Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * Wątek sprzętowy
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 19 czerwca 2016

Szlak Niebieski Graniczny (Karpacki) - Część 1 - Beskid Niski


Dzień pierwszy - Grybów - Czarna.
13 czerwca 2016. Dystans - 22km.


Praktycznie każdy szlak zaczyna się od kropki. Po przejściu z Rynku, na dworcu PKP w Grybowie znaleźliśmy taką w kolorze niebieskim.




Pierwsze kilometry prowadziły z miasta stromą uliczką w stronę góry Chełm. Przed wejściem do lasu było jeszcze można objąć okolicę szerszym spojrzeniem.



Niebawem znaki pokazały kierunek na las. Mały popas i można było ruszyć w teren. Na pewien czas rozległe widoki ustąpiły miejsca gęstwinie lasu.






Ścieżka pięła się mozolnie pod górę, a my wraz z nią. Gorące słońce nie przedzierało się przez zasłonę liści w koronach drzew, dających ożywczy cień i nieco chłodu.
Pierwsze podejście zwykle daje nieco w kość, bo jest zarazem rozgrzewką i pierwszym zmęczeniem. Jednak niebawem pokazał się krzyż, zwiastujący iż osiągnęliśmy pierwszy szczyt - górę Chełm o wysokości 777m.





W prześwitach drzew można było dostrzec leżące poniżej pola, łąki i okoliczne wzgórza. Nawet ten skromny widoczek był tym co lubię - widokiem z góry. :)



Schodzimy. Ścieżka wygodna, szlak dobrze oznakowany. Gdzieś po prawej zerwała się rodzinka dzików, ale pobiegła w słuszną, czyli przeciwną stronę. To pierwsze spotkanie ze zwierzyną na niebieskim szlaku.
Dróżka łagodnie opadała w dół. Skraj łąki wydawał się sielski - anielski, czemu walnie przyczyniły się kopy siana.





Dochodzimy do asfaltu. To Wawrzka i znowu otwarte krajobrazy. Asfaltem przechodzimy kolejne kilometry, obserwując spokojnie toczące się życie w okolicy.






Schodząc z drogi napotykamy na starą kobietę. Została sama, bez rodziny, ale z siłą i dobrą wiarą. Taaak... Ludzie z mijającej epoki byli naprawdę nie do zdarcia. Zahartowani w ciężkich czasach zachowali optymizm i swoistą niezłomność. Szczęść Boże!




Podoba mi się nasze wędrowanie. Swojskie klimaty i pogórzańskie krajobrazy przestawiają styl bycia na właściwe, górskie tory. Sycę oczy łagodną górską osłodą i wypatruję krętej drogi prowadzącej w nieznane...







Wchodzimy w las. Tym razem odcinki bez widoków są krótkie, bo z polan można coś dojrzeć, a i szlak po chwili dochodzi do niewielkiego przysiółka Bunary.





Znowu kawałek spokojnego asfaltu. Zdobywamy Tanią Górę niemal od niechcenia, bo i 576m to niewiele. Przed nami leniwe pasma Beskidu, a słońce powoli chyli się ku zachodowi.
Dochodzimy do Flaszy (602m) i zastanawiamy się czy już szukać miejsca na nocleg, bo w pobliżu jest gospodarstwo, do którego gospodarze prowadzą krowy.






Choć w lesie już widać początki zmierzchu, to dzień jest długi i nalegam by pójść dalej. Grzbietem wędrujemy wytrwale kilka kilometrów, aż docieramy do Homoli - 712m. Stąd już niedaleko do drogi w Czarnej, ale nie za bardzo wiemy na jakie warunki możemy liczyć. Tak czy inaczej - idziemy.







Zejście jest dość krótkie i szybkie, a dołem przeświecają pomarańczowe promienie zachodzącego słońca. Na świeżych zielonych liściach maluje się piękna złocista plama, godna ujęcia malarskiego, choć mam przy sobie zaledwie starą lustrzankę...




Przy asfalcie trafiamy na dom. Pytamy o wodę i wskazanie miejsca pod namiot. Dostajemy wodę i pozwolenie na rozbicie się poniżej drogi, choć miejsce jest mocno zaminowane przez rogaciznę. Udaje nam się szczęśliwie znaleźć ogrodzony i pozbawiony min poślizgowych fragment łąki, na którym po chwil staje nasz namiot. Tym razem jest to Coleman Darwin 2, zabrany dla poprawy komfortu biwakowania.





Czynności obozowe są wykonywane sprawnie i po wieczornych ablucjach zasiadamy do smacznej kolacji. Okoliczna cisza układa nas do spokojnego snu, w którym niebawem się pogrążamy...






Dzień drugi - Czarna - Blechnarka.
14 czerwca 2016. Dystans - 20km.


Spało się smacznie, a dzień obudził się słoneczny. Nie było pośpiechu, więc klarowaliśmy obóz spokojnie, mając czas na dobre śniadanie.
Samopompy Thermaresta i Karrimora spisały się na medal, podobnie jak śpiwory Małachowskiego. Pod głową miałem worek Ospreya, który doskonale zamieniał się w poduszkę, a antypoślizgowe logo utrzymywało go na miejscu.
Także i namiot był wygodny i w sam raz optymalny na długą wędrówkę. Nocą nie było zbyt wilgotno, toteż tropik i sypialnia po przewietrzeniu szybko zostały spakowane.








Po wyruszeniu szybko odnaleźliśmy niebieskie znaki, ale ich dalszy ciąg przez łąkę odgadywaliśmy na czuja. Wreszcie na skraju lasu znaki ponownie się pojawiły i dalsza nawigacja obywała się bez błądzenia.






Bordiów Wierch (752m) i Dzielec (721m) zdobyliśmy mimochodem, maszerując grzbietem porośniętym gęstym lasem. Jedynie zejścia i podejścia dodawały urozmaicenia, a kolejne kilometry potwierdzały dobór nowych skarpet Fjord Nansen Hike Kevlar obutych w decathlonowskie Arpenaz 100 Mid.
Gdy już wydawało się, że grzbiet się nigdy nie skończy, za stromym zejściem z Dzielca pojawił się asfalt.









