Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

piątek, 28 czerwca 2019

Przełęcz Gruszowiec - Lubomir - szlak zielony


Patrząc na mapę Beskidu Wyspowego, stwierdziłem, że jest tam szlak łączący kilka niezdobytych dotąd przeze mnie szczytów. Nadto licząc niespełna 100 km, jest wystarczająco długi na kilka dni i wystarczająco krótki jak na czas który mogę mu poświęcić. Tym samym do planowania i realizacji wszedł szlak zielony z Przełęczy Gruszowiec na Lubomir.

W tym roku (2019) byłem już i na Śnieżnicy i na Mogielicy, a i kilka innych szczytów tego szlaku miałem zaliczonych wcześniej. Jednak przejście całego szlaku na swój urok i pozwala sobie przypomnieć znane trasy w połączeniu z nowymi odcinkami.


Przejście tym szlakiem dedykuję mojemu niedawno zmarłemu przyjacielowi Peterowi (Mr Secretary), wspierającemu moje wędrówki na wielu płaszczyznach - transportu, zakupu wyposażenia (w USA) i za jego szczerą przyjaźń. Czapka, którą kilka lat temu od niego otrzymałem, choć z czasem kompletnie wypłowiała, jest symbolem naszej przyjaźni i także na ten szlak ją zabrałem.






Dzień pierwszy - 25 czerwca 2019: Przełęcz Gruszowiec - Śnieżnica, Dobra, Łopień, Przełęcz Rydza-Śmigłego, Mogielica, Przełęcz Słopnicka, Szlagi (Ślagi) pod Cichoniem. 
Dystans: 27,5km.


Start z przełęczy był o 11:45, jako że tego samego dnia się pakowałem i jeszcze musiałem dojechać na start. Jednak długie czerwcowe dni są wystarczające na pokonanie słusznego dystansu nawet nie zaczynając od rana.






Po klasycznej fotce pod kropką, wyruszyłem na szlak. Od razu podejście i to dość forsowne, zważywszy na fakt, że wędrowałem w czasie fali największych upałów. Na szczęście przed Domem Rekolekcyjno-Wypoczynkowym pod Śnieżnicą było trochę wytchnienia, no i cień drzew także nieco łagodził efekt prażącego słońca.



W szybkim tempie doszedłem do górnej stacji wyciągu narciarskiego "Kasina", skąd podejście na wschód doprowadziło mnie do właściwego szczytu Śnieżnicy.






Dalej już było łatwo, choć oznakowanie szlaku nie było tak oczywiste. Ponadto kilka powalonych pni zmuszało do obejścia i ponownego poszukiwania zielonych znaków, co przy odrobinie wysiłku nie było trudne.



Ciekawostką natomiast i kuriozalnym zamieszaniem okazał się znak przed wyjściem z lasu na otwarty teren wschodniego stoku. Na jednym z ostatnich drzew namalowano rozejście szlaków - narciarski w prawo skos, zielony w lewo skos. Razem tworzyły coś na kształt litery "Y". Akurat nie sfotografowałem owej radosnej twórczości jako oczywistego faktu. Jednak wyszedłszy z lasu, nigdzie w lewo nie odnalazłem szlaku. Odpytawszy mieszkańca pobliskiego domu, dowiedziałem się, iż zielony szlak prowadzi na prawo (sic!) i po chwili przy polnej drodze wiodącej na prawo w dół, faktycznie odnalazłem zielone znaki. Co zatem chciał nam przekazać znakarz...?

Przed domami w prawo, wzdłuż płotu i brzegu zagajnika.

Dalej już nie było problemu, wystarczyło się trzymać owej polnej drogi by dojść do asfaltu i w dół do Dobrej.




W mieście uzupełniłem zapasy. Przede wszystkim dużo wody do bukłaka, gdzie dorzucałem dwie tabletki - jedną Litorsalu, drugą Magnezu bądź Multiwitaminy. Jedna butelka stanowiła żelazny zapas - jak na pustyni. No i w ramach nawadniania ze smakiem i elektrolitami - butelka Oshee. Na przekąskę - nieśmiertelnie bułki z żółtym serem :)



Bułki z serem zachowałem na kolację i śniadanie, a jako drugie śniadanie pierwszego dnia, do akcji weszły jeszcze dwie drożdżówki. Zdecydowanie zaszalałem ! ;-)



Za drogą wojewódzką znaki obwieściły czas przejścia i pokazały jedyny słuszny kierunek. Spod granicy lasu spojrzałem za siebie, by po chwili zagłębić się między drzewa prowadzące północnym stokiem na Łopień.





Polany Łopienia są mało widokowe, ale z zachodniego cypla otwiera się piękna panorama na zachód. Nie tak dawno spałem tu by podziwiać wieczorne i poranne widoki. Dzisiaj natomiast widoczność była poniżej przeciętnej, toteż dech w piersiach pozostał niezaparty ;-)





Zejście do Przełęczy Rydza-Śmigłego to zaledwie kilkadziesiąt minut, więc szybko znalazłem się w dobrze sobie znanym miejscu. 



