Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 19 czerwca 2022

Szlak Niebieski Kacwin - Brzeźnica, czerwiec 2022


Zamysł przejścia szlaku Kacwin - Brzeźnica ma dwa źródła. Po pierwsze zalicza się on do szlaków długodystansowych, - no dobrze, powyżej 100 km - 142 według mapy, a drugi inspirator to kolega Paweł, który przeszedł ten szlak w 2016 roku, co pokazuje, jak długo u mnie zachodzą procesy decyzyjne ;-)

Szlak Kacwin - Brzeźnica pewnie czekałby dłużej na moje przejście, gdyż priorytetem miał być szlak Szklarska Poręba Dolna - Pasterka o długości 390 km, ale ten dystans i obawa o popandemiczną wytrzymałość moich stóp, skierowała mnie właśnie na Spisz do Kacwina.

Spakowałem się oczywiście na lekko, choć niektóre elementy mogłyby być jeszcze lżejsze, ale i tak plecak (Osprey Exos 36 "S") był wypełniony tylko w 2/3 swej pojemności. I to z zapasem jedzenia i picia.

Plecak wypełniony zaledwie w 3/4...

 

Zamierzałem wędrować lekko, ale niekoniecznie szybko. Ciekawe krajobrazy przy pięknej pogodzie zawsze zachęcały mnie do kontemplacji i utrwalania widoków, a niektóre miejsca zatrzymywały w badawczych zapatrzeniach. Przy okazji dbałem o kondycję, która okazała się nad wyraz i nad obawy dobra.

 

Dzień pierwszy: Kacwin - Trybsz. Dystans: 22 km.

Dojazd na miejsce też nie był ekspresowy, bo na szlak wyruszyłem o godzinie trzeciej po południu, bezskutecznie poszukując początkowej kropki. Zajrzałem w okolice sklepu i kościoła, ale niebieskiego punktu nigdzie nie znalazłem. Pamiątkowe zdjęcie zrobiłem więc przy wielkim drzewie w narożniku ogrodzenia kościelnego, gdzie spodziewałem się odnaleźć punkt początkowy i kolejne zdjęcie przy pierwszym znaku na słupie. Po analizie zdjęć dostępnych w internecie ustaliłem, że niegdyś rogal z kropką i tablicami znajdował się za znakiem "Stop" przy ulicy prowadzącej znakami. Widocznie rogal się przewrócił i znikł...


Sklep na początku szlaku

...a kropki nie znalazłem...

Po lewej wkleiłem symulację szlakowskazu z kropką :-)

Na początku szlaku :-)


Przy pierwszym znaku

 

Kropki co prawda nie było, ale są znaki, więc ruszam na szlak. Poza początkowym mankamentem, oznakowanie szlaku okazało się bardzo dobre. Znaki były w sposób logiczny malowane na elementach terenowych, dało się też zauważyć "milczące tabliczki". Wyglądały jak szlakowskazy, lecz nie posiadały opisu, a jedynie kolor szlaku. Świetnie uzupełniały jakość nawigowania.

"Milczące tabliczki" przy narożniku cmentarza

 

Od cmentarza szlak zaczynał wspinać się na Krzyżową Górę. Z każdym krokiem widnokrąg się poszerzał, by pokazać łagodne wzgórza i regularne góry.


 

Górujące nad ulokowanym w dolinie Kacwinem Pieniny z dobrze rozpoznawalnymi Trzema Koronami, okolone były na horyzoncie szerokim grzbietem Beskidu Sądeckiego. Dało się zauważyć antenę przekaźnika na Przehybie (a dokładnie na Skałce), oraz wystającą nad drzewa nową wieżę na Radziejowej. Wprawne oko identyfikowało też mniej znane szczyty obydwu pasm.



Wchodząc w las, natknąłem się na małą chatkę tak wkomponowaną w gąszcz, że omal jej nie przegapiłem. Ta namiastka cywilizacji w leśnej głuszy nie zakłócała swą obecnością krajobrazu, niemal niknąc w zieleni drzew i krzewów.


Połacie lasu z rzadka odsłaniały piękno okolicy, ale tym bardziej można je było docenić kiedy się wreszcie pojawiało. Niezwykle malownicza lokalizacja Spiszu graniczącego z wieloma pasmami górskimi sprawiała, że można się było napawać widokami urozmaiconymi od dolin po najwyższe góry. Jeszcze przeciskanie się przez skrótowe chaszcze i stanąłem na Pieskowym Wierchu.






Granica ze Słowacją informowała, że jestem na południowym skraju Polski, w jej przepięknych rejonach. Po otwarciu na północ i na wschód, południowe horyzonty zadziwiały monumentalnymi graniami Tatr, dumnie pnących się pod błękitnym niebem ozdobionym kłębiącymi się cumulusami. Ze zbocza Hołowca w pełnym zachwycie zszedłem do położonej poniżej Łapszanki.

Przez kilka sekund byłem na Słowacji :-)


Przede mną Łapszanka


W Łapszance wdałem się w konwersację z gospodarzem domu obok którego przechodziłem. Takie rozmowy to dopełnienie wiedzy o miejscowości i okolicy, niewątpliwie dodające kolorytu wędrówce. Dowiedziałem się o tragicznej śmierci członka jego rodziny (nie pamiętam pokrewieństwa), gdy we czwórkę schronili się w pobliskiej kapliczce przed burzą. Piorun, który w kapliczkę uderzył, pozbawił życia jednego z nich, a trójkę odrzucił z impetem. Przy mijanej kapliczce do dziś stoi krzyż upamiętniający tę tragedię.