Drogą asfaltową prowadził znany mi z wcześniejszego przejścia Główny Szlak Beskidzki. Szedłem nim w przeciwną stronę, teraz przyjąłem odwrotny kierunek. Wraz z niebieskimi znakami, czerwone doprowadziły nas do Ropek.







Ropki są, a jakoby ich nie było... ;-) Stara połemkowska wieś powoli znowu się zaludnia. Po starych zabudowaniach pozostały jedynie ślady, a rozlewiska i moczary nadają miejscu nieco odludne wrażenie.
Zarośnięte zielskiem przydrożne łąki otulają sennie stojące kapliczki. Szutrowa kręta droga doprowadza do rozstaju dróg ...i szlaków.









Kończy się nam woda, ale w pobliskiej agro uzupełniamy. Jest czas, więc zaglądamy na  łemkowski cmentarz.
Pod starymi drzewami kryją się pojedyncze krzyże...







Bita droga meandruje wśród coraz rzadszych zabudowań. Stara kuźnia - dzisiaj już konnym wozom niepotrzebna, zyskała drugie życie zamieniona w domek weekendowy. Nieco dalej stary mostek prowadzi nikogo donikąd...
Wreszcie tak spokojnie wędrując, trafiamy na interesującą, a zarazem kuszącą napisem tabliczkę na wielkim starym drzewie,  - "domowe ciasto".





Jako, że z wędlin najbardziej lubię słodycze ;-) to długo się nie zastanawiałem. Po chwili wyszła do nas bardzo miła starsza pani i potwierdziła - tak, jest ciasto i kawa. Zamówiliśmy, a ja z aparatem obejrzałem sobie okolicę.

Po chwili pojawiła się pani z ciastem i kawą, których aromat zdradzał mistrzostwo w swojej dziedzinie. Próbowałem się powoli delektować, ale placek był tak dobry i taki obfity, że ledwo zdążyłem go sfotografować. Przynajmniej z kawą i małym ciasteczkiem rozprawiałem się nieco dłużej. Gdyby jeszcze z głośnika zagrał ZZ Top, poczułbym się pewnie jak w Hard Rock Cafe w Nowym Yorku... ;-)









Dobrze tak podróżować w czasie i wędrować bez pośpiechu. Jednak po tych pysznościach trzeba było założyć plecak i pożegnać miłą panią. Pamiętam ją siedzącą na ganku, zamyśloną i uśmiechniętą, w swoim starym kolorowym domu, tuż obok wielkiego starego drzewa...




Zostaliśmy my i droga. Wijąca się gdzieś na wzgórze na którym nic nie było. A jednak przy końcu wsi - końcu bezdomnym i bezludnym, była ławka, służąca zapewne do kontemplowania ciszy i pustki. Tam na chwilę zdjęliśmy plecaki.





Pod tablicą z nazwą miejscowości widniał znak informujący o pojawiających się na drodze gadach i płazach, opatrzony napisem "ZWOLNIJ". I to właśnie tutaj najbardziej zwolnił czas...



Za Ropkami pojawił się asfalt. Nieomylny to znak, że dochodzimy do współczesnej cywilizacji.
Minąwszy żeremia bobrów i kwietne łąki, dostrzegliśmy zabudowania miasteczka, a na tle zalesionego zbocza, niby stojący na redzie Stefan Batory, zamajaczył w oddali wielki dom wypoczynkowy. Doszliśmy do Wysowej-Zdroju.






Wysowa, choć będąca miasteczkiem uzdrowiskowym, była niemal równie senna jak i mijane wioski. Sezon jeszcze się nie rozpoczął, ale na szczęście łemkowska karczma była czynna, więc zaszliśmy na kolejne smakołyki. Wychodzi na to, że obiad zjedliśmy po deserze :)





Przy końcu Wysowej kolejna cerkiew, a tuż dalej szlak odbijał w lewo w kierunku zalesionego wzgórza. My jednak postanowiliśmy pójść dalej przed siebie do Blechnarki, by dalej idąc odwiedzić cmentarz wojenny i dobić do szlaku za potokiem. Taka trasa pozwalała więcej zobaczyć, nie ujmując wcale kilometrów wędrówki.



 


W Blechnarce prowadziły nas krzyże i kapliczki. Domów jednak niewiele, a i te w przeważającej ilości współczesne. Już przed końcem wsi trafiliśmy na agroturystykę, jednak przyciągnął nas zapach chleba, serów i miodu. Zaszliśmy na chwilę i zostaliśmy na noc :)






W pobliżu płynął potok, zatem umywalnia była. Miejsce pod namiot świeżo skoszone, jedynie stolik i ławki były upstrzone przez ptaki, ale jakoś daliśmy radę.
Wyśmienity ser dopieścił nas przed snem...



Dzień trzeci - Blechnarka - Ożenna-Grab.
15 czerwca 2016. Dystans - 25km.


Wieczorem zbierało się na burzę, ale noc była spokojna i sucha. Zatem porządek poranka był dość standardowy - myju, jeściu, do plecaka co się zmieściu :) Podziękowanie, pożegnanie z gospodarzami i w drogę.







Nasza agro to ostatni na stałe zamieszkały dom w Blechnarce w kierunku wschodnim. Dalej tylko łąki i dwa domy - jeden niemal niewidoczny z drogi czasowo zamieszkiwany, a drugi w budowie - niewielki domek pewnie jakiegoś biznesmena.






Wąska droga prowadzi w nieznane. Na południu góruje grzbiet którym prowadzi szlak, a który ominęliśmy. Dookoła łąki, lasy, a pewnie kiedyś było tu ludno i wesoło. Ale to z pewnością nie w czasie wojen, a zwłaszcza tej pierwszej. Co rusz znajdują się jej pamiątki, w tym odwiedzony przez nas cmentarz, do którego trzeba było trochę odbić z drogi.








Ten, jak i wiele podobnych cmentarzy, to doskonały przykład ...pokoju. Leżą obok siebie żołnierze stron przeciwnych, choć często wcale sobie nie wrodzy. To przywódcy i generałowie nastroszyli ich na kule i bagnety sąsiadów, a i nierzadko krewnych. Pogodziła ich mogiła wspólna, sąsiednia, cicha i ciemna. Ich chwała i poświęcenie zarastają lasem, chaszczem i trawą, jedynie nieliczne znicze, wstążki i rosnące pod krzyżem niezapominajki są świadkiem szczątkowej pamięci...






