Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 10 czerwca 2018

Gorgany, czerwiec 2018



Właściwie tytuł miał brzmieć: "Główny Szlak Beskidzki Wschodniokarpacki - Gorgany", ale że trasa została nieco zmodyfikowana, to poprzestałem na aktualnym tytule.

Na szlak wyruszyliśmy w składzie trzyosobowym - Główny Nadprzewodnik, Ojciec Dyrektor - Lech, mianowany w trakcie wędrówki Cyborgiem, następnie załogant - dokumentalista i skarbnik wyprawy - Karolina, oraz załogant - nadworny fotografista - piszący te słowa - Yatzek.

Wyruszyliśmy z Krakowa bezpośrednim autobusem do Lwowa za 60 PLN. To o tyle dobre połączenie, że autobus wyjeżdża w godzinach nocnych z Krakowa, a we Lwowie pojawia się wcześnie rano.






Dzień pierwszy.
Przejazd: Lwów - Przełęcz Wyszkowska. 
Wędrówka: Przełęcz Wyszkowska - Ruiny schroniska nad Świcą. 
Dystans - 24 km


Wczesnym rankiem większość lokali użytkowych była jeszcze nieczynna. W otwartym sklepie zaopatrzyliśmy się w napoje, później w kantorze wymieniliśmy złotówki (ja puściłem 100 PLN) i wybraliśmy się po sąsiedzku na naleśniki (2 szt. - ok. 2.50 PLN).





Na dworcu głównym wreszcie podjechała nasza marszrutka. Kupiliśmy bilety po 110 UAH do Wyszkowa, gdzie po około czterech godzinach dotarliśmy, wysiadając nieco dalej - na Przełęczy Wyszkowskiej zwanej także Toruńską.






Tutaj kończymy korzystanie z transportu kołowego, który zamieniamy na nasz ulubiony - transport pieszy, czyli wędrówkę :)
Oczywiście przepakowujemy się i spożywamy drugie śniadanie, ogarniamy sprzęt i sprawdzamy jakość wody w pobliskim źródełku. Niestety, po burzy woda przypomina raczej kawę z mlekiem. Mamy zapas, więc nie ma problemu.










Przełęcz Wyszkowska (Toruńska) jest też pełna pamiątek. Ruiny schroniska, cmentarz, krzyże. Czasy przedwojenne i te naznaczone orężem...






Wreszcie wyruszamy. Jest dość późno, bo łącznie ze zmianą czasu, zrobiło się blisko do trzeciej po południu. Ale my jesteśmy względnie wypoczęci, pogoda sprzyja, a góry piętrzą się w oddali. Szeroka, acz błotniska droga prowadzi nas gdzieś na wschód.








Chwilkę odpoczywamy, by pozbyć się pierwszego zmęczenia. Karolina bowiem w tym sezonie nie miała jeszcze dobrej rozgrzewki, toteż woli spokojnie wejść w rytm marszu, którego przez tydzień nam nie zabraknie. Ale i ja z Lechem też chętnie nabierzemy tempa bez forsowania się już na starcie.






Na skrzyżowaniu szlaków zauważamy pierwszego człowieka na szlaku. Okazuje się nim Polak, wrocławianin, skrupulatnie eksplorujący zakątki Gorganów. Jak się okaże, będziemy go regularnie spotykać na szlaku.





Ruszamy pod pierwszą górę. Kamienista ścieżka nie ułatwia wejścia, ale za to doskonale zapoznaje nas a charakterem gór. Kamienisty gorgan będzie nam bowiem często towarzyszył, boć to właśnie od niego te góry swą nazwę otrzymały.




No i jest! Gorgan Wyszkowski pod butem! Wysokość 1440m. Polski słupek graniczny informuje, że niegdyś i tu rozciągały się ziemie Rzeczypospolitej...





Napotykamy na ślady dawnych budowli. W mojej opinii mogą to być posterunki graniczne, jakie i w innych masywach można było spotkać. Może wnikliwsze dociekania wyjaśnią tę zagadkę.






Siły natury rządzą w Gorganach niepodzielnie. Co rusz napotykamy zwalone drzewa, a pnie niektórych zalegają na szlaku. Przechodzimy je górą bądź dołem, niektóre zaś trzeba obejść. Takich wątpliwych atrakcji na naszej wędrówce nie zabraknie.





Na rozdrożu kolejny odpoczynek wynika z Lechowych poszukiwań źródła wody. Gorgany są względnie suchymi górami, dość ubogimi w naturalne ujęcia wody. Dochodzi nas tu wrocławski wędrowiec.




Staramy się podążać dawnym polskim szlakiem, lecz nie wszędzie jest to komfortowe. O ile można się jeszcze od biedy przebić przez powaloną świerczynę, o tyle widząc gąszcz porastający ścieżkę z czerwonym znakiem, decydujemy się na obejście nieco wygodniejszą leśną drogą.
Z odbicia drogi strzelam rozległą panoramę, bo zaiste - widoki są przepiękne. A po chwili dochodzimy do miejsca, gdzie trawersujący zbocze czerwony szlak dochodzi do szerszej leśnej drogi. Być może w swym pominiętym przez nas biegu mijał źródło wody, a może tylko trawersem oszczędzał podejścia i zejścia, jednocześnie tworząc skrót. Może kiedyś z maczetą go przejdę...









Przed Tersą Lechu znika w odchodzącej w prawo w dół drodze. Po chwili wraca uradowany - znalazłem wodę! - woła. To dobra wiadomość, bo na Tersie można dość komfortowo zabiwakować, a więc bliskość strumienia bardzo się przyda.
A pod domkiem ponownie spotykamy "naszego" wędrowca, który obok chatki będzie biwakował.






Wkraczamy na kolejną leśną drogę. Błoto i kałuże w głębokich koleinach mocno utrudniają marsz i uprzykrzają poruszanie się. Miejscami trzeba obchodzić błota i zawaliska połaciami gęstego lasu, drapiącego ubrania i plecaki. Humory rzedną, ale to przecież szlak, który nie zapowiadał komfortu...





Za kolejną polaną jest już znacznie lepiej. Łożyskiem leniwego strumienia schodzimy w dolinę, gdzie względnie wygodne zejście się kończy. Dochodzimy bowiem do głównej drogi zrywkowej, którą drwale zwożą drewno.






Droga jest kompletnie rozjechana, a zalegające ją homogenizowane błoto skutecznie utrudnia marsz. Momentami musimy schodzić do potoku i chaszczami obchodzić cuchnącą czarnobrunatną maź...





Z błotnistej drogi odbijamy w ciemny las. Gdy mijamy dom-widmo, jest nieco lepiej. Słychać szum rzeki - to Świca. Przekraczamy ją pojedynczo po resztkach mostu i niebawem dochodzimy do łąki, obok której skryte w mroku i gęstych zaroślach ciemnieją ruiny dawnego polskiego schroniska. Łąka jest obficie porośnięta wysoką trawą, ale to "nasze" miejsce i tu rozbijamy się na nocleg. W samą porę, bo nocą nadciągają chmury niosące ze sobą deszcz.
Ale my wtedy już smacznie śpimy w swych zielonych schronach...













