Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

wtorek, 12 lutego 2019

Dolina Arava - Pustynia Negev, Izrael


Ciągnie wilka do lasu... ;-) Ale na pustyni las, to zaledwie kilka rachitycznych drzew...
No dobrze - ciągnie mnie na pustynię. Tak! Negev, którą poznałem w ciągu poprzednich wyjazdów.

Tym razem nie poszedłem Szlakiem Narodowym Izraela. Odcinek pustynny od Eilatu do Aradu już zaliczyłem, ale wędrując, mijałem ciekawe miejsca. Postanowiłem je odwiedzić, no i padło na Dolinę Arava.
Ale po kolei...

W lutym w Polsce panowała niezbyt śnieżna i niezbyt mroźna zima. W Izraelu zaś na południu ciepło, a w okolicy Jerozolimy chłody i deszcze. Nie byłem więc skłonny kontynuować Shvil Israel od Aradu właśnie do Jerozolimy, przeto padło na pustynię, z czego byłem zresztą zadowolony. Po niedługim locie wysiadłem na dobrze znanym mi lotnisku w Ovdzie.




W Eilacie wstąpiłem do Supermarketu przy początku Szlaku Narodowego, ale tam akurat zabrakło gwintowanych kartuszy. Kilometrowy spacer do sąsiedniego uwieńczyłem nabyciem 230 g. gazu za 29 szekli.



Jakby w ramach rekompensaty, na pobliskim parkingu błysnęła do mnie moneta - 5 szekli :)



Teraz mogłem już udać się na "swoją" darmową plażę. Było sporo miejsca, toteż szybko znalazłem dobrą miejscówkę i rozłożyłem namiot.



Widok rodem z Izraela: Cywil czytający książkę na nadmorskim głazie, a nieopodal kuter straży przybrzeżnej strzegący naszego spokoju.



W nocy z środy na czwartek prognozowano tu burzę z piorunami. Z tej to przyczyny w środę postanowiłem zrobić krótki wypad w okoliczne górki, no i padło na Har Tsefachot.
Wzmocniony bułką z żółtym serem i kawą, swą wędrówkę zacząłem - a jakże - na starcie Shvil Israel :)







W połowie stoku natknąłem się na akcję ratowniczą. Młoda dziewczyna z kontuzją nogi znoszona była właśnie na dół. Jednak wąska ścieżka i strome odcinki były prawdziwym wyzwaniem dla zespołu ratowniczego. Metodycznie i powoli, cała kawalkada ostrożnie posuwała się naprzód.




Po kilkunastu minutach doszedłem do przełęczy pod szczytem, gdzie pożegnałem trójkolorowe znaki i dotarłem na szczyt.






Spojrzałem na niebieski szlak. Tak, to zdecydowanie dobry kierunek, który po kontemplacjach obrałem.






Lubię nowe trasy, a ta na dodatek była całkiem przyjemna i nadająca się na rozgrzewkę przed dłuższym marszem.





Szlaki w Izraelu są świetnie oznakowane. Wydeptane ścieżki, znaki co kilkanaście metrów, - można nawigować bez mapy. Zwłaszcza w górach, gdzie nie za bardzo da się pójść inną trasą, choć "dzikich" ścieżek ludzkich czy zwierzęcych można znaleźć zadziwiająco sporo. Jednak uważny piechur da radę bez problemu znaleźć właściwą drogę.





Schodząc do doliny, na sąsiednim wzgórzu wypatrzyłem coś, co wyglądało na ławkę. Czas miałem dobry, w nogach zapas mocy, to poszedłem zidentyfikować instalację. Rzeczywiście, była to ławka ustawiona w miejscu sprzyjającym spokojnemu podziwianiu okolicy. Ciasteczka owsiano-kakaowe i woda z bukłaka dopełniły ceremonii odwiedzin :)







Szlak kończył się w dolinie nieopodal startu. Pętla w sam raz na górski spacer z widokami, bez konieczności organizowania transportu. Dla mnie zaś wypełnienie czasu dnia i rozgrzewka przed wymarszem na dłuższy szlak.




