Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

sobota, 3 marca 2018

Shvil Israel - 2 etap: "Klątwa Pustyni" - Neot Semadar - Mitzpe Ramon



Niedługo po pierwszym etapie pokonywania Narodowego Szlaku Izraela, do realizacji wszedł etap drugi. Plan był niewysilony - przejść od Neot Semadar do Mitzpe Ramon, a jeśli kondycja i warunki będą sprzyjać, to może nieco dalej.

Planowanie odbyło się gładko, wyposażenie niewiele się zmieniło, bilet kupiony niedrogo i z wyprzedzeniem. Pozostało tylko maszerować...

O ile pierwszy etap przeszedł bez niespodzianek, o tyle na drugim przeciwności zaczęły się już na starcie, bądź po lądowaniu. Z bagażu umieszczonego w luku, zniknął mi jeden przypięty do klapy plecaka karabińczyk... Niby drobiazg, ale komuś sprzęt 5.11 Tactical się spodobał. Czy to się stało na Balicach w Krakowie, czy w Ovdzie - tego już nie wiem...

Niespodziewanie i niemal w ostatniej chwili na wyjazd zdecydowała się Joanna, z którą w większym gronie wędrowaliśmy Szlakiem Kaszubskim i Głównym Szlakiem Beskidzkim. Wyleciała wcześniej, a na szlaku spotkaliśmy się w Neot Semadar.


***


Dzień pierwszy - Lotnisko Ovda - Baza wojskowa Shizafon. Dystans: 22 km.



Po przylocie, z lotniska ruszyłem pieszo w stronę skrzyżowania na Shaharut. Tam bowiem pozostawiłem depozyt - nóż i kijki trekkingowe.

Już na starcie za lotniskiem natknąłem się na kilka sztuk amunicji 5,56 NATO, widocznie usuniętej z zacięć, na co wskazywały deformacje łuski. Jednak spłonki były nienaruszone.
Znalazłem też dwie szekle, czyli równowartość dwóch złotych. No, - w tym tempie po kilku dniach uzbiera się na piwo... :)





Na drodze nr 12 ruch był mizerny. Kilka samochodów przemknęło nie reagując na moje łapanie stopa. Ale to tylko kilka kilometrów, więc szedłem w cieple i słońcu. Co rusz napotykałem na militarne akcenty.






Przy drodze znalazłem coś, co przypominało solidną lufę kalibru 7.62. Przymierzyłem nabój 7.62x51 - pasuje! Ale z uwagi na sporą korozję, nie mogłem zobaczyć czy wnętrze przewodu tej rury jest gwintowane. Eksponat został na swoim miejscu.



Z bazy lotniczej co rusz startowały pary myśliwców F16. Naliczyłem osiem sztuk, po czym przestałem na nie zwracać uwagę. Doszedłem bowiem do skrzyżowania, gdzie podjąłem depozyt.





Do Neot Semadar, a dokładniej do skrzyżowania Shizafon miałem już tylko cztery kilometry. Po drodze widziałem sporo wystrzelonych opon. Nietrudno sobie wyobrazić nagrzany w lipcowe południe asfalt i hamującą ciężarówkę. Efekt na zdjęciu...





Przy skrzyżowaniu spotkałem się z Joanną i odebrałem kartusz gazowy zakupiony przez nią w Eilacie. Od tego momentu byłem w pełni wyposażony na wędrówkę.



Popołudnie już zaczęło przechodzić w wieczór, więc widząc Bazę Shizafon, podeszliśmy i zapytaliśmy się o możliwość rozbicia namiotów, Nie było problemów, na nawet dostaliśmy szpulę od kabla, pełniącą funkcję stolika. Niebawem obok bramy czołgistów stanęły dwie srebrne kopułki.












Dzień drugi - Baza wojskowa Shizafon - Paran Night Camp. 
Dystans: 25 km.



Hitowe Lipnickie Bułki z poprzednich wyjazdów także i tym razem znalazły się w pasza-bagu. Jedna z nich włączona została do śniadaniowego menu.
A że w pobliżu zaparkował najprawdziwszy czołg, to nie omieszkałem się sfotografować na pancerzu i pod nim :)


Fot. Joanna B.

Fot. Joanna B.

Fot. Joanna B.

Fot. Joanna B.

Fot. Joanna B.




Trzeba było ruszać dalej. Jakby na pożegnanie, czołgiści dali z działa na pobliskim poligonie. Choć było to kawałek dalej, to rąbnięcie było konkretne. Różnych innych akcentów militarnych na szlaku nie brakowało...






Na horyzoncie ukazała się osada Shittim, którą stanowił Pustynny Aśram. Tam właśnie trzeba było zaopatrzyć się w zapas wody, gdyż dalej dostępność tego życiodajnego płynu była problematyczna.

Osada Shittim, czyli Pustynny Aśram.




Zastałem tam Pedro - pana papugę (pana papuga?). Pedro jadł mi z ręki, z paczki wyciągał ciasteczka, po czym przesiadł się na ramię młodej kobiety, czyhając na cytrusa.
Gdy już się najadł, wsiadł na ramię lokalnego pirata, z którym jeździł po terenie.

Fot. Joanna B.

Fot. Joanna B.

Fot. Joanna B.

Fot. Joanna B.





Nigdy nie niosłem tak dużej ilości wody. Do tego zapas jedzenia na cały etap. Oj, - ciężko będzie...!




Wśród powszechnych odgłosów pif-paf, w aśramie pożegnał nas pif-paw :) Objuczony jak muł, ruszyłem na wyschniętą i spaloną słońcem pustynię...