Maszerując przez górki, nie mogłem nasycić się widokami. Łagodność pagórzystego Spiszu i Podhala kontrastowała z surowością Tatr. Polna droga wijąca się między łąkami, pewnie prowadziła ku następnej miejscowości, niemal nieskończenie meandrując wśród pastwisk i upraw. Barwne kwiecie kołysało się w łagodnym powiewie, nabierając barw od słonecznych promieni.
Krzyż jakby zagubiony wśród pól, nową ławką zachęcał do chwili odpoczynku i modlitwy, niewątpliwie cicho szeptanej w czasie wytchnienia przez okolicznych mieszkańców.





Nadeszło późne popołudnie. Schodzące ku zachodowi słońce przeświecało przez rozsnute chmury, dając przepiękną grę świateł i kolorów i ciągnąc wydłużające się cienie. Także i ja wydłużyłem krok, by za dnia dojść do Trybsza, gdyż nigdzie po drodze nie znalazłem źródła wody, a tej w gorącym dniu będę potrzebować do kolacji i obfitego nawodnienia się. Z najwyższą przyjemnością rozstawiłbym swój namiot na pobliskim wzgórzu, mając w perspektywie spektakularny zachód słońca, a zapewne i nazajutrz widowisko wyłaniającej się pomarańczowej tarczy. Jednak z resztką wody w butelce, z żalem pożegnałem ten zamysł.




Plan pierwszego dnia przewidywał dojście do przełomu Białki przed Nową Białą. I istotnie, gdyby nie godzinę późniejszy dojazd na miejsce startu, plan ten miał spore szanse powodzenia. Jednak w deficycie czasu, to Trybsz gościł mnie na nocleg, a to za sprawą właściciela sklepu od którego dostałem wodę i nieco dalej od gospodarzy domu udzielających miejsca za sąsiednią posesją.
Kolację przyrządzałem już przy świetle czołówki, więc nie załapała się na sesję fotograficzną.

Biwak w Trybszu



Dzień drugi: Trybsz - Turbacz. Dystans: 29 km.


Noc była chłodna, a wilgoć i kondensacja znaczna. Na dodatek poranne słońce wschodziło zza wysokich drzew, więc namiot do suszenia musiałem przestawić w inne miejsce.
Po śniadaniu pojawił się gospodarz z sąsiedztwa, z którym znowu pogadaliśmy, w właściwie, to ja w większości słuchałem opowieści dziejów lokalnych ludzi, jak i samej miejscowości. Ale dzisiejszy dzień należało dobrze wykorzystać, toteż po sklarowaniu obozu, dziękując za gościnę, udałem się dalej za niebieskimi znakami.






Opuszczam gościnny Trybsz. Przede mną most na rzece Kwai... znaczy na rzece Białka :-) A w zasadzie most zastępczy i w budowie nowa przeprawa mostowa przez tę lubianą górską rzekę. A za mostem już Równina Nowotarska z pobliskimi pagórkami i Przełomem Białki. Biorąc pod uwagę dobry czas, zachodzę nad Białkę gdzie już kilkukrotnie bywałem i obmywam się oraz wciągam małe co-nieco. Podszedłbym jeszcze na Cisową Skałkę, ale droga zamknięta ;-)



Cisowa Skałka - po prawej

Obłazowa


Kramnica

Kramnica i Przełom Białki



Przede mną Nowa Biała. Kilka sklepów, a w pierwszym olbrzymi pączek i smaczna drożdżówka dołączają do puli żywieniowej. Samo miasteczko ma ciekawą historię, ale te informacje są dostępne powszechnie, więc pozostawiam je zainteresowanym. Nie zatrzymując się, kontynuuję wędrówkę polnymi i leśnymi dróżkami, na kompletnie płaskim terenie. Niemniej jednak oddalone Tatry, Pieniny i Gorce towarzyszą mi dookoła. Wiejska sielanka wlewa się w duszę wędrowcy, beczenie owiec i kóz dochodzi z daleka i bliska, choć dojenie krowy przebiega bezgłośnie.







Szlak zahacza o Dębno, choć do starego kościółka nie prowadzi. A szkoda, bo dalej szlak zagląda w niejedno miasto, a tę perełkę architektury drewnianej pomija. Aczkolwiek kto chętny - może zboczyć ze szlaku...


Przez pewien czas znaki prowadzą asfaltem, ale z niewiadomych przyczyn zataczają łuk pod las, a właściwie pod bór. Może po to, by nie deptać chodnika... A przy okazji drzewa boru użyczają nieco zbawczego cienia, bo słońce nieźle już grzeje.



Harklowa. Nie tak dawno tu byłem, więc odświeżam wspomnienia i na chwilę siadam w cieniu ołtarza polowego, zdejmując buty. Na stopach nowa wersja skarpet AntiMosquito od Fjorda Nansena, których pierwszą wersję testowałem. Dzięki moimi i zapewne innych użytkowników uwagom, aktualna konstrukcja jest o wiele dojrzalsza i wygodniejsza. Oczywiście test nadal trwa, ale pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne.





Z Harklowej mam spokojne przejście do Łopusznej, choć niestety jest to odcinek asfaltowy. Gdzie mogę, idę miękkim poboczem, z twardej nawierzchni zaś skwapliwie korzystają cykliści z racji poprowadzonego tu szlaku rowerowego. Potwierdza to rowerowy przystanek Harklowa, gdzie można w ciszy odpocząć.
Ja zaś dochodzę do Łopusznej i w sklepie za remizą strażacką robię zapasy na odcinek gorczański, oraz prawidłowo się nawadniam.







Łopuszna to rodzinna miejscowość księdza Tischnera, co da się zauważyć w kilku miejscach. Tutaj też niebieski szlak traci swój płaski charakter i zaczyna się mozolnie wspinać ku najwyższemu szczytowi Gorców. Na Wyżnim Zarębku spotykam pana Władysława, pasącego tu od las swoje stadko owiec. Dobrze pamięta księdza Tischnera, który był jego wielkim przyjacielem i często gościł w jego domu i przy pobliskiej kapliczce. Kilkadziesiąt minut to stanowczo zbyt mało na wysłuchanie zajmujących historii, ale niebieskie znaki niemal mrugają zachęcająco, więc ciepło się żegnając, ruszam dalej.

