Kuźniaki - Miedziana Góra "Ciosowa". Dystans - 20 km. Suma podejść - 500m, suma zejść - 470m.
Na szlaku: Kuźniaki - 255m, Perzowa Góra - 395m, Siniewska Góra - 449m, Barania Góra - 426m, Kamieniołom Ciosowa - 360m.
16.08.2014.
Do Kielc dojechaliśmy ja i Leśna Dusza samochodem. Zostawiliśmy go przy dworcu PKP i przeszliśmy na dworzec PKS. W ścianie deszczu, ale na szczęście pod zadaszeniem, stał bus do Wólki Kłóckiej przez Kuźniaki. Odjeżdżał za kilka minut, w sam raz, by zrobić kilka zdjęć na początku przygody.
Ulewny deszcz nie nastrajał optymistycznie. Widmo mokrych butów już pierwszego dnia było natrętne, ale liczyliśmy na wypogodzenie.
Faktycznie, oddalając się od Kielc, obserwowaliśmy poprawę pogody, a wysiadając w Kuźniakach, stwierdziliśmy, że nie leje.
Po obejrzeniu pieca dymarkowego stojącego przy wejściu na szlak, złapał nas pierwszy deszcz, który przeczekaliśmy pod wiatą przystankową.
Tuż obok był rogal ze znakami szlaku, więc należało się przy nim uwiecznić.
Ruszyliśmy szlakiem. Łagodne podejście wśród łąk zapowiadało spokojną wędrówkę, bo i Góry Świętokrzyskie - choć najstarsze w Polsce - do wysokich nie należą. Minęliśmy też pierwsze oznaczenia na szlaku, prowadzące nas na stukilometrową wędrówkę.
Szybko weszliśmy w leśne ostępy, podchodząc zrazu łagodnie, by pod masyw Perzowej Góry zaliczyć krótkie, acz strome podejście. Sam szczyt ledwie się zaznaczał.
Tuż za szczytem Perzowej, napotkaliśmy spore głazy, między którymi znajduje się najwęższy przesmyk na szlaku. Po przejściu nim w dół, czekała nas kolejna atrakcja...
Schodząc do podstawy głazu zwieńczonego krzyżem, zobaczyliśmy iż stanowi on grotę sporych rozmiarów. Jest to grota św. Rozalii, z którą łączą się ciekawe legendy.
Grota została także zakwalifikowana przez nas jako całkiem dobra miejscówka noclegowa, szkoda, że tak blisko końca szlaku.
Przed nami jeszcze szmat drogi, więc ruszyliśmy dalej.
Przez lasy i polany, prowadzeni niezawodnymi dotąd czerwonymi znakami, zeszliśmy do skraju lasu, skąd był piękny widok na pola i dalsze pagórki. I tu skończyły się czerwone znaki. Początkowo zeszliśmy główną ścieżką do wsi, ale z braku znaków wróciliśmy do ostatnio widzianego. Rozglądamy się i bez znaków nie wiemy gdzie dalej iść. Chwila konfrontacji z mapą, ja włączam nawigację w smyrfonie, gdzie mam przygotowany ślad naszego szlaku i okazuje się, że należy ostro odwinąć w lewo i przeciąć pola na wschód przez wąską asfaltówkę, prostopadle do linii wysokiego napięcia. Dopiero pomiędzy drogą a linią przesyłową trafiamy na znajome znaki na drzewie. Ale bez wsparcia mapy i GPS-a byłoby krucho...
Mijając gospodarstwo, wchodzimy do lasu. Znaki są, ale trzeba wytężać wzrok. Po chwili dochodzimy do kolejnych łąk i idziemy prosto, bo znaku sygnalizującego skręt nie ma. Jednak po kilkudziesięciu metrach mijając spore kałuże, nie widzę znaków, które staram się wypatrywać z uwagą wytężoną po ostatnich poszukiwaniach. Wracamy do granicy lasu.