Nisko przelatujące transportery opancerzone dobitnie utwierdzały mnie, że nadal jestem w Izraelu :) Także wojskowe i cywilne przekaźniki, oraz wszechobecne poligony i strzelnice. Jedynie droga nr 40 miała cokolwiek cywilny charakter... :)






Od drogi już tylko odludzie. Wadi - suche koryto rzeki prowadziło w dal, według znaków. Sucha rzeka wśród skał - kolejna wizytówka pustyni Negev...






Night Camp Tsihor-Paran świecił pustką. Jedynie obramowania z kamieni i ślady ognisk wskazywały na istnienie tu obozowiska.
Dzień już się kończył, toteż był czas by stanąć obozem. Wiało dość mocno, więc swoim zwyczajem, od nawietrznej ułożyłem kamienny antypodwiewacz. A na kolację zaserwowałem jeden z liofilizatów, by na następny dzień nabrać energii do dalszej wędrówki.

Przy okazji zauważyłem, że piasek i kamyczki które utknęły w moich butach, zapoczątkowały dwa podrażnienia. Wytrząsnąłem zawartość także spod wkładek i ze skarpet, po czym zapadłem w błogi sen. Cisza pustyni była błoga...










Dzień trzeci - Paran Night Camp - Barak Night Camp. 
Dystans: 24 km.



"Cisza pustyni była błoga..." Jeszcze pierwszy sen nie przeszedł, gdy po drodze obok campu zachrzęściły na piasku koła transporterów wojskowych. Wyjrzałem z namiotu, ale pojazdy wyposażone w noktowizory poruszały się bez świateł. Jedynie w nikłej poświacie mogłem wypatrzyć kilka kształtów, które zatrzymały się jakieś 50 metrów obok. Słychać było rozmowy radiowe i nawoływania. Po kilku chwilach jeden pojazd odjechał i chyba wysadził żołnierzy, bo długą chwilę po jego powrocie słychać było kroki piechurów.
Oczywiście nie interesowały ich dwa namioty, bo mieli swoje zadania. Zaś dla mnie mogliby przyjechać nad ranem, to i byłaby szansa na złapanie niestandardowej okazji na tym pozornym odludziu...

Ale nad ranem znowu była cisza i nawet nie było śladu wieczornego wiatru.
Kurczak Złoty Vifona plus bułka z serem stanowiły moją poranną ucztę. W ramach wygody, zupka doszła w opakowaniu po liofilu...







Suszenie śpiwora, doładowanie telefonu energią słoneczną, narada sztabowa - i w drogę!
Kierunek - Wadi Paran i zejście do Wadi Vardit. Potem przejście płaskowyżem do Wadi Barak i dotarcie do Night Camp Paran. Plan prosty, ale wcale niełatwy...








Odbijamy na Vardit. Pionowa skała daje przyjemny cień, więc korzystamy. Ja oglądam stopę i widzę, że tworzą się dwa bąble... U Mnie?!? Ano...
A w pobliżu Agama Synajska daje po kamieniach na bosaka... Może by ją przerobić na portfel...? ;-) Ale na co bezrobotnemu kiesa na kasę... :)







Ufff... Jak gorąco... Na szczęście schodzimy do ujścia kanionu. Komu kanion straszny, może go obejść łagodną ścieżką po zielonych znakach. Ale kanion Vardit to niebylejaka atrakcja! Wchodzimy między wysokie skały.









Ciasno, kolorowo i ciekawie. Krzemienie jak wyrostki kolczyste kręgosłupa opierają się erozji wodnej, która rzeźbi miękką skałę zakolami i meandrami. Studnie, wodospady i łożyska - suche jak pieprz. To bardzo dobrze, bo na filmikach widziałem przeprawy na mokro.









Słońce wydobywa z głazów kolory i fakturę, choć nie sięga do samego dna. A tam - kolejne puste studnie, imponujące wodospady i drabiny na zmianę z klamrami. Dzielnie dajemy naprzód.











Wreszcie docieramy do wyższych partii kanionu, gdzie klaustrofobiczne szczeliny otwierają się szerokimi lejami, choć to jeszcze nie koniec trudności. Na szczęście droga jest dobrze oznakowana i ubezpieczona, toteż tak w poziomie jak i w pionie posuwamy się względnie wygodnie.



Niecka z drzewem daje trochę wytchnienia. Spoglądam za siebie i widzę wąską szczelinę między nachylonymi zboczami. Trudno uwierzyć, że kilkanaście metrów poniżej kryją się takie cuda i dziwy.




Na płaskowyżu dołącza łatwe obejście zielonym szlakiem, a ścieżka prowadzi na kolejne plateau. Płasko niemal jak na lotnisku. Drogą jadą trzy terenówki i zatrzymują się obok nas. Dostajemy butelkę wody i troskliwie jesteśmy odpytani, czy aby nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Piękny przykład gościnności...
Spotykamy też wędrowca - to dzielny Eliahu Rapaport, który Shvil Israel dobrze zna, a teraz przemierza co ciekawsze okolice. Pogadaliśmy jak niemal starzy znajomi i każdy ruszył w swoją stronę. Czujemy się jak u siebie, choć nic nie jest w okolicy takie jak u nas. Ale gościnność - iście polska :)








Płaskowyż obniża się, co niechybnie zwiastuje bliskość kolejnego kanionu. Istotnie, po kilku krokach ukazuje się nam wijąca się ciasno między skałami, ciemniejąca szczelina. To wejście do Wadi Barak. Wcześniejszy kanion eksplorowaliśmy od wyloty, tutaj natomiast wlot będzie wejściem. Dobrze to natura zróżnicowała, a projektanci oznakowali.







