Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 19 stycznia 2020

Izrael - coś więcej niż pustynia




Tanie loty w styczniu znowu mnie skusiły. Kierunek? Oczywiście - Izrael! Pustynia Negev ma dla mnie niesamowitą moc przyciągania i obfitość surowych atrakcji. Taaak... "Obfitość" i "Surowych"... Niezły kontrast, choć nie dla mnie.

Założenie było proste, - znaleźć trochę kontaktu z pustynią i zerknąć poza horyzont.
Zakotwiczenie się na plaży Migdalor stanowiło oczywistość i szybko znalazłem się po przylocie "u siebie" :)




Na potrzeby pakowania się do samolotu, już na poprzedni przylot kupiłem krótki na 3/4 materacyk z Decathlonu - Forclaz Trek 700 S. Lekki i bardzo pakowny, a przy tym równie wygodny. Pod stopy zawsze coś się znajdzie do podłożenia, więc problemu z gabarytem nie ma. W zestawieniu ze śpiworem - moim faworytem Małachowski UL300II, stanowią zgrabny zestaw.





Jedzenie przyjechało ze mną z Polski, więc wędrówki do sklepu nie były potrzebne w kwestiach spożywczych, choć trzeba było kupić kartusz z gazem. Woda na szczęście w cywilizacji jest powszechnie dostępna, także chłodzona, co w połączeniu z dodatkami, świetnie chłodzi i nawilża na gorącej pustyni. A kto woli - ten chłodzi się w morzu :)

 
 






Zakupy zrobione, więc można wędrować. Poprzednio po dojściu do mojej "złotej góry" - Har Rehavam zszedłem do jej podnóża i dalej maszerowałem w kierunku Wadi Shlomo, toteż tym razem zamierzałem obejść Górę Jozafata - Har Yehoshafat od doliny biorącej swe imię od tejże góry.
Przed Górą Rehavam wspiąłem się jeszcze na punkt widokowy, choć wolę zdecydowanie ujęcia z klifu Gishron. Stąd piaskowo-wapienny wierzchołek w otoczeniu brunatnych granitów prezentuje się bodaj najciekawiej.









Zszedłem do stóp złotej góry i skręciłem w lewo. Z przełęczy cień ścielił się już dość długi, bo popołudniowa pora zapowiadała nadejście wieczora. Wielki księżyc właśnie wychynął znad szczytów masywu, gdy dotarłem do rozstajów, na których z Kabibi kierowaliśmy się na prawo. Tym razem dla odmiany postanowiłem pójść w lewo.






Przeszedłszy kilkaset metrów, zobaczyłem nadjeżdżającą terenówkę zapakowaną turystami. Zwykle mijają mnie machając, ale tym razem zatrzymali się. Trochę to dziwne, ale wnet wyszło na jaw, dlaczego tak postąpili. Otóż przestrzegli mnie bym nie szedł w tamtą stronę, gdyż niedaleko stąd na drodze dostrzegli dwie hieny. Z uśmiechem rzekłem, że pewnie widzieli szakale i pomylili właśnie z hienami.
- Nie, nie, - to z pewnością hieny - mówili niemal wszyscy na zmianę.
- To na pewno dwie hieny - dodał kierowca, którego już nie tak prędko podejrzewałbym o pomyłkę.
- Tu jest zdjęcie, zobacz sam - jeden z mężczyzn podsunął mi lustrzankę z dłuższym obiektywem, a na wyświetlaczu po powiększeniu zobaczyłem ni mniej ni więcej, tylko dorodną hienę...
Podziękowałem, a oni odjechali.  Oflagowana "landryna" wzniecała niski kurz na pustynnej drodze, by po chwili zniknąć za załomem skał.
Stałem tak chwilę i patrzyłem na moją planowaną trasę. Dwie hieny... Szczęki tych drapieżnych padlinożerców bez trudu gruchotają kości bawołu, a ja nie mam nic do obrony.
Są dwie, więc może być ich więcej... Kij, kamień, a co w nocy...? Każdy szmer obok namiotu byłby jak skradanie się nocnego myśliwego. O spaniu zapewne nie byłoby mowy. Zawróciłem w stronę Wadi Shlomo.




Nie bardzo mi się podobała obecność hien w bliskim sąsiedztwie. W ciągu wcześniejszych  pobytów nigdy nie słyszałem o ich spotkaniu, ale obrazek ze zdjęcia stał mi wciąż przed oczami. Było na tyle wcześnie, że mogłem za dnia dojść do Camel Ranch i pobliskiego Night Campu, a nawet do Eilatu.
Z zagrody wielbłądów co rusz mijały mnie różnego rodzaju pojazdy. I te zmotoryzowane i te zwierzęce. O zmroku dotarłem na plażę i jakoś mi to nie do końca pasowało. Ale postanowiłem, że pójdę nazajutrz do Szkoły Polowej (Field School) i zgłoszę sprawę strażnikom przyrody (SPNI).










No i o zmroku wróciłem na "swoje" miejsce. A miało być tak pięknie - cisza pustynnego biwaku. Miałem sobie za złe, że tak łatwo odpuściłem plan w obliczu zagrożenia, ale na - bądź co bądź - obczyźnie nie chciałem podejmować ryzyka, którego skali nie byłem w stanie w pełni określić.

Bryza od morza zagoniła mnie z gotowaniem do namiotu, co już mam niemal w standardzie. Po chwili gorąca owsianka zaczęła pęcznieć zalana wrzątkiem, a drugi kubal już gotował wodę na wieczorną herbatkę.
Przed snem zacząłem ustalać modyfikacje planów na przyszłe dni.