Dzień drugi - Ruiny schroniska nad Świcą - Polana Słotwiny.
Dystans - 12 km


Nocą polewał niewielki deszczyk, który nad ranem ustał dopiero koło dziewiątej. Można więc było się spokojnie ogarnąć w namiocie, na szczęście z poprzedniego dnia nie było mokrych rzeczy, więc nie było potrzeby suszenia. Obserwując przeświecające przez tropik krople, powoli zwijałem majdan.







Deszczyk nie dawał za wygraną, toteż i śniadanie wciągnąłem w namiocie. Nie pokusiłem się jednak o gotowanie wody na kawę w środku, bowiem w tej wilgotności zewnętrznej, również wewnątrz pojawiła się widoczna kondensacja. Dodanie kolejnej porcji pary wodnej groziłoby deszczem pod tropikiem ;-)




Przy bębnieniu ostatnich kropel, wyszedłem na zewnątrz. Niebo zasnute chmurami nie wróżyło zbyt dobrej pogody, więc na przesuszenie namiotu nie było co liczyć. Równe rzędy wodnych kropel perłami zalegały na szczycie tropiku. Jednak do wnętrza nie przedostała się ani jedna.









W świetle dnia obejrzeliśmy fragment ruin dawnego schroniska, gęsto zarośniętych drzewami i krzewami. Można by je minąć o krok i nie dostrzec co się kryje za zasłoną zieleni.







Otrzepaliśmy nasze schronienia z wszechobecnej wilgoci i zwinęliśmy obóz. Dość późno stanęliśmy gotowi do wymarszu, a czekał nas trudny odcinek...






Niemal z marszu zaczęło się podejście. Stroma leśna droga była nieco błotnista, ale właśnie dzięki stromiźnie uniknęliśmy tak uciążliwych wczoraj błotnych rozlewisk.




Po początkowo dość łatwym odcinku, czekała nas ambitna przeprawa - podejście pod Jajko Iłemskie.
Lechu już wiele wcześniej opowiadał mi swoje przeprawy na tym niesamowitym wiatrołomie. Roztaczał apokaliptyczną wizję zniszczonego i powalonego lasu, powyrywanych z korzeniami drzew i ogólnego chaosu rodem sprzed powstania świata. I niewiele koloryzował.
Podchodząc wypłaszczającym się stokiem, natknęliśmy się na gęstwę powalonych drzew, tarasujących przejście wyznaczone szlakiem. Trzeba się było przebijać, przedzierać, obchodzić i mocno przy tym uważać, by nie potargać wyposażenia i się nie pokaleczyć. Wysoka borowina utrudniała wyszukiwanie stabilnego gruntu, pełnego rozpadlin i korzeni. Gdzie tylko się dało, stosowałem swą gorczańską metodę z przebijania się przez podobny krajobraz zniszczeń, gdy w sierpniu 2016 przedzierałem się od wraku Liberatora do szlaku pod Bulandową Kapliczkę. Po prostu wchodziłem na powalony pień i wzdłuż kłody dochodziłem do następnej - jeśli tylko była taka możliwość.
















Wreszcie, po długiej chwili ślimaczenia się w pobojowisku, przeszliśmy najgorszy odcinek. Ja od razu wypatrzyłem miejsce pod namiot, choć na to było o wiele za wcześnie. Jednak niejako z nawyku wypatruję dogodnych miejsc na biwak i rozglądam się za wodą. Tej jednak w okolicy nie było. Najbardziej widoczną siłą natury były ślady niszczącego wichru...






Po opuszczeniu leśnych pogmatwanych ostępów, z radością powitałem pokłady grechotu zalegającego płatami na stoku. Po niedawnej męczarni, przejście gorganem było niemal dziecięcą igraszką. Trzeba było dobrze oceniać na który głaz można stanąć, ale ten rodzaj uwagi bardzo przypadł mi do gustu, stanowiąc swoistą lamigłowkę, by - odpukać - racze nie łaminóżkę... ;-)








Z wyższych partii łamańców otworzyły się nawet pierwsze dalekie widoki, więc było co ogarnąć wzrokiem. Zamglenie oddali i kłębiaste chmury, nadawały górom wyrazu powagi i surowości.




Lechu - choć to człek w tej okolicy bywały - to jednak z trudem odszukał ścieżkę, szczelnie zamkniętą gęstą kosówką. Ta następna "atrakcja" miała nas już prześladować do ostatniego dnia.
Zwarta, gęsta i skutecznie spowalniająca tempo, była niewiele lepsza od wiatrołomów. Dodatkowo płożąc się po ścieżce, niemal przysłowiowo rzucała kłody pod nogi. Wot - Gorgany!









Zdobywamy wysokość i zadyszkę ;-) Pod pretekstem kontemplowania widoków, zasiadamy na krótką chwilę. Za nami prezentuje się okazale niemal naga czapa Jajka Iłemskiego, przed nami długi grzbiet Ukierni.








Schodzimy malowniczym zboczem wąskiego grzbietu. Widoki cudowne, mimo nienajlepszej widoczności napełniają oczy i serca radością i wzruszeniem. Właśnie dla takich chwil warto się trudzić, choć to nie trud, a sama przyjemność. Nic to zawaliska i kosówka, - stojąc na skalnym rumoszu czuję się szczęśliwszy niż na czerwonym dywanie. Zresztą przede mną najpiękniejszy zielony kobierzec i bezkres gór, których zda się - nigdy nie zabraknie...









Na Sywani Lolińskiej znajdujemy słupek z polskim oznaczeniem Wschodniokarpackiego GSB. Leszek zaklina się, że to nie jego dzieło. Bądź co bądź, sporo Polaków przemierza rokrocznie tenże szlak, więc podejrzanych może być wielu...





Po wyjściu z rezerwatu, docieramy na dolną polanę. Słotwiny mają dwa pastwiska - dolne i górne. My właśnie zmierzamy na tę drugą polanę, na której rozłożymy się biwakiem.





Poruszając się "oryginałem" (WGSB), dochodzimy na powrót do czerwonych ukraińskich znaków.
Mimo wczesnej pory nie pójdziemy dalej. Przed nami bowiem góra Mołoda i jej przeciwległe zbocze, bez dobrego miejsca na nocleg. Tu zaś mamy płasko, przestronnie, a nieco niżej źródło wody. Te zalety zaważyły o zakończeniu dzisiejszej wędrówki. Mamy więc czas, by niespiesznie rozbić namioty, pójść po wodę i przyrządzić kolację.
Schodząc po wodę, na dolnym biwaku spotykamy "naszego" wędrowca, który tam spędzi noc pod namiotem. My zaś z wodą wracamy, rozpalamy ognisko i przy gorącej herbacie układamy plan na jutro...








Dzień trzeci - Polana Słotwiny - Chatka Pod Koniem.
Dystans - 13 km


Ranek zbudził mnie kroplami deszczu, a wstający dzień tętentem kopyt. Z pobliskiej wioski na pastwisko przybiegły konie.






Skoro już wyszedłem przywitać się z kopytniakami, trzeba było pomyśleć o śniadaniu. Gorąca owsianka była tym, co najbardziej mi się kojarzy z wędrówką, bo tylko w terenie się nią objadam.