Wchodząc w wąską szczelinę, zatapiamy się w miłym chłodzie. Dociera tu sporo światła, toteż ponownie mój aparat strzela kolejne foty. Choć brakuje mi obiektywu szerokokątnego, to jakoś tnę kadry w pionie i w poziomie, by uwiecznić to piękno sił natury.







Także i w tym kanionie jest niemal całkiem sucho. To świetnie, bo nieliczne oczka z zieleniejącą wodą aż cuchną, więc przeprawa przez taki kisiel nie byłaby zapewne przyjemna...




Nie brakuje i tutaj klamer i drabin. Bez nich pokonanie imponujących spadków i przepaścistych pionów byłoby możliwe tylko z użyciem liny. A z jej użyciem oswajają się dzieci, ochoczo li licznie pokonujące tę atrakcję.







Jest znany mi z filmików zakręt wymyty strugami wody. Z plecakiem trudno się tu zmieścić. Trzeba pochylić się na bok i wspomagając rękami, nie dać się zaklinować. Lina jest dla słabych, więc by nie dać satysfakcji tubylcom o tym informującym, wykonuję coś w rodzaju zapieraczki i pokracznie schodzę. Inaczej nie za bardzo się da...




Ale to już koniec utrudnień. Wysokie skały jakby nieco rozsuwają się na boki, a pod stopami chrzęści wypłukany żwirek. Nie ma tylko muchomorka... ;-)





Wreszcie można odetchnąć pełną piersią, wciągając w płuca błękit bezchmurnego nieba. Gdybyż jeszcze móc tu być w czasie obfitych opadów... W bezpiecznym miejscu - ma się rozumieć. Lokalni bardzo skwapliwie korzystają z takich okazji, bo ulewy zdarzają się tu wyjątkowo rzadko. Nam jednak wystarczy przejście na sucho :)




Góralki Syryjskie patrzą zaciekawione. Może mamy coś do zjedzenia, może rozstawimy namiot, a wtedy się przegryzą przez powłokę i przez plecak... Dlatego właśnie unikam biwakowania w pobliżu ich nor. Straty mogą być dokuczliwe...



Jest pięknie. Do tego pogodnie i ciepło. Pod kolejną akacją - pustynna biblioteka. W skrzyni po amunicji artyleryjskiej - beletrystyka i literatura lekka jak transporter nieopancerzony ;-) Nieopancerzony w Izraelu - he he...







Parking dla samochodów, to znaczy że nasz night camp już niedaleko. Istotnie, - kilka kilometrów po płaskim, gdzie ostatni odcinek podwozi nas małżeństwo z dzieckiem i ofiarują dwie butelki wody. No, ale o trosce i gościnności już wspominałem...




To miejsce biwakowe może się podobać. Delikatny grys otoczony murkiem i osłonięty zboczem - miejsce godne naszych srebrnych pałacyków. Do szczęścia brakuje ujęcia wody i kibelka, no, ale to w końcu pustynia...






Namiot postawiony, noc nadciąga. Po sąsiedzku zaparkowała półciężarówka i po chwili stanął namiot i zażarzył się grill. Popłynęła muzyka, ale taka jakaś inna niż nasza... No to skoro oni grilla - to ja kolację. A na kolację - pustynna owsianka! Była słodka jak ulepek.











Dzień czwarty - Barak Night Camp - Tzukim - Wadi Ashosh.
Dystans: 25 km.



W nocy lało... Miało być bezdeszczowo przez cały wyjazd, a tu polało i to nawet obficie! Namiot dał jakoś radę, choć trochę puścił wody do środka. Inna sprawa, że nie jest przeznaczony na deszcz większy niż lekki przelotny deszczyk. Jednak mała kałuża w narożniku mnie nie przeraziła, a przed porankiem opady ustały, pozostawiając jeszcze na niebie trochę chmur.



Śniadanie - klasyka - bułka lipnicka z serem i kawa. A w tym czasie co było wilgotne, to podsychało.




Przy okazji sprawdziłem zachowanie worków wodoszczelnych. Najmniejszy Karrimor z elektroniką - suchy w środku. Meteor sześciolitrowy - suchy w środku. Natomiast ośmiolitrowy chiński pasza-bag puścił do środka co chciał. Wewnątrz i tak prawie wszystko było w woreczkach foliowych, jedynie cukier w papierowych tutkach zawilgnął nieco. Nie zabrałem natomiast innych delikatnych worków, bo skalista pustynia jednak wymaga mocniejszych materiałów.





Po wysuszeniu wyposażenia, ruszyliśmy w drogę. Jednak i bąble na stopie i jakiś dziwny ból wchodzący w kolano, nie pozwalały mi na maszerowanie z pełną prędkością. To chyba po utraconym karabińczyku, kolejny przejaw klątwy pustyni...









Idąc trochę niemrawo, trafiliśmy na konkretne wyzwanie dla offroadowców. Droga pełna wystających głazów o bardzo stromym spadku. Widać tu było sporo zdartej gumy, co niezbicie świadczyło o zaciekłych zmaganiach kierowców terenówek na tym odcinku. Na zdjęciach może tego nie widać, ale pokonanie tego fragmentu trasy w dowolnym kierunku stawia przed śmiałkiem duże wymagania.






Po odpoczynku wymuszonym bólem kolana, zobaczyłem nadjeżdżające trzy terenówki. Już miałem nadzieję że zobaczę potyczkę z podjazdem, ale towarzystwo poprzestało na wjechaniu na pobliski pagórek. Cóż, - nie każdemu uśmiechało się ryzyko...