Tys prowda ;-)






Jeśli zbudowałem swą opowieścią wizerunek sielskich - anielskich Gorców, to teraz niestety nieco ciemniejszej strony mocy. Mocy silnikowej, wyjącej i rozchlapującej kałuże, czyli quady, ATV i terenówki. Jeszcze gdyby przejechali z jakąś kulturą, ale mam wrażenie, że im bardziej ryczą ich grzmoty, tym większą radość sobie dostarczają. A ten na zdjęciu poniżej miał jeszcze rejestracje zasłoniętą tekturką i obwiązaną szczelnie...


Co by jednak nie mówić, w górach rządzi natura. Czy to piękne widoki, czy kicające zające, czy nawet chatki na prywatnych działkach przycupnięte pośród drzew, wszystko to daje radość bycia i wędrowania wśród przyrody i przy pięknej pogodzie. Trafia się nawet jakowyś szlakowy misioperz ;-)






Misioperz,,,? ;-)


Odbiłem nieco od niebieskich znaków by podejść na Polanę Rusnakową pod Kaplicę Papieską. Nazajutrz Boże Ciało, więc jeśliby msza była wcześnie, to po raz kolejny bym w niej mógł uczestniczyć. W schronisku na Turbaczu dowiedziałem się, że msza rozpocznie się o jedenastej przy Szałasowym Ołtarzu na Polanie Turbacz, skąd procesja przejdzie właśnie do Kaplicy Papieskiej. A to by znaczyło, że nabożeństwo potrwa do pierwszej po południu, co dla moich planów wędrówkowych wnosiło pewien dysonans...





W schronisku zameldowałem się na godzinę przed zachodem słońca, po drodze wychodząc tajnym skrótem z parą wędrowców na szczyt Turbacza. Zagadałem się z innym plecakowcem przy kuchni turystycznej, a gdy spojrzałem na zegarek, z przerażeniem stwierdziłem, że właśnie zaczyna się zachód słońca! Popędziłem na szczyt gdzie była już wcześniej spotkana sympatyczna para i zdążyłem uchwycić zaledwie ostatni rąbek tarczy słonecznej... Powinienem być tu kwadrans wcześniej, ale moje gadulstwo zemściło się na mnie... Ale i tak było jeszcze co podziwiać :-)








Już po zachodzie nie było żadnego pośpiechu. Przygotowałem skromną kolację - puree ziemniaczane z cebulką i czosnkiem i podwójną herbatę izraelską, a w ramach komfortu zafundowałem sobie glebę w sali kominkowej, gdzie za niewielką kasę, po przyjemnym prysznicu, spałem sam na dwóch złączonych ławach.

Puree ziemniaczane z cebulką i duża herbata


Gleba, a w zasadzie jak łóżko :-)


Dzień trzeci: Turbacz - Luboń Wielki. Dystans: 28 km.


Brak kondensacji, brak wilgoci i ciepełko - znaczy że nie śpię pod namiotem :-) Na zewnątrz piękna pogoda, więc mając niewiele do pakowania, szybko schodzę na dół na śniadanie. Bułki z Łopusznej jak dzisiejsze, a serek topiony - mimo nazwy - jakoś nie przypomina mi mojego ulubionego Cheddara. Do tego duża kawa i czego chcieć więcej!






Choć śniadanie jest ważne, to nie wolno zapomnieć o nawadnianiu się w ciągu dnia. Tym samym do butli wędrują trzy piguły - Litorsal, Magnez i multiwitamina, zalane zimną górską wodą. Przy okienku dziękuję za gościnę i żegnam się z miłą dziewczyną z obsługi, a po chwili już nabieram kierunku i rozpędu.







Znajome niebieskie znaki ponownie prowadzą mnie obok ołtarza szałasowego, gdzie schodzą się pierwsi wierni, mimo, że dopiero wpół do dziesiątej. W zasadzie nic mnie nie goni i mógłbym zostać na mszę, ale wtedy plan dnia musiałbym przemeblować. Może nawet trzeba było tak uczynić...



Przed Czołem Turbacza patrzę jeszcze w kierunku Mostownicy. To jedno z miejsc w Gorcach, które widuję z mojej pobliskiej wieży widokowej na Szpilówce. Obiecuję sobie tam pójść przy okazji bytności w Gorcach, ale za każdym razem jakoś tak szlaki mnie prowadzą w inną stronę. Na Mostownicę szlaków nie wyznaczono, ale są ścieżki, no i nawigacja z ogólną orientacją by wystarczyły...


Zejście niebieskim jest mało widokowe. Owszem, za Czołem na połogiej polanie jest otwarcie na północ, ale już niżej na Polanie Średnie można podziwiać drzewa i chmury, a niżej tylko ścieżka szlaku prowadząca w dół i w dół. No, ale tak prowadzi niebieski szlak. Zdecydowanie bardziej wolę podchodzić od dołu za znakami zielonymi, mając o wiele bardziej widokowy przebieg szlaku, a nawet są odcinki o niewielkim nachyleniu, to i zmęczenie jest mniejsze. Podchodzicie na Turbacz od Koninek - Poręby? Zdecydowanie zielonym!




Oberówka. Ostatnio spałem tu pod namiotem, a koledzy pod wiatą. Całkiem spoko miejscówka, choć nie zaliczam jej do ulubionych. Stąd do wyjścia pod wyciąg Koninki tylko kilka minut.



Dwa kilometry asfaltem i jestem pod kapliczką, skąd odchodzi wspomniany szlak zielony. Potężne drzewo przy kapliczce jest doskonałym punktem orientacyjnym.



