, że on zrobił to pierwszy... :)
Schował się pod niewielkim głazem, wierząc w bezpieczeństwo swego schronu.






Tu musiało być niezłe rozlewisko! Wypłukane ściany otwierają szeroki zbiornik, na dnie którego wysysają z głębi ziemi resztki wody jakieś zasychające mniejsze i większe rośliny. Gdzieś tam pod wierzchnią warstwą pewnie trwają atomy wilgoci.
Przed następnym stopniem z którego zlewały się wody, zauważam trzy niewielkie głazy. Co ciekawe, - każdy z innej parafii czy raczej innego kibucu. Jeden tubylec i dwóch przybyszów. Cóż - kraj wielojęzyczny i wielokulturowy, to i zróżnicowanie geologiczne ma uzasadnienie.






Może nie zawsze chciałem stanąć na Marsie, a mimo to moje marzenie się spełniło ;-) Nie myślałem, że tyle tam roślinności :) Za przesmykami i załomami szlak wskazuje słuszny kierunek, - wąskim kanionem przed siebie.







Sucha kompozycja. Nie, nie doszedłem do kwiaciarni. To kolejny krzew czeka by się czegokolwiek napić. A tak! Ja też powinienem. Przede mną jeszcze kilka podejść po klamrach i niewiele łatwiejsze przewyższenie, ale już bez ułatwień. Wreszcie zatrzymuję się przy głazie ze znakiem i nawadniam się dwoma łykami. A co! Wody mam wystarczająco dużo!









Przede mną kolejne popowodziowe rumowisko, a szlak lekko nabiera wysokości. O rany! Ślepa uliczka! Nie... Po lewej otwiera się jeszcze jeden przesmyk kilka metrów powyżej. Prowadzą do niego dwie drabiny. Dwie! Może jeszcze trafię na windę... ;-) No to wybieram tę z prawej.






Nie żebym narzekał, ale przydała by się jakaś odmiana. Może szczyt i widoczki, - byle nie ulewa!
W sumie jest mała odmiana. Doszedłem na tyle wysoko, że pionowe ściany ustąpiły miejsca pochyłym zboczom. Trochę jakby więcej powietrza, bo i wiaterek daje się odczuć. Niewielka to odmiana, ale jednak. Żeby nie było zbyt różnorodnie, po raz kolejny trzeba się wspomóc klamrami. Jeszcze ze dwa takie odcinki i w domu zburzę schody i na piętro też będę wchodził po klamrach...
Nieco dalej to już szczyt wygody, bo w stromej rynnie zainstalowano poręcze. Bardzo ułatwiają zejście, aż żałuję, że nie podążam w przeciwną stronę, bo może by mi się udało zjechać po poręczy jak za dawnych czasów...







No, - wreszcie jestem na tyle wysoko, że mogę wzrokiem ogarnąć szerszy widnokrąg. Królują oczywiście góry w kolorach od jasnożółtego po ciemnobrunatny. W sąsiedniej dolinie wije się ogrodzenie z drutem kolczastym - a jakże - kolczastym! Sztucznie wygląda ta granica, gdy góry się nie różnią... Nijak mi to nie pasuje...




Górą wieje. I to na tyle mocno, że gdy się odwracam by podejść jeszcze wyżej na ścieżkę wskazaną znakami, muszę uważać by rzeczywiście nie zjechać po poręczy. Teren już nie jest tak osłonięty jak dołem, toteż wichry wieją jak chcą, a ja chyba jestem na Tatooinie, gdzie Luke Skywalker śmigał bezśmigłym śmigaczem. Tylko czekać jak z zerodowanych skał wyskoczą Evoki czy inne Wookie.






Cóż... Obi-Wana Kenobiego nie spotkałem, więc używam mocy i prę, bo słońce chowa się za szczyty Egiptu. Absolutnie bym się nie zdziwił widząc nisko przelatującego Sokoła Millenium. Raczej zacząłbym się obawiać szturmowców w pościgu... ;-)
Sępią percią dochodzę do ciekawej grzędy. Po lewej urwisko, po prawej wadi. A przede mną Har Joash, czyli Góra Joasi ;-) Z góry niesie się głos ludzi, wybijających rytm na blaszanej skrzyni amunicyjnej. Zakładam, że wędrowców nie ostrzeliwują...