Gdy już nastał wieczór, mój ból kolana pozwalał mi co najwyżej kuśtykać. Przed nami płaska połać przed wzgórzami, przy których widać było z daleka grupkę ludzi i ...autobus! Tak - autobus ciężarowy. Dziwny twór zbudowany na bazie ciężarówki i z otwartą nadbudową pasażerską.
Szef wycieczki, wysoki mężczyzna w sile wieku, pozwolił nam zabrać się do pobliskiego kibucu Tzukim. Ledwo udało mi się wpakować na siedzenie z moim plecakiem, w czym bolące kolano bynajmniej nie pomagało. Zrobienie zdjęcia w trakcie jazdy nie było łatwe, ale jedno wyszło :)





Po kwadransie dotarliśmy przed wjazd do wioski. Nasi towarzysze przesiedli się do wygodnego autokaru, uprzednio zapowiadając, że nazajutrz z rana możemy z nimi wrócić w to samo miejsce. Grupa bowiem etapami pokonywała Szlak Narodowy. Nam jednak nie udało się w wiosce znaleźć miejsca na biwak, więc szukając parkingu, a później innego miejsca pod namiot, krok za krokiem, ciemną nocą wróciliśmy tam, skąd zabraliśmy się ciężarbusem :)





Nad namiotem świecił wesoły księżyc, a w środku już gotowała się woda na zupkę Knorra wzmacnianą bułką lipnicką z serem :)
Jeszcze przed zaśnięciem słychać było wycie szakala węszącego w okolicy, ale zakrzyknąłem w stronę sąsiedniego namiotu, że nie ma się czego obawiać, bo zwierz się chwilę poanonsuje i pójdzie w swoją stronę, co też się po kilku chwilach sprawdziło.
Dalsza część nocy obyła się bez przygód.







Dzień piąty - Wadi Ashosh - Sappir. 
Dystans: 18 km.



Dzień wstał ciepły i słoneczny. Asia już od dawna na nogach i zapowiedziała, że za chwilę wyrusza. Ja właśnie się zajadałem moim klasycznym śniadaniem. Tymczasem nadjechał "nasz" ciężarobus i pomachaliśmy starym znajomym, którzy udali się na kolejny etap.









Po pustyni jeździ całkiem sporo samochodów terenowych. Tego ranka minęła mnie cała karawana, w której naliczyłem 14 aut. Niektórzy trąbili, inni machali i pozdrawiali widząc namiot i sposobiącego się do drogi wędrowca. Nie wiem czy to śniadanie czy pozdrowienia dodały mi energii, dość jednak że pakując plecak, klepnąłem w klapę po włożeniu do niej sporka i usłyszałem cichy trzask. To już trzeci spork który mnie zawiódł... A firma zacna... To jakby ciąg dalszy klątwy pustyni...




Szlak prowadził płaskim terenem wzdłuż drogi dla terenówek. Pierwsze pięć kilometrów pokonałem dziarskim tempem, ale po tym dystansie obudziło się kolano. Rozpęd osłabł, jak i entuzjazm dla przyjemnego wędrowania.







W połowie drogi czekała Asia, ale po niedługim czasie odbiła w stronę pobliskiej oazy. Ja zaś skorzystałem z wody, którą jakiś dobry człowiek pozostawił przy pustynnej biblioteczce. Dużo tu dobrych ludzi...







Mimo dokuczającej nogi, szedłem z uśmiechem na twarzy. Dobre nastawienie to podstawa, a walka ze słabościami dodaje kolorytu i nutki dramatyzmu. Gdy się jeszcze odpocznie przy paczce ciasteczek owsianych, to można powiedzieć, że nie jest źle! :)




Ja sobie idę powoli, a z naprzeciwka nadjeżdża kolumna pustynnych łazików. Wydłużyłem krok by nie siać obaw że zaraz tu padnę i doszedłem do formowanej karawany. Pomiędzy większymi pojazdami kierowanymi przez dorosłych, dojrzałem mniejszy, kierowany przez dziewczynkę z pierwszych klas szkoły. Uśmiechnięta, ruszyła z kawalkadą niczym weteran bezdroży...





Wlokąc się niemiłosiernie powoli, za kolejnym mijanym wzgórzem wypatrzyłem po prawej większą osadę. To Sappir - ostatnia ostoja cywilizacji przed trzydniowym odcinkiem bez wody. Skręciłem według dróżki i doszedłem przed bramę. A za bramą - nie uwierzycie - TRAWA! Najprawdziwsza zielona i miękka trawa! Aż chciałem się na niej położyć i rozbić namiot, ale stwierdziłem, że na razie rozejrzę się po wiosce.






Na dworcu autobusowym znalazłem dystrybutor z zimną wodą. Od razu wypiłem jej z litr i nabrałem do butelki. Pokręciłem się po opustoszałych uliczkach i wreszcie spotkałem Asię. Okazało się że i ona i ja dostaliśmy namiar na teren rekreacyjny tuż za odrodzeniem. Znajdował się tu stawek i kilka altanek. Pod jedną z nich rozstawiliśmy namioty. Nie brakowało i trawy i zieleni ani nawet kwiatów. Miejscówka spokojna, ale niestety, bez dostępu do prądu i WiFi... Na szczęście była toaleta z umywalką.