Bywając na plaży już wcześniej, zdarzało mi się spotykać kraba odpoczywającego na kamieniu nad wodą. Także i tym razem patrzył na mnie niemal ludzkimi oczami, choć raczej z nieufnością, bo przy próbie sportretowania go z bliska, wycofał się. Jednak zdążyłem z półdystansu :)



W nocy miała przyjść burza. Zakotwiczyłem tedy namiot dodatkowymi odciągami i rozpórką stelaża, chcąc go oprzeć nawałnicy. Ta przyszła około trzeciej w nocy, odchodząc po godzinie, by wrócić o szóstej nad ranem. Wiało, lało i piorunami rąbało obficie, ale namiot zniósł te przeciwności bardzo dzielnie. Jedynie spod zbyt krótkiej poły wejścia wpuścił nieco deszczu. Ale z tym się liczyłem i się przygotowałem.






Wędrówki dzień pierwszy


Nad ranem przesuszyłem wyposażenie, zabrałem zapas wody i przy akompaniamencie jeszcze gniewnie rozbijających się fal, zwinąłem obóz i zapakowałem do mojego wiernego Exosa. Zdecydowanie jest kilka elementów wyposażenia, których nie oddam za nic, bo i na lepsze (niemal) nie da się wymienić.






Efektów nocnej ulewy nie trzeba było szukać. Takiej ilości kałuż, w Eilacie jeszcze nie widziałem.



Z plaży przeszedłem dobrze znaną mi Ulicą Egipską (Dereh Mitsraim) do centrum Eilatu. Na prośbę kolegi zajrzałem jeszcze do jednego z hoteli, gdzie strawiłem trochę czasu, przy okazji doładowawszy smartfona. Miasto jednak było poza obszarem mojego zainteresowania, toteż szybko znalazłem się na rondzie przy wylocie z miasta.





Kilometr za Eilatem ulokował się kibuc Elot. Przed nim zajrzałem na stację benzynową, gdzie sympatyczny młody człowiek z obsługi poczęstował mnie kawą. Porozmawialiśmy chwilę w niezwykle przyjaznej atmosferze i przy okazji dowiedziałem się, że ma on kolegów w Polsce, a koleżanka ze zmiany ma chłopaka Polaka!
W kibucu piękna trawa, aż kusiła pod namiot. Jednak nie zabawiłem tam na noc, bo w tej osadzie nie zezwalano na biwakowanie...




Dzień się już zakończył, a ja bez dobrego miejsca noclegowego. Wróciłem na stację, zagadałem jeszcze chwilę i stwierdziłem, że nie ma to jak kimanie na pustyni. W pobliżu bowiem biegł szlak, którym zamierzałem dojść za gorą do kolejnego.



Czołówka to podstawa. Przy lampce niejeden szlak już przemierzyłem, więc tym razem czułem się swojsko. Równina była jednak mokra po burzy, więc co rusz musiałem dopalić 100 lumenów by znaleźć suchą koleinę. Jednak generalnie wystarczało skromne 5 lumenów (Petzl Actik), bo księżyca było tyle, co na fladze Mauretanii. Zdjęcia były poruszone (wstrząśnięte, nie zmieszane ;-) ), dopiero z podpórki złapałem pobliską górę z łuną świateł pobliskiego miasta.



Za górą doszedłem do skrzyżowania szlaków na granicy rezerwatu. Stąd miałem już prostą drogę wzdłuż Doliny Arava, toteż zostało tylko znalezienie jakiegoś suchego miejsca pod namiot. Pod innym pagórkiem natknąłem się na wał ziemi, w sam raz chroniący przed ewentualnym podtopieniem. Rozłożenie namiotu było już tylko kwestią czasu.



Cisza jak w rezerwacie. Miejsce w nocy wyglądało tajemniczo przy skąpym świetle księżyca.
Mimo dojścia ciemną nocą, pora była dość wczesna, bo dzień krótki. Spokojnie zatem ogarnąłem się i przygotowałem kolację. A ta była obfita - jak na mnie, bo składała się z bułki z żółtym serem i ketchupem, zupki Knorra Ser w Ziołach i herbaty. Jak można się domyślać, po takiej pustynnej uczcie smacznie zasnąłem :)






Dzień drugi


Po spokojnej nocy wstał piękny, słoneczny i ciepły dzień. Liczyłem zatem na suchą drogę, bo wczorajsze błotne koleiny na dłuższą metę byłyby męczące. Jednak przejeżdżające terenówki drogą 4x4 wzniecały już nieco kurzu, co pozwalało mieć nadzieję, że dzisiejsza wędrówka ujdzie mi na sucho :)
Nie przepadam za zwijaniem obozu. Te monotonne i powtarzające się czynności nie są dla mnie kwintesencją wędrówki jako marszu, ale zaliczam je do stałych punktów programu "pieszo przez świat", gdzie biwakowanie jest jednym z ciekawszych i pożądanych elementów przeżywania przygody. Tym samym wszystkie te czynności wykonuję niespiesznym tempem, by element pośpiechu nie psuł mi spokoju stworzonego wolnością i spontanicznością szczęśliwego człowieka szlaku...