No tak! Znaki są, ale namalowane od "tamtej" strony! Wynika to pewnie z tego, że początek szlaku jest sugerowany w Gołoszycach, a my - zgodnie z naszą filozofią - bierzemy go od zachodu na wschód... Czyli po wyjściu z lasu, trzeba skręcić w lewo, nie wchodząc w otwarty teren.
Znakarz zebrał zatem ode mnie kolejnego minusa...
Mozolnie podchodzimy pod kolejne wzniesienie. Gdzieś w prześwicie straszą ciemne chmury, a wiatr sygnalizuje nadejście opadów.
Las się kończy, a leśna droga ustępuje asfaltowi. Wychodzimy na otwarte wzniesienie, gdzie widzimy zabudowania osiedla. To ulica Studzianki w Oblęgorze.
Tu właśnie zaskakuje nas rzęsisty deszczyk. Po sąsiedzku widać dom z dużym bocznym daszkiem, więc pytamy o chwilowe schronienie. Częstujemy dzieci i mamę oraz babcię czekoladą, podnosząc także i sobie poziom endorfin. Na osłodę po chwili pojawia się przepiękna tęcza, a deszczyk ustaje. Ruszamy dalej.
Czerwoną gliniasto-błotną drogą podchodzimy pod Siniewską. Las równie mokry, prowadzi nas śliską drożyną na skraj zarośli, zza których wyłania się wiata, niestety ogrodzona...
Przed nami rozległe pola z rozsypaną zabudową i oszczędne znaki naszego szlaku. Lasy parują, a słońce skłania się już ku zachodowi. My jednak zapuszczamy się w następną połać lasu, z którego niebawem wychodzimy na drogę polną, z której znaki prowadzą nas na asfalt biegnący w dół, do zabudowań.
Tu kolejny raz zostajemy zwilżeni deszczem, więc nasze zabezpieczenia mają okazję się wykazać.
Deszcz nie ustaje. Dochodząc do Miedzianej Góry, szukamy w miarę suchego miejsca na nocleg. Najlepsza by była obszerna wiata, ale takiej instalacji nie znajdujemy. Chodzimy po okolicy poszukując miejscówki, ale mimo dodatkowych kilometrów, nie natrafiamy na skrawek daszku, który dał by się zaadoptować na sypialnie i suszarnię.
Wreszcie na wysokości dawnego kamieniołomu, trafiamy na agroturystykę, gdzie postanawiamy się jednak zatrzymać. Ten nadmiar komfortu przynajmniej zaowocuje wysuszeniem tego, co zamokło.
Po kolacji i wieczornych ablucjach, szybko zapadamy w sen w naszych Cumulusach... :)
.
Yatzku !!!
OdpowiedzUsuńNa wszystkich Twoich zdjęciach , widać kawał , ale to kawał ......... nieznanej Polski !!! Rewelacja !!!
Pozdrawiam .
Michał .
Dzięki Michale!
UsuńZ pewnością całej nieznanej i pięknej Polski nie poznam, ale robię co mogę. :)
A jeśli już przemierzam kolejny szlak, dzielę się tym z każdym, kto zechce obejrzeć moją relację, a może i sam ruszyć, by przeżyć swoją przygodę.
Twój wpis utwierdza mnie, że warto tak postępować. :)
Pozdrawiam!
Panie Yatzek dzięki za ten blog. Po pierwsze zainspirował nas do chodzenia z plecakiem po górach, a po drugie wiele praktycznych wskazówek umieszczonych tutaj pomogło nam nowicjuszom:-) Pierwsza tygodniowa wyprawa za nami (początek lipca), we wrzesniu weekend na Głównym Szlaku Beskidzkim. I Najlepsze jest to, że jest nam mało i już planujemy kolejny wyjazd ;-) Jeszcze raz wielkie- wielkie dzięki. Mam nadzieję, że spotkamy się kiedyś na szlaku :-)
OdpowiedzUsuńWielkie dzięki!