Za cmentarzem miała być znakowana ścieżka. Nie było, albo nie znaleźliśmy. Ustaliłem zatem azymut i leśnymi drogami i bezdrożami zeszliśmy do potoku i dalszego biegu opuszczonej wcześniej drogi.

Po spokojnym podejściu osiągnęliśmy grzbiet, na którym po raz pierwszy dołączył czerwony słowacki szlak. Tym samym doszliśmy pod Obyczem do granicy, gdzie obok słowackich znaków, w nawigacji pomagały słupki graniczne.











Teraz czekało nas przeskakiwanie ze szczytu na szczyt, na szczęście różnice wzniesień nie były dokuczliwe.
Gdy mijałem zmurszały pień, miałem przez chwilę wrażenie, że stoi tam zamyślony mnich. Może kiedyś rzeczywiście tamtędy przechodził, ale zamiast skamienieć, z jakiegoś powodu zapuścił korzenie i zmurszał... ;-) Niebawem zdobyliśmy Obycz (788m) i wędrując starym borem, osiągnęliśmy Przełęcz Regetowską, przy której słowaccy uczniowie postawili praktyczną wiatkę, choć o niewielkiej przydatności noclegowej.












Wędrując dalej, napotkaliśmy pierwszych dwóch człowieków na szlaku (szlakami chodzą nie ludzie, a właśnie "człowieki") ;-) Jeden z nich przedstawił się jako Słowak, drugi zaś jako Łemko. Młodzi, weseli, szybko nawiązali z nami przyjacielski kontakt przy pomocy wydobytej z plecaka Boroviczki i składanego kieliszka. Poszło na jedną i drugą nogę i po kilku chwilach krótkiej pogawędki, z uśmiechami na twarzach rozeszliśmy się w swoich kierunkach.






Się szło. Stary ciemny las z szeroką drogą znakowaną niebieskim kolorem, prowadził nas dalej i dalej. Zejście, podejście - może trochę dłuższe i stanęliśmy na bodaj najwyższym odwiedzanym przez nas szczycie Beskidu Niskiego, jakim była Jaworzyna Konieczniańska (881m).
Szczęśliwie nie była całkowicie porośnięta drzewami, dzięki czemu można było cokolwiek zobaczyć na odległym horyzoncie.










Z Jaworzyny Konieczniańskiej zaczęło się niebawem dość konkretne zejście. W końcu to nie byle jaki szczyt... Gdy już pokonaliśmy spory odcinek stromego zbocza w dół, z naprzeciwka nadszedł kolejny wędrowiec, tym razem Polak. Niósł spory plecak i wyraźnie utykał. Przyznał się, że buty dotkliwie go obtarły, a szedł już sporo dni, bo zaczął wędrówkę w Ustrzykach Dolnych, więc jeśli to nie było świeże obtarcie, to nieźle się nacierpiał. Miał jednak zamiar dojść tylko do Regetowa, co w takim stanie rzeczy było jak najbardziej słuszne. Akurat musiał się zmierzyć z nielichym podejściem na Jaworzynę Konieczniańską, więc staraliśmy się dodać mu otuchy, bo przy ranach na stopach było to bolesne wyzwanie. Chcieliśmy mu pomóc w opatrzeniu kontuzji, ale był twardy i nie skorzystał. Ruszył pod górę, a my - cóż - poszliśmy w przeciwnym kierunku.










Grzbietem  doszliśmy do miejsca, gdzie dwa szlaki - niebieski i czerwony na jakiś czas się rozchodziły. Czerwony trzymał się granicy, nasz niebieski zmierzał w kierunku Koniecznej. Odejście było tak oznakowane, że na przestrzeni stu metrów naliczyłem dziewięć znaków. Większość widać na zdjęciu z rozstajów.

Tu ponownie pozostawiliśmy szlak niebieski, by kolejny raz odwiedzić cmentarz wojenny i zejść do przejścia granicznego. 
Sam cmentarz był dość okazały, dobrze utrzymany, aczkolwiek smutne to miejsce ponownie przywołało nas do zadumy nad losem człowieka wplątanego w wichry wojen.












Na cmentarzu zaczęło delikatnie kropić, z czasem lekko polewać. Nie był to jednak dokuczliwy deszcz, dlatego też nie zabezpieczyłem się przed nim. 
W czasie wędrowania lubię zasmakować wszelkich warunków, oczywiście dopóki nie są dokuczliwe. 

Przejście graniczne w Koniecznej świeciło pustkami. Liczyliśmy na skromne zaopatrzenie, a tu nic. Wszystko pozamykane na głucho, czasem tylko drogą przemknął pojedynczy samochód...







W Koniecznej mokro, choć niekoniecznie nam to pasuje. Od asfaltu szlak prowadzi wąską ścieżką przez mały zagajnik, z którego niebawem wychodzi na wysoko zarośnięte łąki. Żeby to jeszcze przez łąkę wiodła jakaś drożyna, ale gdzie tam - ledwie widać nikłą ścieżkę, a trawa wysoka i mokra. Ciekaw jestem jak się zachowają buty z Decathlonu, które były chwalone przez kupujących za wodoodporność. A jak wiadomo, mokra trawa to najlepszy test na taki parametr.

Wreszcie dochodzę do skoszonej łąki z wyraźnymi śladami kolein. Koniec wysokiej trawy, a buty wytrzymały. Odcinek nie był co prawda długi, ale zawsze. No, - test na razie zaliczony. Spodnie u dołu mokre, ale one akurat potrafią wyschnąć w kwadrans. I za to je lubię. :)









Szukamy szlaku niebieskiego, bo gdzieś na podejściu powinien się pojawić. Ale oznakowań jakoś nie widać, więc podchodzimy na wzgórze. 
Widoki które się z niego rozciągają, emanują spokojem, choć czarne chmury nieco zaburzają te odczucia. Na szczęście z zaburzania burza nie wyszła, więc wzrósł tylko dynamizm sceny. Aczkolwiek w pełnym słońcu obraz byłby zapewne piękniejszy.









Dochodzimy do lasu. Pojawiają się znaki polskie i słowackie, wróciły także słupki graniczne. 
Stary las ciągnie się wzdłuż grzbietu, a na jego skraju po chwili pojawia się dość spora polana, porośnięta wysoką trawą i kępami krzewów. 
Mija nas starszy Słowak, z którym zwyczajowo wymieniamy pozdrowienia. Po chwili niknie za załomem ścieżki.