Noc przespałem spokojnie, bo i psychozy osaczenia przez krwiożercze bestie nie było. Nad ranem coś niegroźnie gruchało, a była to ciekawska synogarlica, jakich tu pełno. Dzielnie towarzyszyła mi przy śniadaniu, na udział w którym niebezpodstawnie liczyła.




Towarzystwo plażowe i lokalne siły tubylcze doprowadziły do skrystalizowania się planów na najbliższą przyszłość. Najpierw wybrałem się do szkoły polowej zgłosić potencjalne spotkanie z hienami, a niewiele później napotkałem patrol Ochrony Przyrody, z którym także podzieliłem się doświadczeniem dnia wczorajszego. Wszyscy oni zgodnie stwierdzili że temat znają i zalecają ostrożność i zaopatrzenie się w gaz pieprzowy i kije trekkingowe, bądź jakiś element mogący służyć do jako-takiej obrony. Ale jakoś nikt nie zapowiedział zamiarów odłowienia hien grasujących u progów Eilatu.




Dostałem propozycję wybrania się do Timna Parku. Lokalizację tę nawiedziłem w czasie pierwszego etapu wędrówki Szlakiem Narodowym Izraela (Shvil Israel), który pokonywałem wraz z Waldkiem. Wtedy przechodziliśmy park według szlaku, nie interesując się zachwalanymi tam atrakcjami. Tym razem dołączyłem do typowej grupy turystycznej, więc postanowiłem skorzystać z okazji, by szerzej poznać okolicę.

Po drodze mijaliśmy stanowisko rakiet Patriot stanowiących tarczę antyrakietową. Niewiele wcześniej w regionie doszło do silnych napięć militarnych, skutkujących podniesieniem stopnia zagrożenia atakami z krajów islamskich. Wcześniej niewidoczne stanowiska Patriotów, teraz nastroszone bojowo kierowały swe paszcze na kierunkach zagrożenia. Wyglądało to zaiste bojowo.





Timna Park powitał nas Koziorożcami Nubijskimi (Nubian Ibex). Występują powszechnie na skalistych terenach pustynnych i są mało płochliwe, co znakomicie ułatwia ich obserwacje i fotografowanie. Chętnie zatem skorzystałem z okazji.







Park Timna to przede wszystkim fantazyjne formacje geologiczne podbudowane równie chwytliwymi nazwami, a także ślady panowania Egipcjan i wydobywania miedzi z dość bogatych pokładów rud tego pierwiastka. Trafiły się też krzewiaste Kapary, wyjątkowo nieobjedzone przez koziorożce.








Oaza to centrum biznesu turystycznego. Można tu zjeść i zakupić rozmaite pamiątki, w tym nabrać kolorowych piasków do buteleczki wliczonej w cenę biletu. Jest tu także pełne zaplecze sanitarne, bo poprzednio na zmianę korzystaliśmy z ożywczych pryszniców, co przy marszu przez pustynie jest nie do przecenienia.





Na następny rzut poszły Kolumny Salomona, Świątynia Hatora i kilka pomniejszych, często przereklamowanych atrakcji. Dla mnie jako wędrowcy, perspektywa podziwiania atrakcji Timna Parku jest zgoła odmienna niż dla "standardowego" turysty, któremu tę lokalizację spokojnie mogę polecić na objazd samochodem bądź rowerem. Bo już na obejście parku z buta trzeba poświęcić więcej niż jeden dzień.








Timna Park można obskoczyć po największych atrakcjach w pół dnia, toteż na drugą połowę przewidziany był Czerwony Kanion. Ten także z Waldkiem zaliczyliśmy, ale dla mnie to miejsce jest wyżej notowane od poprzedniego - Timna Parku, gdyż prowadzi kilkoma szlakami i stawia nieco wyższe wymagania, dając jednocześnie alternatywy dalszych tras. Dzisiaj do zrobienia była pętla podstawowa.




















Wracając na parking, natknęliśmy się na tablicę ostrzegawczą. Chodziło o ominięcie eksponowanego pagórka, gdzie można się było narazić na ewentualny ostrzał zza nieodległej granicy egipskiej. Otóż po wspięciu się na niewielką wyniosłość terenu, na horyzoncie pojawiły się instalacje militarne Egiptu, zwane przeze mnie swojsko i pieszczotliwie "Ogrodzieńcem". No cóż - można było już wcześniej zauważyć, że Izrael sprawy szeroko pojętego bezpieczeństwa traktuje bardzo serio.




W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na wzniesieniu przy samej granicy - Har Hizqiyyahu. Zachód słońca był za chmurami, więc spojrzeliśmy tylko na stronę egipskiego Synaju i kolejne przygraniczne instalacje wojskowe.






Dzień wstał piękny i słoneczny. Akurat wychyliłem się z namiotu, gdy plażą przechodził lokalny altruista, oferując chętnym zupę warzywną. Toda Raba! (dziękuję bardzo!) Była bardzo dobra, a do tego od sąsiada - Jurka dostałem świeżuteńką chałkę. W Izraelu takie fakty mają miejsce nadzwyczaj często.