Plecak na grzbiecie - lekki, bo woda w zasięgu dziennych odcinków, a i jedzenia powoli ubywa. A wędrowanie na lekko jest bardzo przyjemne, zwłaszcza gdy przemierza się dolinę prostą drogą. To właśnie było moim celem - iść przed siebie po równinie, mając góry po prawej i po lewej. Taki trochę cel bez celu...









Popołudniem doszedłem do kibucu Be'er Ora. Leży on blisko Shvil Israel, stąd bywa bazą zaopatrzeniową z racji posiadania sklepu, do którego jednak nie wszedłem, będąc dobrze zaopatrzony w paszę :) Skorzystałem natomiast z poidełka zgodnie z jego nazwą, uzupełniając także zapas wody. Znalazłem również czystą toaletę, jedynie nie zwróciłem uwagi na dostępność gniazdka elektrycznego, bowiem posiadając panel słoneczny, bylem niezależny energetycznie.
Także i w tym kibucu nie znalazłem możliwości biwakowania po odpytaniu przyjaznego młodego tubylca, ale z racji na dość wczesną porę i skłonność kończenia wędrówki po zachodzie słońca, ruszyłem w dalszą drogę.








W pobliżu zbudowano nowe lotnisko Ramon Eilat, niedawno otwarte przez premiera i mające osiągnąć zdolność operacyjną na wiosnę. Być może mój kolejny przylot zakończy się lądowaniem właśnie tutaj.



Słońce już chowało się za pobliskimi górami, dając tym samym nakaz poszukiwania dobrego miejsca na nocleg. Zachód ten zostawiał jeszcze sporo światła, bo za wspomnianymi górami horyzont był niżej, więc dzień nadal trwał. Ja tymczasem wypatrzyłem wcześniej zlokalizowaną na mapie górkę po prawej i do niej zmierzałem. Zgodnie z moimi preferencjami, ostatnie kilometry doświetlałem światłem czołówki, ponownie dodając tajemniczości mijanej okolicy. Na wzniesienie dotarłem w ciemnościach i po znalezieniu płaskiego i równego miejsca na skraju płaskowyżu, objąłem je w wyłączne posiadanie na jedną noc.




Górka - choć niewysoka - zapewniała świetne pole obserwacyjne. Od północy - góry okolic Timna Parku, od wschodu - kolejny kibuc, od południa - Edom - pasmo gór Jordanii, a na wschodzie łuny Eilatu, lotniska Ramon i autostrady nr 90. A na wzgórzu jedyny srebrzysty namiot pod gwiezdnym niebem... :)





Dzień trzeci

Góra na której spałem, po bliższych oględzinach okazała się ...hałdą usypaną z sąsiedniego kamieniołomu! No i spełniło się moje określenie, a właściwie odpowiedź na pytanie: "Jak tam jest na pustyni?" Moja odpowiedź brzmiała: Hołdy jak na śluńsku, ino gorunc po pieruńsku! :-)






Jak wygląda umywalnia na pustyni? Bukłak na patyku! Oczywiście woda jest zbyt cenna by brać prysznic, ale na podstawowe ablucje wystarczy. Oszczędność przede wszystkim! No a to czego nie możemy potraktować wodą - suszymy i wietrzymy.




Niedawno lało. Od razu widać to po soczystej zieleni ożywającej w zagłębieniach. Krótkotrwały zryw wegetacji jest tu normą. Nie ma długotrwałej pory deszczowej, to trzeba korzystać z każdej okazji.



Oprócz kopców nie poświęconych Kościuszce ni Wandzie, można było kontemplować prawdziwie górskie szczyty. Jeden z nich w ciemnych barwach odcinający się zza okalających go niskich piaskowcowych usypisk, wyglądał jak moja góra z natchnionych młodzieńczych malunków. Patrzyłem na nią z zachwytem, przechodząc swym prostym szlakiem.