Boże Ciało, więc w każdej miejscowości z kościołem widać polowe ołtarze. Tym razem procesja przeszła na bardziej oddalony, więc mijając relikty przeszłości, kontynuuję marsz. Niebawem odbijam z asfaltu na drogę polną i mozolnie podchodzę pod górę z malowniczymi widokami. Błogosławię zacienioną dróżkę, gdyż słońce nieźle już przypieka, ale cień nie idzie ze mną... Powoli schodzę do Olszówki.








W Olszówce nadszedłem prosto na procesję Bożego Ciała. Przy jednym z ołtarzy wysłuchałem ewangelii i po błogosławieństwie ruszyłem w swoim kierunku. Tuż za kościołem szlak prowadził w lewo, niestety, po asfalcie, choć na szczęście były też odcinki z błogim cieniem lasu.





Na szczycie widoki były przednie, zaś oznakowanie tylnie, to znaczy jakby go nie było. Z rozpędu zszedłem drogą na wprost kilkaset metrów, ale moja czujność rewolucyjna nie zanotowała obecności znaków! Wobec tej absencji spojrzałem na nawigację, - tak, na szczycie należało skręcić w lewo. Choć mogłem kontynuować na wprost i zejść do szlaku krzyżującym się traktem, wróciłem pod górkę by sprawdzić oznakowanie, - nie było... Dopiero gdy dróżka skręciła przed trzema domkami, pojawiła się niebieska farba na drzewku... Dalej w dół do przedmieść Rabki doszedłem bez epizodów.





Rabka to asfalt i sklepy. Szlak skręca przed dojściem w okolice centrum, więc zostaje z tego Rabka - Żabka ;-) Zatem w Żabce kupuję jogurt i zdejmuję na chwilę plecak, przysiadając na pobliskiej ławce.
Odpoczynek trwa niewiele dłużej niż wciągnięcie białej gęstwy, bo i nic tu po mnie. Zapasy mam, toteż po chwili opuszczam ulice, wchodząc na polne drogi, prowadzony dobrymi znakami.






Niemal przy szlaku stoi wieża widokowa na Polczakówce. Jako amator takich punktów obserwacyjnych postanawiam ją odwiedzić, także, by ocenić czy nadaje się na nocleg. Tym razem jestem tu za wcześnie na kimanie, a ponadto od dwóch godzin jestem w czasoprzestrzeni zagrożonej obfitymi opadami z gradem włącznie i możliwymi burzami. Póki co jest pogodnie, no i liczę na dojście na Luboń w dobrych warunkach.
Kontemplowanie okolicy z wyniesionego punktu nie jest zachwycające. Wieża jest, ale niezbyt widokowa. Ale dobrze że jest, a i wzięcie ma dość spore, bo i ludzie ją odwiedzają dzisiaj w dość sporej liczbie.





Od wieży już niedaleko do Rabki-Zaryte. Szybko przekraczam główną drogę mijając zamknięty w święto sklep i zaczynam mozolne podejście pod Luboń Wielki. Kilka osób schodzi na dół, więc zamieniamy po słowie. I gdy wydawałoby się, że do szczytu dojdę przy dobrej pogodzie, zaczyna kropić, a po chwili ten lekki opad zamienia się w regularny deszcz. Zakładam poncho i po kwadransie dochodzę do schroniska.






Przy schronisku grupka ludzi czeka na poprawę pogody, ale od zachodu co chwilę się błyska, a deszcz i mocny wiatr nie ma zamiaru ustać. Większość sposobi się do zejścia i po lekkim osłabieniu nawałnicy rozchodzą się w swoje strony. Ja planowałem dojść do Zakopianki, a może nawet pod Jordanów, ale przy tych warunkach nie mam parcia. Mimo dobrego czasu - czwarta po południu, po odczekaniu dodatkowej godziny, wobec kolejnych porywów wichru i siekącego deszczu przy wtórze grzmotów, decyduję się na pozostanie do jutra w schronisku. Już zza okna obfotografuję sytuację na zewnątrz, przy okazji wdając się w wymianę doświadczeń w temacie fotografii z kolegą z obsługi. Obserwujemy nadchodzący zachód słońca, a ja próbuję coś z tego uwiecznić, choć brak mi statywu i z tego powodu nie notuję zadowalających wyników moich starań. Jeszcze rozmowa z innym gościem który właśnie ukończył przejście Małego Szlaku Beskidzkiego i gdy zapada zmrok, powoli zapadamy w ślad za pozostałymi w kimę :-)












Dzień czwarty: Luboń Wielki - Bieńkówka. Dystans: 32 km.



Budzę się skoro świt. O! Może będzie widokowy wschód słońca! Wypełzam niechętnie z puchowego kokonu, łapię aparat i wyglądam przez okno. Chmury, wilgoć, zimno i poranny marazm. Jedna fota mówi wszystko. Jedna kobieta przed świtem ruszyła na szlak, pozostali śpią. No to zawijam się jeszcze na puchowe dosypianko :-)
Gdy towarzystwo po czasie wstaje, podnoszę się i ja. W trakcie pakowania zauważam poważną stratę. Otóż moje spodnie mają odpinane nogawki, które po zdjęciu wkładam w kieszeń na przedzie plecaka. Zawsze trzymały się tam bardzo pewnie, że nawet wyjmując musiałem się nieco wysilić. Tym razem postanowiły posmakować wolności gdzieś na odcinku pomiędzy Turbaczem a Luboniem... Na szczęście w nieszczęściu, prognozy na najbliższe dni są optymistyczne, więc o kilkadziesiąt deko będzie lżej... :-(




No cóż... Wsuwam swoje śniadanko przy udziale schroniskowego wrzątku i sposobię się do wyjścia. Pogoda się poprawiła, więc grozi mi jedynie błoto. Żegnam się i wyruszam. A wita mnie błoto - na szczęście umiarkowane. Odnajduję też krzyż na szlaku ustawiony po katastrofie śmigłowca i mijam pobliskie zabudowania na rozległej polanie Surówka. Skłębione chmury ścielą się nisko, ale większość widoków znam dobrze, więc nie żałuję, za to mam dobre tempo marszu.