Nadciągają ciemne chmury. Sąsiad z plaży wspominał coś o deszczu. Przyspieszam nieco kroku, ale kontynuuję obserwację okolicy. Mam dobą projekcję, a okolica nie może się znudzić. Tym bardziej, że w miarę pokonywanej odległości, coraz to nowe atrakcje przyciągają moją uwagę.







Chmury wydają się nieszkodliwe, a wręcz pożyteczne. Zapadający zmrok wydobywa poświatą ostatnich promieni słonecznych głębokie, nasycone barwy. Ciekawie robi się i na ziemi i na niebie!






Wracam na marsa. Skały mają tu tak intensywnie czerwoną barwę, że można kręcić kosmiczne sceny bez modyfikowania scenografii. Dopiero znaki drogowe widoczne w pobliżu informują, iż znajduję się na ziemi. Inna sprawa, że napisy na tychże są tak samo niełatwe dla mnie do odczytania, jak i marsjańskie... :)





No super! Plan na dzisiaj wykonany. Za drogą powinno być miejsce pod namiot, ale nic takiego nie widzę. Spoglądam więc w dolinę w którą już nie schodzę i zawracam na asfalt by odszukać alternatywne miejsce biwakowe.





Zapada zmrok. Dzieje się to dość szybko. Schodzę asfaltem w stronę miasta. Dystans nie był może zbyt długi, ale dość wymagający. Więc teraz idąc poboczem, przynajmniej dobiję te kilka kilometrów, by mieć pojęcie o swojej kondycji. Mijam jedno opustoszałe pole biwakowe, a na drugim zaś jest większa imprezka, bo są światła zasilane z agregatów, głośna muzyka i mrowie ludzi. To nie dziwie się, że wyżej było pusto. Ja jednak chcę się wyspać, więc do nich nie schodzę. Pokonuję serpentyny i nieco poniżej w gęstym mroku słyszę odgłos ni to szczekania ni to wycie. Tak ze dwa - trzy razy. Zaanonsował się Szakal Złocisty, ale szybko zniknął w mrokach nocy.
Między wzgórzami pojawiły się światła Eilatu. Z wolnej ręki fota wyszła żałosna, ale ani podpórki, ani statywu... Zrobiło się trochę chłodnawo, więc założyłem koszulę i pomyślałem o kiwnięciu na okazję. Nieco dalej złapałem stopa - młode małżeństwo wracało z Jerozolimy. Tam akurat padało i było zimno, a tu pogoda jak marzenie. Wysadzili mnie przy rondzie na kierunku do mojej plaży, więc dołożyłem kolejne siedem kilometrów z buta i minąwszy nowy supermarket w którym sprawdziłem zaopatrzenie i ceny, zameldowałem się na plaży w tym samym miejscu. Rozstawienie namiotu przebiegło szybko i sprawnie. Tym samym dzień udał się wyśmienicie... :)












W trzecim dniu zaplanowałem wędrówkę po okolicznych górach. Pustynię z jej długim szlakiem poznałem dość słabo, jednak gdybym poszedł na trzy dni i dotarł w okolicę Timna Park, co wciąż miałbym zbyt mało czasu by dojść do lotniska, którego drugą stronę ogrodzenia mija właśnie Shvil Israel.
Wstałem więc niezbyt wcześnie - jak lubię. Zjadłem drugą bułkę z czterech i wybrałem się na szlak.






Przechodząc drogą do punktu startowego z poprzedniego dnia, wypatrzyłem kilka namiotów rozstawionych w trudno dostępnych miejscach. Sam miałem taki zamiar, ale widmo funkcjonowania "za górami, za lasami" jakoś mnie nie przekonało.
Minąłem też szkółkę nurkową i obozowisko dla przyczep, by za delfinarium przy którym beduińskie camele czekały na chętnych, dojść niebawem do początku szlaku.