Rozpoczynając podejście pod Mogielicę, po minięciu niewielkiej połaci lasu wychodzi się na mały przysiółek Sarysz. Za nim już tylko polna droga wchodząca w las i dość żmudne podejście na polanę.





Wyśnikówka. Ta polana zawsze mi się podobała, głównie z racji pięknych widoków, zamkniętych jedynie szczytową partią góry. Mam plan by się tam przespać, ale jakoś zawsze jestem tu zbyt wcześnie. Tako było i tym razem...




Wreszcie szczyt Mogielicy - najwyższego wzniesienia Beskidu Wyspowego i tym samym najwyższego szczytu na zielonym szlaku. Wdałem się tu w miłą rozmowę z parą poszukującą zgubionego kolczyka, który szczęśliwie udało się odnaleźć, a na wieży pogadaliśmy sobie z kontemplującym widoki wędrowcem. Miło było Was spotkać na szlaku :)
Oczywiście i ja uwieczniłem widoki, choć tego dnia mało wyraziste.







Mogielica Zaliczona. Jak na dzisiejszy dzień - całkiem nieźle, bo i jeszcze trochę dnia zostało by zejść do Przełęczy Słopnickiej i poszukać miejsca na nocleg. A po drodze trochę reliktów przeszłości - tej dawniejszej i całkiem niedawno minionej...






Jest i Przełęcz Słopnicka, Nieopodal, na wzgórzu pod Cichoniem rozlokowało się kilka domów. A na zachodzie już po ...zachodzie! Słońce schowało się za horyzont, więc słuszny już czas by postawić namiot i pomyśleć o noclegu.






Przy jednym z domów miła gospodyni wskazała mi wykoszoną łąkę. Tuż za iglakami było zacisznie i mimo ożywczego wietrzyka, udało się odpalić kuchnię i przygotować kolację.  A że dostałem dwa litry wody do bukłaka, to i wieczorne ablucje pozwoliły pożegnać się z oznakami upalnego dnia...







Dzień drugi - 26 czerwca 2019: Szlagi, Cichoń, Ostra, Jeżowa Woda, Skiełek, Łukowica, Pępówka, Łyżka, Kuklacz, Jabłoniec, Limanowa i poza szlakiem - Sowliny.
Dystans: 35,5km.


Drugiego dnia zbudziłem się o poranku. To nie hałas cywilizacji czy dzikich zwierząt sprawił, a narastający od samego rana upał. Wcisnąłem się pomiędzy iglaki by zażyć nieco cienia na czas śniadania, po czym szybko zwinąłem obóz, dziękując gospodyni za gościnę. 




Spod leśnej połaci Cichonia ogarnąłem wzrokiem okolicę, - sielsko i anielsko. Przepiękne widoki, choć nie sięgające dzisiaj zbyt daleko, zdawały się upajać spokojem i realnością.




Przede mną Cichoń i dość łagodne podejście. Zresztą z rana i przy jeszcze znośnej temperaturze, takie wejście jest w sam raz na rozgrzewkę.




Wchodzenie było szybkie, a schodzenie jeszcze szybsze. Choć właściwie nieco się przeciągało, a to za sprawą poziomek, których miła i wyraźna woń zmieszana ze zniewalającym zapachem kwiatów dzikiej róży zatrzymała mnie na obfite żerowanie na wschodnim stoku góry. Brzeg lasu otwierał wąski przezior na szczyt Ostrej i nieco dalsze pasma. Nasycony boskim smakiem poziomek, szybko zszedłem do przełęczy.





Tutaj znaki jakby się zagubiły, mimo wytężania wzroku i lustrowania okolicznych drzew. Wreszcie trzeba było sięgnąć po wsparcie instrumentalne, które wskazało wejście pod górę pomiędzy tablicą miejscowości a znakiem ostrzegającym o zakrętach.
Pod górę było ostro, czego po nazwie góry można się było zresztą spodziewać. Nawet i znaki się pojawiły, ale na tyle późno, że błądzący bez mapy czy gps-a, już dawno mógłby zmylić ścieżki.




Od Ostrej do Jeżowej Wody szlak prowadził lekko pofalowanym grzbietem, więc i tempo można było utrzymać i się nie zmęczyć. A było czym, bowiem upał coraz mocniej dawał się we znaki, choć las nieco łagodził odczucie gorąca.