Tuż za drogą do Timna Parku zrównałem się z kibucem Elifaz, z którego w nocy słyszałem, a teraz poczułem obecność osłów i wielbłądów. Minąłem go w marszu, jako i pierwotną osadę położoną pod wzniesieniem tuż za jego ogrodzeniem.






Góry, droga bezkresna i kolejne kolektywne gospodarstwo. Kibuc Samar otoczony był podwójnym pierścieniem drutu kolczastego połączonego z poplątanymi zasiekami. Kiedy zastanawiałem się jak daleko będzie do głównej bramy, niczym objawienie ujrzałem otwartą na oścież bramkę...
I znowu - widząc wykopy pod rury, kable czy inne instalacje i szukając przejścia, dostrzegłem kobietę wyrzucającą śmieci. Poprosiłem o napełnienie bukłaka wodą, a dostałem ponadto pomarańczę i świeże daktyle. W Samar kobieta zaczerpnęła dla mnie wodę, bowiem nie miałem czerpaka... Zastanawiające...








Mam wodę, czyli mam wszystko by pokonywać kolejne kilometry pustynną drogą. Po pomarańczy kleją mi się dłonie, a daktyle dawkuję sobie z przyjemnością, którą chcę zachować jak najdłużej. Dziękuję Ci dobra kobieto z Samar!

Idę wzdłuż długiego ogrodzenia. To nowy rezerwat zabezpieczony elektrycznym pastuchem przed zwierzętami. Ciągnie się niemal w nieskończoność, a tuż obok autostradą nr 90 śmigają motocykle i pędzą samochody.




Popołudniem dochodzę do miejsca gdzie powinienem odnaleźć szlak odbijający wgłąb pustynnych przestrzeni. Istotnie, za ogrodzonymi wykopaliskami z czasów karawan nabatejskich, znajduję niebieski szlak pnący się na pobliskie wzgórze. Po spojrzeniu na odsłanianą osadę stwierdzam, że niedaleko jest miasto Yotvata, a więc zapewne znajdę WiFi i będę mógł się zameldować i porozmawiać. Takoż i ruszam do miasteczka.






W Yotvata zaiste przy restauracji łapię darmowe WiFi i wytrzepując piach z butów i skarpet, relacjonuję dzisiejsze i wczorajsze dokonania. Teraz już spokojnie wracam dwa kilometry do szlaku i pnę się mozolnie pod górkę.








Słońce właśnie zachodzi, a mi zostały ostatnie kilometry do oznaczonego na mapie symbolu namiotu. Przechodzę przez przepiękne wzgórza poprzecinane wąwozami i dobrze widoczną krętą ścieżką posuwam się naprzód. Po chwili w nieodległej dolinie zauważam miejsce, które zapewne będzie moją nocną bazą wypoczynkową.






Skoro to Night Camp, to wypada dotrzeć do niego najwcześniej o zmroku :) Dzisiaj doszedłem nawet bez użycia czołówki, którą włączyłem dopiero do rozstawiania namiotu. Przy ostatnich zorzach kończącego się dnia wykonałem niespieszny obchód obozowiska ulokowanego na dnie rzeki. Oczywiście wybrałem miejsce pół metra powyżej głównego koryta.







"Owsianka ma wolności smak". O tak! :) Jej nazwa w ostatniej linijce etykiety nie pozostawia złudzeń gdzie będzie i gdzie istotnie jest spożywana. Zalana większą ilością wody, nie tylko syci, ale i nawadnia. A pęczniejąc w trzewiach, po dniu wędrówki daje błogie uczucie sytości i wtrąca mnie we władanie Morfeusza. Cisza dookoła, nawet szakali ani nocnego ptactwa nie słychać. Chyba, że tylko moje chrapanie... :)





Dzień czwarty


Ciepło już od rana. Ale jeszcze można kimnąć chwilę, więc dosypiam z błogością na twarzy. Noc bowiem była tu chłodna i do termicznych działań obronnych włączone zostały cienkie jedwabne getry. Skarpety także, przy okazji chroniąc śpiwór od nieco zakurzonych kulasów.