Śniadanie zaliczone, to trzeba porozglądać się po obozowisku. Nie tylko ja wpadłem na ten pomysł, bo z sąsiedniego stada czterokopytnych przybyła delegacja, która interesowała się naszym wyposażeniem. Wszędzie zaglądali, obwąchiwali i próbowali czy aby da się zjeść. Na szczęście mój bivi-bag okazał się niejadalny :)










Poranne słońce zaczęło wdzierać się do naszego obozu, toteż skwapliwie z niego skorzystaliśmy. Wietrzenie śpiwora i suszenie skarpet było na czasie. Reszta wyposażenia powędrowała do worków wodoodpornych, bo deszczowe prognozy nakazywały się zabezpieczyć na taką ewentualność.






Odwiedził nas także sąsiad - wędrowiec. Właśnie wybierał się na Mołodę, a szlak prowadził przez naszą polanę... :)




Tymczasem konie zaliczyły swoje śniadanie i zafundowały sobie poranną sjestę. Było to o tyle niezwykłe, że dorosłe konie odpoczywają i śpią na stojąco, a pokładają się jedynie źrebaki. Tu jednak wszystkie wyłożyły się jak długie, wyciągając się do smacznej drzemki. Zdecydowanie takiej fotograficznej okazji nie mogłem przeoczyć!









Konie dzisiaj miały wolne, jednak dla nas nastał czas wymarszu. Zlustrowaliśmy obozowisko, czy aby nie zostało coś, co koniom mogłoby zaszkodzić. Okulbaczyliśmy się i z sentymentem spojrzeliśmy ku szczytowi Sywani Lolińskiej, u stóp której wypoczywaliśmy my i rozleniwione rumaki...






Podejście pod Mołodę dostarczyło nam wszystkich elementów wędrówki właściwych przemierzanym górom. Na widok powalonego na ścieżkę drzewa rzucaliśmy okrzyk "Jajko Iłemskie"! Był też gorgan, całkiem stabilny, choć wymagający uwagi, była oczywiście płożąca się, gęsta kosówka.







Oczywiście wszystko wynagradzały nam przepiękne widoki. Przejrzystość powietrza była wystarczająca by podziwiać szeroki horyzont usiany pasmami i szczytami.





No, najgorszy fragment podejścia mamy już za sobą. Jeszcze trochę kosodrzewiny i będziemy na szczycie. Zalewamy gardło i napieramy dalej.












Na podszczytowej grzędzie spotykamy się z wracającym z góry "naszym" wędrowcem. Spotkanie miłe jak każde z poprzednich. Wymieniamy uściski dłoni, uśmiechy i kilka słów. Pamiątkowe fotki i każdy rusza w swoją stronę.








Mołoda zdobyta. Pogoda nadal dopisuje, humory znakomite i wyborne widoki. Czy można chcieć więcej? Uwieczniam zatem uśmiechnięte twarze, panoramę i samo miejsce. Chwilkę kontemplujemy oddalone granie rozpoznając niektóre ze szczytów. Chętnie zostalibyśmy dłużej, ale plan trzeba wykonać.











Schodzimy z podobnymi "atrakcjami" jak na podejściu. Ale czymże by były te góry bez takich właśnie "stałych elementów na szlaku"... ;-) Przed nami dolina rzeki Mołody, a za nią kolejny cel - Grofa.








Metodycznie pokonując przeszkody terenowe, stromym stokiem schodzimy w dolinę.
Tuż przed dojściem do drogi odnajdujemy zagubione w zaroślach ruiny kolejnego przedwojennego polskiego schroniska. Są mury, jest tabliczka.











Za ruinami dochodzimy do drogi. Szeroka, wygodna i ...bez błota! Gdybyśmy takim traktem mieli iść cały dzień, to dystanse byłyby godne podziwu. My zaś po kilkuset metrach skręcamy w stronę rzeki i wypatrujemy kładki.






Kładka jest, a raczej dwa pnie drzewa, bujające się nad wartką wodą. Nie jest łatwo, ale też i trudność niewielka. Lechu i ja przechodzimy górą. Karolina korzysta z sandałów i przechodzi płycizną.
Na drugim brzegu zarządzamy półgodzinną przerwę, co wykorzystujemy na moczenie nóg w zimnym nurcie rzeki.







Ledwie ruszyliśmy, a po kilku minutach rozlało się na dobre. Tym samym plan przeskoczenia Grofy zaczął się poważnie chwiać, bo kto wie, czy do deszczu nie dołączy burza...





Mijając Grofieński Staw, z przeciwległego brzegu słyszymy dwa ryknięcia. Obstawiamy niedźwiedzia, jelenia, a Lechu nawet fabularyzuje, że to może jakiś tajemniczy ptak. Zapewne dla obniżenia napięcia...





Wreszcie po morderczym wdrapywaniu się na obślizły deszczowy stok, docieramy do Chatki pod Koniem. Godzina jeszcze dość m(o)łoda, ale nie ta pogoda... Chatka otwarta - to zostajemy.




Chatka istotnie jest otwarta, bo takich schronów nie zamyka się na klucz. Przed nami rozgościła się para Ukraińców, więc zaglądamy na poddasze. Jest w sam raz dla mnie, choć dla reszty nieco za niskie :) Wykładamy się jednak na górze i tym samym każda grupa ma pomieszczenia dla siebie. Wszystko co trzeba mamy z sobą, uzupełniamy jedynie zapas wody w pobliskim źródle. Rozwieszamy mokre rzeczy do przesuszenia i po wieczornych pogawędkach, z nadzieją na lepsze jutro, spokojnie zasypiamy...











Dzień czwarty - Chatka Pod Koniem - Osmołoda.
Dystans - 29 km


Poranek wstał chłodny, ale na szczęście bez deszczu. Robimy naradę sztabową, bo przed nami kilka okazałych szczytów i trzeba dobrze rozplanować tempo i czas, by kolejny nocleg wypadł w optymalnym miejscu i porze. Wciągamy też śniadanie, - ja ostatnią bułkę lipnicką z serem i kawę. Mniam! :)







Towarzystwo z dołu już na szlaku. Sypialnia pusta, biblioteczka niemalże też ;-) Za oknem temperatura w sam raz na zaprawę, więc jeszcze uzupełnienie wody i możemy piąć się w górę.









Drzewa powalone na ścieżkę już niemal nie robią na nas wrażenia. Jedno z nich opatrzone znakiem upadło tak, że znak wskazuje kierunek pionowo do góry... No, w końcu podchodzimy pod Grofę... :)






Nasi tu byli! Na niewielkim siodle wypatruję miejsce na biwak, ślad po ognisku i dwa słoiki Fasolki po Bretońsku z Pudliszek. Wyglądają na niedawno pozostawione i nietknięte, ale zostawiamy je dla słabiej zaopatrzonych. A przed nami pion zapowiadany znakiem ze zwalonego drzewa.






Im wyżej, tym kosówka się przerzedza. Widać kopułę szczytową i skąpe oznaczenia. Idę przodem, wypatrując przejścia, co nawet mi się udaje. Wreszcie dochodzę na wierzchołek i ogarniam wzrokiem bezkres gór. Pięknie, cudownie, czarująco... Aparat jęczy migawką i trzaska lustrem. Jestem blisko nieba :)















Po chwili dochodzi Lech z Karoliną. Chwila odpoczynku dla zmęczonych stóp, tym bardziej, że nie wszystkim przez noc wyschły buty...