Idziemy sobie w milczeniu, po lewej ciemny las, a przed nami wąska leśna dróżka. W pewnym momencie czuję ostrą woń jakby zwierzęcego moczu, a gdy zdaję sobie z tego sprawę, z gęstego i ciemnego lasu dobiega krótkie i głośne chrapliwe "UUU...!" Właśnie mijamy się z niedźwiedziem, który sygnalizuje dostrzeżenie naszej obecności. Zamieram na chwilę wytężając słuch, po czym dobiega kolejne "UUU...!" Sięgam po gaz pieprzowy i polecam go wydobyć także Małgosi. Jesteśmy obudzeni z leniwego marszu, ja łapię kijki w jedną dłoń i gaz dzierżę w drugiej. Cicho i spokojnie idziemy dalej, na szczęście niedźwiedź już zdążył nas minąć w przeciwnym kierunku nie wykazując większego zainteresowania. W pełnym napięciu przeszliśmy kilkaset metrów, ale bez asysty misia. 
Muszę przyznać, że świadomość bliskości tego sporego zwierza od którego nie dzieliły pręty klatki, wywarła na mnie duże wrażenie. Na szczęście na umiarkowanym strachu się skończyło.








Oddychając coraz spokojniej, wyszliśmy na polanę. Odchodził stąd szlak w kierunku Radocyny. My zaś nie tracąc czujności, to lasem to porębą zmierzaliśmy konsekwentnie na wschód.









Gdy się dobrze idzie, to kilometry szybko mijają. Leśne przecinki otwierały co jakiś czas szerszy horyzont, aż wreszcie za wysokim lasem się przerzedziło i wyszliśmy na drogę asfaltową. Tu niebieskie znaki oddalały się od granicy i drogą zmierzały do pobliskiej wsi.







Pięć kilometrów asfaltem to może nie jakaś atrakcja, ale okazja nie nadjeżdżała. Dzień już mocno się nachylił, a ciemne chmury przydawały smutku surowym krajobrazom. Wreszcie pojawiły się zabudowania Ożennej, ale osada wyglądała jak wymarła...








Sklep spożywczy był już zamknięty. Domy w pobliżu także opustoszały. Nie było nawet kogo zapytać o nocleg czy miejsce pod namiot, aż wreszcie i starsza kobieta i napotkany dalej mężczyzna skierowali nas do szkoły w sąsiednim Grabiu, gdzie miało mieścić się schronisko PTSM.





Schronisko znaleźliśmy jakieś dwa kilometry od szlaku, a nieco dalej mieszkała sympatyczna i przyjacielska pani - bodaj nauczycielka, która administrowała przybytkiem. Za 16 zł od głowy, staliśmy się pensjonariuszami na najbliższą noc.




W obiekcie klasy "późny Gierek" mieliśmy wszystko co potrzeba. Można się było wykąpać, oprać, przyrządzić ciepłą kolację i doładować telefony.

Przy akompaniamencie nadchodzącego deszczu, wrażenia mijającego dnia uśpiły nas skutecznie...
 


Dzień czwarty - Ożenna-Grab - Barwinek.
16 czerwca 2016. Dystans - 25km.


Wieczorem pożegnał nas deszczyk, który w ciągu nocy zamienił się w ścianę wody. Zatem schronisko było dobrym pomysłem, bo uniknęliśmy suszenia namiotu i wątpliwej przyjemności zwijania obozu po ulewie.

Na zewnątrz już się rozpogodziło, a łąki Beskidu Niskiego wyglądały bajecznie. Kolejna podróż w czasie w łagodnej krainie nie pozwoliła do końca się obudzić. Szliśmy śniąc na jawie, gdzie życie toczyło się niespiesznie, jak przed wielu laty. Jedynie konie zostały zastąpione przez traktory, ale krowy nadal leniwie przeżuwały jeszcze mokrą trawę.







Sklep w "centrum" Ożennej był otwarty i nienajgorzej zaopatrzony. Uzupełniliśmy zapasy i prowadzeni tablicami informującymi o kolejnych pierwszowojennych cmentarzach, kapliczkami i niebieskimi znakami, podążyliśmy w stronę zabudowań dawnego PeGeRu.







Pogoda dopisywała, w barwach słońca kolory nabierały głębi, ale nostalgia bijąca od piętna czasu odciśniętego na okolicy dawała się odczuć. 

Zabudowa Ożennej została za nami. Przed oczami bezmiar zieleni i błękitu, kojący oczy i wlewający się w duszę harmonią i spokojem. Idąc wśród rozwianych wiatrem liści drzew, spoglądałem na bezkresne łąki soczyściejące zielenią i ścielące się falami pod naporem lekkiego, to mocniejszego powiewu. Cukrowa wata chmur jeszcze bardziej słodziła smak tego, co pochłanialiśmy oczami.
Tak prowadzeni koleiną polnej drożyny, stanęliśmy przed wrotami do Magurskiego Parku Narodowego.






Wejście na teren Magurskiego Marku Narodowego wymaga posiadania telefonu z dodatnim kontem, gdyż bilet kupuje się SMS-em. W innym przypadku okienko kasowe oddalone jest o tak duży dystans, że dla turysty pieszego nie spełniającego wspomnianego wymogu, MPN jest praktycznie niedostępny. Nie bardzo chciałbym prowadzić tu wycieczkę zagraniczną...

Spojrzeliśmy raz jeszcze na bezkresny i bezludny horyzont i zagłębiliśmy się w las. Szlak był nienajgorzej znakowany, a i tak po chwili zeszliśmy się z czerwonym słowackim szlakiem, a że prowadzi on - jak wiemy - granicą, to pojawiły się także słupki graniczne. Nawigację ułatwiały także częste szlakowskazy słowackie.







Pas graniczny prowadził niezawodnie. Za Przełęczą Filipowską natknęliśmy się na źródło wody, których na szlaku nie było zbyt wiele. To odkrycie co prawda nam się nie przydało, ale dobrze wiedzieć.
Mimo wędrowania lasem, od czasu do czasu coś się pojawiało. A to relikty przeszłości, a to otwierające się na jedną czy drugą stronę dalsze widoki. Przynajmniej nie nudziliśmy się samym maszerowaniem.