Wieczorem coś zaczęło mnie łamać. Czy to wypita łapczywie zimna woda w sporej ilości, czy jakiś wirus - nie wiem. Dość że zaczęło mi być zimno i słabawo. Zapowiedziałem Asi, że jutro muszę zrobić sobie dzień zero, bo i kolano i teraz to przeziębienie czy inne licho... Klątwa pustyni nie chciała odejść... Zjadłem, wypiłem i stopę opatrzyłem. Od spodu miałem już wcześniej naklejony plaster żelowy - genialna rzecz, która już po raz drugi świetnie się sprawdziła. Zaś boczny bąbel przeszyłem nicią, która miała za zadanie drenować płyn surowiczy. Po tych zabiegach zawinąłem się w śpiwór i zasnąłem.











Dzień szósty - Sappir - rekonwalescencja.



W nocy mnie przetelepało konkretnie i zapociłem cały śpiwór. Nad ranem było trochę lepiej, ale dreszcze i słabość mnie nie opuściły. Asia stwierdziła że wyrusza w dalszą drogę, a ja poprzestałem na ostatniej lipnickiej bułce, w której ser już zaczynał zmieniać barwy. Odciąłem zielone, zostawiłem żółte. Była jeszcze papryka i pomidor, które Asia dostała od farmera. Świeżości i smaczności dobrze posolone, dopełniły uczty.



W ciągu dnia miałem siłę tylko ogarnąć wnętrze namiotu, przesuszyć śpiwór i zrobić pranie. Zdecydowanie nie czułem się dobrze, choć miałem zamiar następnego dnia ruszyć na szlak.




Ma kolację puree ziemniaczane z papryką było w sam raz dietetyczne. Jadłem wprawdzie bez apetytu, ale z świadomością, że trzeba...






Dzień siódmy - Sappir - rekonwalescencja.



Obudziłem się po kolejnej nocy pod hasłem "dreszczowiec". Śpiwór z mety do suszenia.
Próba zmobilizowania się do wymarszu zakończyła się zachwianiem na nogach, co zmusiło mnie do odpuszczenia wyjścia i w tym dniu! To już nie klątwa, a klęska!




Cóż było robić... Obszedłem moją oazę, zajrzałem we wszystkie zakątki i okupowałem moją altanę. Przejrzałem zdjęcia, obejrzałem stopy, rozmasowałem kolana. Roznosiło mnie od środka, ale jeszcze nie czułem się najlepiej. A przede mną trzydniowy odcinek suchych skał...





Popołudniem usłyszałem głosy nad stawkiem. Wychodzę, a tu "moja" grupa pogromców szlaku! Ucieszyłem się i od razu zrobiło mi się lepiej.
Kompania przybyła świętować Purim i zakończenie kolejnego sezonu na szlaku. Była skromna imprezka, zakończona rozdaniem dyplomów. Szef przedsięwzięcia, zwalisty Dani z wielką siwą brodą przypominał Abrahama czy Mojżesza wiodącego Naród Wybrany po pustyni. Wręczał adeptom kolejne dyplomy, a gdy zostały dwa - dla niego i "dyrektora organizacyjnego", poprosił mnie o ich wręczenie. Ucieszyłem się wielce, bo było to znakiem braterstwa wędrowców, znakiem przyjaźni międzynarodowej i bardzo sympatycznym gestem. Do tego Dani jest wielkim patronem Szlaku Narodowego Izraela i ważną postacią w komitecie związanym z tymże szlakiem. Nie muszę dodawać, że jako przewodnik już kilkukrotnie przemierzył Shvil Israel w całości i etapami i jest szlakowym guru. Z tym większą przyjemnością uścisnąłem jego wielką prawicę, wręczając mu arkusz opatrzony hebrajskimi tekstami.

Dani wspomniał też, że spotkali Asię na szlaku. Widząc grono seniorów pełnych szczęścia z pokonywania szlaku, wiedziałem, że i ja dam radę i kolejnego dnia wyruszę naprzeciw przygodzie.

Przed nocą towarzystwo wróciło do domów, a ja z pozytywnym nastawieniem zawinąłem się w lekkiego puchacza.













Dzień ósmy -  Sappir - Nahal Holit. 
Dystans: 19 km.



Na śniadanie była owsianka na czekoladzie. A owsianka ma wolności smak!
Pełen wewnętrznej energii, choć jeszcze daleki od pełni sił, zacząłem klarować obóz i uzuoełniać zapas wody.
Obawa o kolano i jeszcze zauważalny spadek sił, nie zabrałem tyle wody ile należało, a zaledwie niezbędne minimum. Liczyłem bowiem na wsparcie od jakiegoś kierowcy terenowki i oczywiście oszczędne gospodarowanie płynem. Choć słońce zapowiadało ciepły dzień...




Wyruszyłem w stronę północnej bramki, licząc, że będzie otwarta. Jakąż poczułem ulgę widząc uchylone wrota. Nie musiałem obchodzić osady od strony głównej bramy, przez co skróciłem dojście o dobre półtora kilometra.





Gorąco! Idę powoli, by kolano jak najdłużej nie dawało mi się we znaki i nie pić zbyt wiele. Po początkowym podejściu, dalszy odcinek był stosunkowo płaski, toteż nie wysilałem się zbytnio.
Bezproblemowo nawigując, minąłem dwie dziewczyny spotkane wcześniej w oazie i zostałem zaskoczony przez bardzo nisko przelatującego F16, że nawet nie zdążyłem sięgnąć po aparat, gdy ten skrył się za pagórkiem... Jedynie odbicie skamieliny w kamieniu było stacjonarne i udało się je uwiecznić :)









Co tu wiele pisać o pustyni - skały, kamienie, piach. Ale przynajmniej terem urozmaicony, trochę podejść a teraz zejście do rzeki. Suchej rzeki - ma się rozumieć. A na brzegu rzeki night camp, czyli dziesięć kilometrów za mną. Nie najgorzej, zważywszy na moją ogólną kondycję...