Lechu kręci panoramy i dokumentuje przejście. Ja uzupełniam zestaw ujęć i jeszcze chwile odpoczywamy. Spojrzenia na bezkres gór są najlepszą nagrodą za trud wspinaczki.









Na ramię broń! ;-) Buty zasznurowane, plecaki zarzucone. Schodzimy w dolinę, przed oczami mając Parenki, - niewiele niższą górę, za którą cierpliwie czają się dwie Popadie. Będzie wycisk...






Z uśmiechami dochodzimy do miejsca, skąd zielone znaki zaprowadzą nas do schronu na Polanie Płyśce. Tę budowlę wzniesiono za "naszych" czasów, a później ją przebudowano. Jest to zatem dla nas pozycja obowiązkowa.





Budynek jest większy od Chatki pod Koniem. Na dole ma dwa pomieszczenia, górę zaś zajmuje jedno przestronne i jasne zagospodarowane poddasze. Z górnego okna widok jest lepszy od najpiękniejszego obrazu :)










Wracamy do rozstajów. W dół do siodła z mokradłami dochodzimy szybko. Pod górę też wypada nie marudzić, bo pogoda wyraźnie się przestawia na tryb deszczowy. Jeszcze nie leje, ale ciemniejące chmury i dobiegające z daleka pomruki nie wróżą najlepiej.









Siły zregenerowane na krótkich odpoczynkach powoli maleją. Na szczyt dochodzimy jakby w zwolnionym tempie i przyspieszonym tętnie. Ale to także za przyczyną radości wędrowania, którą nie każdy rozumie. Pchać się na takie odludzie gdzie nie ma Macdonalda? I jeszcze się z tego cieszyć?!? Pakujemy się na Parenki i michy nam się cieszą. Choć nieco rzedną, gdy wokoło niebo zasnute, a nieodległe doliny właśnie napełniają się deszczem. Północny zachód coraz mocniej pogrzmiewa, ale u nas wciąż pogodnie!








Jaki żal rozstawać się z górą... Ale jeszcze tyle następnych na nas czeka, że pociechę mamy konkretną. Póki słońce, robię ostatnią fotkę na szczycie i wpobok poskręcanych wiekowych kosówek wpijających swe drapieżne korzenie w siwy grechot, przeciskam się przez gęsty iglasty szpaler ścielący się od ziemi ku chmurom. Przed moimi oczami w pełnej okazałości - Mała Popadia i Popadia.







Na przełęczy ślady biwaku. Lechu też tu wcześniej nocował, więc proponuje i taką alternatywę. Pchać się bowiem na dwie sąsiednie góry przy niepewnej pogodzie nie jest rozsądne, bo zejście na przeciwległy stok może nam w deszczu zająć zbyt dużo czasu, a biwakowanie wysoko i w burzy nikomu się nie uśmiecha.





Sztab się znowu zbiera i rozkłada mapy. Kalkulujemy czasy przejścia, konfrontując je z zegarkiem i zmieniającą się pogodą. Mamy ostatnią godzinę słońca, bo odległe chmury są już coraz bliżej.
Z wielkim bólem porzucamy zamiar zdobycia Popadii. Ocena sytuacji musi być w górach podejmowana z pewną rezerwą. Nam już tych rezerw zostało niewiele, toteż każde z nas ze zrozumieniem kiwa głową. Można by jeszcze zostać tu do jutra, ale jeśli jutro pogoda się nie poprawi...?





Schodzimy. Najpierw w kierunku oznakowanym do źródła, później Lechu poprowadzi nas sobie znaną ścieżyną.
Wychodząc na skromną połać gorganu, dopada nas gwałtowny i rzęsisty deszcz. Przyszedł zza Popadii z prędkością pędzącego wichru i nakazał w pośpiechu się okryć. Wyćwiczonym ruchem momentalnie narzuciłem poncho, spod którego chciałem pod światło sfotografować iskrzące się w słońcu warkocze deszczu. Niestety, zdjęcie czarne, bez obrazu. To znak zwiastujący problem z silnikiem aparatu. Akurat teraz! Zwykle trafia się tak jedno na tysiąc, a to deszczowe zjawisko było takie niecodzienne... No cóż...




Mokro. Przedzieramy się przez świerczynę i kosówkę. Ścieżka jest, a jakoby jej nie było. Stok stromy, trzeba dobrze patrzeć gdzie postawić stopę. I jeszcze ten deszcz...




Jest woda. Przy górskim strumieniu kończy się oznakowanie do źródła. Dalej już dzika i nieokiełznana puszcza, gęsta i ciemniejąca pod chmurą czeluść Gorganów.





Dochodzimy do kolejnego potoku. Wrzyna się w głęboki jar, nie zostawiając nam niemal możliwości przejścia. To "niemal" jest zaiste minimalne. Lechu jakimś cudem łapiąc się świerczków przedarł się w przeciwległą gęstwę, a ja osłupiały patrzę na rozpadlinę. Lepsze to niż przepaściste percie w skałach, ale z plecakiem oplecionym w poncho, nie będzie łatwo. Karolina też przeciera oczy, bo zapewne takiej przeprawy jeszcze nie przerabiała. Ale jesteśmy w surowym lesie surowych gór i nikt dla nas tu kładki nie położy.
Sprawdzam czego się mogę chwycić i rzutem na brzózkę lewituję nad rozpadliną.
Karolina chce protestować, ale tu komisji odwoławczej nie ma. Podaję jej spokojne sugestie, wskazuję czego się może chwycić i gdzie postawić stopę. Kamień na którym się wsparłem może nie wytrzymać, więc nakazuję jej mocny chwyt brzózki jedną ręką i wyciągnięcie drugiej do mnie.
Niepewna sytuacji nie ma jednak odwrotu, a innej drogi po prostu nie widać. Wystający kamień osuwa się pod nią, ale chwyt na brzózce ocalił ją przed zjechaniem w dół mokrego wąwozu. Wyciągam ją na nieco stabilniejszy grunt i już wszyscy jesteśmy za rozpadliną. Ufff...






Ale to nie koniec naszych utrapień. Ścieżki nie ma, są za to kolejne strumienie. Szczęściem, nie w tak nieprzebytych jarach, więc posuwamy się do przodu, narzekając na deszcz, który jakby chciał nam dodać punktów w skali trudności. Ja zaś zachowuję dobry humor, który nawet się udziela Karolinie. Przecież właśnie doświadczamy prawdziwej górskiej przygody! Te wspomnienia będą zapewne dla nas kanwą do wielu późniejszych górskich opowieści. "A pamiętasz jak w czerwcu w Gorganach, w deszczu, gąszczu i szukając choćby śladu stopy ludzkiej...?" :)






Jest ścieżka! Całkiem wyraźna, rozpoznana przez Lecha i oznakowana czerwonymi i różowymi wstążkami. Ten skąpy pasek szmatki zawiązany na gałązce dał nam niesamowitą motywację do dalszego marszu. Tempo na ścieżce unormowało się i widmo szukania skrawka płaskiego miejsca na połogim stoku zniknęło gdzieś za nami. Jeszcze kilka chwil i dochodzimy do szerokiej drogi zrywkowej. Wszędzie mamy daleko, ale przynajmniej już nie błądzimy po krzaczastym bezdrożu.