Wreszcie niewielkim zejściem osiągamy Przełęcz Mazgalica. Stoi tu jedna z typowych wiat MPN, zatem była okazja do odpoczynku. Gdy jednak odczytaliśmy na znakach niedaleki dystans do Baraniego, szybko zarzuciliśmy plecaki, by wyruszyć na półtoragodzinny przemarsz.






Droga którą prowadził szlak była wygodna i dość szeroka. Znaki polskie i słowackie prowadziły pewnie, więc bez forsowania się podejściami, jedynie pod Baranie wygenerowaliśmy więcej potu.
Na górze powitała nas skromna wieża widokowa i wypasiona budka z oknem i drzwiami. Czyżby dzikie zwierzęta pukały tu do drzwi...?










Do Barwinka już niedaleko, więc można było chwilę odsapnąć. Ja nawet zmierzyłem się z wieżą, ale wiało tak mocno, że nie wdrapałem się na najwyższy poziom. A widoki - jak to w Beskidzie Niskim - góry, góry i lasy.

Gdy się już objuczyłem, znalazłem pod daszkiem pieczątkę, ale nie chciało mi się zdejmować plecaka i szukać dziennika podróży. Sfotografowałem zatem stempel, a żebyście mogli go łatwiej odczytać, pokazuję go w odbiciu lustrzanym.
Niebawem doszliśmy do kolejnej przełęczy.






Wiaty w Magurskim obrodziły :)  Kolejna czekała na nas przed opuszczeniem Parku Narodowego. Poświęciłem jej jedynie kilka pamiątkowych fotek.





Góra - dół - góra - dół... Ale bez dużych przewyższeń. Tak można sobie wędrować i wypoczywać, ale i patrzyć na znaki. Zgodnie bowiem ze starą zasadą, szlak słowacki prowadzi granicą, niebieski zaś zagląda do przygranicznych miejscowości. Także i tym razem dobre oznakowanie nie pozostawia wątpliwości gdzie skierować swe kroki.

Jednak nie tylko na znaki należy zwracać uwagę. Choć czerwiec to może nie pełnia sezonu grzybowego, to jednak można się natknąć na wcale sporego prawdziwka. Oczami wyobraźni widziałem go w potrawce, więc główna pozycja na kolację wymagała jeszcze patelni, masła i pieprzu. Trzeba było zatem zejść do cywilizacji.










Niebawem doszliśmy do szutrowej drogi. Po kolejnej krótkiej chwili wypatrzyliśmy wielkie rozlewisko będące dziełem bobra, który beztrosko pławił się na swoim akwenie. Zdjęliśmy plecaki i po chwili oczekiwania "upolowaliśmy" go na zdjęciach.








Zaczęło się robić późnawo. Pożegnaliśmy wodnego architekta i ruszyliśmy prostą drogą do ludzi. Zachodzące słońce malowało barwne widoki na widnokręgu, więc w jednym z pierwszych zabudowań zapytaliśmy o miejsce pod namiot i po chwili dostaliśmy do dyspozycji także altanę i ...patelnię z kawałkiem masła :) Czy zgadniecie co było na kolację...? :)







Prawdziwek był ogromny, na dodatek mieliśmy swoją cebulę, sól i pieprz i trochę pieczywa. Zapach, smak i magia wieczoru były tak uwodzicielskie, że nawet nie zdążyłem zajrzeć obiektywem do zawartości patelni. Potrawka zniknęła w mgnieniu oka, a my w ślad za nią w namiocie.

Spało się równie smacznie jak jadło... :)



Dzień piąty - Barwinek - Jaśliska.
17 czerwca 2016. Dystans - 16km.


Wstaliśmy pełni energii. Wsunęliśmy śniadanie i sklarowaliśmy altanę. Za gościnę serdecznie podziękowaliśmy naszym gospodarzom.
Do huczącej TIR-ami drogi asfaltowej doszliśmy szybko. W okolicy przejścia granicznego był sklep, więc znowu zapasy zostały uzupełnione. Znaleźliśmy niebieskie znaki i ...zaczęło się błądzenie.












Jedyny znak za składem drewna prowadził ...no właśnie, nie wiemy gdzie, bo chaszcze były wysokie i gęste, żadnej drogi czy ścieżki - nie wiadomo gdzie się przedzierać. Po chwili i uruchomieniu "czuja", doszliśmy do szkółki leśnej, gdzie znaleźliśmy szatnię kobiet pracujących w tejże plantacji. Przebiliśmy się do słowackiej drogi i czerwonego szlaku, co radzę zrobić od samej granicy, nie wchodząc w zdradliwe skierowanie niebieskimi przed sklepem. Trzeba zatem przekroczyć granicę i tuż za nią w lewo słowackim szlakiem i asfaltową drogą dojść do wieży widokowej.







Na samą wieżę nie wchodziliśmy, ale obejrzeliśmy ekspozycję. Wewnątrz stały relikty wojny - samolot Avia oraz artyleria różnego kalibru. W zasięgu wzroku nie zlokalizowałem jednak toalety...





Dalej szlak prowadził czytelnie ścieżką, obok której odkryliśmy jakieś ruiny. Nie były opisane. Z pobliskiej Kiczery można było odbić do Chatki w Zyndranowej, a na Jałowej Kiczerze kolejna znakowana ścieżka prowadziła do tej samej chatki.
Wreszcie przy słupku granicznym 146/3 niebieski szlak opuszczał granicę i prowadził w głąb terytorium Polski.









Zeszliśmy na obszerną łąkę. Tuż za nią i poniżej zagajnik i droga leśna, do której dochodzi szlak. Nawigowanie szczątkowe, ale przy drodze nad potokiem znaki się pojawiają. Po wyjściu z zagajnika otwierają się szerokie widoki na nieistniejącą wieś Czeremcha. Dobry wzrok wypatrzy dalekie krzyże, stojące przy biegnącej przez wieś drodze.