Chyba większość czytających moje relacje zastanawia się nad dietą jaką stosuję w czasie wędrówek. Bo właśnie na śniadanie zaserwowałem sobie ciasteczka owsiano-kakaowe i kawę. Sam nie do końca wiem jak rozumieć ten fenomen, ale dość stwierdzić - to działa!
Po tej "obfitej" uczcie pakuję dobytek, który z niezłego majdanu zamienia się w zgrabny pakunek w niewielkim plecaku. Jak ja to lubię!
"Więc dał znak. Śmierć odeszła. Fruwały motyle."










Tak wczoraj jak i dzisiaj zastanawiałem się którym szlakiem pójść. Frapował mnie kierunek na Shaharut, a dokładnie dochodzący pomiędzy osadą a lotniskiem, tuż przy Piaskach Kasuy. Byłoby to świetne domknięcie eksploracji tamtej okolicy. Trasa dość krótka, a ja chciałem trochę jeszcze pochodzić...
Zapewne właśnie dlatego wybrałem trasę przez klify Zugan. I to był dobry wybór.
Trasa początkowo prowadząca korytem rzeki, stopniowo wspinała się ku górze. Już z wyższych lokalizacji podziwiałem malownicze potoki i kaskady, niestety bez wody, którą jednakowoż widziałem w mojej wyobraźni :) Okalający pagórki i osypiska dopełniały uroku pięknych krajobrazów.





Szlak prowadził coraz wyżej i wyżej. Erozja skał była doskonale widoczna, zwłaszcza na ścieżce wydrążonej od spodu, z cienką zaledwie warstwą zeskorupiałego zlepieńca. Na wszelki wypadek stąpałem bliżej stoku.




Za kolejnym płaskowyżem rozpoczęło się konkretne podejście. Poziomice na mapie gęstniały, a przed oczami piętrzyły się szczyty wzgórza. Kiedy już się wydawało, że przełęcz jest tuż tuż, zza skały wyłaniało się kolejne podejście. Plusem tego były szerokie widoki z rozległym horyzontem, znaczonym pasmem gór Edomu w Jordanii tuż za granicą.




Podejście do przełęczy nie było męczące, a jedynie po trzech dniach marszu po płaskim, nieco odmienne. Poprzednie wędrówki po Shvil Israel codziennie dostarczały podejść i zejść, toteż góry na trasie marszu powitałem z radością.
Za przełęczą teren łagodnie opadał i po pewnym czasie doszedłem do skrzyżowania z Szlakiem Izraelskim, który nie tak dawno na tym odcinku pokonywałem z Waldkiem.





Zostało już stosunkowo niewiele drogi do lotniska. W zasadzie to jedna dość długa dolina flankowana wzgórzami otwierała się ujściem na Dolinę Ovda. A za nią już wyraźnie widać liczne instalacje bazy wojskowej i lotniska wojskowego i cywilnego.





Wzdłuż ogrodzenia także był szlak i droga terenowa. Niestety, był to także najbardziej nudny fragment trasy. Półtorej godziny marszu przy ogrodzeniu urozmaicały jedynie ostrzeżenia o minach w podwójnym pasie bezpieczeństwa bazy, jedna antylopa Dorkas i kilka samolotów pasażerskich i myśliwców F-16. Dobre i to...











Za lotniskiem nie było już sensu podążać szlakiem, gdyż nie za bardzo było gdzie iść. Plan był aby wrócić do Eilatu i tam spędzić ostatni dzień na lenistwie. Tak to wcześniejsza burza rozłożyła mi ambitniejszy pierwotny plan, ale wielka improwizacja i tak wyszła nieźle.
Po kilku minutach łapania stopa, dwóch miłych młodych Izraelczyków zabrało mnie w kierunku Eilatu. Była jeszcze zbyt wczesna pora, więc przed Har Yoash (Góra Joasi ;-) ) poprosiłem ich, by mnie tu wysadzili. Znaczy - pozwolili wysiąść :) Z górą bowiem miałem niewypełnione plany, na które właśnie znalazł się odpowiedni czas.





Har Yoash ma nieco ponad siedemset metrów wysokości (725 - 734m wg. różnych źródeł), przez co jest świetnym punktem obserwacyjnym na Zatokę Akaba, część półwyspu Synaj, góry Eilat, Góry Salomona i nieodległy łańcuch gór Jordanii. Jednak jej niewątpliwym plusem jest lokalizacja przy drodze nr 12, skąd podejścia jest tylko około 70 metrów. Szczyt bowiem jest kulminacją Gór Eilat, wznoszących się stopniowo od wybrzeża Morza Czerwonego. Przechodzi też tędy Szlak Narodowy Izraela którym mijałem górę i nocowałem obok. Bywałem tu jednak dwukrotnie o zmroku, więc po zachodzie słońca nie miałem motywacji na wspinaczkę.