UsuńCieszę się, że blog się przydaje i inspiruje. Co prawda wolę wędrować nić pisywać, ale w ramach zagospodarowania czasu wolnego coś skrobnę. W kolejce czeka kilka recenzji sprzętu i wyposażenia, ale wolę złapać plecak niż pióro ;-)
Służę radą w miarę moich możliwości i do zobaczenia na szlaku! :)
Kurcze ten świat podróżników jest mały i ścieżki się przeplatają, Wypatrzyłem Cię na filmie u Agi, nie zdążyłeś się obejrzeć, po plecaku wiedziałem,że to Ty. Szkoda,ze na filmie nie ma komentarzy, ale to film "Zebry". Teraz w nowych jej produkcjach są już komentarze, uczy się dziewczyna.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Andrzej.
Ha! Ten nasz lokalny świat jest zaiste mały. Niewiele gór, niewielu ludzi. Bo już to co Agnieszka przeszła i zobaczyła, to ogrom outdooru. Trochę razem przewędrowaliśmy, ale ona ma możliwości rozwinąć skrzydła i na szczęście z tego korzysta. Ja mam i swoje ulubione ścieżki, pociągają mnie też nowe i nieznane. Jest duża szansa, że gdzieś na szlakach nasze drogi się zbiegną... Wołaj z daleka i wędruj daleko.
UsuńPozdrawiam,
Yatzek.
Agnieszka to Królowa. Przejrzałem kiedyś Twojego bloga i nie skojarzyłem, dopiero po odwróceniu połączyłem fakty, taki ze mnie śledczy z opóźnionym zapłonem. Ja już nie planuję wielkich wypraw, co rusz mnie dopada bolesna kontuzja z kolanem jak Ciebie w Izraelu. W poniedziałek zrobiłem rezonans teraz czekam na wyrok.
UsuńPozdrawiam.
Andrzej.
Ja sobie przypominam, jak się wybierałem na drugi etap GSB. Dołączyła do mnie niepozorna dziewczyna z stabilizatorami na kolanach i przez to robiliśmy tylko po 15 km dziennie. Na innych szlakach było podobnie, ale ona dzielnie napierała. Aż wreszcie trafiła na dobrą fizjoterapeutkę, która postawiła ją twardo na ziemi - w przenośni i dosłownie. Od tego czasu ta niepozorna dziewczyna przedeptała tysiące kilometrów w twardych warunkach. A teraz mówimy o niej - Królowa...!
UsuńObyś i Ty znalazł takiego lekarza i fizjoterapeutę. Silna motywacja i dobre wsparcie czynią cuda! Więc raczej nie czekaj na wyrok, a na powrót do kondycji i na szlak!
Pozdrawiam,
Yatzek.
Ortopeda do którego trafiłem i skierował mnie na rezonans ma przedłużony urlop, ale już wiem iż w opisie nie ma nic niepokojącego. Okazuje się,że to nie problem stawu kolanowego a zapewne błędy w stabilizacji. Kuźwa przez lata wpierdzielałem jakieś suplementy, które sugerował lekarz rodzinny i dodatkowo odradzał spory wyczynowe, nie dając skierowania do ortopedy. Masz rację w naszych warunkach trzeba mieć szczęście. Ten ortopeda, do którego trafiłem od razu stwierdził,że zapewne wystarczy fizjoterapeuta, ale z fusów nie chciał wróżyć. Myślę,że skieruje mnie do w dobre ręce, był długo lekarzem w Lechu Poznań i raczej zna się na robocie. Pozdrawiam, Andrzej.
UsuńI to się nazywa dobra nowina wobec wcześniejszych rokowań. Teraz tylko właśnie po linii sportowej szukać specjalisty i rozchodzić się na szlakach. Oby wszystko poszło za ciosem i po dobrej myśli! Powrotu do pełnej kondycji życzę! Już z tego czuję, że będzie dobrze.
Usuń