Droga doprowadza nas do potoku, na którym pracujące w polu traktory przeprawiają się brodem po betonowych płytach. Jednak ekspansja bobrów doprowadziła do powstania małego rozlewiska, toteż szukamy dogodnej przeprawy. Po prawej stronie kolejne żeremia i nie przejdziemy. Wracamy do drogi i szukamy przejścia po lewej stronie. Wreszcie jakieś dwieście metrów dalej strumyk się zwęża i przechodzimy na drugi brzeg. Za nami ciemna burzowa chmura nadciąga i straszy ulewą, a przed nami wielka łąka porośnięta wysoką na ponad metr trawą. Zdecydowanie nie chciałbym jej pokonywać na mokro...


 







Spadło tylko kilka kropel deszczu. Tak na postrach. Brodzimy więc po pachy w trawach, nawigując w kierunku sporej lipy i widocznych nieco dalej krzyży.
Wreszcie stajemy na drodze szutrowej, która okazuje się ...drogą międzynarodową! Co prawda nie całkiem oficjalną, ale jednak łączącą Pobliskie Jaśliska i Miedzilaborce. 
Stanęliśmy akurat na granicy Czeremchy i Lipowca. Z niejakim zdumieniem zauważamy drogowskaz pokazujący dystans do Nordkapp-u i rumuńskiego Babadag. To na cześć Andrzeja Stasiuka, pisarza tworzącego w tych okolicach. Nas jednak interesuje namiar na Jasiel - kolejną nieistniejącą wieś na miejscu której jest tylko pole namiotowe.






Na skrzyżowaniu dróg znaki kierują do Jasiela, ale na północ trafimy do Jaślisk - ciekawej zamieszkałej osady, znanej z filmu "Wino Truskawkowe". Pogoda zdaje się być niestabilna i co chwilę napływają ciemne chmury. Odpoczywamy przy małym szłasie i zastanawiamy się gdzie się kierować. Burza w środku lasu jakoś nie bardzo nas pociąga.

Po chwili słychać nadjeżdżający samochód. Machamy niemrawo - zatrzymuje się. Tym samym zapada decyzja: szukamy spania pod dachem.







Dwoma okazjami dojeżdżamy do Jaślisk i mamy już wskazanie na kwaterę - u pana Włodzimierza. Jego dom ma zaledwie dwa pokoje gościnne, ale ten drugi jest wielce klimatyczny. Wygląda jak ucywilizowane pół stodoły - pół chaty, udekorowany lokalną ludową cepelią na granicy dobrego smaku i powrotu do korzeni. Jest zabudowana współczesna łazienka i dostęp do domowej kuchni. Bierzemy.



Z gospodarzem szybko nawiązujemy przyjacielską rozmowę. Nie wiem po chwili kto jest większym gadułą - on czy ja :) Pan Włodzimierz zasypuje nas faktami o Jaśliskach, o filmie i o innych ciekawostkach miasteczka i okolicy. Dobrze się go słucha w trakcie przyrządzania kolacji, aż dziw, że nie przypaliłem kupionych w sklepie pierogów. Te owocowe lokalne były całkiem smaczne.

Syci i pełni wrażeń przetestowaliśmy kolejno łazienkę i miękkość łóżek.
Jeszcze nigdy tylu świętych i wizerunków Madonny nie czuwało nad moim snem... :)




Dzień szósty - Jaśliska - Jasiel.
18 czerwca 2016. Dystans - 18km.


Ten sen miał zapach. Zapach starego drewna, słomy i przygody. Plan był by wstać wcześnie i dojechać bądź dojść do szlaku i nim dalej do Jasiela, który jawił się jako kolejne magiczne miejsce.

Naciągnąłem wierne skarpety Hike od Fjorda Nansena o decathlonowe buty, w myśl zasady - "komu w drogę, temu buty na nogę".
Obfotografowaliśmy dom goszczący nas tej nocy i ruszyliśmy przed siebie, mijając po chwili granicę miejscowości.









Za Jaśliskami minęliśmy imprezownię z wiatą - awaryjne miejsce na biwak. Dalej śladem krzyży i kapliczek doszliśmy do Lipowca, gdzie złapaliśmy okazję do skrzyżowania Czeremcha-Krzyżówka ;-) Tu już byliśmy na powrót na szlaku i uruchomiliśmy buty na kierunku Jasiel.











Przed szlabanem zobaczyliśmy małą terenówkę i młodego człowieka pieczołowicie odnawiającego tę zaporę drogową. Aż szkoda że nie przyjechaliśmy z nim tu z Jaślisk. Po powrocie okazało się, że chłopak ten to Jasiu - syn znajomych mojego kolegi...




Pogoda była piękna, bez śladu wczorajszego deszczu. Droga prowadziła, a my wędrowaliśmy w ciszy leśnej alei. 
Beskid Niski to ostoja natury - jak nie Park Narodowy, to rezerwat. A w rezerwacie droga się kończy i trzeba baczniej spoglądać na oznakowania szlaku. Te prowadzą podejściem i wkrótce na skraju lasu dostrzegamy znajome słupki - znowu wędrujemy wzdłuż granicy.








Ścieżka prowadzi brzegiem poręby, a przed nami ciemna ściana lasu. Niezbyt strome podejście i jesteśmy na szczycie. To Kamień (857m).








Grzbietem idzie się bardzo wygodnie, Nie ma forsownych podejść, więc tempo jest równe i dość żywe. Jednak napotykane co chwila cmentarze z Pierwszej Wojny zatrzymują nas na lekcje historii i chwilę refleksji. Niewątpliwie ci, którzy tu leżą, całkiem inaczej widzieli te okolice sto lat temu...






"Wojna nikogo nie czyni szczęśliwym" - ta maksyma tu jest szczególnie widoczna, choć widok przesłonięty drzewami i połacią lasu nie bije po oczach. Jednak ślady krzyży, łuska z Mausera i resztki okucia saperek, potwierdzają tę smutną prawdę.
Ileż wtedy się nadzwoniłem tym żołnierskim dzwonem wykonanym z armatniej łuski...