Tuż poniżej szczytu Jeżowej Wody (czy też Wody Jeżowa) jest zbieg ze szlakiem niebieskim schodzącym z Modynia. Trzeba uważnie się rozglądać, gdyż po ostatniej korekcie szlaku zielonego, skręca on mocniej w prawo niż poprzednio. Właściwie niemal zawija serpentyną mocno w prawo, choć później odbija po chwili w lewo. Zatem czujność rewolucyjna wskazana :)



Po opuszczeniu podszczytowej połaci lasu, bardzo miło wędruje się brzegiem pól i lasów leśnymi i polnymi dróżkami. Niewielkie przewyższenia nie męczą, a malownicza okolica zachęca do kontemplacji w rytm marszu.






Po drodze mijam stare niewielkie osady, z domami luźno rozsypanymi na połogich zboczach. Czas tu jakby wolniej płynie, za to promienie słońca palą niemiłosiernie, bo jak się później okazało, środa była najgorętszym dniem z temperaturą około 35˚C. A ile w słońcu - wolę nie wiedzieć.
Schroniłem się zatem na niemal godzinę pod rozłożyste drzewo przy kapliczce na rozstaju dróg. Telefon podłączyłem do panelu słonecznego, który - jako jedyny - zażywał kąpieli słonecznej. Ja zaś obserwowałem leniwe życie okolicy.





Podejście pod Skiełek było dwuetapowe. Najpierw należało asfaltem osiągnąć jeden z wyżej położonych przysiółków, by z niego leśną drogą dojść do kolejnej osady, gdzie znaki prowadziły ku szczytowi. Minąwszy sporą szopę nie zauważyłem znaku skrętu, więc po dłuższej nieobecności zielonej farby na drzewach, zajrzałem do nawigacji. Zawróciłem zatem do najbliższej drogi leśnej prowadzącej pod górę, wdrapałem się na grzbiet, gdzie już wypatrzyłem zielone znaki, by po chwili dojść do małej polanki na której ulokowano krzyż i ławki. Skiełek zaliczony :)






Schodząc w dół, wkrótce dotarłem do granicy lasu. Rozpościerała się stąd całkiem szeroka panorama, u stóp której w nieodległym dystansie rozsiadło się małe sioło. To Łukowica, do której niebawem zszedłem.



W Łukowicy sklepy i brak zacienionej ławki, - wszystkie w słońcu. Obkupiłem się i drugie śniadanie wcinałem pod wielką lipą. Radler z lodówki przywrócił mi wiarę, że i w takim upale można znaleźć chwilę przyjemności :)




Malutkie chmurki nie chciały dać cienia wędrowcy windującemu się rozgrzanym asfaltem ku kolejnej górze. Długa grzęda domów przy drodze ciągnęła się niemal pod sam las, gdzie nieco chłodniej szło się w otoczeniu drzew. Po chwili, kończąc trzystumetrowe przewyższenie na podejściu, osiągam szczyt Pępówki.




Z górki schodzę lasem do drogi. Tuż przed nią zamiast leśną drogą do asfaltu, znaki kierują przez przerośniętą łąkę ku przegibkowi. To, że nie nazbierałem tam kleszczy, zawdzięczać mogę chyba tylko skarpetom Anti-Mosquito od Fjorda Nansena. W sumie na całym szlaku nie miałem wątpliwej przyjemności z tymi pajęczakami.





Podejście na Łyżkę jest takie w sam raz. Stówka pod górę i jesteśmy na wierzchołku. Nawet nie zdążyłem się zmęczyć, a tu wiatka-stół-posiadka ;-) Miejscówka w sam raz, by w tym upale otrzeć pot z czoła, a na kolejną transpirację uzupełnić poziom płynów w organizmie.





I znów za lasem pola, za polami zagajnik, za nim znowu teren mieszany i tym sposobem dochodzę do jednej z części Siekierczyny. Tutaj szlak prowadzi przez podwórko dopiero co wybudowanego domu, a kobieta z sąsiedztwa zaleca obejście. Gdy wyrażam obawę pobłądzenia, pozwala mi przejść obok ogrodzenia, z czego wnioskuję, że w owym domu mieszka ktoś z jej rodziny.




Dom niemal opiera się o ścianę lasu, gdzie znaki prowadzą chaszczami między zagajniki. Widząc tabliczkę z nazwą wzniesienia, nawet nie czuję, że wdrapałem się na jakąś górę. Zaiste - okolica staje się coraz mniej górzysta.



Opuszczam ostępy leśne i obserwując sianokosy, wkraczam na wąskie drożyny rozsypanych po okolicy zabudowań. Teren w mojej nomenklaturze jest niemal równinny, bo nawet nie pagórkowaty. Idzie się zatem dobrym rytmem, którego nie zakłóca upał, słabnący już późnym popołudniem. Przed zachodem słońca wypadałoby więc dojść do Limanowej, choć z rana liczyłem na Tymbark.





O zachodzie słońca osiągam Jabłoniec.  Znajduje się też tutaj cmentarz wojenny nr 368 z I Wojny Światowej. Gdy wychodzę poza obręb drzew, z wzgórza obserwuję zachód słońca. Do Limanowej mam jeszcze około trzech kilometrów i tyle będzie na dzisiaj wędrówki zielonym szlakiem.