Deszcz ustał, ale nie wiemy na jak długo. W dolinach podnoszą się obłoki z parujących lasów, niebo się przejaśnia. Po krótkiej chwili wytchnienia obliczamy odległość do Osmołody i wygląda na to, że jeśli nic znacząco nas nie spowolni, przed nocą powinniśmy dojść do wsi. A nawet gdyby ostatni odcinek przy czołówkach, to i tak już na szerokiej lokalnej drodze.










Dnem doliny płynie rzeka. Rwąca, zimna, górska rzeka. Płynie niekiedy drogą, a my przekraczamy ją wielokrotnie. Moje buty - o dziwo - długo pozostają względnie suche. Względnie, bo trochę zawilgły od deszczu spływającego z poły poncha i krzaczorów. Ale dopóki woda nie wlewała się od góry, miałem względny komfort. Przekraczając więc rzekę, wybierałem miejsca dogodne, co nie znaczy, że było łatwo...












Gdy po raz ostatni wyszło zza chmur nisko już świecące słońce, rozświetliło obrazek, będący świetnym opisem naszej przygody - surowa dolina, rwąca rzeka, wiosenne barwy zieleni i przeciągnięte obłokiem góry. Tak... Teraz to mogę sobie ten obraz spokojnie kontemplować... :)




Żeby jednak idylla nie trwała wiecznie, po chwili zaczęło kropić - jakby w ramach zapowiedzi, by przed deszczem zdążyć się okryć, po czym ponownie regularnie się rozlało. I choć rzekę zostawiliśmy pod bokiem, to dla odmiany nie zabrakło błota i kałuż.







Ostatni odcinek od Ryzarni, to już spacerek kuracjuszy w kurorcie ;-) Oczywiście każdy z nas marzył o ciepłej kąpieli i suchych ciuchach. Do tego gorąca herbata i chusteczka do nosa :)
Gdy przekroczyliśmy rzekę Mołodę bębniąc zelówami po żelaznym moście, poczuliśmy się jak w wielkim mieście. Weszliśmy do Osmołody.





W lokalnym sklepiku udało nam się zrobić skromne zakupy w sam raz przed zamknięciem. Zaopatrzenie było mizerne, ale i nasze potrzeby niewielkie. Piwo dostałem w nagrodę :)
Jeszcze kilkaset metrów i meldujemy się u progów Arniki. Julia przyjmuje nas z uśmiechem i gościnnością, dostajemy przepyszną gorącą zupę i powoli przychodzimy do siebie.




Skromny pokoik jest po całym dniu szczytem komfortu, a kolejka do łazienki idzie sprawnie. Piwo doskonale rozleniwia i wlewa się w szczeliny mojego jestestwa, do którego dostęp miało zmęczenie i znużenie. Jest dobrze. Sztab w nadzwyczajnym zebraniu postanawia - jutro dzień na pranie, suszenie i odpoczynek. No i wyspać się będzie można. Tak? No to do spania!







Dzień piąty - Osmołoda.
Dystans - 5 km :)


Pospać się nie dało. Jakoś tak budzimy się wcześnie, a łóżka skrzypią niemiłosiernie. Niemniej pośpiechu żadnego.
Jak na ironię, dzisiaj mamy piękny, słoneczny dzień. Nawet nad górami nie widać chmur. W takich warunkach to dopiero by się wędrowało...





Buty Karoliny dokonują powoli żywota. Na to "powoli" ona właśnie mocno liczy, bo stopień destrukcji jest wyraźny. Z Lechem zabieram się za prace szewskie i jako-tako reanimujemy denata, przedłużając agonię o kilka dni.





Buty Lecha ważą chyba ze dwa razy więcej niż na sucho. Naciągnęły tyle wody, że po odfiltrowaniu miałby zapas na pół dnia ;-) Moje są w lepszym stanie, ale odrobina słońca nie powinna im zaszkodzić.





Karolina z Lechem idą na zakupy. Wczoraj nie udało się w sklepiku dostać czegoś do chleba, ale dzisiaj namierzają drugi sklep i przynoszą obfitsze zakupy. Zdecydowaliśmy kupić większą ilość jaj, z czego połowa dzisiaj na obiad, druga połowa na twardo jutro na dzień.
Niestety, jajka jakoś mało zachęcająco pachną, a po wybiciu są blade, a zapach jest niewiele słabszy. Chyba kury były karmione jakąś podejrzaną paszą... Rezygnujemy z tych na twardo i jutro będziemy mieć skromniejszą dietę.






Popołudniem przemierzamy wieś, ale nie za wiele tu ciekawostek. Droga przynajmniej nie błyska wczorajszymi kałużami, za to przejeżdżająca ciężarówka z drewnem wznieca tumany kurzu... Za to kwiaty polne czują się jak u siebie :)












Dzień piąty - Osmołoda - Polana Ruszczyna.
Dystans - 24 km :)


Może zostaniemy jeszcze jeden dzień...? No cóż, - góry wołają nas swym zewem, a pogoda... Pogoda znowu jest "górska". Jakieś bezpostaciowe zachmurzenie i przynajmniej niezbyt gorąco, co sprzyja podchodzeniu, jakie na starcie nas czeka.
Przez wieś przemykamy jak cienie... ;-)







Niewiele było rozgrzewki po płaskim. Mostek rodem z Himalajów prowadzi nas za rzekę, gdzie zakosami, mozolnie pniemy się pod górę. Gdy nachylenie nieco słabnie, łapiemy pierwszy oddech.







Szlak jest uporządkowany, drzewa leżące na szlaku - przecięte. To nasz gospodarz przyłożył do tego rękę i piłę. Dzięki niemu idzie się szybko i przyjemnie.






Za pierwszą górką jest chatka, obok której biegnie oryginalna trasa WGSB. Zachodzimy, oglądamy. Warunki spartańskie, mocno surowe. Na szczęście dobre pokrycie blachą zabezpiecza wnętrze od deszczu. Na zewnątrz przegryzamy co-nieco i po chwili ruszamy dalej.










Nie wszystkie szczyty mają tu swoje nazwy. Pipant przed Wysoką nie został ochrzczony. Pochylona ścieżka chroniona kosówką zda się bronić wejścia wyżej, ale co to dla nas... Nawigujemy, filmujemy i rozpoznajemy topografię szlaku w terenie.









Przed Wysoką ktoś biwakował. Niewiele tu spokojnych płaskich i osłoniętych miejsc. Wiatr bowiem dmucha niczym nie hamowany, więc dobra osłona przy porywach jest warta docenienia.
Gorgan nabiera kolorów. Żółte porosty sąsiadują z czerwonymi barwami prymitywnych form życia. Zaś my szczyt Wysokiej mijamy o krok.









Przed nami płytkie siodło, a za nim odchodzący ku lewej grzbiet Ihrowca - drugiego co do wysokości szczytu Gorganów. Trawersujemy go od prawej. Na podejściu dopada nas ulewa, którą - wycofawszy się kilkadziesiąt metrów - przeczekujemy w kamiennym kręgu. Na szczęście z ulewą nie przyszła burza, bo jakoś była by nam tu nie na rękę...