Czekolada w sam raz na pokrzepienie, a do tego krótki odpoczynek w cieniu drzewa.
Do następnego campu kolejne dziesięć kilometrów, co przy nawet mało dokuczającym kolanie byłoby do zrobienia po płaskim.





Po płaskim, to można sobie iść tylko chwilę. Ten kto budował pustynię, zadbał o częstość podejść, z których jedno mam przed sobą. Wdrapuję się bez pośpiechu i uważnie, bo ścieżynki są bardziej dla koziorożców, ale da się przejść. Niemniej uważać trzeba.




Się wyszło, to i kiedyś trzeba zejść. Wygląda na to, że trochę tego schodzenia będzie. Byleby zdążyć przez zmrokiem, bo cienie coraz dłuższe, a na stoku nie za bardzo byłoby się gdzie rozbić. Poniżej piękna dolina, czyli sucha rzeka. Sucha, ale szeroka, jak Wisła w połowie biegu, że prawie słyszę jej szum... ;-)




Stoję chwilkę i podziwiam widoki. I właśnie mi się to podoba - niby nic tu nie ma, a takie piękne :) Ale podążam szlakiem, to wnet ruszam za znakami, chociaż na zachód prowadzi ścieżka, która byłaby świetnym skrótem za załom doliny. Ale to nie tym razem...





Jestem już w rzece. Wypłukany żwirek znajomo chrzęści pod nogami, a słońce - choć schowało się już za wysokie skalne ściany, daje jeszcze sporo światła, choć zapowiada rychły zmrok.
Niebawem natrafiam na odpowiedni pagórek, czyli półwysep na rzece i tam zatrzymuję się na nocleg.



Wieje niemiłosiernie, więc rozbijanie namiotu idzie powoli, bo to tu to tam muszę położyć kamień zanim wbiję ostatnią szpilkę. A to jeszcze przyłożę kamorami i będę mógł spać względnie spokojnie. Do następnego campu zabrakło mi około trzech kilometrów, które spokojnie bym pokonał przy braku ograniczeń motorycznych. Ale i tak dobrze jest, więc po skromnej kolacji zawijam się w miękkim puchu. Wiatr cichnie, toteż zasypiam spokojnie.






Dzień dziewiąty - Nahal Holit - Be'erot Campground. 
Dystans: 16 km.



Rano słyszę głosy w pobliżu. To pierwsi wędrowcy z campu do którego nie doszedłem. Idą w grupach i niewielkich odstępach. Oj, - było tam ciasno i pewnie gwarno. A u mnie spokój jak w rezerwacie. Zaiste - w rezerwacie...

Na śniadanie wciągam najpożywniejszego liofa. Dzisiaj trzeba napierać ostro, będą podejścia i zejścia i jakiś rozsądny dystans wypadałoby pokonać. Zamyślony, spokojnie przeżuwam całkiem smaczne kawałeczki kurczaka. Po chwili słyszę ...kosiarkę! No niemożliwe - kosiarka na pustyni?!? Wychylam się z namiotu, a to przelatuje ultralekki samolocik na wysokości kilku metrów nad dnem rzeki. Widać dobrze zna okolicę, bo łagodnym łukiem skręca w zakole i znika za zboczem. Dobrze, że tym razem zdążyłem sięgnąć po aparat.




Śniadanie zjedzone, plecak spakowany, jeszcze tylko zwinąć namiot. Po tej operacji już zbieram się do odejścia, kiedy wypatruję małą muszelkę i stopiony kamień, schylam się po nie i aparat spada mi z paska piersiowego. Podnoszę go - wszystko wygląda na nienaruszone, ale pierścień zoomu został na długiej ogniskowej i nie mogę nim obracać... No tak - klątwy pustyni ciąg dalszy...! Dobrze, że chociaż da się robić zdjęcia na ogniskowej 55. Za to fotografuję winowajców i zabieram z sobą. Jeśli obiektyw nie odzyska sprawności, kamień i muszelka trafią na licytację - będą zarabiać na obiektyw...




Mijam piękne góry. Tyle się na nie napatrzyłem i wciąż mnie zachwycają. Ich surowość i nieprzystępność jest tak autentyczna, że aż emanują taką aurą. Po chwili trafiam na zejście skrótem którym wczoraj nie poszedłem. Na mapie był zaznaczony jako ścieżka bez szlaku, ale tu ścieżka wygląda okazałe, a na górnej części stromizny są nawet schodki. Może kiedyś...




Przede mną night camp do którego wczoraj nie dotarłem. Sporo miejsca i sporo śladów biwakowania. A pod drzewem dwa pakiety z wodą. Depozyty to już zapewne nie są, a raczej pozostałości zbyt obfitego zaopatrzenia. Potrzebuję tylko litr i tyle biorę. Nawet gdyby to był depozyt dla nadchodzących, to ten litr nie powinien być dramatycznym brakiem. A może to tylko ja tak to sobie tłumaczę...





Dawno nie było podejścia. No to jest i to po rumowisku jak niezgorszy gorgan czy gołoborze. Krok za krokiem podchodzę na wyżynę. Niestety, wszystkie plany fotografuję na długiej ogniskowej...




Przez chwilę jest płasko, ale już widzę kolejne podejście. Mozolnie wdrapuję się i na nie, a później na jeszcze jedno. Skąd tu takie nagromadzenie tarasów? Wietnam jaki czy co...? ;-)







Trafia się i chwila wędrowania w dół. Dobrze jednak wiem, że góry przede mną przejdę a nie obejdę. No i tak też jest - trafiam na pięknie wijącą się pod górę ścieżynę, którą podążam, czując już, że kolano też poznało profil pionowy trasy...