Po wcześniejszych wojażach okazało się, że koszula Craghoppers którą dostałem do testów, szybko się brudzi od aluminiowego haka, który wykonałem do zamocowania aparatu fotograficznego na pasie piersiowym. Śliskie podkoszulki wychodzą z takiego kontaktu bez szwanku, jednak szorstki materiał szlifuje aluminium i łapie jego drobiny. Zarządziłem więc przepierkę.







Plan na następny dzień przewidywał bardzo wczesny wyjazd do Jerozolimy z przyległościami. Należało zatem wcześnie położyć się spać, bo wczesne wstawanie zdecydowanie nie jest w mojej naturze. Przygotowałem więc co trzeba, by jutro wykonać wszelkie czynności rozruchowe w porannym letargu, zanim mózg zacznie funkcjonować na normalnych obrotach.


Zerwałem się jeszcze przed świtem. Brrr... Zimno, ciemno i do domu daleko ;-) Ale wszystko wczoraj przygotowane, więc gotowość bojową osiągnąłem nawet szybko. Wypełzłem na przystanek, autobus przyjechał po chwili, w środku było ciepło i przyjemnie. Pozbieraliśmy jeszcze innych uczestników wycieczki i wreszcie wyjechaliśmy poza rogatki Eilatu, jeszcze po ciemku.

Niebawem jednak zza gór Edomu wyjrzały poranne zorze. Słońce już wzeszło, ale zza łańcucha górskiego jego tarcza się jeszcze nie pokazała. Tym ciekawszy był to spektakl, bo jadąc autostradą nr 90 wzdłuż Doliny Arava, cały czas po prawej mieliśmy właśnie Edom Mountains, ciągnące się długim pasmem od południa ku północy, tuż za granicą, po stronie Jordanii. Góry fascynujące mnie, ale tajemnicze i nieznane, surowe i niedostępne. Ach... Gdybym mógł je kiedyś przejść właśnie od południa ku północy...




Gdy już słońce wyszło ponad szczyty gór, byliśmy blisko Morza Martwego. Ciężkie, nadmiernie zasolone wody tego akwenu jawiły się niczym spokojna i uśpiona tafla płynnego błękitu.
W planach była kąpiel w tym morzu, jednak o wczesnej porze tak powietrze jak i woda były jeszcze zimne, toteż plan zawiódł nas najpierw do Kasser al-Yahud, czyli do miejsca chrztu Jezusa nad rzeką Jordan.




Chrzest w Jordanie to wydarzenie wielkiej wagi dla chrześcijan i miejsce obowiązkowo odwiedzane w trakcie pielgrzymek. Jadąc od Eilatu do Jerozolimy, trzeba nadłożyć zaledwie kilkanaście kilometrów by tam trafić.
Na miejscu obfitość klasztorów, kościołów i reliktów przeszłości i nic więcej. Żadnych osiedli czy nawet pojedynczych domów. Teren ten bowiem był do niedawna terytorium spornym, zaminowanym i niedostępnym dla szeroko rozumianej publiczności. Jeszcze do dzisiaj na ogrodzeniach widać tabliczki ostrzegające o minach.






Stan wody w Jordanie był tego dnia dość wysoki, ale można było zejść do lustra wody, zamoczyć stopy, dłonie, przeżegnać się wodą z Jordanu, bądź też nabrać jej nieco do buteleczki, by zabrać na pamiątkę. Po sąsiedzku był też - a jakże - sklepik z pamiątkami.




Miejsce chrztu Jezusa znajduje się już na terenie Autonomii Palestyńskiej, podobnie jak północna część Morza Martwego. Wróciliśmy zatem kilkanaście kilometrów do Neve Midbar, gdzie woda już była na tyle ciepła, że można było położyć się na ciężkich falach Morza Martwego. Jego zasolenie, sześciokrotnie większe niż Morza Czerwonego jest tak wielkie, że człowiek unosi się na jego powierzchni i nie tonie. Zresztą jest to fakt powszechnie znany, ale każdy kto tu przybywa, nie omieszka tego sprawdzić na własnej skórze.





Północna cześć obfituje też w pokłady słynnego błota. Dla kobiet to doskonały materiał na maseczki i okłady lecznicze, zaś dla dzieci - sposób na dobrą zabawę. Kilku kompletnie umorusanych chłopców biegało z pełnym wrzaskiem, więc momentami wyglądali jak małe diabełki. Tylko rożków i ogona brakowało... ;-)



Nie brakowało natomiast młodych amerykanek, które nie szczędziły grosza na półminutową przejażdżkę na wielbłądzie, z obowiązkową sesją zdjęciową. Dla zadowolonego Beduina, taka wycieczka to istna żyła złota!



Ale czas płynie, więc zostawiamy Dead Sea i kierujemy się na Jerusalem. Wynurzamy się powoli z czerystumetrowej depresji, by jeszcze podobną wartość dodać ponad poziom morza. Mijając kolejny punkt kontroli pomiędzy Palestyną a Izraelem, po chwili dostrzegamy zabudowania Jerozolimy i wspinamy się na Górę Oliwną.





Góra Oliwna to nie tylko miejsce przesiąknięte religią i historią, ale dla mniej religijnego turysty, to świetny punkt widokowy, oferujący przepiękną panoramę Jerozolimy z doskonale widocznymi murami, wzgórzem świątynnym z bezbłędnie rozpoznawaną złotą Kopułą na Skale i innymi budynkami, które przewodnik wskazuje w pobliżu i w oddali. I choć zatrzymujemy się to zaledwie na kwadrans, to miejsce jest zaprawdę godne odwiedzenia.