Z przedmieść Limanowej dzwonię do księdza-sąsiada, pasterzującego aktualnie w Tymbarku. Będzie przejeżdżał przez Sowliny, więc podejdę jeszcze kolejne pięć kilometrów. Jest plan, że prześpię się w Tymbarku, zostawię tam plecak, a nazajutrz szlakiem na lekko - po powrocie do Limanowej - dojdę do miejsca gdzie będzie czekał plecak. 







Dzień trzeci - 27 czerwca 2019: Limanowa, Paproć, Tymbark, Kostrza, Jodłownik, Szczyrzyc.
Dystans: 30km.


Nie sposób nie docenić kąpieli po dwóch dniach wędrówki w upale. A prysznic z rana - jak śmietana ;-) Ksiądz-sąsiad miał załatwienie w Limanowej, więc po śniadaniu miałem od razu transport do zielonych znaków, które wczoraj opuściłem w Limanowej. Bogu niech będą dzięki! I księdzu Janowi także...




Szybko wdrapałem się na Lipowe nad Limanową. Wszak miałem ze sobą jedynie butelkę z napojem, lekkie poncho i kijki. Tak to można wędrować!
Na zejściu przed lasem powitał mnie Owczarek Collie. Wyglądał na starszego, ale raczej łagodnego. Oszczekał mnie z odległości metra, zapewne trzymając dystans na zasięg moich kijków. Bez strat w łydkach zagłębiłem się w przerośniętej łące, znowu obawiając się kleszczy.






Doszedłem do dna doliny. Po jej wyglądzie mogłem spodziewać się jakichś cieków wodnych, ale mały strumyk schowany w gąszczu był całkiem wyschnięty, a niewielka rzeczka miała suche łożysko. Jedynie za rzeczką sączyło się nieco wody z wpadającego tu innego strumienia.





No i doszedłem do drogi Sowliny - Tymbark. Wczoraj już zabrakło mi dnia na ten nieznany wcześniej odcinek. Nie chciałem przechodzić go nocą, bo oznakowanie nie było zbyt czytelne. Ale co się odwlecze... Drogę przeszedłem na drugą stronę, gdzie obok kapliczki szlak kontynuował swój bieg pod górę.



Podchodzenie z doliny jest zasadniczo inne niż z przełęczy. Zdobywanie wysokości się dłuży, bo na wierzchołek podchodzi się z najniższego punktu. A Paproć na dodatek jest dość wydłużonym wzgórzem, na szczęście otwartym widokowo. Tym samym z kolejnych punktów widokowych można się coraz szerzej rozejrzeć po okolicy. A ta przebywana jak i dalsza, jest malownicza.






Szczyt Paproci nie jest zalesiony. Pozwala na w miarę swobodną obserwację na stronę południową i północną. Jednak ciężkie powietrze przesłania dalsze pasma górskie.






Zejście początkowo jest łagodne. Krótki odcinek asfaltu ustępuje drodze leśnej. Momentami znaki prowadzą leśną ścieżką i czuję jak drobiny z podłoża wpadają mi do luźno zawiązanych butów. W ten sposób stopa łatwiej oddycha, ale co jakiś czas trzeba wytrząsnąć śmieci. Przy okazji sprawdzam nogi na obecność kleszczy - pajęczaków brak. Czyli skarpety się spisują, bo nawet komary jakby mniej kąsają...





Las otwiera się wąską łąką. Z tego miejsca Tymbark prezentuje się ciekawie, bowiem widać wyżej położone zabudowania miejskie, natomiast niżej położona część przemysłowa zakryta jest niżej rosnącymi drzewami. Ale już kilka kroków niżej ponownie zagłębiam się w las i po chwili dochodzę do asfaltu, którym dochodzę do mostu. Znowu jestem na najniższym poziomie etapu, z którego można tylko piąć się w górę.




W przedszkolu czeka na mnie plecak i ...zaproszenie na obiad! Chętnie korzystam, aż szkoda, że nie ma potem czasu na drzemkę :) Gorąco dziękuję siostrom za wsparcie i ruszam dalej.



Skrzyżowanie, tory i zejście z drogi na szlak. Tę okolicę znam bardzo dobrze, bo pokonywałem ją wielokrotnie pieszo, rowerem, motocyklem i samochodem. I przez te wszystkie razy zastanawiałem się, dokąd ten szlak pod górę prowadzi. No i dzisiaj miałem się tego dowiedzieć :)





Mozolnie pod górę, krok za krokiem. wielkie drzewo nie mieści się w obiektywie, ale pierwsze wzniesienie za mną i schodzę gdzieś w dół. Na tym dość żmudnym podejściu spotkałem parę wędrowców z naszywką "PTTK Goleszów". Do najbliższej góry będziemy razem poszukiwać oznaczeń szlaku, który na tym odcinku nie jest popisowym dziełem znakarza...