Niebo się nieco przejaśniło po deszczu, ciemne chmury odsunęły się od nas. W dolinach pojawiło się całe mnóstwo obłoczków z parujących połaci lasów, nagrzanych wczorajszym i dzisiejszym słońcem. Wschód cały był zasnuty mglistymi oparami.






Schodzimy w dół. Przed nami Przełęcz Borewka, gdzie w razie potrzeby można biwakować. Miejscówka jakoś nieszczególnie przypadła mi do gustu, a i czas przeznaczony na odpoczynek nie był długi. Przed nami bowiem wznosiło się podejście na grań, którego kulminacją była Sywula - Królowa Gorganów.







Dla biwakujących ujęcie wody jest niedaleko i obfituje w ten życiodajny płyn. Jak pamiętamy, wcześniejsze partie Gorganów należały do obszarów niemal bezwodnych, a tu na podejściu jeszcze kilkakrotnie będziemy przekraczać źródła i strumienie.




Pierwszy fragment podejścia do zakosu jest bardzo przyjemny. Podejście prawie niezauważalne, ścieżka szeroka, z rzadka zagrodzona powalonymi pniami. Przechodzi się je górą bądź dołem.






Dochodząc do zakosu, natrafiamy na nowy szlak. Czarne znaki właśnie tu się zaczynają i trawersem masywu wiodą do Polany Ruszczyna. Dla Lecha to kusząca opcja, bo jeszcze przez niego nie przedeptana. Także Karolina zda się nie protestowałaby, ale dla mnie pominięcie Sywuli nie wchodzi w grę! Zresztą pogoda jeszcze dopisuje, toteż podążamy pod górę za czerwonymi znakami.






W połowie podejścia do najniższego szczytu, za podwójnym wiatrołomem trafiamy na dwa płaskie miejsca pod namiot. Oglądam je z obowiązku i dla porządku, bo przed nami jeszcze kawał drogi. Ale tak jak dostęp do wody, tak i miejsca biwakowe skrzętnie lustruję.




W okolicach pierwszego pipanta w gąszczu liściastego młodnika Lechu wypatruje coś co przypomina ruiny bądź luźno z kamieni ułożony zarys ścianek. Bujne listowie nie pozwala na dokładniejsze oszacowanie formacji, która wygląda jak doraźne umocnienia obronne. Ale czy to dzieło z czasów historycznych czy współczesnych - tego nie doszliśmy.




Grań Sywuli znaczą jeszcze szczyty Borewki, Łopusznej, Sywuli Wielkiej i Małej. Jednak pogoda nie pozwala nam podziwiać całego długiego grzbietu, kryjąc go zazdrośnie w obłokach snujących się w partiach szczytowych. Niewątpliwie dodaje to górom tajemniczości i uroku, jednak gdyby choć na chwilę... Tak do zdjęcia...







Przed Borewką w malowniczym siodle znowu wyszukujemy miejsca pod biwak. Nie jest zbyt przestronnie i płasko, ale awaryjne rozbicie namiotu byłoby tu możliwe. Lechu żartuje, że moja jedynka (Taga 1) zmieści się wszędzie. I w tym względzie ma sporo racji... :)




Grechotamy trawersem, chwilami przeciskając się w niewielkich kępkach kosówki. Przed szczytem Łopusznej trafiamy na wyraźne ślady umocnień z czasów I Wojny Światowej. Odbudowywane przez odwiedzających mury, zasieki z drutu kolczastego czy resztki transzei.










W kotłach formują się obłoki przelewające się przez grań, a po prawej na stoku widać krechę ścieżki trawersującej masyw. To zapewne czarny szlak biegnący od zakosu, który w obliczu krążącej w pobliżu burzy kusi bezpiecznym dotarciem na polanę. Jednak brak łącznika, a zejścia na dziko się nie podejmiemy.





Nieco dalej znajdujemy kolejne fragmenty prostych kamiennych budowli. Gdyby przykryć je prostym dachem, byłaby tu niezła miejscówka na przeczekanie zlewy czy nawet burzy, choć tej nie chciałbym tu doświadczyć...






Łopuszna. Przed nami już tylko małe siodło, a za nim Sywula. A gdzieś obok krąży burza, która nakazuje nam studzić zapały.
Jeszcze przed Łopuszną zastanawialiśmy się, czy załamania pogodny nie przeczekać w kosówce. Jednak gdyby oczekiwanie się przedłużało, moglibyśmy stanąć wobec wizji kiblowania na grani, co w ogóle do mnie nie przemawiało. Poszliśmy zatem dalej, licząc odległość do grzmotów...





Góry mają swoją pogodę. Podczas gdy w dolinie świeci słońce - co widać na załączonym obrazku, u nas chmury liżą góry, burza krąży jak sęp nad padliną, a my idziemy na wyścigi z grzmotami. A skoro wyścigi, to napieramy na Sywulę!






W chmurze oblepiającej koronę Królowej niewiele było widać. Sto procent wilgoci i mleko dookoła. Jednak szczyt został zdobyty, a my zatrzymaliśmy się tylko na jedną fotkę. Gdyby teraz grzmotnęło nawet w bezpiecznej odległości, zbiegalibyśmy w dół jak kozice ;-)




Chmury rzedną a kosówka gęstnieje. Grechot kiwa się pod butami, a za burtą nadciąga sztorm :) Tu się nie da nic pospieszyć, bo jeszcze tylko kontuzji nam brakuje... Uważnie przekraczamy kamory i dochodzimy do względnie płaskiej ścieżyny. Sytuacja powoli się normuje.







Lechu zna tu każdy szlak, ścieżkę i płaj. Zapowiada obejście Małej Sywuli północnym trawersem. No, skoro Wielką zdobyliśmy, to Małą mogę poświęcić. Karolina nawet zgłasza chęć poczekania, gdybyśmy i Małą chcieli zdobyć. Ale czy przyszliśmy tu zaliczać każdą wypukłość terenu...? ;-)




Na trawersie kolejne umocnienia wojenne. Dostrzegam wyraźnie uformowane stanowiska strzelnicze i łączące je przejścia. Przy odgłosach burzy nietrudno sobie wyobrazić wojenną artylerię...






Ruszczyna! Tadam! Karolina nie wierzy oczom, bo prawie nierealny plan został wykonany. Piękna polana z ruinami przedwojennego schroniska jawi nam się w niepełnej okazałości, bowiem spowija ją mgła obłoków przewalających się z dostojeństwem i spokojem panującym w dolinie. Nic to deszcz siąpiący niczym gęsty kapuśniaczek. Jesteśmy w bezpiecznym miejscu i rozbijamy się obozem. Praca zespołowa to podstawa :)






Lechu ma spory namiot, więc i pierwszeństwo w wyborze miejsca na jego rozłożenie. Ja zmieszczę się obok, choć zastanawiam się, czy nachylenie nie jest zbyt spore. Ale przynajmniej będę miał głowę wyżej...
Aparat kładę na kamieniu o który opieram plecak. Rozkładanie namiotu idzie szybko i sprawnie, więc po chwili dobytek ląduje pod tropikiem. Aparat cały mokry od deszczu, ale to dla niego nie pierwszyzna. Staruszek już tyle przeżył...