Tak jak wczoraj, energicznie ruszyłem pod górę. Dzisiaj chciałem wejść na szczyt Har Tsefachot, przed którym skręcałem na długi szlak. Także i dzisiaj na pętli Eilatu sporo było młodzieży szkolnej, a pobliskie wzgórza były gromadnie okupowane.






Tsefachot to popularny szczyt w okolicy. Jest tu niedaleko od miasta, a widoki z wzniesienia są warte mozołu. Mijając klasy z nauczycielami, chwilę posłuchałem śpiewającej i grającej na gitarze dziewczyny. Opodal reszta towarzystwa celebrowała swe zajęcia. Usiadłem na chwilę w najwyższym punkcie i lustrowałem okolicę.






Na małej wydrukowanej mapce i w aplikacji, wypatrzyłem szlak schodzący w pobliże granicy egipskiej. Określilem gdzie powinien odbijać od "mojego" szlaku i zszedłem ze szczytu. Za przełęczą powinien odchodzić, bo w oddali wyraźnie widać było wydeptaną ścieżkę. Nie mogłem jednak zlokalizować pierwszego oznakowania.
Wszedłem zatem na sąsiednie wzgórze, wskazane na mapie i po kilkudziesięciu krokach sprawa się wyjaśniła. Szlak został porzucony, a znaki zamalowane. Jednak co ciekawe, spod maźnięć szarej farby, przebijały się oznaczenia znane mi z INT! Znaczyło to ni mniej ni więcej, że Szlak Narodowy Izraela pierwotnie prowadził właśnie tędy! Odkrycie to ucieszyło mnie o tyle, że chcąc pokonać ten szlak, poznaję także jego historyczne początki.





Nawigowanie było łatwe, bo co krok zamazane znaki utwierdzały mnie o poruszaniu się właściwą ścieżką, którą i tak regularnie ktoś przechodził. Uwieczniałem też potencjalne miejsca pod namiot, w sam raz do podziwiania wschodów i zachodów słońca. Obserwowałem też proces wietrzenia skał, a do mijanego kopczyka dołożyłem kolejny kamień. A miejsc pod namiot było sporo.








Mimo niemal dotykalności cywilizacji, okolica miała pustynny charakter. Surowe skały i skąpa roślinność w niczym nie zwiastowały bliskości morza. Można by było stromą wąską ścieżką dojść do osłoniętej okolicy i udawać że jest się z dala od ludzi.





Wystarczyło jednak kolejne kilkadziesiąt kroków, by stanąć twarzą z pobliską zatoką i niedaleką granicą z krainą faraonów. Suche krzewinki na tle nieodległego morza cierpliwie czekały na deszcz.






Idę w spokoju i w pokoju, aż trafiam na nielichą niespodziankę. Na małym cypelku znajduję dwie łuski od granatnika 40 mm. Oczywiście same łuski z odstrzelonej amunicji, informujące, że pociski poleciały gdzieś dalej... A gdzie? Spojrzenie które rzuciłem przed siebie, zatrzymało się za ostatnim skrawkiem Izraela, na górach po stronie Egiptu... Podniosłem te łuski i zabrałem.





Bynajmniej na tym nie zakończyła się moja konfrontacja z akcentami militarnymi. Na sąsiednim klifie natrafiłem na typowe stanowisko strzelca wyborowego. Po lewej stronie za niską stertą kamieni zalegał snajper wypatrujący celu, a po prawej za koszem z kamieniami czatował spotter lustrujący okolicę. Czasem i strzelec mógł usiąść i odpocząć za drugim koszem. Ja jednak do swojej optyki nie miałem podpiętej żadnej lufy, toteż strzeliłem fotę w kierunku granicznej baszty egipskiej i grzbietu górskiego, po czym wyraźnie opadającą drożyną zacząłem schodzić ku drodze patrolowej.




Ostatni znak Shvil Israel był moją kartą przetargową w przypadku kontroli wojska. Doszedłem do sąsiedztwa drogi i samej granicy, gdzie leżały zwoje drutu kolczastego, a po obydwu stronach stroszyły się zasieki. Na asfalcie poczułem się raźniej, ale już uświadomiłem sobie, dlaczego początek Szlaku Izraela przesunięto trzy kilometry w głąb kraju...