Od Lubonia Małego jest zejście z masywu, a mijając kolejny krzyż, na chwilę przysiadam na ławeczce. Jeszcze trochę zejścia i na wyjściu z lasu pojawia się znajoma wstęga Zakopianki. Na pobliskim parkingu kilka lat temu rozpoczynałem wędrówkę w przeciwnym kierunku oraz po kilku dniach kończyłem po podwózce. Dzisiaj niebieski szlak zaprowadzi mnie dalej.
Za zakrętem zauważam zatrzymujący się samochód. Może to jakiś powracający wędrowiec...? Patrzę, a to Kubuś - kolega z czasów początków mojej i jego przygody ze spadochronami. Radość wielka ze spotkania po latach i szybka acz przyjemna pogaduszka, bo każdy spieszy w swoją stronę. Od razu mi się humor poprawił :-)





Z Zakopianki dość szybko skręcam w teren. O ile do tej arterii oznakowanie było bardzo dobre (z niewielkimi brakami), o tyle przez zarośla i łąki nawiguje się po skąpych znakach, często zaglądając do nawigacji. Dodatkowo wysoka trawa zakrywa skąpo wydeptaną ścieżynę, a wczoraj po deszczu nie pozwoliłaby ujść na sucho...





W połowie odcinka spotykam dwie młode kobiety. Idą od Brzeźnicy do Kacwina, więc wymieniamy się uwagami o szlaku. Są dobrze wyposażone i mają doświadczenie w nawigowaniu, a z relacji wynika, że zaliczają znaczące dzienne dystanse. Z burzą też sobie poradziły, więc pozostała część szlaku powinna być dla nich czystą przyjemnością, czego sobie nawzajem życzymy :-)




Od Naprawy pod butami króluje asfalt, a w zasadzie chodnik. Jakoś to królestwo mnie nie pociąga, zdecydowanie preferuję leśną bądź polną anarchię. Tu jednak będę musiał pokonywać twardą nawierzchnię na zbyt długim odcinku.



Na przedmieściach Jordanowa zaglądam do Biedronki. Zrobiłbym może skromne zakupy, ale stać z kilkoma towarami w piętnastominutowej kolejce jakoś mi się nie uśmiecha. W tej sieci to norma, że na kilka kas, czynne są dwie, a rzadko trzy, przy sporej frekwencji klienteli. Przynajmniej na szlaku nie ma tłumów :-)


Zaiste, zastanawia mnie celowość poprowadzenia tego szlaku, jak i GSB przez centrum Jordanowa. Sama możliwość uzupełnienia zaopatrzenia jakoś mnie nie przekonuje. a nocowanie w gęstej cywilizacji od której separuję się wśród gór, lasów i pól, absolutnie do mnie nie przemawia. Mijam miasto nie wykazując zainteresowania jego walorami i z ulgą wsiąkam w zieleń pól i szum lasów. Znowu jestem na szlaku.








Bodaj nie wspomagając całkiem dobre oznakowanie, ktoś ustawił co kilkadziesiąt metrów kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt małych kamiennych kopczyków. Budziły moją sympatię, choćby przez świadomość zapału i wytrwałości twórcy bądź twórców. Musiały powstać całkiem niedawno, bo mimo śladów kół, żaden nie był przewrócony.


Na granicy Skomielnej Czarnej zagadnąłem panią krzątającą się w ogródku. Wspomnieliśmy Ojca Bogusława, nieżyjącego już niesamowitego kaznodzieję z tutejszej parafii. Dawne, dobre czasy...





Pod Koskową Górą bije źródło, przy którym ktoś pozostawił szklankę. Niewiele na szlaku napotkałem źródeł wody, więc gdybym w pobliżu chciał biwakować, przynajmniej z zaopatrzeniem w ten życiodajny płyn nie miałbym kłopotu. Jakaż więc musiała w tej wodzie drzemać energia, że przechodzień tak skutecznie darł zelówy... ;-)




Po opuszczeniu lasu wyżyna Koskowej prezentowała się niezwykle malowniczo. Już z daleka można było zauważyć kapliczkę, obok której prowadził szlak. Wchodząc do jej wnętrza spojrzałem za siebie na szczyt z zespołem przekaźników, charakterystycznych dla tej góry. Kapliczka zaś była bardzo solidnie pobudowana i spokojnie mogłaby służyć za schronienie przy wczorajszej nawałnicy.








Za dwiema kapliczkami leśny kamienisty szlak mocno opadał wyraźną i długą stromizną. Skoro się weszło na górę, to wcześniej czy później trzeba jakoś z niej zejść... Ale to właśnie lubią wędrowcy, że na szlaku coś się dzieje, a to co urbaniści nazwaliby trudnościami, my określamy atrakcjami.


Pierwsze domy w Bieńkówce przylegają jeszcze do lasu. Typowa ulicówka ciągnie się wzdłuż drogi całkiem sporą liczbą zabudowań, a przy jednym z nich dobrzy i przyjaźni gospodarze pozwolili mi spędzić noc pod namiotem. Starałem się odwdzięczyć opowieściami o swoich wędrówkach, ale gościnność gospodarzy postawiła poprzeczkę powyżej mojego gawędziarstwa :-)





Dzień piąty: Bieńkówka - Marcyporęba. Dystans: 37 km.


Po wczesnej pobudce dzień rozpoczął się pogodnie pod każdym względem. Śniadanie pod wiatą, kolejny dzień testowania nowych skarpet od Fjorda Nansena i sprawne pakowanie, zaowocowały szybkim wyjściem na szlak. Gorąco podziękowałem gospodarzom za gościnę, starając się jej nie nadużywać.