Wreszcie mogę się przebrać. Nic nie jest mokre, ale wszystko wilgotne. Na szczęście dobytek plecakowy zapakowany jest w kilka worków wodoodpornych, które świetnie zdają egzamin. Po chwili naciągam suche odzienie i układam się na samopompie. Właśnie ta odrobina komfortu jest czasem potrzebna.

Monotonia kropel bębniących o powłokę namiotu staje się po kolacji bajką na dobranoc. Bo i dzień był bajkowy i noc powinna być dobra. I taka też była... :)








Dzień szósty - Polana Ruszczyna - Rafajłowa.
Dystans - 26 km :)


Dzisiaj schodzimy do wsi i kończymy akcję górską. Wykonanie wczorajszego planu pozwala nam wyspać się do syta, bo dzisiaj mamy z górki, drogami - byle jakimi, ale drogami. No i dystans taki niewysilony.
Nocny deszczyk ustał nad ranem. Widać jeszcze jego ślady na tropiku, więc otrząsam namiot z nadmiaru wody. W środku ciepło i przytulnie, choć w nocy zjeżdżałem po nachyleniu. Także i teraz grawitacja ciągnie w dół. A spałem głową w przeciwnym kierunku niż poprzednio, bo konstrukcja namiotu wewnątrz jest niemal symetryczna, co akurat mi się podoba.





No dobra, - czas na śniadanie, bo sąsiedzi już generują kulinarne zapachy. Mogę zjeść nie wychodząc z namiotu, bo miejsca jest dosyć, a siedząc, mam jeszcze spory zapas nad głową.




Powoli przystępujemy do ogarniania się przed wyjściem na szlak. Określenie "powoli" jest tu jak najbardziej na miejscu :) Rozglądam się po polanie, suszę co wilgotne, a suche pakuję. Całkiem sprawnie mi to idzie :)







Chmury odcinają nas od słonecznych prognoz. Mało tego, wczoraj w Osmołodzie zapowiadano nam na dzisiaj deszcze, więc trzeba wyruszyć suchą stopą, zakładając, że reszta załogi ma suche buty...




Ruiny, ruiny, ruiny... Cóż zostało tu z lat świetności Rzeczypospolitej... Zostawiliśmy po sobie bogatą infrastrukturę turystyczną, a gdzie jej szukamy - znajdujemy ruiny... Ech...





Wyruszamy. Polana Ruszczyna jest całkiem obszerna. W dolinie rano pasły się konie, zostały po nich ślady kopyt przy kilku źródłach. W głębi polany szlakowskaz kieruje nas na Bystricę, czyli po naszemu - Rafajłową.







Wchodzimy na ostatnie niewielkie podejście. Aparat zaszedł mgłą na wyświetlaczu i coś dziwnie świeci diodą gotowości. Na kolejnej polanie udaje mi się zrobić kilka zdjęć, po czym sprzęt odmawia współpracy. Po wyłączeniu nie włącza się, więc nie wiem, czy zmobilizuje się do pracy po przeschnięciu. Pewnie nie chciał widzieć Piekła, bo właśnie tak nazwano lokalizację, którą uwieczniłem już smyrfonem...








Teraz już będziemy tylko schodzić. Teren bardzo malowniczy, łagodny i przyjemny. Droga prowadzi za znakami, a nad szczytami piętrzą się obłoki. Normalnie - sielanka.






Od szałasu pasterskiego schodzimy drogą zniszczoną deszczowymi potokami. Niebawem zaczyna siąpić lekki deszczyk, który po kilku chwilach nasila się. No cóż - sięgamy po peleryny, choć w skrytości ducha liczyliśmy na zejście bez takich urozmaiceń pogodowych...





W dolinie rzeka, a ja już oswajam się z wizją wielokrotnego jej przekraczania. Na szczęście było lepiej niż przed Osmołodą, ale i tak o suchych butach należało zapomnieć. Ale któż by się takim drobiazgiem przejmował... ;-)





Przed wioską dopada nas konkretna zlewa połączona z burzą. Kilka razy walnęło naprawdę blisko, ale my mogliśmy tylko przycupnąć na skraju leśnej drogi. Pohuczało, pomruczało, przywaliło i przestało :) Tylko drogą znów popłynęły wartkie strumienie.






Na wysokości koryta rzeki przybyło miejscami sporo błota. Na szczęście to niewielki odcinek, który pokonaliśmy z marszu, bez (nadmiernego) marudzenia. Dalej gęstniała zabudowa i sporo opuszczonych budynków. Przy tej pogodzie rogatki Rafajłowej wyglądały żałośnie...







Stary Moskwicz zatrzymał się w pobliżu cmentarza, jakby zastanawiając się nad kresem swego istnienia. Nieco dalej przy skrzyżowaniu stał skromny kościół z grobami polskich legionistów.





Po krótkich poszukiwaniach odnaleźliśmy przy Wielkiej Kałuży naszą kwaterę. Skromny domek nie rzucał się w oczy, ale wyglądał na zadbany, jak na lokalne warunki.




Powitała nas gospodyni, po czym zaoferowała gorący obiad. Przystaliśmy na tę propozycję, jednocześnie zrzucając mokre obuwie i ciążące plecaki. Pokój był ciepły i szybko się w nim rozgościliśmy z Lechem. Karolina dostała sąsiednią komnatę.





Po wybornym barszczyku i świetnych pierogach, korzystając z młodej godziny, wybraliśmy się na zwiedzanie Rafajłowej. Choć słowo "zwiedzanie" nie bardzo tu pasowało. Poza bogatą cerkwią, wszystko tonęło w szarzyźnie i chaosie. Zaniedbane drogi, zaniedbane domy i ludzie bez radości, choć na swój sposób szczęśliwi bądź pogodzeni z losem...

W sklepie przy głównym skrzyżowaniu zrobiliśmy skromne zakupy, a lekki deszczyk przeczekaliśmy przy piwie pod ogródkowym daszkiem. Z żółtego pudełka po sardynkach, smutno wyzierały skrzętnie dopalone pety...








Nadjechał bus, więc zasięgnęliśmy informacji o godzinie jutrzejszego odjazdu. Kierowca nie był pewien, ale po konsultacji w sklepie wyszło, że odjedzie gdzieś tak pomiędzy dziewiątą a wpół do dziesiątej.




Mieliśmy jeszcze tego wieczoru jedną misję. Odszukać tajemnicze miejsce opisane przez człowieka, który spędził tu swą młodość. Jednak zbyt mało szczegółów określało owo miejsce, które mogło się znajdować na każdym z końców wioski, bo takie było jedno z założeń.











Przedeptawszy Rafajłową wzdłuż i wszerz, późnym wieczorem powróciliśmy do naszego lokum. Gospodyni zaproponowała na jutrzejsze śniadanie jajecznicę, a ja na wszelki wypadek upewniłem się, że będzie ona usmażona z jaj od kur własnego chowu.
Na nadejście snu nie musieliśmy długo czekać...









Dzień siódmy - Rafajłowa - Nadworna - Iwano-Frankowsk - Lwów - Medyka i powrót do domu :)



Pobudka tym razem była nieco wcześniej. Zwijając majdan, słyszeliśmy krzątającą się gospodynię w kuchni. Czekała tam na nas pyszna jajecznica z dodatkami i gorąca ziołowa herbata z własnych zbiorów. Smacznie i do syta.