Jednodniowa wycieczka ma plan mocno napięty, toteż szybko zjeżdżamy mijając Ogród Oliwny i całą masę innych ciekawych miejsc i obiektów, by zatrzymać się przed Bramą Gnojną w murach Starej Jerozolimy i do popołudnia żegnając autokar, rozpocząć zwiedzanie tego miasta trzech religii i pełnego historii, jak i jej obiektów dosłownie na każdym kroku.




Pierwszy przystanek - Ściana Płaczu. Nie będę się rozpisywał tutaj o odwiedzanych miejscach, bo i tak mój opis byłby lakoniczny, a całą masę informacji o Jerozolimie można znaleźć w internecie. Poprzestanę więc na krótkich wzmiankach i ilustrujących je fotografiach.






Od Ściany Płaczu, a zarazem od jedynego reliktu Drugiej Świątyni, przechodzimy z dzielnicy żydowskiej do dzielnicy muzułmańskiej, gdzie znajduje się większość stacji Drogi Krzyżowej - Via Dolorosa. Idąc w kierunku Bramy Damasceńskiej, nie skręcamy z braku czasu do pierwszych stacji, a zatrzymujemy się przy trzeciej i sąsiedniej czwartej, by stąd ruszyć śladami Jezusa do miejsca jego ukrzyżowania, śmierci i zmartwychwstania.
Po drodze odpieramy zmasowane ataki arabskich kupców, oferujących przeróżne pamiątki i smakołyki, z których te ostatnie są całkiem smakowite, więc dobrze tylko wiedzieć gdzie się zatrzymać na Bajgla Jerozolimskiego z Zatarem (piekarnia po prawej niedaleko za punktem kontrolnym opuszczanym od strony Ściany Płaczu) i na sok z granatu (u mojego przyjaciela Tarika, naprzeciw wejścia przy V stacji Drogi Krzyżowej).





Trzecia stacja ma też polskie korzenie. W tym miejscu bowiem mieściła się łaźnia turecka, wykupiona przez żołnierzy gen. Andersa po wojnie. Jednak nie udało się uzyskać prawa własności, a jedynie pięćdziesięcioletnią dzierżawę, która po tym czasie wygasła, a obiekt został przejęty przez Ormian. Czwarta stacja przylega do trzeciej po sąsiedzku.




Następnie kierujemy się do stacji piątej, gdzie trasa Drogi Krzyżowej skręca w prawo. U Tarika wypijam doskonały sok z granata i mogę wrócić do atmosfery wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat.




Szósta stacja wymaga uwagi by jej nie minąć. Podchodząc uliczką ze schodkami, mnogość kramów hałaśliwych handlarzy dość skutecznie odwracają uwagę od kontemplowania religijnych bądź turystycznych / historycznych przeżyć.





Siódmej stacji nie sposób przeoczyć, bo znajduje się na skrzyżowaniu uliczek i od dołu wychodzi się wprost na tę stację.




Stacja ósma też wymaga rozejrzenia się. Bodaj najskromniejsza, ulokowana jest przy uliczce z której przejście dalej się zmieniło na przestrzeni wieków. Po jej odwiedzeniu, wracamy na główniejszą uliczkę.




Idąc do stacji dziewiątej, zachodzę do kolejnego znajomego, u którego niegdyś gościł Cejrowski, kręcąc reportaż o Jerozolimie. Więc gdy słyszy polską mowę, woła Cejrowski! Lewandowski! Ma świetną chałwę we wszystkich dostępnych smakach, wszelkie przyprawy i całe mnóstwo innych towarów, a przy tym z Polakami nauczył się targowania, bardziej efektywnego niż zwykłe arabskie negocjacje cenowe.




Stacja dziewiąta bywa czasem omijana, a przylega bezpośrednio do dziedzińca Bazyliki Zmartwychwstania / Bazyliki Grobu Pańskiego. To tutaj, przy ostatniej zewnętrznej stacji zostawiane są krzyże pątnicze, wypożyczane na początku Via Dolorosa.




Wstępujemy na górny dziedziniec Bazyliki. Miejsce niesamowicie interesujące, a dla mnie wręcz fascynujące. Centralne miejsce tarasu zajmuje świetlik z kopułą kaplicy Świętej Heleny, a cele przyległe do ścian tarasu zamieszkiwane są przez mnichów, którzy wegetują tam w bardziej niż skromnych warunkach. Koloryt tego miejsca po przyjrzeniu się detalom i większym szczegółom jest wprost niesamowity. Choć mam świadomość, że większość wycieczek "zalicza" tę lokalizację w biegu.






Z dziedzińca wchodzimy starymi drzwiami do kaplicy koptyjskiej i schodami w dół do kaplicy ormiańskiej. Stąd wychodzimy na główny dziedziniec Bazyliki Grobu Pańskiego, choć według innych religii jest nazywana Bazyliką Zmartwychwstania. Po angielsku - Holy Sepulchre, po hebrajsku potocznie Kever.






Wnętrze Bazyliki to konglomerat stylów architektury, wpływów kilku wyznań i wielowiekowych konfliktów. I znowu odsyłam do bogatych zasobów internetu, gdzie niemal wszystko co wiadomo, o tym miejscu można wyczytać.