Tuż za lasem domostwo, a szlak prowadzi przez podwórko. Za szopką czy garażem spostrzegam wylegującego się Owczarka Poniemieckiego Długowłosego. Na szczęście niezbyt czujnego, dzięki czemu mogłem miejsce obejść bokiem. A dalej jeden znak, ale nie bardzo wiadomo gdzie prowadzi. Para wędrowców także posiłkuje się nawigacją. Prowadzą. Na wprost nas dumnie prezentuje się Kostrza. Do niej zmierzamy. Nieco dalej lokalna kobieta wskazuje kierunek przez skoszoną łąkę, bo szlak idzie zaroślami. A za następną łąką znaki znowu prowadzą przez obejście między domem a budynkiem gospodarczym, ale wolę obejść bokiem, jakby jakiś Azor...




Przed Kostrzą znaki się pojawiają, ale po wejściu w las nie wskazują kierunku. Ponownie Goleszanie z GPS-em nawigują i odnajdują znaki. Stromym wschodnim zboczem mozolnie pniemy się pod górę, obdarzając znakarza słowami bardzo minimalnego zachwytu.
 


No i wreszcie spomiędzy drzew błysnęła biel tablicy z mapą, a obok tabliczka z nazwą szczytu i wiatka-stół-posiadka. Można się uśmiechnąć, odpocząć, strzelić fotki i porozmawiać. Dla moich chwilowych kompanów to dzisiejszy cel i powrót po śladach do samochodu. Ja zaś schodzę znanym już szlakiem w dół. Spomiędzy przerzedzonego lasu w którym zostały głównie buki, łapię panoramę na południe.






Zejście jest dość strome, bo i szczyt nawet wybitny, jednak stromizna na zachodnim stoku wyraźnie łagodniejsza. Popołudniowe słońce pięknie oświetla sine pnie buków, dając niesamowity efekt tajemniczego lasu. Bardzo mi się to podoba.



U podnóża góry miejsce na odpoczynek i studzienka z wodą. I nawet mimo suszy, widać lustro wody w otoczeniu obmurowania. Z rozpędu idę na kierunku którym schodziłem z góry, po czym uświadamiam sobie, że przecież szlak idzie w drugim kierunku... I znowu dodatkowy kilometr i strata kwadransa.





Do Jodłownika mam teraz lekko z górki, choć jak w takich terenach, czasem trzeba kilka metrów podejść. Ot - wysepki :) Droga leśna się kończy i pojawia się asfalt. Popołudniowe słońce nadal nieźle przygrzewa, ale na szczęście pojawia się lekki wietrzyk. Taki "prawie", który robi dużą różnicę :) Na horyzoncie już maluje się Ciecień, a wpobok wyraźnie odcina się Grodzisko. To mój niezrealizowany szlak z ubiegłego roku... Trzeba będzie dorobić.





W Jodłowniku mijam kościół, w którym właśnie trwa nabożeństwo oktawy Bożego Ciała. Ja zaś wstępuję do sklepów na zimnego Radlera, którego nota bene w Okocimskim browarze komponuje mój sąsiad. Doceniam jego kunszt :)



Przeskok z Jodłownika do Szczyrzyca to niemal w całości droga asfaltowa. Trochę nudna mimo wypatrywania ciekawostek w okolicy. A już przed samym Szczyrzycem znaki pakują mnie w pole, gdzie nie uświadczysz przedeptanej ścieżki ni zielonej farby. Nawigacja potwierdza.



Dochodzę do miasteczka. Polubiłem je od czasu pierwszej bytności i chyba między innymi dlatego mam zamiar znaleźć tu miejsce pod namiot. Najlepiej w centrum, by jutro z rana zaopatrzyć się na ostatni etap wędrówki. Z racji dość jeszcze wczesnej pory postanawiam obejrzeć klasztor O.O. Cystersów. Po obejściu zabudowań wchodzę na teren ogrodu. W okolicach bramy mija mnie człowiek, który pyta, czy może mi w czymś pomóc. Zgodnie z prawdą zeznaję, że wędruję szlakiem i poszukuję miejsca pod namiot. Na to słyszę w odpowiedzi, że mogę się rozbić na ogrodzie, a gdyby kto pytał, to Przeor mi pozwolił. Tak właśnie poznałem Ojca Przeora, który w cywilnym ubraniu obok duchowego "Ora", wypełniał prozaiczne "Labora". Przy pomocy Brata odbywającego nowicjat zostałem skierowany do sąsiedniego budynku, gdzie dołączyłem do Kawalerów Maltańskich, zostałem poczęstowany kolacją i mogłem skorzystać z prysznica. I jakkolwiek wiara góry przenosi, to mi wystarczy gdy moja wiara w ludzi do gór mnie przenosi i dobrych ludzi stawia na mojej drodze. Jako zadeklarowany gawędziarz, od towarzystwa sympatycznej grupy pod klasztor wróciłem już całkiem po ciemku.















