Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 10 listopada 2018

Shvil Israel - 3 etap: "Klify w słońcu" - Mitzpe Ramon - Arad


W Mitzpe Ramon zakończyłem drugi etap wędrówki Szlakiem Narodowym Izraela. Teraz nadszedł czas na dokończenie wędrowania pustynią Negev, więc kolejny odcinek był prosty do zaplanowania: Mitzpe Ramon - Arad, czyli 162 km przez najtrudniejsze fragmenty szlaku.

Shvil Israel - 1 etap - Eilat - Neot Semadar
Shvil Israel - 2 etap - Neot Semadar - Mitzpe Ramon

Powietrze nad pustynią było przesycone pyłem niesionym nisko nad ziemią, co wyglądało na zamglenie. Jednak niska wilgotność szybko dawała się we znaki i informowała, że to nie polska jesień, a sucha pora roku, właściwa dla Bliskiego Wschodu.





Na lotnisku Ovda wylądowaliśmy planowo, także i odprawa przeszła gładko. Zatankowałem nieco wody do bukłaka i wyszedłem podjąć depozyty, ukryte w pobliżu. Kije trekkingowe oczekiwały pokryte warstwą piaskowego pyłu, a niemal pusty kartusz, nożyk i szpilki do namiotu, również nosiły ślady pustynnej tęsknoty.





Woda jest, depozyt podjęty, no to kierunek Mitzpe Ramon! Na przystanku zakwitłem na dłuższą chwilę, po której wreszcie sympatyczny izraelczyk podróżujący z żoną zabrał mnie do skrzyżowania w połowie drogi. Toda! Dzięki przyjacielu!






Za skrzyżowaniem był już większy ruch i tylko jeden kierunek, więc czekałem krócej na TIR-a, którym kierował Rosjanin. W rytmie dobrej muzyki dojechaliśmy do Mitzpe Ramon, nieco po zachodzie słońca. Spasiba!





W mieście ruszyłem na poszukiwanie kartusza z gazem, bo ten z depozytu był niemal pusty (wystarczył później na dwa dni). W sklepie sieci Supersal gazu nie było, ale miła pani kasjerka nakreśliła przejrzysty plan, dzięki któremu po kilku chwilach buszując między wszelkimi rodzajami pojemników, stałem się posiadaczem pełnego zbiornika z gazem za który zapłaciłem równe 30 szekli.




Po lewej sklep w którym kupiłem kartusz z gazem.


Pod koniec października zmrok zapada wcześnie. O wiele za wcześnie by pakować się do namiotu, toteż przechodząc obok hotelu, zajrzałem, dostałem pozwolenie i hasło na skorzystanie z WiFi i podładowanie smyrfona. Zajęcie w sam raz na długie jesienne wieczory.




Przy klifach natknąłem się na całe stada Ibexów (Koziorożec Nubijski). Czekały na poczęstunek, ale tabliczki zakazują karmienia. A turyści swoje...

Miasto już powoli zasypiało, takoż i ja znalazłem sobie miejsce w piknikowym zagajniku za stacją benzynową, tuż przy szlaku. Pierwsza noc u progu trzeciego etapu ukoiła mnie do snu...







Dzień pierwszy - 31 października 2018.
Mitzpe Ramon - Nahal Hava Cliff. Dystans - 23 km.



Spanie w zasięgu cywilizacji ma spory plus - dostęp do wody. Tym samym śniadanie było obfite, pojedzone i popite :) A na najbliższe dwa i pół dnia gdy w zasięgu będzie kolejne zaopatrzenie w wodę (Sde Boker), zatankowałem 8 litrów tego życiodajnego płynu. Doliczając jakieś 5 kilogramów jedzenia (zapas na cały etap) i 7 kg wagi bazowej plecaka, dało to 20 kg dźwigane na plecach. Nigdy jeszcze nie wędrowałem tak dociążony! Ale mój wierny Osprey Exos 38 pozwolił zmierzyć się z tym obciążeniem jeszcze na granicy komfortu.





Pierwsze kroki na trzecim etapie były na szczęście doskonałe na rozruch. Niemal płaskie pierwsze kilometry wiły się jedynie malowniczymi zakosami wzdłuż brzegu makteszu. A na jego dnie można było dostrzec wąską wstęgę drogi, którą poprzedniego dnia dojechałem do punktu startu.
Pod palącym słońcem pustyni, dobrze widoczne trójkolorowe znaki prowadziły meandrami szerokiej terenowej drogi.









Tuż przed punktem widokowym spotkałem pierwszą trójkę wędrowców przemierzających Shvil Israel w kierunku południowym. Wymieniliśmy uśmiechy i szlakowe informacje, po czym rozeszliśmy się ku swoim celom.




Punkt widokowy na skraju klifu otwierał daleką panoramę sięgającą pasm po których wędrowałem poprzednio. Opisy na płytach pozwalały zorientować się w rozległym krajobrazie gór, wzgórz i przełęczy. Nie omieszkałem przy tym na chwilę zrzucić ciężkiego plecaka.





Marsz i nawigacja szły sprawnie. Szeroka droga, świetne oznakowanie i brak trudności powodowały, że mogłem przez chwilę "porozmawiać" z wielkim ptaszyskiem pokroju kruka. Zagadywał, podlatywał, być może czekając na poczęstunek. Wyraźnie zwracał na siebie uwagę. Wreszcie po kilkunastu "kra" z mojej strony, odleciał w bliżej nieznanym kierunku.





Niebawem szlak odbijał od krawędzi makteszu w głąb pustyni. A na niebie miejsce ptaka zajęły stalowe ptaki Sił Powietrznych Izraela. Kilka myśliwców F-15 zawzięcie ćwiczyło się w walkach powietrznych, złapałem nawet jednego gdy wypuścił flarę dla zmylenia rakiety naprowadzanej na źródło podczerwieni. Zresztą samoloty latały bodaj codziennie, do czego przywykłem już od pierwszych kroków na szlaku.






Schodząc w dolinę, w korycie rzeki dojrzałem szare zieleniące się skąpe krzewiaste formy roślinne. Przy pobliskim skrzyżowaniu szlaków, obok ruin fortu Mahmal, zatrzymałem się na drugie śniadanie - ciasteczka owsiane.








Dalej droga i szlak prowadziły doliną. Ta wygodna droga ciągnęła się daleko przez pagórki i doliny, jednak po krótkim odcinku znaki poprowadziły mnie wąską ścieżką na nieodległe wzgórze. Doskonale z niego widać było wstęgę drogi wiodącą w kierunku do którego zmierzałem nieco okrężną trasą. Byłby to dogodny skrót, jednak wąwóz Nahal Hava leżał na "moim" szlaku i był zbyt łakomym kąskiem by go ominąć.









Wchodząc w koryto suchej rzeki tak się zafascynowałem, że postanowiłem nim podążać. Mógłbym nawet dojść nim do szlaku, gdyby nie fakt, że im dalej, tym spadki koryta były coraz większe i po dojściu do kilkumetrowego progu postanowiłem nawigować do płaskowyżu, z którego znaki prowadziły jeden po drugim w dół.









Wychodząc na plateau zaglądałem w głąb kanionu, a na jego brzegach obserwowałem rozległą erozję skał piaskowcowych. Często pod butami i kijkami słyszałem głuche odgłosy, których obecność niejednokrotnie wprowadzała mnie w niepewność co do wytrzymałości skorupy po której stąpałem...





Na płaskowyżu odnalazłem znaki i trafiłem na charakterystyczne miejsce obłożone kamieniami na planie prostokąta, co niezbicie wskazywało, iż ktoś już tu biwakował.
Wobec zbliżającego się zachodu słońca i pamiętając relację Asi, postanowiłem tu pozostać na noc, by nie zastała mnie w mrocznym kanionie w którym tempo przemieszczania się spada o połowę.








Wraz z zachodem słońca, w kamiennym ogrodzeniu stanął mój namiot. Czas dzieliłem na czynności obozowe i uwiecznianie spektaklu kończącego się dnia.
Wspaniałe przedstawienie zalewające okolice pomarańczowym światłem, dostarczało mi wzruszeń i radości z przebywania w tak pięknych okolicznościach przyrody. Tarcza słoneczna dość szybko skrywała się za liną horyzontu, pozostawiając jeszcze długo jasną poświatę i pozbawione już cienia rozległe płaszczyzny i ciemne doliny.





Krzątając się w namiocie po zmroku, usłyszałem wyraźne kaszlnięcie, po czym dobiegł mnie odgłos kroków stawianych na miałkim podłożu od strony kanionu. Wychyliłem się i ujrzałem postać, którą po chwili okazał się młody Izraelczyk maszerujący z niewielkim plecakiem. Gdy przystanął tuż obok, rozpoczęliśmy krótką pogawędkę, w trakcie której dowiedziałem się że idzie od Sde Boker do Mitzpe Ramon i jako wytrenowany żołnierz, ma zamiar zrobić ten dystans do późnej nocy. Wymieniliśmy jeszcze kilka uwag odnośnie szlaku, po czym nie odpalając nawet czołówki mimo braku światła księżycowego, zniknął w gęstniejącym mroku.