Z zalesionej grani nie widać nic. No, może poza lasem. Jednak od czasu do czasu natura jakby chciała ulżyć zmęczonemu oku i otwiera choć wąski przezior na okolicę. Odpoczywamy przy znakach granicznych, Małe co nieco na podniesienie morale i kulbaczymy się na dalszą drogę.
A dalej natrafiamy na wielką kupę, być może żubra, bo taka nieco do krowiej podobna... A za nią wreszcie trochę otwartego terenu, no i dobrze, bo wreszcie można odetchnąć pełnymi płucami ;-)










Otwartym terenem okazało się spore torfowisko. Według tablicy opisowej, jest ono niejako pływającą wyspą. Czuję się prawie jak w Boliwii na Titicaca, gdzie ludzie i moje buty mówią językiem Quechua... ;-)






No i znowu nurkujemy w lesie. Miły chłód jednak nie na długo nas ogarnia. Las się przerzedza, a znaki odbijają od granicy i skręcają w lewo pod górkę. Pojawiają się borówki i żerujemy zanim zrobi to za nas miś. Wreszcie dochodzimy na szczyt, a za nim nieśmiało roztacza się widok na dolinę.






Dolina to magiczna. Otwarte nachylone łąki prowadzą nas w dół, gdzie coraz szerzej prezentuje się Jasiołka z niewielkimi jeziorkami. Połyskują w świetle słońca, błękitniejąc odbiciem pogodnego nieba. Sielsko, anielsko i bezludnie. Wspaniałe miejsce do galopowania rączym rumakiem...






Stary mostek zarasta, ale nie korzystam z niego. Przechodzę Jasiołkę po kamieniach i zmierzam w kierunku rozlewiska. Znaki mówią, że nie jestem tu pierwszym człowiekiem od stworzenia świata ;-)






Nad jeziorkiem można zapaść w medytacyjną kontemplację. Dobrze to uczynić w cieniu drzew, bo słońce operuje obficie, przydając soczystości kolorom i blasku wodzie. Aparat pracuje wytrwale, a ryby pływają ospale... Tak spokojnie życie przyrody tu płynie. Pośpiech...? Kto tu słyszał takie słowo...?!?







Zawijamy szlakiem w tył na lewo. Do kolejnego zagajnika, który okazuje się jeszcze jednym cmentarzem wojennym. Zaiste, w Dzień Zmartwychwstania będzie tu tłoczno...






Aleja strzelistych drzew odprowadza nas z cichej nekropolii na drogę. Drogę pustą i biegnącą powoli wśród zielonych łąk u stóp niewielkiego wzgórza, o które zapewne bili się pochowani nieopodal żołnierze. A my dzisiaj idziemy w pokoju i bez broni, zamieniwszy karabiny na aparaty fotograficzne. I celujemy nimi to w przydrożny cokół bez krzyża, to w łąkowe polne kwiecie...









Jasiel się ciągnie długą wsią, której nie ma. Widzę ją jednakowoż oczami wyobraźni. Górskie wędrówki Beskidem Niskim i Bieszczadami nauczyły mnie widzieć przeszłość w wyobraźni. Czasem oglądam ją na dawnych zdjęciach i starych mapach. A czas zaciera ślady, bobry zmieniają potok, a ryby czekają na kawałek chleba od zbłąkanego wędrowcy...






Zbliżamy się do pola namiotowego, czyli współczesnego centrum Jasiela. Nadal jednak bezludnego. Pomnik, tablica pamiątkowa, kolejny pomnik i wykoszona spora łąka. To ślad ludzkiej ręki w tym miejscu. Do tego skromna infrastruktura biwakowa i czarny krąg ogniska. Dzisiaj to miejsce będzie naszym noclegiem.







Nikogo tu nie ma, jesteśmy sami. Cisza aż dzwoni w uszach, gdy zdjąwszy plecaki przysiadamy na chwilę na ławie. Nie ma też zasięgu ani polskiej ani słowackiej sieci. Dzicz, odludzie i szum drzew z cichym szmerem potoku w tle...

Filtruję wodę, bo nabieram ją tuż za żeremiem, gdzie bobry mącą toń. Rozbijamy namiot i szykujemy się do obiadokolacji. Nie spieszymy się, więc można skorzystać jeszcze z chłodnej wody strumyka i zmyć znój wędrowania. Za chwile zacznie się zmierzchać...







Powoli schodzą się inni wędrowcy i zjeżdżają cykliści. Pole zapełnia się i robi się gwarno. Namiot zabezpieczam zeribą przed lwami i idę nad żeremie zapolować na bobra. Ten wcale się mną nie przejmuje i krąży po swoich włościach zataczając regularne kręgi i przepłukuje swoje mieszkanie. Szkoda że to już wieczór i mam tylko krótki i niezbyt jasny obiektyw. Dobry sprzęt ze statywem przydałby się tu jak w sam raz.








Słońce zachodzi. Łapię jeszcze ostatnie ślady dnia i po zachodzie zasiadamy do ogniska. Robi się jednak chłodno, a wielofunkcyjny zegarek jednego z lokatorów naszego hotelu pod gwiazdami pokazuje zaledwie 8°C. W nocy pewnie będzie jeszcze chłodniej.

Filtruję jeszcze wodę by była na śniadanie i na jutrzejszą wędrówkę. Kto wie, czy znajdziemy źródło po drodze.








Ucichły trzaskające płomienie, ustał spokojny wiatr. Przez chwilę słychać było jeszcze charakterystyczny odgłos namiotowych zamków, a później pozostał tylko monotonny szmer strumienia. 
Ciemna noc otuliła nas wilgotnym chłodem...




Dzień siódmy - Jasiel - Łupków.
19 czerwca 2016. Dystans - 21km.


Oj, było chłodno w nocy! Już przed snem się zapowiadało i trochę zmarzłem. Ale nad ranem zajrzało słońce i szybko temperatura wzrosła do słusznej.
Magia miejsca bez wątpienia udzieliła się nam. Z rana absolutnie się nie spieszyliśmy. Kolejne grupy zwijały manatki i ruszały w drogę, a my trwaliśmy niczym gospodarze na włościach. 





Śniadanie zjedzone, obóz zwinięty, to trzeba się zbierać w drogę. Testowe skarpety na stopy, takoż i buty. Na szczęście jedne i drugie wygodne. 
Wreszcie ruszamy. Zostali już tylko cykliści, którzy gdzieś tu niedaleko mają samochód, bo chłopak pojechał odwieźć majdan biwakowy, a dziewczyna na niego czeka. 
Z żalem zostawiamy to miejsce, - niby takie zwyczajne, a posiadające swoistą duszę. Jak zresztą wiele miejsc które odwiedzam i celebruję noclegiem.