Dzień czwarty - 28 czerwca 2019: Szczyrzyc, Ciecień, Wiśniowa, Lubomir. 
Ponadto zejście przez Łysinę, Kudłacze, Działek, Śliwnik i Uklejną do Myślenic i powrót do domu.
Dystans: 33km.



Za ogrodzeniem klasztoru spałem jak niemowlę. I to bynajmniej nie z uwagi na samotność czy śluby milczenia. Po prostu świetnie mi się tu spało. Nawet nad ranem wysokie drzewa nie dopuszczały słońca, więc po świcie nie miałem w środku jak w piekarniku. Jednak dzwon wzywający na modlitwę poranną był tak blisko, że dzięki Bogu, tego dnia nie zaspałem.





Zwijanie namiotu szło mi sprawnie, aczkolwiek wzorem zakonników nie spieszyłem się. "Festina lente" pasowało do miejsca i czasu i tę maksymę o poranku przyjąłem.  Po kilku chwilach po mojej nocnej bytności nie pozostał żaden trwały ślad, a jedynie mały skrawek pomiętej trawy.





Poszedłem do klasztoru podziękować za gościnę i pożegnać się. Zupełnie niespodziewanie zostałem zaproszony na śniadanie, ale co to były za przysmaki! Niby jedzenie jak jedzenie, ale wszystko swojskie. Masło nawet nie wyglądało na kupne, twaróg smakował wybornie, chleb pachniał na całą sień, a sałatka smakowała jak wiosna. Kawa pełna aromatu, a dwa jednostrzałowe banany zawinąłem na drogę. Uczta godna pielgrzyma, a nie takiego szlakowego włóczęgi... Deo gratias!




Most. Oznacza, że jestem tak nisko, że niżej jest tylko dno rzeki. A to implikuje kolejną prawdę - idę pod górę...
Na szczęście kiedyś już przemierzałem ten fragment szlaku do Ciecienia (Cietnia), więc nie zakładałem błądzenia, tym bardziej, że oznakowanie szlaku nieco się poprawiło, a i drogę po części miałem w pamięci. No i przepyszne morale też wybitnie podniosło mnie na duchu.






Przed niewielkim siodłem zbieg szlaków i małe wypłaszczenie na złapanie tchu. A na nim  bukiet naparstnic pyszni się w słońcu. Jeszcze tylko podejście pod kopułę szczytową z kilkoma wiatrołomami i jestem na Ciecieniu.






Zejście do Wiśniowej jest nieco przydługawe, ale łatwe i poniżej granicy lasu - obfitujące w widoki. Znaki prowadzą dość pewnie, choć na jednym skrzyżowaniu w lesie jakby zabrakło jednego malowania. Ale rozglądanie się załatwia sprawę. Schodząc, spoglądałem więc przed siebie na cel wędrówki zielonym szlakiem, jak i na wszelkie możliwe strony, w tym na Grodzisko, jako na pośredni cel kolejnej wędrówki.







Przed samą Wiśniową napatoczyłem się na kolejnego psa, - tym razem zagubionego pluszaka. Nomen-omen chętnie nazwałbym ten szlak "Zielony Pod Psem", a to głównie na ilość beztrosko rozpuszczonych małych i większych szczekaczy, jak i na oznakowanie pod psem na niektórych odcinkach.



Wiśniowa, Wiśniowa... Bywałem i tutaj i w okolicy. Pamiętam, że nigdzie jak w Wiśniowej pachniały jaśminy. Ale tego dnia nie poszedłem na poszukiwania tamtego krzewu sprzed wielu lat. Wzmocniłem się drożdżówkami i jogurtem, po czym przyjąłem kierunek nadany zielony kolorem.







Podchodząc ku wzgórzom flankowanym wykłębionymi obłogami, dostrzegłem znak prowadzący do odnogi szlaku. Niby czasu nie należało tracić, ale może to nie strata. Atrakcją tą okazał się pogrążony w chaszczach mały cmentarz wojenny z jakże współczesnymi przyległościami. To jakby kto nie wiedział...







Opłotkami Kobielnika wiodły malownicze drożyny. Mając świadomość że cel już niedaleki, ochoczo kontemplowałem okolicę, widząc jej jakże spokojny wygląd. Radość wędrowania wlewała się do mego serca mimo nadal sporego upału. A to tym bardziej, że te ścieżki przebywałem po raz pierwszy.




Pnąca się pod górę droga asfaltowa doprowadziła mnie do wejścia w teren. Od przystanku na którym stał bus do Myślenic, betonowe płyty prowadziły ku zalesionym stokom Lubomira - celu mojego szlaku. Spod samego lasu z wielką przyjemnością ogarnąłem szeroki beskidzki horyzont.