Z obowiązkowych pozycji do nawiedzenia, to niewątpliwie edykuł z Grobem Pańskim, do którego dobrze od razu ustawić się w zwykle długiej kolejce. Tym razem kolejki pilnował bardzo skrupulatny człowiek, który nie pozwalał robić zdjęć, choć często nikt tego nie zabrania. Inna sprawa że wewnątrz jest zaledwie półmrok, toteż nie każdy sprzęt się sprawdzi. A trzeba też pamiętać iż miejsce to otoczone jest niezwykłym kultem religijnym, więc wejście powinno być nie tyle zwiedzaniem, co nawiedzaniem. Jeśli nie z powodów własnej religijności, to choćby z samego szacunku do wagi miejsca.




Nie sposób jest pominąć pozostałych miejsc, nawet w czasie krótkiego pobytu. I choć wiele widać i to nierzadko wystarcza, to jednak narracja przewodnika pozwala zorientować się w ogromie doniosłości poszczególnych miejsc, obiektów i związanych z nimi faktów i ciekawostek.






Nie sposób pominąć Golgoty, znajdującej się na prawo od głównego wejścia. Kiedyś była niewielką skałą za murami miasta, dzisiaj ociosana i obudowana, nieledwie wygląda spomiędzy szklanych płyt. Tu także ustawia się kolejka by pod ołtarzem wsunąć dłoń do otworu w którym osadzone było drzewo krzyża. Kolejne dotknięcie świadectwa religii robi niesamowite wrażenie.
Schodząc na dół jakby w chronologii biblijnych wydarzeń, napotykamy Kamień Namaszczenia na którym obmyto i okryto ciało Jezusa przed złożeniem do grobu. Położone na nim dewocjonalia zyskują moc poświęcenia. Inna sprawa, że ludzie "poświęcają" tu rzeczy nierzadko z religią nie mające nic wspólnego. Ale jakoś tę świętość trzeba z sobą zabrać...




Wracamy na dziedziniec. Stąd ciasne uliczki obstawione szczelnie sklepikami, doprowadzą nas do Bramy Jaffa, a na ulicy obok będzie już czekał autokar. Bo teraz pora na przejazd do Betlejem.









Wracamy na tereny Autonomii Palestyńskiej. Różnice są zauważalne niemal we wszystkim, choć część turystów ogniskuje swą uwagę na zwiedzanych lokalizacjach, pamiątkach i objazdowym pośpiechu. Jednak uważne oko dostrzeże różnice, z których najbardziej rzuca się w oczy komfort życia w wielu jego aspektach - budownictwo, zamożność, samochody, ludzie...
Ale my - proszę wycieczki - najpierw idziemy do restauracji gdzie dają dobrze i smacznie choć niekoniecznie tania, a następnie do sklepu z pamiątkami.







Z zakupionymi dewocjonaliami udajemy się do Bazyliki Narodzenia. Tam można je będzie poświęcić na Gwieździe Betlejemskiej, dowiedzionemu naukowo miejscu narodzenia Jezusa.
Grzecznie ustawiamy się w kolejce do niskiego wejścia, a wewnątrz oczekujemy na swoją kolejkę do groty.
Budynek z czwartego wieku wiele przeszedł na przestrzeni stuleci. Jednak zachował się w bardzo dobrym stanie, prezentując wiele reliktów z poszczególnych etapów trwania i przebudowy.







Główna nawa błyszczy wypolerowaną kamienną posadzką, my zaś cierpliwie posuwamy się prawą stroną, by wreszcie stanąć u schodów prowadzących w dół - do groty. Atmosfera miejsca udziela się wszystkim, choć dawna "stajenka licha" dzisiaj jest nadbudowana okazałą świątynią, to jednak samo wnętrze mrocznej i ciasnej groty robi wrażenie. Dopełnia go nisza z Gwiazdą Betlejemską - srebrnym okuciem wskazującym miejsce narodzenia Jezusa.





Każdy na swój sposób przeżywa swą obecność wobec miejsca, religii, historii. Ludzi jest sporo, w grocie wręcz tłoczno.
- Tu narodził się Jezus,
- Tam stał żłóbek w którym Maryja złożyła małego Jezuska,
- Tutaj trzej mędrcy stali, oddając pokłon Jezusowi,
- Tam, nieco dalej stała trzódka owiec.








Wyszliśmy. To rzeczywiście tutaj... Miejsce biblijne, miejsce tak ważne dla świata, nawet tego nie związanego z Chrześcijaństwem. Na twarzach widać poruszenie, zachwyt, przejęcie, zdumienie, czy wreszcie błogość... Ziemia Święta... Byłem / byłam, naocznie, dotykiem, duchem...



Gdy w popołudniowych godzinach Bazylika pustoszeje, oglądamy pozostałe jej fragmenty. Wtedy zauważam, że wejście do groty jest wolne od od zazwyczaj kłębiących się tam tłumów, toteż schodzę do tego niesamowitego miejsca raz jeszcze. W środku zaledwie kilka osób, więc z fotografowaniem nie ma żadnego problemu. Aż żałuję, że zabrałem tak podstawowy sprzęt, ale wykorzystuję go, by raz jeszcze uwiecznić wieczność... Chyba jednak ta wieczność przede mną będzie trwać dłużej niż moje uwiecznianie. Tu właśnie po raz pierwszy zdaję sobie sprawę z pojęcia "uwiecznić". Fotografia utrwala, ale nie uwiecznia. Tu bowiem, jak i na uliczkach Jerozolimy stykam się namacalnie i duchowo z wiecznością. Może właśnie bardziej duchowo... Niesamowite miejsce. Stajenka cicha, ale przemawia tak głośno niemym przekazem i wyraźnie...