Dzisiaj zakończymy odcinek szlaku biegnący przez Beskid Niski. Za przełęczą Radoszycką powitają nas Bieszczady. Plan jest, by dojść do Łupkowa, gdzie jest Radosne Szwejkowo - ponoć także magiczne miejsce. Czyżby moje kijki trekkingowe były jakimiś różdżkami...? ;-)

Kanasiówkę "robimy" impetem startu, a nieco dalej wyprzedzają nas rowerzyści z Jasiela. Poza nimi na szlaku nikogo.







Wędrujemy spokojnie przez stary las, aż za Garbem Średnim trafiamy na małą budkę postawioną przez Słowaków. To utulnia, co zresztą widać w środku, bo dwie osoby aby się tu zmieścić na noc, muszą się utulić. Sprzyjają temu elementy wyposażenia, pozostawione przez wcześniejszych pensjonariuszy :)






Słowacy zostawili po sobie nie tylko utulnię, ale jakąś instalację wojskową. Po militariach w Barwinku, ich zamiłowanie do rzemiosła wojennego tu się potwierdza.
Dalej już zdecydowanie pokojowo. Trafiamy na dziwaczne huby, później ścieżkę porasta bujna trawiasta roślinność. 
Z naprzeciwka napiera dobrze wyposażony wędrowiec, z którym z przyjemnością witamy sie na szlaku. O dziwo - rozpoznaje mnie z aktywności z forum ngt.pl! Przy okazji zgłasza swoje zdanie do testowanych przeze mnie kevlarowych skarpet Fjorda Nansena które po mojej recenzji zakupił, a których siostrzaną wersję mam na stopach. Jego zdanie zostanie uwzględnione i przeanalizowane w ramach kolejnej recenzji, a pisząc te słowa mam już komentarz. Poczęstował nas wołowiną własnego przerobu, taką swojską wersją beef jerky. Prawdziwa radość żucia :)

Maszerujemy dalej. Wreszcie las staje się bardziej przestronny, a szeroka wygodna droga doprowadza nas szlakiem do Przełęczy Radoszyckiej.




 

Żegnamy Beskid Niski. A właściwie mówimy "do widzenia", bo tę piękną część Beskidów zapewne nieraz jeszcze odwiedzimy. Za przełęczą czekają Bieszczady, ale sama przełęcz, - no cóż, nie jest zbyt interesująca. Opustoszałe miejsce postojowe, bo nawet nie parking - z śmierdzącą wiatką. Ot i cała infrastruktura... Nie zatrzymujemy się tu na długo i współbieżnym do niebieskiego Szlakiem Szwejka napieramy dalej.





Niebawem spostrzegamy kolejną słowacką utulnię. Bliźniaczo podobna, jednak bez integracyjnych przedmiotów. No cóż - i tak byśmy nie skorzystali. Nieco dalej oznaczenie pobliskiego źródła wody. Nie weryfikowaliśmy lokalizacji zakładając, że skoro jest oznakowanie, to pewnie prawidłowe.






W okolicach Siwakowskiej Doliny szlak wymaga uwagi. Czytelne znaki prowadzą drogami leśnymi krzyżującymi się z innymi duktami, by wreszcie doprowadzić nas do drogi "naprawianej" spychaczem. Szczęśliwie dawno nie lało, bo po deszczach ten odcinek wyglądałby nieciekawie...

Gdzieś od tyłu słychać podejrzane hałasy, ale odgłosy końskiego chrapliwego oddechu wyjaśniają sytuację. Po chwili pojawia się para jeźdźców na hucułach w towarzystwie dwóch malamutów. Po kilku słowach o szlaku, znikają w gęstwie lasu.






Przed wyjściem na łąki znaki się jakby kończą, nie za bardzo wiemy gdzie dalej się kierować. Łąka jest bardzo obszerna, na szczęście horyzont szeroko prezentuje okolicę, w której dostrzegamy budynek stacji kolejowej w Łupkowie, a Szwejkowo powinno być gdzieś niedaleko. Obieramy kierunek w prawo od źródliska potoku, choć jak się później okazało, powinniśmy pójść jeszcze grzbietem w lewo i dopiero prosto na Szwejkowo w dół. Ale nic to - na stepie nie ma dróg, jest tylko cel. A ten niebawem osiągnęliśmy.






Szwejkowo zaiste jest RADOSne. Radosne, bo prowadzi je przesympatyczna Krysia Rados, od nazwiska - radosna :) Szybko kwateruje nas w pokoju i stanowimy tym samym 50% stanu gości w obiekcie. Do dyspozycji mamy oprócz pokoju łazienkę, kuchnię i salonik biblioteczny. Czujemy się tu wybornie, choć budynek nie jest nowy i widać tu znaki czasu.






Przy kolacji zaprzyjaźniamy się z całą ekipą - gospodynią Krysią, a także z Markiem i Ulą, którzy uwielbiają te okolice, jak i samo Szwejkowo. Miejsce ma klimat i duszę, a cisza i spokój aż dźwięczą w uszach. Choć takie dźwięczenie wprost pomaga w zasypianiu... :)


_

2 komentarze:

  1. Yatzku z przyjemnością się ogląda szlak, który miałem okazję przejść w 1998 roku, ale w odwrotnym kierunku - Ustrzyki Górne-Wysowa:-) Dużo się pozmieniało - przybyły wiaty i wiatki oraz bobry, ale klimat chyba pozostał ten sam:-) Taka sama wieża widokowa - metalowa, którą mijaliście za Kanasiówką, stała na Baranim, aż w końcu przewróciła ją wichura:-( Miałem w planach na ten rok przejście całego Szlaku Granicznego, ale zabrakło towarzystwa:-( Może uda się w 2017 roku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej!
      Sam bywając co jakiś czas w znanych mi miejscach, obserwuję zmiany. Więcej w Bieszczadach niż w Beskidzie Niskim, bo tu bywam rzadziej. Ale na szczęście góry mają to do siebie, że czekają na nas tam, gdzie je ostatnio zostawiliśmy :) Jedynie infrastruktura się nieco zmienia, no i przybywa niedźwiedzi :)
      W przyszłym roku pewnie dokończę szlak, bo wypada go mieć zaliczonego w całości.

      Usuń