Przy samej granicy ulokowała się restauracja pod gołym niebem. Jeszcze w trakcie budowy, ale już gotowa na przyjęcie pierwszych klientów. No cóż - w Izraelu powiedzenie biznes to biznes ma wiele zastosowań w praktyce.




Za restauracją droga patrolowa dochodzi do drogi Eilat - Taba (Egipt). Widzę już szlaban na "mojej" drodze i dziwię się, że nikt mnie nie wypatrzył, nikt nie kontroluje... Ale gdy zbliżam się do szlabanu, nadjeżdża Land Roverem patrol wojskowy i na powitanie żołnierz wyciąga rękę. Nawet trudno to było nazwać kontrolą. Spokojna rozmowa, kilka pytań bez legitymowania i wszystko jasne. Już jesteśmy uśmiechnięci, a ja oddaję im te puste łuski od granatnika. Trochę zdziwieni wrzucają je na tył Landryny, ostrzegają o bliskości granicy i potencjalnym zagrożeniu, życzą miłego dnia i ja odchodzę, a oni jadą dalej na patrol. Miło, przyjaźnie i w cywilizowany sposób. Sympatyczny akcent na zejście ze szlaku.



Przechodzę obok pierwszego od tej strony wypasionego hotelu i powoli dochodzę na "swoją" plażę. Robię jeszcze małą rundkę po okolicy, bo pora wczesna. O zmroku wracam do namiotu i na kolację wciągam trzecią bułkę z serem. Zdecydowanie nie jest to brak apetytu, a przy okazji określam sobie minimalny zapas żywności na takie warunki. Wiem też ile wody potrzebuję na dzień wędrowania w tym klimacie.
Po kontemplacji wieczornych widoków, wczesną nocą zasypiam...









Czwarty dzień będzie w założeniu wśród cywilizacji. Wstaję znowu bez pośpiechu i na boker tov (dzień dobry) witam się z morzem. Jest ciepłe, krystalicznie czyste i łagodnie falujące. Połyskuje w nieźle grzejących już promieniach słońca, wydobywając barwy z płukanych przypływem kamyczków. Jeden z nich chyba temu morzu nadał nazwę od swej barwy.
Ja zaś kontentuję się ostatnią, czwartą bułką, siedząc na kamiennym stołku o dwa metry od morza...







Miasto nie jest dla mnie nośnikiem ciekawostek wartych uwiecznienia. Postanawiam pójść na spacer pod tytułem border-to-border, czyli do granicy z Jordanią i powrót do przejścia granicznego w stronę Egiptu. Tym samym zamierzam wykonać dzienny limit marszu, bo linia brzegowa Izraela nad Zatoką Akaba wynosi około 11 kilometrów, co wraz z zaglądaniem to tu to tam, daje mi około 27-mio kilometrowy dystans.
Właściwie większość zabudowy można obejrzeć w internecie. Tym samym aparat większość czasu spędził w swobodnym zawisie, choć trochę fotek ustrzeliłem.













Sobota to już dzień wyjazdu. Budzę się z zapasem czasu na rozbudzenie się i wstaję. Wstaje także piękny, słoneczny dzień, - aż nie chce się wracać do zimowej aury.
Jakby na pożegnanie do naszej plaży podpływa kuter straży przybrzeżnej i spokojnie kołysząc się na falach, dryfuje niemal niezauważalnie.
Na śniadanie wsuwam chałwę i popijam wodą wędrowca - roztworem Litorsalu i Magnezu Skurcz :) Spokojnie pakuję rzeczy, zwijam namiot i spoglądam na opustoszałe miejsce po moim biwaku. Niedługo tu byłem, ale chętnie tu powrócę, jeśli tylko zaistnieją okoliczności sprzyjające.







Idę wolnym krokiem na drugi przystanek - ten przy delfinarium, bo nie mam pewności, czy przy plaży Migdalor zatrzyma się autobus linii 282 na lotnisko. Miejskie się tam zatrzymują.
Zagaduję się z Olkiem, który z sąsiedztwa także wraca na lotnisko i z zagadania o mało nie przepuszczamy autobusu. Machnęliśmy w ostatniej chwili.