Nadeszła ciemna noc. Resztki zorzy znikłego słońca ciemniły się na zachodzie, a nad nią, tuż powyżej rozświetlonego namiotu, zapalały się kolejne gwiazdy. Powoli rozpoznawałem wcześniej mi znane konstelacje, co cieszyło tym bardziej, że przez chwilę czułem się jak pod polskim niebem, na którego firmamencie te same gwiazdozbiory przyciągały moje zainteresowanie. Niczym niezmącona cisza otoczyła mnie wraz z gęstniejącą ciemnością, a lekki chłód zaprowadził pod kopułę namiotu. W nikłym świetle jednego lumena, wystarczającego jednakowoż do orientowania się w zamkniętej przestrzeni, ogarnąłem stan posiadania i podjadania. Kolacja na pustyni... Zwykłe jedzenie ma tu niezwykły smak, a wieczorna herbata - jak nektar bogów... :)






Dzień drugi - 1 listopada 2018.
Nahal Hava Cliff - Upper Ein Zik. Dystans - 17 km.



Po obserwacji zachodzącego słońca, nie mogłem nad ranem odmówić sobie przyjemności podziwiania poranka i kontemplacji pojawiania się tarczy słonecznej.
Dzień wstawał ciepły i bezwietrzny. Brak wilgoci sprawiał wrażenie godzin przedpołudniowych, choć była zaledwie szósta rano. Nocny chłód zniknął bezpowrotnie wraz z pierwszymi promieniami słońca, które wychylało się zza poszarpanej linii horyzontu. Różowe barwy z wolna ustępowały pomarańczom, rozlewającym się ciepło po żółtych piaskach skamieniałej pustyni. Skały zda się nabierały życia, mieniąc się od płożących promieni i skracając swe cienie. Niebieskawe wnętrze namiotu także poweselało od złotej poświaty.







Na śniadanie zaserwowałem sobie bułkę z serem i dużą kawę. Owa bułka zapakowana próżniowo wyglądała niczym przedwczorajsza drożdżówka, jednak smakowała wybornie mimo znacznej twardości sprzyjającej powolnemu przeżuwaniu. Duża kawa zapewniła właściwą konsystencję w żołądku i równowagę płynów. Dalsze czynności obozowe przebiegły sprawnie, więc szybko osiągnąłem gotowość bojową i po zwinięciu majdanu pozostawiłem miejsce noclegowe bez żadnego śladu swojej obecności.










Nahal Hava to piękny kanion, ale aby się do niego dostać, należy osiągnąć jego dno pokonując pewne trudności. Nie ułatwiał tego ciężki plecak, choć wczorajsza kolacja i dzisiejsze śniadanie obniżyły jego wagę o jakieś dwa kilogramy. Zachowując zwykłą ostrożność, powoli pokonałem strome zejście.










Dno kanionu usiane było mniejszymi i większymi głazami niesionymi przez wartkie wody po gwałtownych ulewach. Jednak prognozy na dzisiaj nie przewidywały opadów, toteż powoli przemieszczałem się za trójkolorowymi znakami.

W pewnej chwili gdzieś na niebie rozległ się ogłuszający podwójny huk, od którego zatrzęsły się okoliczne skały. To dwa myśliwce lecąc w parze, jednocześnie przekroczyły barierę dźwięku. Stojąc w głębi kanionu popatrzyłem tylko na jego ściany, czy fala uderzeniowa nie spowoduje odkruszenia się jakiejś skały. Na szczęście nic takiego się nie stało.

Dzięki świetnej przyczepności butów (Lotto Cortina Mid), mogłem pewnie poruszać się po stromej skale i wykorzystywać jej małe występy. Jednak na piaskowcowo-wapiennym podłożu należało pamiętać o jego kruchości, więc o beztroskim stawianiu kroków nie mogło być mowy.









Kanion miał kilka odnóg, zatem trzeba było zwracać uwagę na znaki, które czasem nadawały nowy kierunek marszu. Wąska, osypująca się ścieżka wiodła pod górę, należało więc wzmóc ostrożność, bo wędrując samotnie i bez zasięgu sieci GSM w głębokim wąwozie, nie można było liczyć na szybkie wsparcie. Tutaj nawet drobna kontuzja mogła przynieść opłakane skutki, toteż dbałem o wszystko, co wpływało na zabezpieczenie powodzenia wędrówki.






Różnorodność formy tej pustynnej okolicy była wielce interesująca. Nieczęste ślady obecności człowieka, ustępowały miejsca efektom sił twórczych natury. Skąpa roślinność na dnie kanionu, wąska przestrzeń ograniczona wysokimi skalnymi ścianami i wszechobecne Ibexy, były wizytówką pustyni Negev. Jeśli z miasta znacie naklejkę na samochodach o treści "...motocykle są wszędzie", to tutaj obowiązuje maksyma "koziorożce są wszędzie". I tak jest w istocie.









Znowu pod górę. Zwietrzeliny są tu tak intensywne, że czasem fragment skały zostaje w dłoni. Zmusza to do uwagi i ostrożności na najwyższym poziomie, co potwierdzają stalowe pomosty wkomponowane w wąską, skruszałą półkę skalną.








Przygrzewające coraz mocniej słońce daje się we znaki. Na szczęście pora roku nie straszy morderczymi upałami, niemniej jednak trzeba pamiętać o okryciu i nawadnianiu. Ja na szczęście przerabiam temat z pełnym przygotowaniem.






Zostawiam za sobą szczelinę kanionu, wydostając się coraz wyżej ku jego brzegom. Znajduję tu dwulitrową butelkę wody, z której odlewam do bukłaka litr, drugi pozostawiając dla innych potrzebujących.





Niedaleko już do nocnego obozowiska, więc szczelnie osłonięty od słońca, pokonuję ostatnie wzniesienie. Spoglądam na wczorajszą drogę dochodzącą tu wygodnie i leniwie, a po chwili dostrzegam na wzniesieniu ślady obecności Homo Sapiens Bivaqous ;-) Przede mną nocne pole biwakowe.








Dalej droga prowadziła na wprost, przecinając pustynny krajobraz nożem terenowego traktu kołowego. Co jakiś czas kontrolowałem obecność znaków i posuwałem się metodycznie naprzód. Kolejne kilometry mijały monotonnie, więc napotkawszy kępę krzaków, postanowiłem chwilę odpocząć w cieniu. Gdy tak pochłaniałem moje ulubione ciasteczka owsiane, zza wzgórza wyłoniła się kolumna samochodów terenowych i wyraźnie zmierzała w moim kierunku. Gdy pierwszy Jeep zrównał się z moim postojem, zatrzymał się, a po chwili usłyszałem serię pytań: czy wszystko w porządku, czy mam jedzenie, wodę, czy czegoś potrzebuję. To standard na tych odludnych terenach i nieodłączny element izraelskiej gościnności. Poprosiłem więc o butelkę wody i po chwili byłem bogatszy o półtora litra tego chłodnego płynu. Z każdego mijającego mnie samochodu słyszałem słowa pozdrowienia, widać było też gesty pozdrowienia od pasażerów. Zaiste, niezwykle przyjemnie wędrować z takimi epizodami...












Chłodna woda werwy doda, więc napieram dalej do przodu. Jednak przed kolejnym wzniesieniem znaki nakazują w lewo, to i czujność potrzebna nie zawodzi.
Początkowo płaski teren różnicuje się spadkami i pokonywanymi w dobrym tempie wzniesieniami. Szlak pewnie prowadzi między kanionami, omija wąwozy i po ostrych skałkach wiedzie ku wyżynom. Dochodzę na kulminację wzgórza i z jego brzegu spoglądam przed siebie - przede mną rozległa nizina wyrzeźbiona korytem rzeki z gęstwą zieleni w rozlewisku. To Ein Shaviv - pierwsze źródło wody, która jednak z uwagi na (podobno) znaczne zasolenie, nie nadaje się do picia.













Brzeg wzgórza to urwista półka skalna na którą kierują mnie znaki. Mało mnie to zachwyca, bo zejście nie jest ubezpieczone, a stopnie pod półką niewidoczne i ledwie wyczuwalne obutą stopą. Tracąc resztki entuzjazmu, jak mogę tak usiłuję zejść, ale eksponowany teren i stromizna nie nastrajają optymistycznie. O wadze plecaka która nie pomaga, wolę nawet nie wspominać...






Kiedy niemal cudem i z zapartym tchem pokonuję dwa poziomy w dół i mam serdecznie dość takich wątpliwych atrakcji, nie dostrzegam znaku i schodzę stromym piargowym zboczem, sugerując się biało-czarnym kamieniem udającym znak szlaku idącego wraz z trójkolorowym. Gdy dostrzegam błyszczącą dwuszeklową monetę i swoją pomyłkę, jestem już nieźle spocony nad dnem kanionu, w miejscu gdzie nachylenie na tyle łagodnieje, że mogę otrzeć pot z czoła, poprawić plecak, otrzepać spodnie i rozejrzeć się dookoła.







Ledwo widoczną ścieżyną koziorożców schodzę na dno kanionu. Już wiem, że fatalnie pobłądziłem, co po chwili potwierdza nawigacja. Szukam łatwiejszej drogi powrotu, ale teren jest tak nieprzystępny, że za mną wysoki wodospad - oczywiście bez wody - uniemożliwia podejście. Skalna ściana po lewej - tylko dla orłów i oczywiście ibexów. W dół strumienia urywa się półka z kilkumetrowym kolejnym wodospadem, a zbocze po którym nie zjechałem, też nie budzi zaufania.
Daję sobie kwadrans do namysłu i stwierdzam, że mimo niezachęcającej drogi, wrócę po swoich śladach. Wszak podchodzenie jest lepsze od schodzenia...






Najpierw po śladach kóz, następnie po własnych podchodzę jak po piaskowo-tłuczniowej zjeżdżalni. Buty - choć niezwykle przyczepne - na rzęchu nie znajdują oparcia, więc wypatruję występu żywej skały i z napiętą uwagą pokonuję metr po metrze. Wreszcie dochodzę do mylnej półki na którą niemal wyskakuję rzutem i teraz widzę znak kierujący mnie na właściwą ścieżkę. Przez chwilę uspokajam oddech i wąską percią na której nie minąłbym się z myszą, idę zygzakiem pogwizdując z nonszalancją...







Jeszcze krótki odcinek trawersem zbocza po wygodnej ścieżce i osiągam szerokie łożysko doliny, w której dzięki skąpym ciekom wodnym, bujnie rosną palmy i wszelkiej maści krzewy i drzewa.





Momentami zarośla są tak ciasne, że trzeba się z uwagą przeciskać między suchymi i ostrymi gałązkami i liściami. Ale nic to, bo sytuacja opanowana, a znaki pewnie prowadzą.








W ciemnym zagajniku rodem z puszczy, na środku pustyni przeżywam przygody Stasia i Nel. Brakuje tylko baobabu "Kraków", ale że pora deszczowa jeszcze nie nadeszła, to nie poszukuję takiego schronienia... :)
Mijam skąpe strumyki wody nie wypitej przez gęstwę zieleni i wychodzę na wzgórek. Oaza za mną, a przede mną kolejne góry i zapewne dobrze oznakowane podejścia.







Jest już późne popołudnie, a o tej porze roku równa się ono z nadchodzącym wieczorem. Trzeba się zatem rozejrzeć za spokojnym miejscem pod namiot, płaskim i osłoniętym od wiatru. Najlepiej gdzieś poniżej szczytów, ale jak na razie nie ma dogodnej lokalizacji. Niedaleko znajduję bardziej legowisko niż miejsce pod namiot, ale nic to, - jest jeszcze trochę czasu na poszukiwania.






Wreszcie dochodzę na niewielkie wypłaszczenie, ale w zupełności mogące pomieścić mały obóz wędrowny. Osłonięte wysokim zboczem od wiatru, bezpieczne od zalania, otwarte na wschód, - wprost wymarzone na podsumowanie dzisiejszej wędrówki i przespanie do następnego dnia.
Pod butami co prawda słyszę głośne dudnienie które oznacza wymyte puste przestrzenie pod wierzchnią skorupą, ale nie tracę optymizmu i wybieram miejscówkę, na której po chwili staje moja srebrzysta kopuła przenośnego pałacu. Boki i narożniki zabezpieczam kamieniami i przy asyście gwiazd licznych jak ziarna piasku na pustyni, czy też jak potomstwo Abrahama, obejmuję ten skrawek pustynnych skał w posiadanie do następnego dnia. Biwak pod gwiazdami to znacznie więcej niż pięciogwiazdkowy hotel. Gdzieś tam daleko daleko lśnią światła cywilizacji. Ja zaś w świetle mojej Nitecore Tube przyrządzam ucztę - makaron z sosem bolońskim i dużą herbatę. Ma być duża, gorąca i słodka. Cukru nie będę szczędził :)







Dzień trzeci - 2 listopada 2018.
Upper Ein Zik - Blue Road. Dystans - 22 km.



Tego dnia słonce wschodziło zza wysokiej góry, więc nie było typowego wschodu horyzontalnego. Gdy cień namiotu skracał się powoli, wyszedłem ogarnąć wzrokiem okolicę. Pusto i ciepło, czyli w sam raz na kontemplację poranka.






Czynności obozowe to przede wszystkim przygotowanie śniadania i podładowanie powerbanka. Przy gotowaniu wody skończył się gaz w starym kartuszu i do akcji wszedł nowy. Niebawem rozkoszowałem się gorącą poranną kawą, okraszoną wypompowaną bułką lipnicką z serem Gouda :)






Właściwe nawadnianie to nie tylko zadanie dla porannej kawy. Trzylitrowy bukłak dostał wkład wędrówkowy - magnez, multiwitamina z minerałami i jako elektrolit - Litorsal. Dawało to niezły smak, uzupełniało niezbędne składniki tracone w ciągu dnia i świetnie nawilżało ślinianki, dzięki czemu jeden łyk starczał na długo zanim znowu czułem suchość w ustach.



Przewietrzenie śpiwora to standardowa czynność w czasie zwijania obozu, tak jak i łapanie porannej opalenizny. Później będzie zbyt gorąco by wystawiać się na palące promienie, więc z rana w sam raz pora na przyrumienienie skóry.





Kamienne obłożenie namiotu to jedyny ślad po moim noclegu. Kolejne ślady zostawiam butami na szlaku, który pnie się na pobliską górę. Spoglądam z niej na swoje miejsce noclegowe, całkiem trafnie i w porę wybrane. Okoliczna dolina nadal zionie pustką, jakbym obserwował księżycowy krajobraz.









Na górze omijam szczyt, choć idąc za zielonymi, miałbym okazję wejść na punkt widokowy. Jednak już zobaczyłem co chciałem, więc przyjmuję kierunek nadany znakami.





Pustynia żyje głównie w nocy, ale i w dzień ma swoich aktywistów. Pomijając koziorożce i ptaki, są to głównie agamy, gekony i inne jaszczurki kilku odmian. Biegają bardzo szybko, ale są też ciekawskie.




Wierzchnia skorupa pustyni to głównie zwietrzeliny piaskowcowe i piaskowcowo-wapienne. Ale często można spotkać "żelazne kamienie", które są okruchami prastarej lawy wulkanicznej. Wypalone w wysokiej temperaturze, ciemnobrunatne, dzwonią przy uderzeniu grotem kijka. Widać w nich zastygłe bąble powietrza, otwierające się w trakcie pękania skorupy.




Schodzę do rzeki. Tym razem bez przenośni, bo gęste zarośla wskazują na istnienie kolejnego cieku wodnego. Istotnie, górne źródło Ein Akev nawadnia spory odcinek łożyska przy skrzyżowaniu szlaków. I właśnie tutaj należy bardzo uważnie patrzeć na znaki, bowiem niezbyt szczęśliwie oznakowano odnogę szlaku tymi samymi trzema kolorami, co potrafi zmylić nieuważnego obserwatora. Mała literka na znaku nakazuje się zastanowić, bo właściwy szlak prowadzi w dół koryta rzeki. Co więcej, należy przejść przez zarośla na drugi brzeg, a to przez chwile daje poczucie bycia w dżungli. A pod nogami chlupie woda, podobno jednak niezdatna do picia.


















Wody nie jest zbyt wiele, to i szybko zostaje zagospodarowana przez okoliczne rośliny korzystające z niej skwapliwie. W suchym korycie jedynie kozy czują się komfortowo.





Niedaleko majaczą wysokie palmy. Nieomylny to znak, że kolejne źródło toczy swe wody. Nie inaczej, bo właśnie dochodzę do dolnego Ein Akev, gdzie w sporej niecce pod wodospadem znajduje się duży zbiornik wody. A ze niecka jest naprawdę spora, to służy za naturalny basen kąpielowy, co w tych okolicach jest nie lada gratką.






Na klifie nad basenem mam wielkie szczęście. Zostaję poczęstowany najpierw jedną, a nieco później drugą butelką wody! Mili młodzi ludzie wspomagają mnie z wielką życzliwością, za co jestem im niezmiernie wdzięczny. Jeśli zdobędę jeszcze jedną butelkę, nie będę musiał iść do Sde Boker, odległego o pięć kilometrów od szlaku. Dziękuję zatem gorąco moim dobrodziejom, po czym schodzę z klifu w okolice basenu.








Na kąpiel na razie nie reflektuję. Czas mnie goni, choć tempo mam dzisiaj dobre. Przez chwilę obserwuję kąpiącą się młodzież, po czym obieram kierunek wskazany znakami. Przede mną podejście pod Hod Akev.






Z pagórka spoglądam jeszcze wstecz na kąpielisko, a nieopodal dostrzegam parking dla samochodów. Bliskość drogi sprawia, że atrakcja jest chętnie nawiedzana przez miejscowych i okolicznych.





Rozpoczynam żmudne podejście pod Hod Akev. Niby góry nie są tu wysokie, lecz podejścia pozwalają poczuć respekt, zwłaszcza w pełnym słońcu. Ustalam optymalne tempo i krok po kroku zdobywam wysokość.






Na przełęczy pod szczytem zebrała się mała grupka. Część wchodzi na wierzchołek, część - w tym i ja - wierni szlakowi idziemy za znakami. W oddali rozłożył się Sde Boker, a przed nim i przede mną dolina. Właśnie dochodzę do brzegu wzniesienia.










Zejście okazuje się bardzo trudne, ale na szczęście dobrze ubezpieczone. Zwracam uwagę na znaki, by kolejny raz nie przyjąć mylnego kierunku. Sporo wapienia powoduje, że na ścieżce jest biały pył, a skała jest bardzo krucha. Grupa podążająca za mną też ostrożnie pokonuje pierwsze klamry na zejściu.







Przy drodze do Sde Boker którą przecina szlak, zauważam trzy duże namioty. Skoro jest obóz, to może będzie i szansa na trzecią butelkę wody, co oszczędzi mi maszerowania 10 km do osady i z powrotem. Tymczasem jednak trudności się nie kończą i na zejściu trafiam na cypel, którego obejście po poręczach i klamrach wymaga skupienia uwagi. A klamry zakotwiczone w wapieniu ruszają się podejrzanie, więc staram się nie ufać zbytnio uchwytom. Grupa za mną zasiadła zaś na półce skalnej i wyglądają jak młode orły czekające na karmienie... ;-)







Dochodzę do obozu. Zagaduję mężczyzn rozstawiających cały majdan i pytam o wodę. Jeden z nich wskazuje duży zbiornik na przyczepie: "Bierz ile chcesz". Jestem zadowolony i szczęśliwy, po czym tankuję duży bukłak i dolewam do drugiego. Teraz mogę iść aż do fabryki Oron i odpada odbijanie do wsi. Dostaję jeszcze na drogę wafelki i szeroki uśmiech. Nie ma to jak w Izraelu...! Dziękuję! Toda raba!







Teraz już nie obawiam się palącego słońca. Maszeruję wesoły, choć znowu przygnieciony ciężarem wody, ale ciężarem pożądanym. Znaki prowadzą mnie po płaskim, więc przynajmniej nie muszę pokonywać dodatkowej grawitacji, gdybym miał wejść na klif...






Zakręt na szlaku ktoś dodatkowo oznaczył. Teraz wychodzę na szeroką drogę terenową i prowadzącą prosto przed siebie. Mogę iść i medytować niczym wędrowny mnich, mając nos i usta osłonięte przed słońcem i pyłem pustyni. Lekki powiew chłodzi, ale jednocześnie nawiewa przesiany drobny piach, który zaczyna zgrzytać w zębach. Na szczęście mam czym go spłukać.








Z suchego koryta przechodzę na wzgórze, z którego następnie docieram do kolejnej, jeszcze szerszej drogi. Teraz ostatnie kilometry nawinę szybko, bo dzień się już nachylił i trzeba będzie rozejrzeć się za miejscem pod namiot.







Nieco dalej od szlaku dostrzegam kilkanaście wielbłądów. Gdybym złapał jednego, nie musiałbym dźwigać mojego plecaka i sporych w nim zapasów... Ale garbate zwierzęta oddalają się powoli, a i ja przywykłem do swego ładunku.




Sprawdzam pobliskie wzgórki, ale coś mi się nie komponują... Wreszcie w sam raz o zachodzie znajduje płaskie choć kamieniste miejsce. Usuwam większe kamyki, rozkładam namiot, kładę się i wyczuwam pozostałości, które zaraz lądują poza obozem. W samą porę, bo na zachodzie kolory i przedstawienie ze słońcem w roli głównej powoli się kończy. Strzelam nocne foty obozowiska pod gwiazdami, po czym wpełzam do mojego schronienia i przygotowuję kolację. Dzisiaj szef kuchni serwuje zupę Knorra "Ser w ziołach" i duuuży kubal herbaty waniliowej. Na słodko :)











Dzień czwarty - 3 listopada 2018.
Blue Road - Maale Palmah. Dystans - 22 km.



Znowu zbudził mnie brzask i następujący po nim wschód słońca. Niby nic szczególnego, na zdjęciu można nawet pomylić z zachodem. Jednak budzący się do życia nowy dzień zagrzewa do wędrówki, zwłaszcza że niebo nieskazitelnie błękitne rokuje dobrze, acz może nieco za gorąco.





Dzisiaj miał być ciężki dzień, bo na celowniku Karbolet, czyli Koguci Grzebień. Mniej trudności technicznych, za to więcej wysiłku fizycznego. Wciągnąłem na to konto jakiś liofilizat, poprawiłem kawą i zabrałem się do zwijania namiotu.






Po chwili wypatrzyłem wędrowca nadchodzącego z przeciwnego kierunku. Przestrzegł przed Karboletem i wyraził żal, że nie idę w jego stronę, bo raźniej by się nam wędrowało. Też widziałem w nim dobrego kompana, ale cóż, - plan był jasny...




Z biwaku po chwili pozostał tylko skrawek ziemi uprzątniętej z kamieni. Podłoga zaś mojego namiotu przyswoiła kolejną warstwę tego niemal księżycowego pyłu. Niby tak nieprzyjazne miejsce, a tak mi bliskie i wzywające zewem przygody...





Przeszedłszy pobliską dolinę, spotkałem kolejnych dwóch shvilist'ów. Jeden z nich zasugerował obejście Karboletu Błękitną Drogą (Blue Road). Tak mocno zaszczepił mi tę myśl, że wykonałem prostą kalkulację i wziąłem to rozwiązanie pod uwagę.





Po kilku minutach szlak skręcał w lewo na szeroki trakt terenowy. Była to właśnie Błękitna Droga, którą na krótkim odcinku podążał także Izraelski Szlak Narodowy. Faktycznie, szło się nią wygodnie, ale po jakimś kilometrze trójkolorowe znaki odbijały w lewo w stronę długiego łańcucha postrzępionych gór - Har Karbolet.
Spojrzałem za znakami i podrzuciłem plecak na grzbiecie. Mimo dzielnego znoszenia trudów wędrówki, jakoś nie widziałem się pokonującym w rytmie góra - dół - góra - dół tego długiego pasma. Stanowił on jednocześnie punkt obserwacyjny na Wielki Krater - zapadlisko (Maktesh Gadol), ale jeden maktesz miałem za sobą - Ramon, a kolejny - mały - jeszcze przed sobą.
Westchnąłem z rezygnacją i pożegnałem na pół dnia znaki Shvil Israel, podążając szerokim traktem w stronę fabryki Oron. Idąc prez Karbolet, zapewne dzisiaj bym tam nie dotarł.






Tuż za odbiciem szlaku ulokowano Mador Night Camp, do którego już wczoraj nie dotarłem. Tablica i kilka kamiennych ogrodzeń zdradzały charakter miejsca.




Teraz czekała mnie monotonia wędrówki prostą drogą. Kolejne kilometry mijały w jednostajnym rytmie, a przejeżdżające terenówki nieco ożywiały mnie gdy załoga pytała czy wszystko w porządku.






Gdy za każdym razem standardowo odpowiadałem, że mam zapas wody i jedzenia i idę do pobliskiej lokalizacji, na kolejne pytanie rzuciłem w odpowiedzi, że brakuje mi jedynie zimnego piwa. Z wnętrza terenówki dobiegł mnie śmiech kilku gości, po czym wysunęła się ręka z otwartym zimnym piwem ku uciesze nas wszystkich! Baruch Haszem! - Bogu niech będą dzięki! - zawołałem zdziwiony i autentycznie ucieszony. Zimny, pienisty napój był w tej lokalizacji niemal nierealny, ale ja naprawdę trzymałem w ręku butelkę zimnego piwa! Lehaim! Na zdrowie! - zawołałem do kolejnych mijających mnie samochodów, a rozpromienione twarze kierowców i pasażerów dopełniały obrazu tego radosnego wydarzenia.
Pociągnąłem długi łyk, potem kolejny i jeszcze jeden. Przyjemna zimna goryczka Carlsberga dotarła do moich kubków smakowych i wprawiła mnie w stan najwyższego zadowolenia. Uwierzcie mi, - tylko na gorącej pustyni zimne piwo ma tak boski smak. Po kilku chwilach butelczyna została opróżniona, ale smak pozostał na dłuższą chwilę.




Przede mną zamajaczyły instalacje fabryki, a po lewej wciąż towarzyszyła mi poszarpana rzeźba pasma gór. Jeszcze ze dwa kilometry i doszedłem do linii kolejowej, za którą znalazłem wjazd na rampę załadowczą. Omijając kamery monitoringu doszedłem przed jakieś biura, przed którymi posiano sztucznie nawadniany trawnik. Trawa! Położyłem się na chwilę i cieszyłem się jak małe dziecko. Niedawno zwykle piwo którego pusta butelka wylądowała właśnie w koszu, teraz zwykła trawa. Ale w tych niezwykłych miejscach było to także niezwykłe.










Gdy z hydrantu urządziłem sobie prysznic na trawniku i po nim odpoczywałem na krześle, podjechali weseli ochroniarze i bardzo grzecznie poinformowali, że nie mogę tu pozostać, a powinienem się udać na parking za bramą.





A za bramą na parkingu była umywalnia z trzema kranami i stoły z ławami. Można tu też rozkładać namioty, ale dla mnie na to było jeszcze za wcześnie, Poprzestałem tylko na przepierce i dokładniejszym umyciu się po zaledwie chłodzącym prysznicu.







Po krótkim odpoczynku ruszyłem drogą w stronę parkingu przy Ein Yorkeam. Podwiózł mnie sympatyczny człowiek, który zatrzymał się widząc plecakowca. Było tam sporo ludzi, bo atrakcja znajdowała się blisko drogi.








Wody nie brałem zbyt wiele, bo nazajutrz zamierzałem dojść do obiektu wojskowego, przy którym można jej nabrać. Tym samym plecak nie ciążył nadmiernie, choć do mojego pojęcia Ultralight, jeszcze nieco mu brakowało :)
Ruszyłem zatem przez kanion, by poszukać spokojnego miejsca na noc i dołożyć jeszcze jakieś kilometry do dzisiejszego dystansu.






Doszedłem do brzegu kanionu za którym zaczynało się zejście. Przed nim jednak było nieco w miarę płaskiego terenu na którym można by rozłożyć namiot. Ostatecznie wybrałem lokalizację między czterema kamiennymi kopczykami i tam się ulokowałem. W samą porę, bo słońce schowało się już za pobliskimi górami i powoli zaczynało się ściemniać.
Teren był osłonięty od wiatru, jednak silniejsze powiewy docierały i tutaj. Kamienne obłożenie namiotu zapewniło stabilność mojego pałacyku i broniło dostępu demonom nocy ;-)





Nadeszła ciemna, gwiaździsta noc. Kształty okolicznych gór zatopiły się w otaczającej je czerni, choć po chwili wpatrywania się w okolice, można było dostrzec ledwie widoczną granicę między górami a niebem. Wysokie klify za kanionem od wschodu były niczym mur fortecy. Gdzieś tam za nimi wyły młode szakale, a od czasu do czasu odzywał się głos starszego osobnika. Zapewne rodzina tych zwierząt weszła w porę polowania i karmienia.
W klifach też gnieździły się różnorodne ptaki. Jedne z nich, czarne z pomarańczowymi lotkami - Czarnotki Arabskie, wydawały bardzo selektywne przeciągłe dźwięki, rodzaj przenikliwego gwizdu, który odbijany od skalistej ściany, brzmiał niesamowicie, niczym z innego świata. Czułem się jak w Hadesie nad rzeką Styks, choć wolałbym aby Charon zaczekał jeszcze z przeprawianiem mnie na drugi brzeg... Nic nie zapłacę za moje obolałe ciało :)




Także i dla mnie nastała pora na posiłek. Tym razem sięgnąłem po owsiankę, mój słodki i sycący przysmak. Przyrządzam ją zwykle mocniej rozwodnioną, by się przy okazji nawodnić. Jednak tutaj, w gorącym klimacie, zawsze dodatkowo wieczorem wypijam duży kubal herbaty. Także i tym razem popijając gorący napój, wsłuchiwałem się w powiewy wiatru, wycie szakali, szmery przemykających w pobliżu jaszczurek i śpiewy ptaków. Po chwili wszystkie te tajemnicze odgłosy zawinęły się w moje niesamowite sny...







Dzień piąty - 4 listopada 2018.
Maale Palmah - Baza przed Małym Makteszem. 
Dystans - 14 km.



Kolejny słoneczny dzień wstał w ciszy. Jedynie ptaki tworzyły tło dźwiękowe, a gdzieś tam w załomach skalnych poświstywał lekki poranny wietrzyk.
Miejscówka była niemal idealna. Poza brakiem dostępu do wody, co akurat na tym bezludziu jest normą, miałem osłonę od wiatru, pagórek chroniący od zalania deszczem (jakim deszczem?!?) i ciszę jak w rezerwacie. Do tego piękna scenografia i wspomniane nocne odgłosy okolicznej fauny. No, może jeszcze gdyby był księżyc w pełni...




Czasem sobie myślę, co inni wędrowcy sądzą o mojej diecie. Poranny makaron w sosie bolońskim i duża kawa to bynajmniej nie obżarstwo, ani nawet dawka energii na cały dzień marszu. A jednak wespół z ciasteczkami owsianymi pozwalało mi pokonywać kolejne kilometry i na wieczór usiąść do obiadokolacji bez cierpień głodowych. Czułem się za to lekko, a mały głód, ten z konsumenckich reklam, nie miał do mnie przystępu.




Jedyne co po sobie zostawiam w miejscu noclegu, to rząd lub prostokąt kamieni. I to najczęściej tam, gdzie ktoś już biwakował, bądź tam, gdzie uznam to miejsce dla mnie korzystne, a neutralne dla środowiska i zwierząt. Nie muszą mnie one niepokoić ani ja nich. Mogę je za to słyszeć i obserwować z daleka, ciesząc się harmonią z przyrodą. Chyba też po to człowiek wędruje, by takie zespolenie z naturą czuć w bezpośredniej relacji.




Spojrzenie z brzegu kanionu w jego daleką perspektywę jest tym, co chce się zatrzymać w pamięci. To także jeden z powodów dla którego zabieram lustrzankę z nieco dłuższym obiektywem. Obrazy z wędrówki zachowuję dla siebie, ale też dzielę się z innymi. Dzięki temu zyskuję partnerów swoich przygód na szlaku, innym daję inspirację, jeszcze innym wrażenia z nieznanych miejsc.




Przywykłem już do zejść z klifów. To akurat nie było szczególnie trudne, ale jak zawsze, zachowałem szczególną ostrożność. Może to kwestia wyobraźni "co by było gdyby", a może tak właśnie trzeba.






Klify, kaniony, koryta suchych rzek... To nie tylko odróżnia pustynię Negev od powszechnego wizerunku piaszczystego bezkresu jaki utrwala się stereotypem choćby Sahary, ale dodaje niepowtarzalnego piękna zamkniętego w cudach sił natury, tworzącej te przepiękne krajobrazy.
Palące - choć z umiarem - słońce na bezchmurnym niebie, zasuszona roślinność cierpliwie oczekująca na choćby skąpy deszcz, zwietrzałe skały w monumentalnych formacjach, - wszystko to w swej surowości - jakże obcej człowiekowi cywilizacji, wypełnia moją potrzebę dzikości, samotności, obcości, a zarazem i jedności.







Życie rządzi się tu swoimi zasadami. Twardymi, ostrymi, kłującymi. Tak, to właśnie nieodłączne cechy tutejszej flory. Niemniej jednak można poznać też bogactwo zapachów. Nieraz ledwie wyczuwalnych, niekiedy rozsiewających się po okolicy. Jednak wszystkie te wonie przepełnia dominanta pyłu i piasku, zmieszana z zasuszonym rozkładem resztek roślinnych i zwierzęcych.






"Ceń cień." Ta krótka maksyma Jana Sztaudyngera przyświeca tu mocno, jak palące słońce pustyni. Bo zacienione miejsce w okołopołudniowych godzinach jest tu zaiste prawdziwym rarytasem. A gdy jeszcze rozsiewa wspomniane zapachy...




Za zakrętem kanionu szlaki się rozchodzą, a idąc w lewo widzę ścianę skał, zamykających tę suchą dolinę. Już po chwili wspinam się wąską, ale wygodną i łatwą ścieżką. Spotykam samotnego wędrowca, którego zapowiedziały dźwięki jakiejś niebiańskiej muzyki, płynącej z głośnika podpiętego do jego telefonu. Pozdrowienie, kilka uwag o szlaku i już jestem na ostatniej półce przed wypłaszczeniem. Z nostalgią spoglądam za siebie na głęboką i krętą rzekę pozbawioną wody. Znowu uszło mi na sucho... ;-)








Przechodzę nad głębokimi, wąskimi szczelinami. Położono na nich dwa głazy, które wraz z namalowanymi na nich znakami pokazują przebieg szlaku, ale też są wskaźnikiem postępującego pękania i oddzielania się mas skalnych. Proces jest powolny, ale postępujący.




Już niemal płasko, więc tempo marszu rośnie. Okolica też nieco monotonna, więc rozmyślam i idę. Po chwili napotykam dwóch plecakowców, jakby żywcem wyjętych z opowieści biblijnych. Plecaki, bukłaki, uśmiechy. To nieodłączne atrybuty napotykanych shvilistów. Lubię takie spotkania, bo oprócz upewnienia się że nie jestem na bezludnej planecie, to świadomość iż innym wędrowcom też się tu podoba, pozwala mi się pozbyć uczucia odmienności. A może nas tu dopada odmienność grupowa...? ;-)






Przed szczytem spotykam trzeciego, pyta o tamtych dwóch i pędzi za nimi. Ja zaś dochodzę do rozstaju szlaków i na wzgórzu widzę fort, a właściwie jego ruiny. To Fort Tsafir, leżący na dawnym szlaku przyprawowym.
Na wschodzie widzę Dolinę Arava z początkami salinariów Morza Martwego i okalające je góry Jordanii. Na zachodzie i nieco bardziej na północ - instalacje wojskowe i niewielką wioskę.













Po krótkim odpoczynku w cieniu murów starej fortecy, maszerując grzbietem za znakami, dochodzę do zejścia w kierunku drogi, wijącej się w dolinie. Nieco dalej na kierunku widnieją maszty antenowe, które według mapy powinny być oddalone o 700 metrów od skrzyżowania. Ponownie spoglądam na Dolinę Arava i schodzę do skrzyżowania.








Za skrzyżowaniem faktycznie niedaleko do Night Campu, skąd tylko 400 metrów do kranu z wodą przy pierwszej bramie bazy łączności.








Nabrałem trochę wody, rozpuściłem trzy tabletki i napiłem się do syta. Na razie więcej nie tankuję, bo mimo przejścia skromnego dystansu, najprawdopodobniej tu się zatrzymam na noc. Dookoła zbierają się chmury, wcześniejsze prognozy i napotkani ludzie zapowiadali deszcze właśnie w tych dniach, a przede mną Mały Maktesz, więc przy ulewie nie chciałbym być w rozległej dolinie.





Kilkadziesiąt metrów przed zewnętrzną bramą stoi budka, wyglądająca jak wartownicza. Zasiedlona przez kilka gekonów liścionogich, poza tym pusta i czysta w środku. Zasiadłem więc obok i czekam na rozwój sytuacji, zwłaszcza obserwując pogodę.






Pogoda jednak się popsuła. W dalszej okolicy zauważyłem charakterystyczne smugi padającego deszczu, a gdzieś dalej kilka razy pojawiły się błyskawice. No, w takich warunkach biwakowanie pod namiotem niezbyt odpornym na deszcz, nieszczególnie mnie pociągało. Wieczorem nadeszło trzech młodych Izraelczyków - Moshe, Zev i Tal (o ile dobrze pamiętam). Jako że zbliżał się deszcz, odłożyłem aparat i rozłożyłem się w budce. Moshe, który nie miał namiotu, zaległ obok, dwaj pozostali rozłożyli ciasny dwuosobowy namiot z Decathlonu obok budki, a plecaki między mnie a Moshe. Gdyby rozpętał się Armagedon, zadaszona budka ocaliłaby nas wszystkich.








Dzień szósty - 5 listopada 2018.
Baza przed Małym Makteszem - Wzgórze za Metzad Tamar. Dystans - 25 km.



W nocy polało i to nawet dość solidnie. Jednak Opatrzność czuwa nade mną i kompanami. Budka dała pewne schronienie i zapewniła spokojny sen. Pozostanie tutaj na noc okazało się strzałem w dziesiątkę.




W nocy i z rana gwizdały przeciągle Czarnotki Arabskie, a gekony gdzieś się zmyły. Wyspani, zabraliśmy się za śniadanie, po czym każdy ruszył w swoją stronę. Pierwszy Moshe, a po nim Zev i Tal. Ja niewiele później.






Wróciłem do znaków na Night Camp, skąd podążyłem w stronę Małego Zapadliska - Maktesh Katan. Nad jego brzegiem było kilka prowizorycznych ławek do podziwiania widoków. Ja postanowiłem kontemplować w trakcie marszu.






Przed zejściem na dół, przez chwilę spoglądałem na spore zagłębienie. Wyglądało jak jezioro pozbawione wody. Po przeciwnej stronie dolina otwierała się wąskim przesmykiem, rodem jak z jakiegoś starego westernu :)





Półka klifu i urwisko - to już standardowe zejście, jakie znamy z wcześniejszych kanionów. Oczywiście z uwagą i powoli, bo po ubezpieczonej stromiźnie nadal było spore pochylenie ścieżki, a rzęchu pod stopami nie brakowało.





Gdy już zszedłem na dół, tempo posuwania się do przodu wyraźnie wzrosło. Ujście doliny zaś przyciągało swoim magnetyzmem, jak uciekiniera chcącego wydostać się z matni. Wokół różnobarwne skały i zlepieńce, a nad głowami myśliwce strzegące spokoju mojej wędrówki :)







Dno makteszu utrzymuje minimalną wilgoć, toteż rośliny mają szansę na przetrwanie. Dla mnie to oznacza symfonię zapachów, która nęci swą intensywnością mimo ubogiej wegetacji.





Na końcu długiej prostej przy znaku powinienem skręcić w lewo. Jednak trójkolorowy znak był od mojej strony niewidoczny, właśnie dzięki rozrośniętym krzewom. Ujście doliny jednak było tak magiczne, że postanowiłem je przejść choć kawałek i nawet nie widząc innych znaków niż czerwone, uznałem, że za jakimś punktem widokowym na drugą stronę wylotu wrócę tą samą drogą albo znajdę skrót i łącznik do Shvil Israel.






No i warto było. Droga początkowo prowadziła wąskim gardłem, wijącym się między grzbietami warstw górotworu, które obróciły się podczas wypiętrzania i osiadły na sztorc. Dziwny, ale zarazem fascynujący był to widok. Za nimi na wzgórzu droga już spokojnymi zakosami biegła trawersem niewysokiego grzbietu, więc zacząłem myśleć o poszukaniu właściwej bądź alternatywnej trasy.
Wtedy to jak na zawołanie pojawił się samochód. Strażnik rezerwatu zatrzymał się i zaproponował podwózkę do skrzyżowania z "moim" szlakiem. Gdy wróciliśmy, na pace rozłożył małą kuchnię, zaparzył świetną kawę i poczęstował mnie znakomitą i słodką "małą czarną". Dość długą chwilę rozmawialiśmy przy robotnikach pracujących w pobliżu i po miłej pogawędce dostałem na drogę prasowane chlebki-tekturki, które nazwałem "lembasy" :)









Po rozstaniu w jak zwykle miłej atmosferze, popędziłem ostro by wydostać się z doliny. Chmury bowiem napływały coraz ciemniejsze, co niechybnie zapowiadało deszcz, a może i ulewę. A że miałem przed sobą dolinę poprzecinaną wąwozami rzek, to wolałem je pokonać suchą stopą.






Kolorowe piaski to specjalność nie tylko Parku Timna. Nie brakowało tu wszelkich odmian czerwieni, od żółci przez pomarańcz do fioletu. Czyli jednak istnieje życie na Marsie :)





Wyścig z czasem w perspektywie deszczu, to nierówna walka. Czas bowiem w miejscu nie stoi, a ja kilka razy musiałem. Tym razem plecak był zatankowany wodą na full, bo do następnego punktu zaopatrzenia daleko. A forsowny marsz pod górę przy pełnym obciążeniu wykonywałem bardzo dawno temu...




Zdążyłem. Niebo już dobrze pociemniało, zasnute grubym kobiercem ciemnych, kłębiących się chmur. Na brzegu krateru spojrzałem tylko przez chwilę za siebie. Gdyby tak lunęło przed kwadransem, podejście po śliskiej ścieżce byłoby nie lada wyzwaniem, a z pewnością raczej wątpliwą atrakcją...





Gdy niebo zarejestrowało moją obecność na wzniesieniu, jego zawory otwarły się i spuściły obfity deszcz. Przyszedł z naprzeciwka, toteż najpierw zobaczyłem tęczę, a po chwili poczułem krople deszczu które ją tworzyły. Lekkie poncho już czekało na tę okazję...






Z mapy zapamiętałem, że niedaleko od makteszu jest większy kamieniołom. Zawsze to jakaś oznaka cywilizacji i szansa na schronienie w razie "W". Jednak "niedaleko" nie oznacza "blisko"... Trzeba było jeszcze ze dwie rzeki wziąć na spacer, na szczęście suche mimo deszczu, którego większy impet przeszedł gdzieś bokiem.






Wreszcie po mozolnym marszu doszedłem na kulminację wzniesienia. W oddali zamglona Dolina Arava, a nieopodal, na szczycie wzniesienia, ruiny zapewne punktu obserwacyjnego dla Fortu Tamar ulokowanego kilkaset metrów dalej w dolinie, w bezpośredniej bliskości kamieniołomu.
Nawet przez chwilę zastanawiałem się, czy nie zostać tu na noc, ale w ruinach nie było odpływu, a deszcz nadal wisiał w powietrzu... Ustaliłem, że mam jeszcze od pół godziny do godziny na znalezienie miejsca pod namiot, po czym ruszyłem w stronę drogi, fortu i kamieniołomu.









Projektant szlaku miał spore poczucie humoru wpuszczając ludzi ...w kanał :) Oczywiście dało się przejść takim przepustem, ale nie z ciężkim plecakiem. Przez drogę przeszedłem górą i skierowałem się w stronę ruin Fortu Tamar - sporego jak na wcześniej spotykane.






Za kamieniołomem chyba wszedłem na tereny Beduinów. Spalony wrak samochodu to częsty widok na obrzeżach ich osiedli. Tymczasem zapadał zmrok, a ja nie znalazłem dogodnego miejsca na nocleg...





Za linią transportową już zapadał zmrok. Na dodatek zerwał się wiatr, a chmury już coraz niżej straszyły deszczem, bo pojedyncze krople spadały co chwilę.





Niewiele dalej trafiłem na niewysokie wzgórze. Takie w sam raz by się na nim rozłożyć i nie dać się zmyć większym deszczem. Nie miałem czasu ani ochoty na fotografowanie miejscówki, bo wybór skrawka usianej kamieniami gleby i rozkładanie łopoczącej kopuły namiotu wykonałem już przy świetle czołówki. Zrobiło się bardzo zimno, a uczucie to potęgował bardzo porywisty wiatr. Tym razem obramowanie kamienne przypominało umocnione stanowisko obronne :)

W namiocie szybko się rozgrzałem, ogarnąłem i rozłożyłem wszystko co trzeba na nocleg i zabrałem się za kolację. Po dniu pełnym wrażeń i sporym dystansie, zajadanie się soczewicą z szynką było niemal ucztą, do której dołożyłem puchar herbaty :)







Dzień siódmy - 06 listopada 2018.
Wzgórze za Metzad Tamar - Har Kina. Dystans - 29 km.




W nocy najpierw nieźle wiało, później zaczęło polewać deszczem. Byłem ufortyfikowany jak Merkava na libańskiej granicy, ale już deszcz był tym, z czym mój namiot sobie do końca nie radził. Na szczęście nie była to ulewa, więc szmata wykręcona kilka razy załatwiła sprawę.

Wystawiłem nos na zewnątrz, ale było przyzwoicie. Nie wiało, nie padało, a zachmurzenie nie pozwoliło usmażyć się w słońcu. Czyli dobrze. Namiot przetrwał - bardzo dobrze :) Zjadłem jakieś standardowe śniadanie, podelektowałem się poranną kawą i powoli zwinąłem majdan, podsuszając co trzeba.









Plan na dzisiaj był prosty - dojść jak najbliżej do Aradu. A że teren łatwiejszy niż wczoraj, to liczyłem na realizację planu, o ile nie załamie się pogoda bądź nie zaistnieją nieoczekiwane niekorzystne okoliczności.





Na szlaku stosunkowo sporo ludzi. Najpierw spotkałem nieco starsze małżeństwo z Belgii, a tuż za nimi postępowała czwórka młodzieży z Izraela. Przeciwdeszczowe pokrowce na plecakach sugerowały, że ci znali prognozę pogody na dzisiaj...





Kroję sobie spokojnie Shvila równym krokiem, a do buta sypie się piasek. Oj, będzie otarcie! Zatrzymuję się zatem na skrzyżowaniu szlaków i wytrząsam buty oraz wytrzepuję skarpety. Zaczyna się... Ale oczywiście nie osłabiam tempa i napieram dalej.







Za górką dwie terenówki, kierowca jednej z nich zatrzymuje się i lecą standardowe pytania. Wodę mam, żarełka sporo, ale coś słodkiego...? Jak najbardziej! Dziękuję Ci dobry człowieku!





Pustynia zda się nie mieć końca... No, skoro idę nią już dobre kilkanaście dni, to i niemal o początku zapomniałem...




Wędrowcy są weseli. Chyba przy żadnym spotkanym indywidualiście czy grupie nie mógłbym inaczej stwierdzić :) Tak jest zawsze i tak jest i teraz, - kolejna trójka zamienia ze mną przyjacielskich kilka słów i od razu rana na palcu lewej stopy jakby przestaje dokuczać :)





Po spotkaniu tak się rozkojarzyłem, że nie zauważyłem odbicia szlaku... Plus - szeroka i wygodna droga, minus - dodatkowy kilometr do dystansu. Ale nic to. Dochodzę do drogi asfaltowej po której mkną samochody i biorę ją z marszu. Nie ma po co się zatrzymywać, więc drepczę dalej spokojnie.





Piknik pod wiszącą skałą. Nie, nie organizuję czegoś takiego, ale dawno, dawno temu był taki film. Ktoś tu nocował w bezdeszczową noc, a może da się i w deszczu...
Po sąsiedzku samotny pasterz pilnuje owiec, kóz i osłów, a głośno szczekający pies mu w tym pomaga. Ciekawe gdzie się podziewają na noc, bo namiotu nie widzę...





Za wielkim zakrętem rzeki zauważyłem jakieś opakowanie. Z ciekawości schyliłem się po nie i wtedy aparat zsunął mi się z pasa piersiowego. Usłyszałem głośny trzask i zmartwiałem - obiektyw odpadł od korpusu... Nikkor 18-105 VR ma plastikowy bagnet, który się wyłamał. Na szczęście nie było większych uszkodzeń, więc udało mi się wpiąć obiektyw i zabezpieczyć go gumą od karimaty. Ufff... Mogłem wciąż robić zdjęcia, ale tylko na szerokim kącie... Bagnet się da wymienić, więc nie ma tragedii...






No i znowu wędrowcy. Najpierw dwie młode dziewczyny, później trójka bodaj Francuzów i po chwili dwóch tubylców.




Od Francuzów dowiedziałem się, że koryto którym idę w górę jest długie i ciągnie się na dobre kilka kilometrów. No cóż, - nic nadzwyczajnego, choć może tylko przydało by się coś do podziwiania.
Zauważyłem, że choć szlak biegnie dnem koryta, to nieco powyżej są wyraźne ścieżki, a maszerowanie nimi jest wygodniejsze, a przez to szybsze. Czasem tylko schodziłem na dno, ale w większości korzystałem ze ścieżek powodziowych. Dawały przy okazji lepszą perspektywę na samo koryto, jak i na okolicę.







Z wąwozu wyszedłem już dobrze po zachodzie słońca i na wyjściu na płaskowyż wypatrzyłem nikłe pojedyncze światła wioski beduińskiej. Przeszedłem jeszcze ponad kilometr i dojrzałem niewielką górę dominującą nad okolicą. Miejsce w sam raz na namiot, w rozsądnym oddaleniu od osiedli, ale choć liczyłem na uprzątnięte i ogrodzone miejsce, to jednak sam musiałem usunąć kamyki i obłożyć namiot. W oddali jarzyły się światła Aradu, a na sąsiednim pagórku luźne zabudowania pasterzy skrzyły się pojedynczymi nikłymi światełkami.

Noc zapowiadała się pogodna, więc na ciepłym, dość mocnym wietrze dosuszyłem wilgotne od rana rzeczy i gdy ciemność już na dobre zapadła, przyrządziłem lekką obiadokolację. Aparat pospinany gumkami leżał smętnie obok, już nie angażowałem go do nocnych ujęć. Jeszcze przez zaśnięciem wiatr niemal ustał, więc bez zmartwień na najbliższą przyszłość, dość szybko zasnąłem.





Dzień ósmy - 7 listopada 2018.
Har Kina - Arad. Dystans - 18 km.




Rano budzą mnie zbliżające się odgłosy dzieciaków. Oho! Małe beduińskie dzieci mnie namierzyły - myślę sobie.
Przychodzą pod namiot, ale ja jeszcze słodko dosypiam.
-Shalom! - słyszę z pobliża chłopięcy głos. Nie reaguję, chcę jeszcze pospać. Dzisiaj Arad na wyciągnięcie dłoni, więc nie ma co się zrywać, bo jest dopiero jakieś pół godziny po wschodzie słońca...
Przysypiam gdy nieśmiałe odgłosy się oddalają.

- Salam! - słyszę tymczasem.
Rozsuwam wejście w namiocie i widzę kilkanaście metrów ode mnie stado kóz, a obok namiotu uzbierało się trzech zaciekawionych małych dzieciaków.
- Shalom! - tym razem ja wołam wesoło do nich. Szeptają coś do siebie, ale są wyraźnie onieśmieleni.
- Do you speak English? - artykułuję nieśmiertelną formułkę.
- Eee... Uuu... - potrząsa głową najstarszy.
- Iwrit? - rzucam, tym razem z moim niemym eee... uuu...
Brak kontaktu słownego. No cóż, ja ich arabskiego nie ogarniam, a kto wie, czy oni jakiejś mieszanki językowej nie używają.
- Ja-cek - wskazuję palcem na siebie i pytająco pokazuję na najstarszego malca.
- Salleh - przedstawia się starszy i pokazując na młodszego literuje:
- Nassar.
No i już jesteśmy kumple :) Na przełamanie lodów szukam czegoś słodkiego. Znajduję owocowe Mentosy i częstuję grupkę, do której dołączył trzeci malec o nieustalonym imieniu. Pojawia się malutka dziewczynka, ale gdy zapraszam ją gestem by podeszła po dropsa, ta zanosi się płaczem. Chłopiec bierze ode mnie i daje jej, a ta płacząc odchodzi.
Fenomenem dzieciaków jest fakt, że połowa z nich nie ma butów! Na trawie nie byłoby to takie dziwne, ale tutejsze kamienie są ostre jak tłuczeń i nie da się na nich nie stanąć. Dla nich to zaledwie nieistotna przeszkoda... Część z nich wraca do osady.

Mam problem z aparatem. Zdjęcia wychodzą prześwietlone, tracę sporo ujęć, że o braku zoomu nie wspomnę. I to akurat wtedy, kiedy mamy międzynarodowe spotkanie na szczycie... ;-) Większość zdjęć robię w ciemno "z biodra", dociskając chyboczący się obiektyw do korpusu.







Jestem już po śniadaniu, więc zabieram się do zwijania obozu. Najstarszy z dzieciaków i jeszcze jeden zostali obok i duży pomaga w składaniu namiotu. Jest pomocny, ale i uważny. Spogląda na mnie i reaguje na moje gesty i proste słowa "ken" (tak) "lo" (nie). Niewątpliwie jest to dla niego atrakcja, urozmaicenie monotonnego dnia i powód do dumy i opowieści w gronie rówieśników. Traktuję go poważnie, co bardzo mu się podoba. No, w końcu został moim przyjacielem...




Plecak spakowany, więc się objuczam. Mój nowy przyjaciel dumnie maszeruje obok mnie, trzyma krok i szereg. Może zostanie żołnierzem... Wyraźnie nasza godzinna znajomość jest dla niego bardzo istotna.
Schodzimy z góry do drogi, dzieciak dziarsko maszeruje po mojej prawicy, a mnie coś kręci w nosie i pod powiekami, - za chwilę nasze drogi się rozejdą i mój nowy przyjaciel zostanie tutaj, pewnie jeszcze na długo.
Na rozstaju dróg rzucam mu krótkie "salam!" i podążam szlakiem. Młody zaś w drodze do osady co chwile się zatrzymuję, woła krótkim okrzykiem i salutuje z mocnym przytupem. Ja salutuję, macham na pożegnanie i tak jeszcze kilka razy, zanim nie zniknie za wzniesieniem...
Znowu idę sam...


Na horyzoncie Arad, a ja właśnie przemierzam szeroką terenową drogę. Ogarnąłem aparat - przysłona nie działa prawidłowo, pewnie się nie domyka i pracuje na pełnym otworze. Przełączam tryb na "A" (aperture - przysłona) i naświetlanie regulowane jest czasem migawki. Na wszelki wypadek ustawiam ISO sztywno na 100 i zdjęcia wychodzą poprawnie naświetlone.

Po kilku chwilach napotykam pięcioosobową grupę młodych shvilistów, do których po kilku minutach dochodzi dziewczyna. Weseli, wręcz radośni, chętnie wdają się w rozmowę. Są niezwykle sympatyczni, choć na szlaku to już standard, ale za każdym razem zauważam tę szczerą serdeczność i otwartość. Mam lekko, bo większość zapasów zjedzona, a wodę mam tylko w bukłaku na dojście do Aradu. Przegadujemy tak dobrze ponad kwadrans, a moglibyśmy pewnie sporo więcej. W zasadzie, to chętnie bym się do nich dołączył, ale przecież idę w drugą stronę.
Na pożegnanie dostaję od jednego z nich szczyptę lokalnej przyprawy. To Zatar, - bazuje na tymianku i sumaku z dodatkami. Jest wonny, charakterystyczny dla tutejszej kuchni i mający zapach znany mi z pustyni. Proszę jedną z dziewczyn by mi mailem przypomniała nazwę gdybym zapomniał, ale zapamiętałem, a przyprawa robi u mnie za wonność przypominającą ostatnie kroki po pustyni :) Maila oczywiście dostałem - toda raba!





Mijam ostatnią wioskę Beduinów i wchodzę na pobliskie wzgórze. Znajduję tu ruiny dwóch budowli - nowszej z kamienną podłogą i starszej z cysterną. Ze wzgórza widać drogę, do której dojdę niebawem.








Z naprzeciwka dochodzi spora grupa prowadzona przez przewodnika. Z zainteresowaniem wypytują mnie o trasę i kontemplują moje kończące się przejście. Miło jak zawsze :)




Wchodzę na drogę i już jej nie opuszczam. Według mapy powinienem iść wąwozem obok, ale z drogi widzę więcej, a moje obtarte palce nie cierpią dodatkowego skręcania się na nierównościach. Arad wita!





Trawa, miasto, cywilizacja. Wędruję po ulicach i oglądam życie miasta. Nic szczególnego, ot, codzienność...






Pytam o dobrego niedrogiego falafela i po chwili trafiam do niewielkiego pasażu, gdzie za 10 szekli dostaję lokalny przysmak, którym ze smakiem się zajadam. To w nagrodę za trudy wędrówki :)




Przy stoliku przepakowuję się. Aparat chowam do plecaka, bo jego stan jest zbyt marny, by nadal wisiał mi na pasie piersiowym. Zresztą planuję złapać okazję na południe, toteż i kijki troczę do plecaka, by mieć jeden bagaż do ogarnięcia.
Idę sobie gdzieś na kierunku drogi wylotowej. Na chwilę jeszcze zasiadam na dworcu autobusowym, doładowuję telefon i biorę trochę wody. Wreszcie wychodzę i przyjmuję kierunek na południe.

Dochodzę do skweru przy drodze wylotowej. Młodzież gra w baseballa, więc pytam jednego czy na trawniku wolno się rozbijać. Trochę już za późno na stopa, więc lepiej będzie pomyśleć o tym jutro, a dzisiaj spokojnie się gdzieś tutaj przekimać. Młody jednak przeczy ruchem głowy, ale dla mnie nie problem, bo przejdę dalej i będzie dobrze. Pytam go jednak czy mógłby zadzwonić do któregoś z Trail Angels i zapytać o nocleg. Po kilku próbach udaje się! Mam nocleg pod dachem - pierwszy raz w Izraelu (jeśli nie liczyć budki przed Małym Makteszem). Przede wszystkim liczę na kąpiel i zmycie piachu i kurzu z siebie.

Dochodzę pod wskazany adres i trafiam na przesympatyczną rodzinę. Chcę rozłożyć namiot na trawniku, ale nie ma mowy - śpię w domu z całym komfortem z tego płynącym. Dostaję michę zawiesistej zupy-krem, - doskonała, zwłaszcza po mojej diecie pustynnej. Na pytanie, nieskromnie i łakomie wręcz proszę o warzywa, bo tej świeżości witamin najbardziej mi brakuje. Chyba wyszedłem na głodomora, bo widok papryki, ogórka i pomidora sprawia mi radość z samego patrzenia i później z pochłaniania :)
Kąpię się, robię małą przepierkę i kładę w czystej pościeli. Chyba musiałem ostatnio spełnić jakiś dobry uczynek, że takie dobro mnie spotkało... Korzystam jeszcze z WiFi, bo kontakt z cywilizacją urwał mi się w Mitzpe Ramon tydzień temu, ale w świecie wszystko gra. Jest dobrze.
U Aniołów Szlaku czuję się jak w niebie i takimże niebiańskim spokojem zasypiam... :)



Epilog



Budzę się wcześnie rano, ale nie na kontemplację wschodu słońca, a na kolejną rewelację. Pani jedzie bowiem do Beer Szewy i może mnie zabrać, co jest mi bardzo na rękę, bo stamtąd już łatwiej złapię stopa na południe do Ovdy bądź Eilatu. Żegnam się z głową domu i dzieciakami i jedziemy. Na miejscu gorąco dziękuję za niesamowitą i serdeczną gościnę. Choć już pisałem o życzliwości ludzi Izraela, to za każdym razem to powtarzam z najwyższą przyjemnością - gościnność i życzliwość tego narodu jest fenomenem, choć słynna i przysłowiowa polska gościnność potrafi być tez konkurencyjna. Wielkie, wielkie dzięki! Toda raba! Toda mikol halew! תודה מכל הלב.

W Beer Szewie przeszedłem na wylotową nr 40 i dość szybko złapałem stopa. Elegancka muzułmanka porozmawiała trochę ze mną w czasie jazdy, widać było jej swobodniejszy i jakby dyplomatyczny styl bycia. Jechała niezbyt daleko, ale na dobrym kierunku.

Na wysokości Yerocham po kilkunastu minutach złapałem kolejnego stopa, tym razem studentka jechała do Eilatu, co przyjąłem z wielką radością. Przez dłuższą chwilę rozmawialiśmy na różne tematy, lecz mój angielski nie z wszystkimi radził sobie dobrze. Na skrzyżowaniu Shizafon w pobliżu Neot Semadar nie pojechaliśmy drogą nr 12 od zachodu, a 90 od wschodu, czyli Doliną Arava.

W Eilacie czułem się już na pewnym gruncie. Chwilę pomyszkowałem po centrum, po czym znaną sobie drogą poszedłem na darmową plażę przed granicą z Egiptem. W supersamie przy początku Shvil Israel kupiłem Humus z Zatarem i pięć chlebków pita, co dla mnie było zapasem na dwa dni :)

Na plażę doszedłem wieczorem. Rozkładając namiot wyciągnąłem też aparat i uwieczniłem swoje lenistwo. Tego dnia dopiero wieczorem zjadłem pierwszy posiłek, choć wcale nie czułem wielkiego głodu. Dwie pity z humusem nasyciły mnie wespół z dużą herbatą.






Kolejny dzień to było słodkie lenistwo. Chciałem się nawet wybrać na Har Tsefahot i zejść do Wadi Shlomo, ale miałem dwa rozdrapane palce u lewej stopy, które po moczeniu w słonej wodzie Morza Czerwonego szczypały i nie goiły się w spodziewanym tempie. Zaś pierwotną przyczyną był nie piasek w skarpecie, a niestarannie obcięte paznokcie, przy których pozostawione boczne zadziory podrosły przez tydzień i cięły sąsiednie palce. Taka niby drobna sprawa...





Po śniadaniu sąsiedzi z dużego namiotu poczęstowali mnie wyborną szakszuką i sałatką. Później dostałem jeszcze sporo sałatki i humusu, więc byłem objedzony do syta. Około południa sąsiedzi wybyli pozostawiając namiot, więc i ja połaziłem trochę po okolicy.
Gdy wróciłem, pomiędzy moim namiotem a sąsiadami rozłożyli się ze stolikiem, krzesłami i grillem pan z panią. Pan oczywiście przy grillu, pani spokojnie dziergała jakąś makatkę. Wlazłem do namiotu chwilkę poleżeć, po czym słyszę "puk - puk" i widzę nowego sąsiada z wielkim talerzem pełnym grillowanych specjałów: sznycelki, piersi z kurczaka i coś a la stek. A wszystko wyborne i doprawione w sam raz na mój gust, czyli obficie i pikantnie. Odwdzięczyłem się polską czekoladą gorzką, która oparła się dzielnie słońcu pustyni. Po chwili na żądanie przekazałem kubal, który wrócił z herbatą z mięty Na-Na, mocno osłodzoną. Normalnie kocham ten kraj i jego ludzi :)
Zbliżał się czas szabatu. Nowi sąsiedzi wnet się zwinęli, zrobiło się ciszej. Zostało jednak trochę towarzystwa, ale wszyscy byli w nastroju świątecznego dnia. Ja jeszcze pokuśtykałem trochę po plaży, obmyłem się po kąpieli w morzu i zrobiłem szybką przepierkę. Jutro odlot, więc trzeba się wyspać i wcześnie wstać.








Sobota. Luzik dla wszystkich, a dla mnie normalnie odlot. W przenośni, ale przede wszystkim dosłownie. Wywietrzyłem śpiwór, spakowałem wszystkie bambetle i ruszyłem na przystanek autobusu 282. Reszta - standardowo: przyjazd na lotnisko, ukrycie depozytu - kijków i kartusza, odprawa i długie oczekiwanie na odlot, bo samolot zaliczył 2,5 godziny opóźnienia z Krakowa, Ale na lotnisku już mi się nie spieszyło. W końcu wróciłem, ale plany na kolejny etap powoli nabierają kształtów... :)










Wątek sprzętowo - logistyczny dla całego odcinka pustynnego umieszczę w osobnym wpisie.

Shvil Israel - 1 etap - Eilat - Neot Semadar
Shvil Israel - 2 etap - Neot Semadar - Mitzpe Ramon



Dziękuję za wytrwanie w lekturze :)

.