Ale zanim ruszyłem, po raz kolejny spróbowałem pokręcić pierścieniem zoomu. Poczułem, że opór jakby ustępuje i po chwili zacięcie puściło! Baruch Haszem! Allah Akbar, Bogu niech będą dzięki! Wreszcie klątwa pustyni odpuściła! Strzelam szerokie kadry i śmieję się do postrzępionych skał.






Tutaj nie pójdę skrótem. Kawałek zejścia i podejście, a na końcu wyjaśnienie. Grzęda jest wąska i najeżona, więc nie każdy dałby radę. Obejście uzasadnione.





Teraz już w stronę Karboletu prowadzą mnie bardzo przyjemne percie. Trochę się nimi faluje w górę i w dół, ale też przypominają mi trakt handlowy z filmu Himalaya. Cóż - taki nieco inny model pustyni...




Przede mną Karbolet Haririm. Obok piękna i długa dolina ze wstęgą schodzącego w dól szlaku. Gdy podchodzę do cypla za którym zaczyna się zejście, kolano samoistnie mi się zgina, jak gdyby nie trzymały go żadne mięśnie czy ścięgna! Szybko siadam na głazie i pocieszam się, że na stromiźnie poleciałbym w dół. Rozmasowuję kolano i okolice, bo przecież przede mną dość konkretne zejście i tu raczej nie zanocuję, choć bardzo awaryjnie może by się dało.
Odpoczynek i masaż z żelem na diklofenaku przynoszą ulgę i poprawę. Schodzę bardzo powoli, uważnie podpierając się kijami. Niezłe doświadczenie! Mija mnie gościu, który na sąsiednim szczycie filmował okolicę z drona. Ma samochód niedaleko, więc z jednego campu może mnie podrzucić do nocnego. Wstępnie się umawiamy, a on wyraźnie szybciej schodzi w dolinę. Ja zaś mam czas na patrzenie i pod nogi i dookoła.





Zejście było dość długie, ale na szczęście bez nieciekawych przygód. Teraz już płasko i da się spokojnie iść. Mijam jedno rozwidlenie szlaków z drogą 4x4, a po chwili drugie. Zastanawiam się już nad miejscem na nocleg, ale liczę, że pokonam jeszcze Podkowę - obszerne zakole rzeki między głazami. Jednak tuż przed miejscem gdzie wygodna droga kończy się głazami na wlocie do Podkowy, nadjeżdża strażnik terenową półciężarówką. Po krótkiej rozmowie proponuje podwózkę do jednego z campów w pobliżu. Moje kolano ochoczo przystaje na tę propozycję i po chwili doświadczam niesamowitej jazdy po czymś, co przypomina fabryczny tor przeszkód dla terenówek w bezkompromisowym wydaniu. Nawet udaje mi się zrobić jedno zdjęcie w czasie jazdy... :)






Po kilkunastu minutach docieramy do wielkiego campu Be'erot. Dostaję informację gdzie co i jak, po czym dziękuję za niezapomnianą przejażdżkę i wysiadam.



Be'erot to pełen komfort na pustyni. Jest woda, prąd, natryski i kibelki. Są ogólnodostępne lodówki, jest sklepik i zadaszone miejsca biwakowe. Są też dwa namioty beduińskie, dodatkowo płatne, bo pobyt w tym campie kosztuje 16 szekli, ale za to z wyjątkiem wspomnianych beduińskich namiotów, reszta jest wliczona w cenę.





Instaluję się pod jedną z wiat, po czym korzystam z prysznica. Gorąca woda po tygodniu minimalnego używania zimnej, dają niesamowite poczucie lekkości i świeżości. Z kabiny niemal wyfruwam :)
Wciągam lekką kolację i pogrążam się w miękkich puchach mojego lekkiego śpiwora... :)






Dzień dziesiąty - Be'erot Camp - droga nr 40 - Mitzpe Ramon. 
Dystans: 16 km.


Rano idę ponownie pod prysznic, tym razem na krótko. Po śniadaniu zachodzę jeszcze w stronę sklepiku, by sprawdzić jakie ma zaopatrzenie. Jest sporo towaru, ale podobno chwilowo - nie ma kartuszy z gazem... Ten towar uznaję za jedno z podstawowych dóbr, jakie powinny być dostępne w takim miejscu. Biorąc pod uwagę że tam dojechałem nie zaliczając Podkowy, wypada wrócić, a wtedy chętnie właśnie tam zaopatrzyłbym się w gaz.
Drugi dotkliwy brak, to WiFi, którego też nie ma... Przy chronicznym braku kontaktu z cywilizacją, przesłanie znaku życia byłoby całkiem na miejscu. Nawet powolne łącze spełniłoby swą rolę.





Przed opuszczeniem obozowiska znajduję jedną szeklę. To razem trzy z tymi obok lotniska. Hmmm... Tendencja jest spadkowa... ;-)



Robię panoramę campu i zbieram się w dalszą drogę. Jeśli kondycja pozwoli, będę konsekwentnie napierał szlakiem w stronę Mitzpe Ramon. Jeśli kolano się odezwie - w odwodzie mam drogę asfaltową i machanie na okazję. Zatem - ruszam!







Dość szybko dochodzę do campu Gvanim. To miał być wczorajszy cel, gdybym mógł utrzymać dobre tempo, co niestety nie wyszło. Zaglądam z ciekawości do kibelka ekologicznego i ruszam dalej.