Na dworcu pasażerowie dobili do pełna, ale kierowca mówił, że reszta pojedzie drugim autobusem. Do lotniska dojechaliśmy bez przygód i na czas. Kilka kontroli przebiegło sprawnie i w miarę szybko, bo przed naszym lotem odlatywał Wizzair do Budapesztu, więc pasażerów na odprawę było sporo. Ale że byłem wystarczająco wcześniej, to i nie obawiałem się, że zabraknie czasu.

Było też okienko Ryaniar, ale coś tylko z tą panią nie mogłem się dogadać w kwestii wydrukowania karty pokładowej (którą miałem wcześniej drukniętą) i honorowaniu mobilnych kart pokładowych. Tak dla jasności, której po rozmowie nadal nie miałem...

Gdy już doszedłem do strefy wolnocłowej, z blogerskiego obowiązku rozejrzałem się po sali odlotów. Dystrybutor z zimną i gorącą wodą, kilka gniazdek z portami USB o chyba sporym natężeniu, - pewnie coś kolo 2 Amperów, bo mój smyrfon szybko przybierał na prądzie :) Do tego oczywiście toalety, dwa sklepy wolnocłowe ale szybkocenowe ;-) - koszmarnie drogo. Bufet też pozwalał sprawnie pozbyć się nadmiaru szekli...








Z strefy wolnocłowej przechodzimy na ciasną poczekalnię, więc przy większej ilości pasażerów nie warto się spieszyć, bo ostatni nie mają gdzie usiąść, a jeszcze z pół godziny czekania. Wreszcie wychodzimy na płytę lotniska i powoli po schodkach wypełniamy trzewia żelaznego ptaka. A potem - start - pustynia z lotu ptaka, kima i Balice... Ale aparat powędrował już do plecaka...




Kilka dni w Izraelu to stanowczo za mało na coś konkretnego, ale za to w sam raz na pierwszy rekonesans. Poznałem trochę zagadnień lokalnych. Posmakowałem nieco smaku pustyni i porozglądałem się po okolicy.
Po wcześniejszym rozpracowaniu tematu w internecie właściwie nic mnie na miejscu nie zaskoczyło. Ekwipunek był dobrze dobrany, aplikacje i mapki weszły do działania i się sprawdziły.
Przede wszystkim dało się zauważyć dbałość o turystów. Bardzo spokojne i przyjazne traktowanie na każdym kroku, żadnych sztucznych problemów, utrudnień. Wręcz przyjacielsko. Słowo "miłego dnia" były obowiązkowym zwrotem urzędnika, żołnierza i wielu spotkanych ludzi. A mimo wszechobecnych kontroli, poczucie bezpieczeństwa towarzyszyło wszędzie. Słowem - piękny kraj, mili ludzie. A może miałem szczęście na takich trafić... :)


Na koniec tabelka z moim wyposażeniem.