Szlak w widokowym terenie, to niewątpliwie oczekiwania każdego wędrowcy. Tak też było i na najbliższym odcinku, który przy całkiem dobrym oznakowaniu prowadził wśród pól i lasów. A nawet krótki odcinek zaliczyłem wzdłuż Małego Szlaku Beskidzkiego, który przed laty przemierzałem z Agnieszką w przeciwnym kierunku. Degustując obficie owocujące poziomki, doszedłem do drogi, gdzie znaki czerwone rozstawały się z niebieskimi.







Są takie elementy przemierzania szlaku, które dodają mu uroku. A to motyl na kwiecie, a to leśna kapliczka z tekstem redagowanym przez autora mającego na bakier z ortografią, a to dobre znaki, piękne widoki. W tak pięknych okolicznościach przyrody uśmiech nie schodził mi z twarzy. Nawet niebo od wczoraj poweselało, malując białymi chmurami swoiste kompozycje na błękicie. Toteż aparat fotograficzny co chwile wchodził do pracy.










Brzegiem lasu doszedłem do ostrego skrętu, niemalże w drogę powrotną. Zastanawiałem się nad celowością poprowadzenia szlaku tak ostrym klinem, gdy można było nieco go skrócić do kapliczki św. Michała, która wnet wyłoniła się z leśnego gąszczu. Gdy za nią doszedłem do granicy lasu, po kolejnych meandrach w rzadszych zaroślach doszedłem do otwarcia na zabudowane wzgórze. Przede mną prezentowała się w dali Lanckorona.





To stare miasteczko tak podobne zabudową i układem do mojej Lipnicy Murowanej przyciąga regularnie rzesze turystów. Niewątpliwie może się podobać dzięki ocaleniu od dzikiej rozbudowy, utrzymując swój niezmienny antyczny charakter. Dla mnie akurat dzisiaj było tylko krótkim przystankiem na szlaku, gdzie wychyliłem ożywczy napój rodem z zaprzyjaźnionego Tymbarku, po czym rejestrując zderzenie przeszłości z teraźniejszością w postaci cyfrowej kłódki na starym skoblu przy starych drewnianych wrotach i młodą parę udającą się do kościoła ślubować sobie miłość i wierność małżeńską, wspiąłem się na wzgórze zamkowe, by niezwłocznie opuścić je zdecydowanym zejściem.










Niedługo podążałem asfaltem, gdyż znaki skierowały mnie na dróżkę z trawiastym ciągiem dalszym, kontynuującym w świetlistym lesie. Pół lasem, pół wioską z kulejącym oznaczeniem skrętu, doszedłem do miejscowości Brody przylegającej do granic Kalwarii Zebrzydowskiej. Po drodze przydała się nawigacja (Locus Map), aczkolwiek do sklepu trafiłem bez wsparcia satelitów :-) Zakupy były ultralekkie, choć ceny nie przypominały tych z ubiegłorocznych wędrówek... Wzdłuż głównej drogi przeszedłem przez potok Cedron, co o tyle przypominało biblijną dolinę z Jerozolimy, ile pobliska Kalwaria przypominała Golgotę.







Przed granicą z Kalwarią Zebrzydowską pojawiły się znaki, kierujące ku Zebrzydowicom. Ogród przy Konwencie Bonifratrów kusił ciszą i zacienionymi ławkami, co w sam raz sposobiło do chwili wytchnienia. Po odpoczynku szlak znowu gubił znaki i ledwie udało mi się wypatrzyć nadzwyczaj oszczędne malowania przy zmianie kierunku. Wzmagając czujność i wspomagając się nawigacją, osiągnąłem Przytkowice, by niebawem znowu rozglądać się za jakby niebyłymi znakami.








Było z górki - będzie pod górkę. Gdybyż jeszcze upał trochę zelżał, nie byłoby powodów do narzekań. Ale znowu malownicza okolica wynagradzała trudy szlaku, więc radość wędrowania była podtrzymana. Nawet oznakowanie jakby chciało pokazać, że znakarz się opamiętał :-)




No i dobrze - góra Draboż zdobyta, a stąd już niedaleko do ostatniego wzniesienia - Trawnej Góry. Trochę asfaltu, trochę wejścia w las z uwagą na co - oczywiście na znaki! Ale niesłabnąca czujność skutecznie strzegła przed pobłądzeniem, choć zejście z Trawnej Góry znowu mnie zmyliło, a to za sprawą pięknej projekcji na Rów Skawiński z zabudowaniami Krakowa w tle. Gdybym jeszcze mógł zostać na noc na punkcie widokowym zabudowanym maleńką budką na samym szczycie wykoszonej i ogrodzonej łąki, to zapewne zachód i wschód słońca by mnie zachwycił na równi z wspomnianymi widokami.








Ale że dzień się jeszcze nie kończył, postanowiłem - po odnalezieniu przegapionych znaków - nie bez żalu zejść do Marcyporęby, by maksymalnie skrócić jutrzejszy dystans do końcowej kropki w Brzeźnicy. Nazajutrz wypadało bowiem niedziela, więc słusznie wietrzyłem problemy komunikacji masowego rażenia ;-) A że do wioski było niedaleko, to w niecałą godzinkę byłem niemal u stóp pobliskiego kościoła. Udało mi się znowu otrzymać gościnę na przydomowym podwórku, a gospodarze zaprosili mnie na piwo, przy którym opowieściom zdało się nie być końca. Trudno nasycić się gadulstwem, ale po opowieściach zrobiło się na tyle późno, że postanowiłem pominąć posilenie się kolacją. Tak dorośli jak i zwłaszcza dwie młode dziewczyny wykazali zainteresowanie moimi przygodami i wyposażeniem, że chyba wybebeszyłem wszystko co miałem w plecaku :-) Ostatecznie ciemna noc zawiodła nas na swoje nocne pozycje.





Dzień szósty: Marcyporęba - Brzeźnica (koniec szlaku). Dystans: 4 km.