Widok z "Joasi" był zaprawdę imponujący. Gdybym tu jeszcze został na noc pod namiotem mając aparat ze statywem, plon fotograficzny byłby kompletny. Bo poza tym w plecaku - moim wiernym i komfortowym Osprey Exos 38 - miałem wszystko.





Plan wyjścia na Har Yoash został wykonany. Teraz należało tylko zejść do drogi i złapać stopa do miasta, bo późna pora wykluczała dojście szlakiem z buta. Gdy już zbierałem się do zejścia, na górę wjechał klimatyczny Land Rover z kilkoma turystami, a kierowca-przewodnik zaczął objaśniać atrakcje okolicy.
Policzyłem pasażerów i miejsca, no i wyszło, że bym się zmieścił. Podszedłem, zapytałem i po chwili zostałem kolejnym, darmowym pasażerem :) Zjeżdżając z góry jakoś przypomniałem sobie modlitwę "Pod Twoją obronę...", ale z przygodami i humorem, odwiedzając jeszcze inne okoliczne atrakcje, bezpiecznie dojechaliśmy do centrum Eilatu.





Wybrzeżem zatoki do plaży Migdalor jest jakieś 5-6 kilometrów. Nie spiesząc się, dotarłem tam nocą, aczkolwiek o i tak wczesnej porze. Rozłożyłem się tuż obok poprzedniego miejsca i obmyślając plan na dzień następny, spokojnie zasnąłem :)







Plan na ostatni pełny dzień był typowo rekreacyjny w stopniu niewysilonym. Po ascetycznym śniadaniu, wspiąłem się na wzgórze z latarnią morską i podziwiałem Zatokę Akaba wraz z przyległościami.







Nieco dalej natknąłem się na liczne domki, szałasy i namioty, w których spokojny żywot pędzili cywilizacyjni minimaliści. Nie liczyłem, ale ze dwadzieścia takich konstrukcji dało się zauważyć.







Zlazłem z góry, no i miałem niedosyt chodzenia. Dołożyłem zatem żelazny punkt programu - przejście graniczne z Egiptem i powrót plażą. Miał to być dzień wypoczynkowy i taki też był. Kocham Eilat. Stara miłość nie rdzewieje :)




Ostatni dzień - odlot. To właściwie tylko pobudka poranną porą i zwijanie obozu. Trochę żal było opuszczać słoneczną plażę, tym bardziej że w Polsce zima...




Stojąc na przystanku usłyszałem zza pleców swoje imię! Jeden ze znajomych Izraelczyków z czasów pobytu w Polsce rozpoznał mnie, więc wspominając tamte czasy, chwilę porozmawialiśmy. Miły akcent na koniec pobytu. Po chwili nadjechał autobus, a po nieco ponad godzinie, byłem już na lotnisku. Odprawa i czekanie na odlot przebiegły sprawnie, po czym stalowy ptak dostarczył nas bezpiecznie z powrotem do kraju.








Zimowy wypad do Izraela był krótki, bo tygodniowy i nie przewidywał forsownej wędrówki z pokonywaniem imponujących dystansów. Tym samym wyposażenie minimalnie różniło się od poprzednich i nie widzę potrzeby analizowania go. Plecak ważył 6.790g - bez jedzenia i picia. Z racji zachowawczej diety, która bardzo mi odpowiadała, połowę zabranego jedzenia przywiozłem z powrotem. Także i wody nosiłem stosunkowo niewiele, zwykle na dzień nie więcej niż 1,5 litra do picia i tyleż samo do przygotowywania posiłków plus jeszcze trochę do mycia. Dostępność wody na szlaku była bardzo korzystna, więc wędrowało się niemal na lekko, - oczywiście jak na tereny pustynne, ale na styku z cywilizacją.

Następny wyjazd będzie w cieplejszych miesiącach, bo w środkowej części Izraela jest nieco chłodniej, a liczę też na rozkwit zieleni i kolorowych kwiatów, co urozmaici i oswoi mijane krajobrazy. Ale na pustynię będę wracał chętnie, kiedy tylko zdarzy się po temu okazja.

Shalom!

.