L.p. Izrael grudzień 2017   6 063      þ
1 Spodnie krótkie Columbia nylon packable        105    x
2 Slipki          50    x
3 Koszulka Quechua ultralekka black          94    x
4 Koszulka bawełniana do spania        108    x
5 Skarpety Quechua Arpenaz 50 Mid          29    x
6 Skarpety zapasowe          50    x
7 Poncho folia jednorazowa          35    x
8 Plecak Osprey Exos 38 (S)  2014        980    x
9 Podłoga Tyvek Soft Rigel        170    x
10 Worek biwakowy Karrimor        288    x
11 Namiot Coleman Rigel X2        972    x
12 Mata Thermarest Ridgerest        386    x
13 Śpiwór Małachowski UL300II (M)        415    x
14 Ściereczka UL perforowana            8    x
15 Serweta medyczna            8    x
16 Spork LMF Regular               9    x
17 Torebka typu lyofil            9    x
18 Kubek składany szwedzki          25    x
19 Palnik BRS-3000T          25    x
20 Bukłak Platypus Hoser 1,8 l.          37    x
21 Bukłak Platypus Hoser 2.0 l.        100    x
22 Garnek TOAKS 750        110    x
23 Butelka Nalgene On The Go 0,7 l.        119    x
24 Kabelek Xiaomi USB-MicroUSB            8    x
25 Wtyczka-ładowarka sieciowa USB 1A          33    x
26 Akumulator EN-EL 9          51    x
27 Telefon ASUS Zenfone 2 Laser        144    x
28 PowerBank Xiaomi 10.000 mAh        204    x
29 Aparat fotograficzny Nikon D40 set        780    x
30 Czołówka Petzl Actik 2017 (300 lm)          85    x
31 Leki - Bandaż            6    x
32 Kosm. Shower Gel            8    x
33 Pomadka ochronna do ust          11    x
34 Kosm. Deodorant micro          14    x
35 Chusteczki jednorazowe - paczka          15    x
36 Kosm. Balsam do stóp          18    x
37 Kosm. Mydło Campsudus w płynie          18    x
38 Leki - Diclac micro          18    x
39 Leki - zestaw Stp-Asp-Nms-Ibp-Tbt (SANIT)          21    x
40 Kosm. Krem rumiankowy Kamill          22    x
41 Kosm. Szczoteczka składana + Ajona          22    x
42 Leki - Plastry          24    x
43 Chusteczki mokre - paczka          35    x
44 Kosmetyczka Deuter          38    x
45 Ręcznik FN Tramp Light M szybkoschnący          38    x
46 Woreczek na smartfona          15    x
47 Worek suchy Meteor orange 6l          28    x
48 Worek suchy Karrimor 2l          30    x
49 Worek suchy chiński 8l food          32    x
50 Karabinczyk Quechua            4    x
51 Różaniec podróżny            5    x
52 Linka 5m            6    x
53 Długopis żelowy          10    x
54 Przybornik krawiecki          10    x
55 Zapalniczka BIC Mini          11    x
56 Taśma naprawcza klejąca          18    x
57 Osobisty filtr wody Sawyer Mini          39    x
58 Kompas          50    x
59 Notes Moleskine Hard          60    x
    Na sobie   2029
1 Kurtka Quechua Helium Wind  x  96
2 Spodnie Columbia UltraLight long  x  265
3 Getry Thermasilk  x  80
4 Koszulka longsleeve Thermowave  x  170
5 Koszula TNF long krata  x  246
6 Bokserki  x  52
7 Koszulka Quechua ultralekka blue  x  95
8 Buty Lotto Cortina Mid  x  750
9 Skarpety Fjord Nansen Hike Kevlar  x  57
10 Chusta "czacha"  x  20
11 Okulary Orao Arenberg   x  24
12 Buff Małachowski  x  30
13 Czapka z daszkiem  x  55
14 Nerka Quechua Ultracompact 2l  x  39
15 Latarka Nitecore Tube  x  10
16 Portfel  x  40


Wnikliwy analityk zauważy brak takich pozycji jak:
- kartusz z gazem,
- kijki trekkingowe,
- nóż.

Tych rzeczy nie można zabrać do bagażu podręcznego - gazu nawet do rejestrowego. Na cztery dni to nie problem, ale już na całe przejście będzie to potrzebne. Nóż i gaz można kupić na miejscu, kijki fajnie by było przewieźć, ale tylko dla nich płacić za bagaż rejestrowany...

Z jedzenia zabrałem trzy liofilizaty, owsiankę, dwie nieduże porcje kuskusu i jedno opakowanie puree ziemniaczanego. Do tego kilka batoników, chałwę i ciasteczka owsiane. W ostatniej chwili do zestawu paszy dołączyły cztery bułki...
I pustynia :)

9 komentarzy:

  1. Wow!!! Yatzku z czterema bułkami i dodatkami przeżyć kilka dni na skalistej pustyni:-) Szacun!!! Chyba to dobry i niedrogi kierunek dla każdego chcącego "odpocząć" od Beskidów:-) Mam nadzieję, że w dalszym etapie eksploracji Izraela nie zabraknie i słynnego "Urbanka":-)

    Bardzo dobra i niedroga alternatywa na zimę:-p

    Pozytywnie zazdroszczę;-)

    Paweł


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałem sprawdzić na miejscu zapotrzebowanie mojego organizmu ma jedzenie i picie, tak bardziej w kontekście rozsądnego minimum. Miło zostałem zaskoczony mniejszym zapotrzebowaniem niż przewidywałem. Taki wyjazd był potrzebny przed poważnym planowaniem przejścia całego szlaku, a lato w środku zimy mocno podbudowało moje morale :)
      A "Urbanka" w tym roku odwiedziłem już 27 razy i to nie koniec :)

      No i polecam tanie loty do Izraela.

      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Widzę że masz poważne zamiary.
    Chociaż śledząc twoje wyprawy/wypady bardziej liczyłem na uderzenie w Rumunię, Ukrainę czy Słowację.
    Będąc świeżo po lekturze GSB bardzo mi tu brakuje jednak zieleni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamiary są poważne, ale gdy zaczynam liczyć wydatki i szacować budżet, to euforia topnieje... Muszę się nauczyć po hebrajsku słów "zbieram na jedzenie"... ;-)
      Paszport wyrobiłem właśnie z myślą o Ukrainie i tamtejszym odcinku GSB, ale to dopiero późną wiosną. A do tego czasu potrzebuję trochę ciepła, przez co do kręgu zainteresowania wszedł ciepły powiew pustyni :)
      No a zieleni to tam rzeczywiście brakuje, a gdy brakuje zieleni, to głównie z braku wody, co mi spędza sen z powiek. Dźwigać nie lubię, płacić za dostawę nie mam czym, więc z tematem trzeba się będzie zmierzyć bez pudła.
      Rozeznanie robię i w terenie i z palcem nad mapami, więc jeśli się powiedzie, będzie kolejny przewodnik pod tytułem: "Jak pokonać pustynię, zanim pustynia pokona ciebie..." :)
      ...a potem już mogę ruszyć na Ukrainę i wyrównać między innymi rachunki z Howerlą.

      Rumunia mnie jeszcze nie kusi, ale o Słowacji i jej szlaku Cesta SNP zacząłem poważnie myśleć jakieś 2 - 3 lata temu. Jeśli bieżące plany wyjdą, może i Słowacja wejdzie do realizacji...
      Obyśmy tylko zdrowi byli :)

      Usuń
  3. cześć. Zaskoczył mnie fakt, że udało Ci się wnieść na pokład samolotu stelaż do namiotu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej. O stelaż jakoś specjalnie się nie obawiałem, bo z opisów innych podróżników wynikało, że ten element jest znacznie mniej kontrowersyjny niż szpilki czy śledzie do namiotu.
      Oczywiście nigdy nie wiadomo komu i gdzie się coś nie spodoba, ale i w Krakowie i na izraelskim lotnisku nie było z tym problemu. Turysta z plecakiem jest traktowany jako turysta, a stelaż jakoś się to nie kłóci z całością. Może śniady biznesmen ze stelażem w walizce byłby bardziej podejrzany... ;-)
      Niebawem przerobię temat ponownie - kolejny podbój pustyni przede mną za dwa tygodnie.
      Pozdrawiam!

      Usuń
    2. dobrze wiedzieć, że można brać stelaż. Szpilki, dla niewymagającego terenu, jakoś się dorobi:) powodzenia przy drugiej wyprawie

      Usuń
    3. Dzięki!
      Stelaż można, ale zawsze należy pamiętać, że ostatnie słowo należy do kontrolujących.
      Szpilki można zabrać plastikowe - podobno przechodzą, wystrugać z drewna na miejscu (nie dotyczy Antarktydy i tundry), albo zastąpić kamieniami bądź workami z piaskiem - na pustyni to działa.
      Zwykle obfotografowuję swoje patenty, więc można będzie podpatrzyć... :)

      Usuń
  4. No nie ładnie Panie Jacku skradł mi Pan pomysł na wyprawę na przyszły rok :-) A miało być tak pieknie, w tym roku GSB a za rok Israel ( lub Maroko ale chyba jednak Israel ..) Pozdrawiam i nie wiem czy poczytam aby nie tracić dziewictwa odkrywcy :) Pozdrawiam serdecznie Adam Tentamten PS A Islandia Pana nie ciągnie ;) ??

    OdpowiedzUsuń