Niestety, ból kolana nie tylko nie ustępuje, ale jeszcze się nasila. Odpoczywam pod drzewem, smaruję i masuję i coraz bardziej oswajam się z wizją dojazdu stopem do Mitzpe Ramon. A miał to być plan minimum...




Przy drodze już wiem, że plan minimum polegnie. Źle się z tym czuję, ale zabraknie przynajmniej pół dnia w tym ślimaczym tempie. Z żalem składam kijki i mocuję przy plecaku, co oznacza koniec wędrówki na tym etapie. Pół godziny później zabierają mnie dwie wesołe i sympatyczne dziewczyny, a kilkanaście minut później zatrzymuję się w Mitzpe Ramon.



Miasteczko położone na brzegu klifu jest dość kompaktowe. Skoro mi się już nie spieszy, to robię mały obchód namierzając hostel The Green Backpackers. Wchodzę na pobliski  Mount Camel i schodzę do motelu na krótką sesję internetową. Wysyłam znaki życia i wieczorem wracam w okolicę Góry Wielbłąda, przypominającej z profilu siedzącego dromadera.







U stóp góry, na brzegu klifu znajduję ogrodzony punkt widokowy z płaskim podłożem na tyle obniżonym, że mam dobrą osłonę od wiatru. Po chwili w tym miejscu staje mój namiot, a ja wykonuję jeszcze kilka zdjęć w świetle czołówki bądź to księżyca.







Na kolację jest kuskus zasypany bulionem w proszku. Delikatnie przyprawiony jest nawet smaczny i sycący. Ale ja nie jestem wymagający, a jutro czeka mnie powrót na lotnisko, więc zbyt wiele energii nie będę potrzebować. Jeszcze tylko zdobyczna herbata miętowa i w zaciszu osłoniętego urwiska zapadam w sen...







Dzień jedenasty - Mitzpe Ramon. 
Dystans spacerowy :)



Budzę się w sam raz o świcie i tylko wystawiam obiektyw z namiotu, niemal na ślepo strzelając wschód słońca. Wyszło nieźle. Ale że wschód jest wcześnie, to jeszcze można pospać.
Wreszcie budzę się na dobre. Kawa, ciasteczka i zwijam majdan.







Idę wzdłuż klifu, poszukując czegoś interesującego. Znajduję platformę wysuniętą nad przepaść, z której można podziwiać Ramon Maktesz, czyli zapadlisko. Napotykam młodzież szkolącą się w zjazdach na linie i zawijam do Visitors Center. Tam jest i prąd i toalety i woda pitna. Nie ma tylko WiFi, ale akurat nie potrzebuję.







Wychodząc, rzucam jeszcze spojrzenie za siebie i idę na rogatki, by złapać stopa na lotnisko.
Po półgodzinnym oczekiwaniu w niewielkim ruchu kołowym zatrzymała się sympatyczna młoda kobieta z matką. Właśnie jechały do Eilatu, toteż do Ovdy będzie po drodze. A w czasie jazdy opowiadam swoje przygody i rozmawiamy na kilka tematów, dzięki czemu droga mija szybko i przyjemnie. Dziewczyna zawozi mnie pod sam terminal, więc okazja okazała się prawdziwą okazją :)
Dziękuję miłym paniom i zmierzam na ławeczkę przy budynku. Wylot mam jutro przed południem, więc wytracam popołudniowe godziny na rozmowach z przybyszami z Polski, których skrupulatnie odpytywano z uwagi na wizy irańskie w paszporcie.




Gdy już zaczęło zmierzchać, przeszedłem za ogrodzenie lotniska i rozłożyłem po raz ostatni namiot na pustynnej ziemi. Puree ziemniaczane skutecznie zapchało mnie na noc.








Dzień dwunasty - Lotnisko Ovda. 


Z samego rana słyszę, że jakiś pojazd zatrzymał się w pobliżu. Patrol wojskowy. Młode dwie dziewczyny i chłopak zza ogrodzenia odpytują mnie, czemu śpię na terenie wojskowym. Tłumaczę, że jestem już za ogrodzeniem, ale oni twierdzą, że teren wojskowy ciągnie się aż do drogi nr 12. Zresztą cały Izrael to teren wojskowy... ;-)
Dziewczyny nie bardzo sobie radzą z dyktowaniem danych z paszportu. Ich kolega się śmieje na całą sytuację, ja zresztą też odbieram to jako dodatkową atrakcję. Po niemal godzinie prawie zostajemy przyjaciółmi, a dziewczyny przepraszają, ale taka służba... Mimo wszystko jest sympatycznie, coś się dzieje i jak zwykle kończy happy endem. Nie wyciągałem aparatu, bo teren wojskowy i mundury na służbie za tym nie przepadają.
A po wszystkim mogę się jeszcze godzinę kimnąć :)



Na lotnisku odprawa idzie sprawnie i szybko, nie ma zgrzytów, choć procedur bezpieczeństwa i wachlowania paszportem jest tu bez liku. Ale już wiem co i jak, to procedury przechodzę sprawnie.



Trafił nam się nówka sztuka samolot. Jeszcze pachniał nowością, tylko jak zwykle - szyby miał od zewnątrz nie umyte. Ale i tak w trakcie lotu sfotografowałem bazę Shizafon z pierwszego noclegu, lotnisko Ben Guriona w Tel Avivie i nasze Gorce z Tatrami w tle.
A na lotnisku w Krakowie powitał nas lekki mróz i kolega w ciepłym samochodzie.








A następny etap już się planuje... :)


_