Stare drzwi wyprowadzają nas na wewnętrzny dziedziniec. Zapada zmrok, dzień się chyli. Ostatnie opowieści dopełniają pochłaniania masy dzisiejszych wrażeń. Tak, wiem, że można, a właściwie trzeba by tam i tu spędzić całe dnie, by poznać fakty i wtopić się w ten niewerbalny przekaz płynący prosto z nawiedzanych miejsc. A my mamy na wszystko zaledwie kilka godzin. Kilka, które będziemy później rozkładać na całe dnie przemyśleń i wspomnień...









Na głównym palcu Betlehem (tak Bet-Lehem - Dom Chleba) mamy piętnaście minut dla siebie. Idę więc w górę uliczki i zaglądam do sklepu. Młody Palestyńczyk szybko nawiązuję ze mną nić porozumienia, a ja z nim. Po chwili młody Ali jest już moim dobrym, starym znajomym ;-) Nie mam czasu na dłuższą rozmowę, ale może jeszcze kiedyś go odwiedzę. Spieszę więc w górę uliczki, fotografuję miasteczko nocą i wracam, bo czas już wracać.













Bethlehem Peace Center... Taaak... Pokój w Palestynie... Kiedy to będzie...




Opuszczamy święte miasta, święte miejsca. Kumulacja wrażeń i tempo dzisiejszego dnia daje o sobie znać. Początkowo rozpaleni dzisiejszymi przeżyciami, jeden po drugim w monotonnej trasie powrotnej zasypiamy.
Kierowca zatrzymuje się na zjeździe w depresję Morza Martwego. Niby na sesję zdjęciową, która "z ręki" nijak mi nie wychodzi, ale tak naprawdę dla złapania świeżego powietrza, rozprostowania nóg i ostudzenia hamulców, których zapach wskazuje, że już sporo drogi w dół przebyliśmy.




Jeszcze trochę ponad dwie godziny i wracamy do Eilatu. Jeszcze przed północą. Ech, co za dzień... Będę spał długo, - może sny będą projekcją dnia...?



Ileż można spać...? No proste - do skutku! :)
Skutek nastąpił - wyspałem się. Gdy zamknę oczy - widzę święte miejsca. Gdy otworzę - także. Także bo wszakże i tu wędrowali prorocy.
Zjadam skromne śniadanie. Właściwie, to zaledwie rozgrzewam żołądek gorącą kawą i bardo lekkim co-nieco. Dzisiaj mam w planach lajtowy dzień, więc kusi mnie jedna trasa.



Niemal od plaży odchodzi w stronę Har Thzefahot czarny szlak. Na górze byłem kilka razy, ale zawsze jakoś tę bliską ścieżkę omijałem. Tak więc dzisiaj poznam kolejne dojście na ten piękny punkt widokowy.

Szlak wychodzi od pobliskiej Szkoły Nurkowej i jej parkingu. Niegdyś stały tu kampery, ale teraz jest pusto. Wchodzę między dwa strome zbocza i powoli zagłębiam się w dolinę.




Koziorożców Nubijskich na pustyni jest sporo. Tuż za pierwszym załomem skały trafiam na pięknego samca z imponującymi ślimami. Łypnął na mnie okiem, niemal nie przerywając poszukiwania skąpych zaschniętych krzewinek.



Na razie trasa prowadzi dnem doliny. Szeroko i równo, więc na początek łatwo. Gdzieś pod powierzchnią ostały się resztki wilgoci, skrzętnie wysysane przez skąpą, ale zieloną roślinność. Łatwo można stwierdzić, że spływające tu wody opadowe zasilają łaknącą dżdżu roślinność.





Szlak powoli zaczyna piąć się pod górę. Napotykam na pierwsze trudności, gdzie trzeba wspomagać się rękami. Chociaż góry są tu niewysokie, to jednak skalista rzeźba tereny powoduje, że nieobyty z terenem turysta mógłby mieć pewne trudności z pokonaniem kilku odcinków. Bowiem szlaki w Izraelu wcale nie muszą być łatwe. Wystartowałeś - to dawaj sobie radę! Dla tubylców to nic nowego, przybysze szybko zauważają wyzwania.




Choć teren staje się coraz trudniejszy, to na oznakowania nie można narzekać. Przeszedłem w tym kraju już wiele szlaków, ale żeby się tu zgubić, to trzeba być bardzo gapowatym. Nawet nocą nie obawiałbym się nawigować według znaków. I za to chwalę tych, którzy ścieżki prowadzili i znakowali.




Wychodzę z wąskiej gardzieli doliny i widzę przed sobą wypłaszczenie, przez które przechodzi dobrze mi znany Szlak Izraelski. Jeszcze kilka minut i dochodzę do trójkolorowych znaków.
Z daleka dostrzegam kobietę dość szczelnie ubraną. W końcu mają tutaj zimę, a dla mnie są to warunki letnie... Pozdrawiamy się na szlaku, zagadujemy, po czym zostaję obdarowany garścią daktyli i pomarańczą. Ot, klasyczny przykład izraelskiej gościnności i serdeczności.





Widoki coraz szersze, ale nie poprzestaję na podchodzeniu, chociaż czarny szlak został pokonany. Mam zamiar poznać też nieoznakowane ścieżki, bo na samym szczycie byłem wielokrotnie, więc jest sposobność poznać okoliczne wierzchołki.