Niedziela to ostatni dzień na szlaku. Od gospodarzy dowiedziałem się sporo o miejscowości, w tym o starym kościele pw. św. Marcina. Pierwsza msza rozpoczynała się wcześnie rano, więc postanowiłem w niej uczestniczyć i zobaczyć wnętrze tej wcale nie tak starej świątyni. Po pobudce i porannych ablucjach obfotografowałem jeszcze wnętrze namiotu, po czym nadszedł czas by wybrać się do kościoła.



Kościół zaiste był stary i pięknie zdobiony. Widać było, że na przestrzeni wieków lokalna społeczność bardzo o niego dbała, gdyż dekoracje wskazywały na pochodzenie z kolejnych lat jego trwania, do czasów bliskich współczesności. Zainteresowani bez trudu odnajdą sporo informacji w internecie, więc nie będę ich tu powielać.




Spełniwszy powinności względem ducha, dostarczyłem też i coś dla ciała. Lekkie śniadanie wystarczyło bowiem na dzisiejszy symboliczny etap, który miał się zakończyć przejściem jedynie czterech kilometrów. To tak by szlak pokonać w sześć dni, choć pięć dni byłoby wynikiem wcale nie rekordowym. Jednak nacisk na walory poznawcze i brak limitów czasowych sprawił, że wręcz wyszukiwałem sobie powodów do przedłużania bytności na szlaku.
Pozbierałem się powoli, jeszcze gawędząc z najmłodszą latoroślą gospodarzy. Może moje historie staną się dla niej motywacją do podobnych wędrówek w niedalekiej przyszłości, albowiem dobry przykład motywuje, czego sam doświadczyłem.
Pożegnałem się z goszczącą mnie rodziną, której przez krótki czas stałem się niemal cząstką. Jak dobrze spotkać szczerych i gościnnych ludzi, co doceniam jako bardzo istotny element całości wędrówki. Bowiem to co usłyszę i odczuję pośród ludzi, świetnie dopełnia to co zobaczę i doświadczę w trakcie wędrowania.


Przepiękna aleja starych i dumnych gęsto wzrastających drzew, przeprowadziła mnie z Marcyporęby do Brzeźnicy. Zanim się na dobre rozpędziłem, już musiałem hamować prze odnowionym budynkiem dworca na końcu szlaku. Tym razem bez trudu wypatrzyłem niebieską kropkę na krańcu szlaku, którą namalowano tak wysoko, że sięgnąłem do niej kijkiem trekkingowym. Znajdowała się na ostatnim drewnianym słupie tuż przed budynkiem stacji PKP. Tym samym szlak Kacwin - Brzeźnica mogę dodać do zdobytych, a do jego nominalnej długości 142 km, dodaję jeszcze około dziesięciu na błądzenie, zakupy i zwiedzanie okolicy.






Już po zakończeniu wędrówki szlakiem, spotkałem innego spieszonego plecakowca, który także robił całość trasy, nieco zdziwiony, że jeszcze ktoś robi ten szlak od kropki do kropki. A więc szlak żyje :-)


PODSUMOWANIE

Szlak należy do interesujących projektów, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że prowadzi zbyt wieloma i zbyt długimi odcinkami asfaltowymi. Ponadto wiedzie przez centra Jordanowa i Lanckorony, choć Rabkę dość zgrabnie zahacza bokiem, co pozwala na uzupełnienie zapasów i daje możliwość wejścia do miejscowości już poza szlakiem. Gdyby taka idea został przyjęta dla Jordanowa i Lanckorony, przyklasnąłbym jej bez wahania. Zaś poprowadzenie szlaku w terenie zamiast dłużyznami asfaltowymi, też wyszłoby mu na dobre. Drogi peryferyjne - niegdyś gruntowe - są malownicze, więc tu można zrozumieć logikę prowadzenia szlaku.

Oznakowanie od Kacwina w którym zabrakło kropki i pierwszej tabliczki do Zakopianki jest w zasadzie bardzo dobre. W kilku wypadkach trzeba wspomóc się mapą bądź nawigacją. Od Zakopianki w stronę Brzeźnicy już częściej zdarzają się fragmenty z lukami w oznakowaniu, bądź oznakowanie jest mniej czytelne. Jednak nadal można wędrować bezproblemowo, zwłaszcza analizując z rana dzienny etap.

Zaopatrzenie nie sprawia problemów. Sklepy można znaleźć na tyle często, by na cały dzień i ewentualnie do następnego uzupełnić zapasy. Schroniska na Turbaczu i na Luboniu Wielkim oferują dodatkowe wsparcie na szlaku. 

Trasa jest też w większości widokowa, zwłaszcza na Spiszu, Podhalu, w Gorcach i Beskidzie Wyspowym. Ale i Beskid Makowski swą łagodnością dostarcza wielu wrażeń estetycznych, przez co na całej trasie jest czym nacieszyć oko i zebrać obfity plon fotograficzny.

 

Plan szlaku


Wątek sprzętowy

Zasadniczych nowości w zabranym wyposażeniu w zasadzie prawie nie było. "Prawie", bo po raz pierwszy założyłem nową wersję wcześniej testowanych skarpet AntiMosquito od Fjorda Nansena. Nosiłem je sześć dni bez przerwy i bez prania. Okazały się bardzo wygodne i póki co trwałe, więc wystawiam im pozytywną ocenę. Po praniu w domu inspekcja nie wykazała śladów zużycia. 

Nie było też elementów które okazały by się zbyteczne. Do tej puli nie wliczam zestawu naprawczego i skromnej apteczki, bo te pozycje zawsze zabieram na wypadek potrzeby, która na szczęście nie wystąpiła.