Ostatnie podejście i to dość żmudne. To leśną drogą, to wyschniętym korytem strumienia, to przez zwalone drzewa - ku górze, ku górze. Wreszcie zbocze straciło swą stromiznę, a gęstwa lasu nieco się przerzedziła. Tak i po chwili dostrzegłem zarysy budynku obserwatorium na Lubomirze i niebawem zatrzymałem się u celu. Zielony szlak z Przełęczy Gruszowiec na Lubomir zdobyty!







Lubomir zdobyty, szlak zaliczony. Jednak od zielonej kropki do miejsca z którego mogę złapać busa, to jeszcze kawałek. Nawet nie wybierałem najkrótszej drogi, bo chciałem dojść do Myślenic czerwonym szlakiem, a tym samym odcinkiem Małego Szlaku Beskidzkiego, który kilka lat temu w odwrotnym kierunku przemierzyłem. Szedłem też i nocą z Lubomira na Kudłacze, więc szlak jest mi znany. Tym chętniej przejdę go jeszcze raz. A więc ostatnie zdjęcia i w dół!






Na Kudłaczach chwila odpoczynku i trzeba było zjeść przedwczorajszą bułkę. Przedwczorajszą i ze smakiem :) A schodząc, natknąłem się jeszcze na rajd konny. Hmmm...





Rzut oka na horyzont i zagłębiam się w las. Przy dojściu do asfaltu oszczekuje mnie spory pies, szczerząc kły. Na szczęście odwołują go bawiące się w pobliżu dzieciaki. A ja idąc dalej, przypominam sobie wcześniejsze widoki, osady i kapliczki. 








Ostatnia górka za mną. Widać już mury zamczyska, czyli jestem w Myślenicach. Dwa pagórki i wychodzę na ulicę, po czym z Zarabia przechodzę przez Rabę i spokojnie maszeruję do skrzyżowania przy estakadzie. Stamtąd pewnie szybko złapię busa do Krakowa.









Po niecałym kwadransie wsiadam w busa, ale w Krakowie spóźniam się o 10 minut na kolejnego do domu. Przez Bochnię docieram do Borównej, stamtąd kolega odbierający córkę z busa podrzuca mnie na wielką Drogę. A stąd już ostatnie trzy kilometry do domu. W sam raz na finisz "z buta"...






Kolejny szlak i 126 kilometrów zaliczone. Dystans liczony z wszelkimi błądzeniami i dojściami, bo tyle faktycznie przeszedłem. A już następne trasy w planach.



Podsumowanie sprzętowe

Na szlak chciałem się wybrać na lekko, co zresztą jest u mnie normą. Pierwotne prognozy nie zakładały deszczu, jednak przed wyjściem przewidywano deszcz i burze trzeciego dnia. Zabrałem więc cięższe poncho. W sumie z zabranych rzeczy mogłem zostawić 500 gramów. To na szczęście niewiele. Mogłem też nie zabierać palnika i butli z gazem i zdać się na wrzątek od ludzi bądź obejść się bez niego, co przy tak wysokich temperaturach było do przyjęcia.
No i co symptomatyczne, - po moim tekście o dążeniu do lekkości - nie zabrałem lustrzanki z bateriami, a poprzestałem na fotografowaniu telefonem. Chyba dał radę...?

Z nowości sprzętowych pojawił się ultralekki panel słoneczny, którym ładowałem telefon. Jak na razie - wrażenia pozytywne.
Nowością był także worek suchy Naturehike 10 l. Sprawia dobre wrażenie i podlega ciągłej ocenie :)


A teraz zgodnie ze starą świecką tradycją - lista sprzętowa ustawiona wagowo.