Miejscówka jest zacna, jako że oferuje szeroki widnokrąg z pięknym widokiem na Zatokę Akaba. Przy dobrej przejrzystości powietrza przeciwległe łańcuchy gór Edom prezentują się okazale i kusząco. Nie ma u mnie obojętnego spojrzenia na ten masyw. Morze, góry, pustynia... Tak... Okolica zaiste piękna.








Popołudniowe słońce ustawia się już po stronie zachodniej. Plastyczne chmury dodają kolorytu krajobrazowi, ożywiając surowość nieba i ziemi. I choć ta surowość nadal jest widoczna, to jest w nie coś pociągającego...



Schodzę. Już całkiem nisko mijam odnogę szlaku oznakowaną kolorem czerwonym. Hej! Ale niby czemu miałbym ją minąć?! Wszak dzisiaj jest dzień poznawszy! Zaginam więc za czerwonymi znakami, a przy okazji będę mieć mały skrót do plaży. Trasa kamienista, ale dość łatwa, choć przy ruchomych kamieniach uwagi nie można całkiem odpuścić.




A na plaży cicho i spokojnie - jak w domu. Kuter patrolowy pyrka na małej naprzód, przy drodze zapalają się latarnie, a egipski Catbury przychodzi dotrzymać mi towarzystwa. Wsłuchuję się w szum morza i mruczando burego, choć moja kolacja dla niego nie będzie rarytasem. Jeszcze długo wieczorem kontempluję morze i jego otoczenie, bo zmrok zimą zapada wcześnie. Ciepła bryza od morza sprzyja przesiadywaniu na kamieniu. Z sąsiedniego namiotu dostałem gruby koc, więc mam namiastkę fotela. Gdy już przychodzi chłodny powiew, zaszywam się w namiocie, by po leniwym dniu spokojnie zasnąć...






Mam dobry pomysł na wędrówkę w kolejnym dniu. Wiele razy przechodząc bądź jadąc wzdłuż Doliny Salomona, z prawej widzę Har Shlomo - Górę Salomona. To taki bardziej wymagający bliźniak Har Yoash, o podobnej wysokości - 705 m.n.p.m. Dzisiaj na Górę Salomona wejdę na lekko.

Góra nie należy do łatwych, bo niespełna rok wcześniej zginął na niej młody Amerykanin
American hiker falls to death in Eilat Mountains
Jednak po przejściu pustynnego etapu Shvil Israel nauczyłem się respektu do gór niskich, lecz wymagających.




Najpierw doliną od parkingu przy ostrym zakręcie drogi nr 12. Znaki prowadzą niezawodnie, a pasma chmur na niebie rozweselają surowy pustynny krajobraz. Krajobraz, którego nieodłącznym elementem są Ibexy - Koziorożce. Tych tutaj nie brakuje i pasą się sporym stadem. Oczywiście nic sobie nie robią z sąsiedztwa człowieka.






Doliną prowadzi też droga dla samochodów terenowych, którą miałem nie tak dawno okazję przejechać od Har Yoash. Jednak dzisiaj nie pójdę za znakami czerwonymi, a poprowadzą mnie na szczyt znaki niebieskie. W końcu niebieskie prowadzą w kierunku nieba... ;-)





Drobnolistna Akacja ma długie kolce. Obrona? Nie przez Koziorożcami. Ale oznacza to, że nadal jestem w dolinie. Brzegiem suchej rzeki szlak zaczyna powoli wspinać się na plaski pagórek, by z niego stromą rynną poprowadzić mnie ku widocznej w siodle przełęczy.






Podejście jest strome, ale łatwe i niezbyt długie, dając przyjemność z podchodzenia. Dobre oznakowanie s sporo stabilnych głazów jako stopni sprawiają, że pod górę można by nawet wybiec.




Na przełęczy kończy się jednak odcinek łatwy. Niebieski szlak skręca teraz w prawo, ku szczytowi. Pnie się bardzo stromo, a na najbardziej eksponowanym odcinku zainstalowano poręcze, bez których nie każdy dałby radę. Póki mam uśmiech na twarzy, robię selfie, bo później pewnie mina mi zrzednie. I zrzedła... :)






Szczęśliwie tylko fragment ściany nieco powyżej przełęczy straszył trudnościami. Gdy je już z dużą ostrożnością pokonałem, trafiłem na niewielkie siodło, od którego nachylenie stoku prowadzące do szczytu wyraźnie zmalało. Teraz można już było grzbietem spokojnie dojść do samego szczytu.





Dochodząc niespiesznie na szczyt, rozglądałem się po okolicy. Z tej perspektywy łatwo dostrzegłem sąsiednią Har Yoash nastroszoną antenami i słupami. U stóp góry, przy drodze pomiędzy Har Yoash a Har Yehoram, usytuowano pole biwakowe Yehoram Night Camp. Do niedawna nie posiadało żadnej infrastruktury, jednak w tym roku pojawiła się tam cysterna z wodą. To duże udogodnienie dla wędrowców przemierzających Izraelski Szlak Narodowy. Teraz można wyjść z Eilatu z zapasem wody na jeden dzień, by tutaj uzupełnić zapas na dalszą wędrówkę. Robiąc ten odcinek z Waldkiem, dzień wcześniej zdeponował on zbiornik z wodą między głazami. Teraz już ten problem nie istnieje.