Długo zastanawiałem się nad zabraniem aparatu fotograficznego, głównie przez jego wagę, jak i przewidywaną chęć częstego fotografowania okolic szlaku. Zdjęcia ze smyrfona często są wystarczająco dobre zwłaszcza za dnia, lecz mając na uwadze spodziewane zachody słońca, niemal w ostatniej chwili sięgnąłem po wysłużonego Nikona D3000 z najlżejszym spośród moich obiektywów - Nikkorem 18-55. Tym samym podniosłem wagę dźwiganego sprzętu o kolejne 780 gramów.

Szlak niebieski Kacwin - Brzeźnica, 14.06.2022.


Na sobie   2 175    
Buty Merrell Moab 2           836   
Kijki Fizan Compact           320   
Spodnie Montane conv.           314   
Telefon LeEco Cool 1 /Armor           203   
Telefon iPhone 6           157   
Koszulka EDZ merino           138   
Czapka z daszkiem             55   
Bokserki             52   
Skarpety Fjord Nansen Mosquito             46   
Buff Małachowski             30   
Okulary Orao Arenberg              24   
   
Plecak    5 413    
Namiot Naturehike Taga 1 bez szpilek        1 072   
Plecak Osprey Exos 38 (S)  2014           980   
Śpiwór Małachowski UL300II (M)           415   
Materac Thermarest Neoair XLite "R"           325   
Worek biwakowy Karrimor           288   
Poncho Solognac 100           262   
PowerBank Xiaomi 10.000 mAh           204   
Koszulka longsleeve Thermowave           170   
Butelka Nalgene On The Go 0.7 l. Blue           112   
Spodnie krótkie Columbia nylon packable           105   
Kurtka Quechua Helium Wind             96   
Koszulka Quechua ultralekka black             94   
Czołówka Petzl Actik 2017 (300 lm)             85   
Miska 820ml Oscar /lid             83   
Getry Thermasilk             80   
Kubek tytanowy TOAKS Light 650             80   
Slipki             50   
Bukłak Platypus Hoser 2.0 l.             44   
Skarpety Smartwool PhD Outdoor ULCMC             40   
Płachta Polycryo             40   
Kosmetyczka Deuter             38   
Ręcznik FN Tramp Light M szybkoschnący             38   
Wtyczka-ładowarka Baseus 2xUSB 2.1A             37   
Worek suchy Sea to Summit 8l             35   
Okulary do czytania             35   
Szpilki tytanowe             33   
Kabelek USB 3w1             32   
Worek suchy Karrimor 2l             30   
Skarpety Quechua Arpenaz 50 Mid             29   
Worek do pompowania materaca             29   
Nóż Victorinox do pomidorów 11cm             28   
Worek suchy Meteor green 6l             28   
Swiss Card             27   
Palnik BRS-3000T             25   
Książeczka GOT             25   
Leki - Plastry             24   
Kosm. Krem rumiankowy Kamill             22   
Kosm. Szczoteczka składana + Ajona             22   
Leki - zestaw Stp-Asp-Nms-Ibp-Tbt (SANIT)             21   
Papier toaletowy nawilżany             20   
Leki - Diclac micro             18   
Taśma naprawcza klejąca             18   
Kosm. Mydło Campsudus w płynie             17   
Łyżka długa Outdoor Ninja Titan             16   
Chusteczki jednorazowe - paczka             15   
Słuchawki do telefonu             15   
Klapki hotelowe Ilan             12   
Pomadka ochronna do ust             11   
Zapalniczka BIC Mini             11   
Latarka Nitecore Tube             10   
Długopis żelowy             10   
Przybornik krawiecki             10   
Zapalniczka Cricket Mini             10   
Serweta medyczna               8   
Lusterko okrągłe małe               8   
Ściereczka UL perforowana               7   
Leki - Bandaż               6   
Linka 5m               6   
Gąbka do naczyń               2   


Jedzenie i picie

Zabrałem z sobą przygotowane w domu i zapakowane próżniowo cztery pakiety zastępujące posiłki liofilizowane i jedną zupkę Amino. W puli tej znalazły się musli wieloskładnikowe z mlekiem x2, puree ziemniaczane z cebulką, kuskus z pomidorami i wspomniana grochówka Amino. Jeden pakiet musli który miał być ostatniego wieczora na kolacje, wrócił do domu.


Dodatkowo dokupowałem bułki, ser topiony, pasztet, drożdżówki i jogurty oraz 2x baton Góralki.

Do picia poszedł na start napój Oshee, a to w ramach pozyskania butelki na późniejsze rozpuszczanie Litorsalu, magnezu i multiwitaminy. Z rana serwowałem sobie dużą kawę do butelki Nalgene, a wieczorem po kolacji była równie duża herbata. Po drodze w razie potrzeby prosiłem o kranówę do bukłaka, by mieć zapas na wspomniane tabletki i rozsądne nawadnianie.

 

Koszty

Wydatki podzieliłem na transport, jedzenie i noclegi. Nie wliczałem kosztu jedzenia zabranego z domu, ale też nie było tego wiele. Ostatecznie wydatki na szlaku zamknęły się kwotą nieco ponad 150 zł, jak niżej.

 Transport  Jedzenie  Noclegi SUMA:
            59,5 zł           43,3 zł         51,3 zł       154,06 zł


Epilog

Szlak - jak to szlak - okazał się interesujący, widokowy, nieźle oznakowany, trochę za wiele wyasfaltowany, ale w sumie warty przejścia. Spodobał mi się na tyle, że mogę go spokojnie polecić, zwłaszcza tym, którzy potrafią iść asfaltem czy lasem nie narzekając. W zasadzie każdy powinien go przejść spokojnie poniżej tygodnia, mając czas na kontemplowanie widoków i umiarkowane dystanse.

Kilka lat trasa ta czekała w mojej poczekalni, ale cieszę się, że wreszcie ją przeszedłem, uwieczniłem, opisałem i Wam przedstawiam i polecam :-)

Do spotkania na szlaku! :-)

.