Pożegnaliśmy się serdecznie, dziękując za miłą gościnę. Znaną drogą przy pięknej pogodzie doszliśmy na przystanek, gdzie około wpół do dziesiątej nadjechał bus. Droga do Nadwornej była niemniej dziurawa niż w samej Rafajłowej, ale szczęśliwie dojechaliśmy. Koszt - 24 UAH.






W Nadwornej przeszliśmy na pobliski plac, gdzie odszukaliśmy autobus do Iwano-Frankowska (30 UAH). Ten odcinek był już lepszej jakości, choć i tu droga do najrówniejszych nie należała.




W Iwano-Frankowsku z przystanku busów przejechaliśmy podmiejskim (5 UAH) na dworzec nr 2. Tu kupiliśmy bilety do Lwowa (110 UAH) i po pół godzinie ruszyliśmy na najdłuższy odcinek, na którym bus dwukrotnie zatrzymywał się na kilkunastominutowe postoje.




We Lwowie przed Dworcem Głównym wypatrzyliśmy ofertę podwózki osobówką do granicy. Po krótkiej negocjacji doszliśmy do ceny 20 PLN od osoby, po czym dość szybko kierowca dowiózł nas do granicy w Szeginii / Medyce.






Granicę przekroczyliśmy pieszo bez kolejki w kilka minut i bez najmniejszych problemów. Zaraz trafił nam się bus do Przemyśla (2 PLN). W Przemyślu mieliśmy nieco ponad pół godziny na pociąg TLK, który zawiózł nas do Rzeszowa, Bochni i Krakowa. Tym samym dzięki sprawnym połączeniom, zamiast w niedzielę rano, już w sobotę wieczorem dotarłem do domu. Inna sprawa, że ostatnie cztery i pół kilometra od przygodnego busa przeszedłem do domu z buta :)




Plan wędrówki po Gorganach wykonaliśmy w osiemdziesięciu procentach. Część planów pokrzyżowała pogoda, część wynikła z planowania zbyt ambitnych odcinków.
Jednak piękno Gorganów wynagradzało każdy trud i wszelkie niewygody.
Góry surowe, rządzące się twardymi prawami, nieustępliwe. Ale właśnie w tym wszystkim piękne i pociągające. Już czuję za nimi tęsknotę, - chyba pasują do mojego stylu górskiej włóczęgi, prawdziwej przygody i twardej przyjaźni z gościnnymi akcentami.

To góry człowieka wolnego...

_

14 komentarzy:

  1. Fajnie spojrzeć na znajome miejsca,mam nadzieję ,że test nowego namiotu już wkrótce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znajome miejsca ciągną niesamowicie, a namiot się sprawdza, więc przed lipcem coś wrzucę na bloga.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Gratuluję wspaniałej wyprawy!
    Jak zwykle wspaniale się ogląda zdjęcia i czyta relacje z Twojej kolejnej eskapady.
    To że planów nie udało się w pełni zrealizować to tylko dodatkowy argument za powtórką.
    Gdyby nie trudności z wodą i wynikająca z tego konieczność posiadania w ekipie kogoś znającego się na mokrej robocie w okolicy, to wyprawa była by świetną inspiracją do powtórzenia jej przez mniej doświadczonych piechurów.
    Pogoda była chyba w sam raz na prawdziwy test nowego namiotu na którego jestem bardzo ciekaw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Mój opis ma na celu wzbogacenie bazy wiedzy o górach, tu - o Gorganach. To wciąż mało rozpracowane góry i dość surowe. Nawet czasami bardzo surowe.
      Ale każdy chętny ma już do dyspozycji mapy, ślady GPS, opisy, filmiki... No i doświadczenia w górskich wędrówkach na Gorgany trochę potrzeba. Ale nie taki gorgan straszny ;-) Trzeba brać byka za rogi, a przygoda będzie prawdziwa! Jeśli mnie tylko zdrowie nie pokona, chętnie wrócę na ukraińskie szlaki.

      Właśnie wróciłem z krótkiego wypadu z nowym namiotem i zabieram się za wstępną recenzję, ale opartą na obserwacjach i testach w realnych warunkach. No i nadal będzie w użyciu i pod czujną oceną :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  3. super wyprawa, jak zwykle wspaniale zrelacjonowana (opis i zdjęcia) Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :)
      Oby opis był inspirujący :) To piękne góry, a choć surowe, to także przyjazne. Mam je w myślach i w sercu... :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Jak zwykle ładnie piszesz i bogato dokumentujesz tekst zdjęciami. Przeraża mnie pogoda i to wszechobecne błoto a Ty mimo to tak optymistycznie piszesz. Szkoda, że nie mieliście więcej słońca. Może czerwiec to nie najlepszy okres na tą trasę. Dzięki Twojemu blogowi już wiem, że to nie dla mnie, to nie to co lubię. Już szybciej wybiorę pustynie Izraela. Pozdrawiam i na najbliższą przyszłość życzę wędrówki w słońcu. Zapraszam na mój sierpniowy JMT.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kaz.
      Lubie góry surowe. Pogoda górska nie zawsze bywa słoneczna i na to jestem zawsze przygotowany. A błoto... No cóż, - to niemal mój towarzysz wędrówki. Nawet wybierając nowe buty, oczami wyobraźni widzę je ubłocone i oceniam łatwość czyszczenia. Serio! Słońca trochę było na początku i później w porywach. Może tylko przydałby się jeden dzień po wichurze, to byłyby dalekie widoki. Ale i tak nie narzekam. Pogoda była właśnie pasująca do Gorganów i chyba nawet tak je sobie wyobrażałem.
      Na razie liczę kasę, - najprędzej na Lycian Way.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Oj Yatzek... Nawet nie wiesz jak zazdro 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli ta zazdrość prowadzi do planów i ich realizacji, to tego gorąco życzę :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Witaj! Świetna relacja. Jak sprawdza się słoneczna ładowarka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Ładowarka słoneczna musi mieć moc conajmniej 14 Watt by dawała radę. Ta ma około 20W i jest OK, choć wiadomo, że trochę waży. Używam też czasem panelu 7W i tu już sprawdza się tylko w pełnym słońcu w środku dnia.
      Ciągle szukam lekkiej i wydajnej, no i żeby miała już jakieś dobre opinie...
      Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Jak nie wiatrolomy to piarzyska, masakra, ale widoki z grzbietu przepiekne. Ciesze sie, ze wreszcie sie udalo, bo wiem ze juz dawno planowales zapuscic sie w ukrainska czesc GSB. Marzy mi sie kiedys przejscie calego polsko-ukrainskiego GSB, ale poczekam az wytna ta kosowke :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiatrołomy, piarżyska i gęsta kosówka mają nawet swój urok. Dobitnie potwierdzają, że są to góry dzikie i nieprzystępne, ale jednak przepiękne mimo tego, a może i przez to.
      Chętnie tam wrócę, ale wcześniej chcę zrobić odcinek Bieszczadów Ukraińskich, a następnie końcówkę Gorganów i Czarnohorę.
      No i spiesz się do Kanady, bo kosówka nam zgęstnieje ;-)
      Czekałem ładnych kilka lat, przynajmniej z pięć. Ale wreszcie ruszyłem i mam zamiar napierać dalej.
      A i dla Ciebie dobrego wędrowania i pięknych wrażeń :)

      Usuń