L.p. Zielony, czerwiec 2019   5 315     
1 Namiot Naturehike Taga 1 bez szpilek        1 072   
2 Plecak Osprey Exos 34  (S)  2012           910   
3 Śpiwór Małachowski UL300II (M)           415   
4 Materac Thermarest Neoair XLite "R"           325   
5 Spodnie Columbia UltraLight long           265   
6 Poncho Solognac 100           262   
7 Kartusz gazowy 100           185   
8 Koszula Salewa drylon pustynna           182   
9 Bukłak Source Widepac 3.0 l.           180   
10 Podłoga Naturehike Taga 1           153   
11 Koszulka bawełniana do spania           108   
12 Scyzoryk Victorinox Huntsman (mid)             97   
13 Kurtka Quechua Helium Wind             96   
14 Czołówka Petzl Actik 2017 (300 lm)             85   
15 Kubek tytanowy TOAKS Light 650             80   
16 Ładowarka słoneczna Paper Sheet             63   
17 Slipki             50   
18 Skarpety Fjord Nansen Mosquito             46   
19 Kosmetyczka Deuter             38   
20 Ręcznik FN Tramp Light M szybkoschnący             38   
21 Bukłak Platypus Hoser 1.8 l.             37   
22 Worek suchy Sea to Summit 8l             35   
23 Worek suchy Naturehike 10l             35   
24 Szpilki tytanowe             33   
25 Wtyczka-ładowarka sieciowa USB 1A             33   
26 Worek suchy chiński 8l             32   
27 Worek suchy Karrimor 2l             30   
28 Skarpety Quechua Arpenaz 50 Mid             29   
29 Nóż Victorinox do pomidorów 11cm             28   
30 Miska 750ml z przykrywką - BranQ             27   
31 Palnik BRS-3000T             25   
32 Leki - Plastry             24   
33 Kosm. Krem rumiankowy Kamill             22   
34 Kosm. Szczoteczka składana + Ajona             22   
35 Leki - zestaw Stp-Asp-Nms-Ibp-Tbt (SANIT)             21   
36 Papier toaletowy nawilżany             20   
37 Łyżka Esbit Titanium składana             18   
38 Kabelek Lightning             18   
39 Kosm. Mydło Campsudus w płynie             18   
40 Leki - Diclac micro             18   
41 Taśma naprawcza klejąca             18   
42 Chusteczki jednorazowe - paczka             15   
43 Kosm. Deodorant micro             14   
44 Pomadka ochronna do ust             11   
45 Zapalniczka BIC Mini             11   
46 Latarka Nitecore Tube             10   
47 Przybornik krawiecki             10   
48 Zapalniczka Cricket Mini             10   
49 Serweta medyczna               8   
50 Kabelek Xiaomi USB-MicroUSB               8   
51 Lusterko okrągłe małe               8   
52 Leki - Bandaż               6   
53 Linka 5m               6   
54 Kosm. Durex               3   
55 Gąbka do naczyń               2   


Lp.Noszone 1646
1 Buty Lotto Cortina Mid 750
2 Kijki Fizan Compact 320
3 Telefon Apple iPhone 6 129
4 Spodnie Columbia short 105
5 Koszulka Quechua ultralekka black 94
6 Skarpety Fjord Nansen Hike Kevlar 57
7 Czapka z daszkiem 55
8 Bokserki 52
9 Portfel 40
10 Okulary Orao Arenberg  24
11 Chusta "czacha" 20



.

10 komentarzy:

  1. Beskid Wyspowy jest wysoko notowany w moim rankingu. Dzięki za relację z przyzwoitej imprezy. Yatzek, szczyt Modyń jest rodzaju żeńskiego, gdzieś rzuciło mi się w oczy, zatem schodzi szlak z Modyni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Menelu :)
      Racja, schodzimy z pani Modyni, podobnie jak się idzie do Kostrzy a nie na Kostrzę, no i Ciecień też bywa Cietniem (co zaznaczyłem).
      Beskid Wyspowy mam za progiem, więc i często go odwiedzam, niekiedy na nieopisywanych jednodniówkach. W lipcu wybywam na małe zlecenie, ale sierpień znów będzie na deptanie wyspowych szlaków.
      Dzięki, pozdrawiam i do spotkania na szlaku :)

      Usuń
  2. Super relacja, opisy jak i sama przygoda na szlaku :) Co do urodzaju poziomek mogę potwierdzić po mazurach, tam aż pachniały ścieżki ( trochę było obawy że to słodka ścieżka baby jagi ;) ) Trochę przykro z powodu śmierci przyjaciela, jednak z myślą o nim towarzyszył Ci na szlaku. Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Arku,
      Odchodzą ludzie, odchodzą przyjaciele... A my chodzimy, aż także odejdziemy. O przyjaciołach wszakże trzeba pamiętać.
      Słodkich poziomek i lekkiego plecaka życzę.
      Do spotkania na szlaku.

      Usuń
  3. Super relacja, jak zresztą każda. Gosia

    OdpowiedzUsuń
  4. Mało znam Wyspowy, ale czy to nie jest tak, że spod Śnieżnicy miałeś jakieś 4 godzinki na Lubomir ? Na cholerę dymać tyle dni ! Z Lubomira szybko w dół do Kobielnika, a tam już dojedzie zamówione radiotaxi...
    Sprawdziłem twoją listę sprzędtową. Wszystko jasne, Jakbyś zabrał kompas, to nie musiałbyś trzymac się kurczowo jednego koloru szlaku... Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  5. swietny, opis. A najbardziej spodobalo mi sie zestawienie wagowe :d tez wszystko przed wyprawa waze i jak sie da to przycinam np szczoteczke do zebow;d Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      Opisy są dla Was, więc staram się by były przydatne i na poziomie.
      Wyposażenie nieustannie sprawdzam wagowo, w nadziei, że znajdzie się jeszcze coś do odchudzenia i fundusze na to.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Yatzek mekif gilo love you remember you are the man!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! I'm happy to hear from you!
      Mekif Gilo is the best!
      See you in the promised land Bro!

      Usuń