Widoki dalekie i szerokie... Czyż nie jest to jeden z głównych powodów wspinania się na szczyty...?
Pięknie ścieląca się Dolina Arava flankowana pasmem Edomu, pojedyncze strzeliste szczyty, ciągnące się w dali grzbiety, oraz liczne kaniony i doliny dzielące liczne pasma. W oddali widoczne ścieżki i szlaki, trawersujące wyższe wzniesienia.







Gdy tak spoglądałem po okolicy, dostrzegłem człowieka podążającego moim śladem. Gdy doszedł, okazał się nim być wykładowca Uniwersytetu w Eilacie. Przyznał że często tu bywa i chadza nie tylko szlakami, ale ma tez swoje nieoznakowane ścieżki. Polecił mi piękną widokową trasę w stronę Góry Yehoram, której przebieg właśnie dopiero co podziwiałem. Dzisiaj już jej nie przejdę, ale włączam ją do planów na przyszłość.



Niebieski szlak od przełęczy robi jakby podkowę przez szczyt góry i schodzi na przeciwległe zbocze. Według zapewnień profesora zejście miało być niezbyt trudne, a okazało się niezłym wyzwaniem. Nie tylko z racji znacznego nachylenia, ale przez osypujący się rzęch, który osuwał się pod stopami. Trzeba było wytężyć uwagę by nie zjechać na spodniach, które z pewnością takiej wątpliwej atrakcji by nie przetrwały. Na szczęście przyczepna podeszwa moich butów (Lotto Cortina Mid) trzymała mnie w miejscach gdzie skała była pozbawiona sypkich resztek.



Pierwszy - wyższy fragment szlaku na zejściu nakazywał patrzeć tylko pod nogi. Dalej było już trochę lepiej, więc moglem podnieść wzrok i nacieszyć się surowością i pięknem okolicy. I pomyśleć, że niektórzy muszą po to lecieć na Księżyc czy na Marsa... ;-)






Wreszcie zszedłem do punktu, w którym niebieski szlak dochodził do zielonego, który prowadził w stronę przełęczy z której wspinałem się na szczyt. Zastanawiałem się czy wracać tam, czy kontynuować przejście za niebieskimi znakami. Spojrzawszy na mapę, przeliczyłem dystans do przedmieść miasta i wyszło mi 7 kilometrów szlakiem schodzącym z gór, gdzie tempo będę miał raczej umiarkowane. Mogłoby mi to zająć od 2 do 3 godzin, a tu już popołudniowa pora zapowiadała konieczność zagęszczania ruchów. Gdy zobaczyłem klamry zainstalowane na zejściu i nawet po nich zszedłem, postanowiłem jednak wrócić przez przełęcz i dalej po swoich śladach. Tym bardziej, że jeśli złapię okazję, do plaży będę miał już blisko. A jeśli nie, to asfaltem mogę dreptać nawet nocą, co zresztą przerabiałem w trakcie pierwszego pobytu.





Odcinek pod górę był krótki, łatwy i przyjemny. Teraz żałowałem, że nie wyszedłem na szlak wcześniej, ale w głowie już ułożyłem sobie trasę na następny raz, więc może uda się tu wrócić od Góry Yehoram, jak rekomendował profesor.



Na przełęczy spojrzałem na szlak znakowany na czarno, a następnie za znakami niebieskimi, po swoich śladach zacząłem schodzić. Popołudniowe słońce pięknie oświetlało masyw wschodni, nadając żółtym skałom pomarańczową barwę. Spokojnie zszedłem do doliny, gdzie nadal pasło się spokojnie stado Ibexów.









Już tylko kilka minut i znalazłem się na drodze, za którą widać było Shlomo Night Camp, gdzie poprzednio spaliśmy z Kabibi. Ruszyłem poboczem, licząc na podwózkę, machając na okazję, których za wiele nie przejeżdżało. Ale nie przeszedłem nawet kilometra asfaltem, gdy zatrzymał się Ojciec z dwiema córkami, z którymi zaraz rozpocząłem ożywioną rozmowę o wędrówkach górskich. Do Eilatu dojechaliśmy szybko i wysadzili mnie przy rondzie, skąd spokojnie doszedłem na plażę. Czekał tam na mnie Catbury, który mrucząc, przemykał się między skałami.
Spałem spokojnie, jak morze ciche u moich stóp.





Nazajutrz trzeba się było zbierać. Zjadłem obfitsze śniadanie i sklarowałem obozowisko. Oddałem pożyczone koc i materac, przewietrzyłem śpiwór i co moje, spakowałem do plecaka. W słońcu doładowałem telefon, a synogarlica i Catbury przyszli się pożegnać, przy czym ten ostatni zostawił mi swą wizytówkę na ekranie smyrfona ;-)











W drodze na lotnisko bateria Patriotów nadal wnikliwie wpatrywała się w niebo, by nic groźnego z przestworzy nas nie zaskoczyło. A na lotnisku kolejki nie było, bo przyjechałem później niż sugerują, przez co cały tłum zdążył się już wcześniej przewalić. Odprawa przeszła jak z płatka, więc zostało mi się ponad godzinę ponudzić w poczekalni... A że nie trwało to wieczność, to po tym czasie zapakowaliśmy się do wielkiego stalowego ptaka, który wzbił się w przestworza i po kilku godzinach osiadł na swym gnieździe w Krakowie...






Siódmy pobyt w Izraelu miał nieco inną formułę. Plan w zasadzie wykonany, a to co można było zrobić, przejdzie na następne wyprawy. Planowanie z pozycji bywalca nie jest trudne.

A zatem - Shalom Jerusalem...! :)


.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza