Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 19 czerwca 2016

Szlak Niebieski Graniczny (Karpacki) - Część 2 - Bieszczady

Dzień ósmy - Łupków - Balnica - Wołosate.


Bieszczady... Gdy jeździłem samochodem w Bieszczady, od Komańczy się z nimi witałem. 
Drogę prowadzącą do Ustrzyk Górnych znałem w szczegółach, a jadąc rozglądałem się w prawo i lewo zastanawiając się, czy kiedyś lepiej poznam te okolice. Poznałem je idąc Głównym Szlakiem Beskidzkim - z jednej strony, teraz je poznaję z drugiej strony.

W Szwejkowie zgadaliśmy się przy kolacji, że Krysia, Marek i Ula jadą do Nowego Łupkowa i mogą nas podrzucić. Dobrze się składało, bo zaopatrzenie wymagało uzupełnienia, a za Łupkowem czekał nas długi przeskok aż do Ustrzyk Górnych.
Obfotografowałem zatem nasz hotel, po czym śmignęliśmy do "miasta", a Marek dostarczył nas jeszcze do szlaku. Wielkie dzięki!



 





W czasie rozmowy o okolicy, dowiedzieliśmy się, że pogłowie dzikiej zwierzyny systematycznie w Bieszczadach rośnie. Łącznie z Beskidem Niskim, po polskiej stronie granicy doliczono się około dwustu niedźwiedzi. Idąc zatem szlakiem, co chwila wypatrywaliśmy przynajmniej dziesięciu ;-)
Zamiast tego na Wysokim Groniu znaleźliśmy mogiłę ofiar bardziej krwiożerczych dwunożnych istot w mundurach i z karabinami...





Taaak... Mogił pierwszowojennych tu nie brakowało... Jednak ilość zniczy świadczy, że nie są bynajmniej zapomniane.

Słowacy często nadają swoje własne nazwy szczytom które znamy z polskiego miana. Ichniejszy Kycersky Grun to nasz Gmyszów Wierch (876m).
Takich różnic było sporo i będą dalej. Za Rydoszową (880m) powoli zbliżaliśmy się do jednej z nielicznych osad ludzkich. Widoki na dalszą okolicę były niemal rarytasem.







Przeszliśmy brzegiem słowackiego rezerwatu. Powalone drzewa i trochę dzikości świadczyły o królowaniu przyrody. Jednak niebieskie znaki prowadziły piękną i wygodną drogą, którą maszerowaliśmy z prawdziwą przyjemnością.

Ostatnie łagodne podejście bardzo mi się podobało. Stare buki w świetle słońca ocieniały wąską wijącą się pod górkę ścieżynę. Po chwili grzbiet się wyrównał i doprowadził nas do leśnego przystanku. Przystanku nie tylko w lesie, ale i na jego skraju. Oto bowiem doszliśmy do Balnicy (712m).







W Balnicy znajduje się końcowa stacja wąskotorowej kolejki leśnej. Przed sezonem ciuchcia z wagonikami jeździ tu tylko w weekendy, więc dzisiaj nie powinna się pojawić. Jednak na stacyjce widać kramy z przekąskami i pamiątkami. Gdy spoglądam na rozkład i zastanawiam się co jest grane, słyszę gwizd parowozu i po kilku chwilach na peron wtacza się skład wypełniony głównie rozwrzeszczaną młodzieżą. Czarter!






Towarzystwo wysypuje się po okolicy, a my zaglądamy na stoiska. Po chwili pałaszujemy chleb ze smalcem i ogórka kiszonego, a na deser czeka kuszące ciasto z borówkami w galaretce. Pychota!




Robimy naradę sztabową. Optymistyczny plan zakładał dojście do Przełęczy nad Roztokami. Optymalny - kimanie w Balnicy. Idę zatem do jedynego budynku mieszkalnego z minisklepikiem zasięgnąć języka.
Mieszka tu Wojtek Juda, człowiek-legenda. O okolicy, jej faunie i florze wie więcej niż Wikipedia. W ciągu kilku minut przewałkowaliśmy temat niedźwiedzi i dowiedziałem się o warunkach noclegu. Zdecydowanie trzeba tu powrócić na co najmniej dzień, może nawet dłużej.



Za kilka minut kolejka wraca do Majdanu koło Cisnej. Zdecydowaliśmy się zmienić plan wędrówki. Z moimi kolanami i większymi niż zazwyczaj zapasami paszy, nie było szans na przejście całego szlaku w dwa tygodnie. Skracamy zatem wędrówkę i dzisiaj staramy się dotrzeć do Wołosatego kombinowanym transportem.
Po chwili kolejka rusza, a my z nią w trzecim wagoniku. Pokonujemy zjazd z zakosami i pięknymi widokami. Zawsze chciałem się wybrać kolejką do Balnicy - bo na Przysłop pojechałem drezyną, a tu okazja w jedną stronę trafiła się w sam raz.






Małżeństwo z kolejki jedzie właśnie do Cisnej. Znajdzie się miejsce i dla nas, więc korzystamy i pięknie dziękujemy. W Cisnej komercha i ludożerka. Pod czerwonym znakiem GSB kiwamy na okazję i dostajemy się do Przysłopu. Stąd młodzi przesympatyczni ludzie zabierają nas na pakę dostawczaka i wykonują dostawę do Wetliny. Na drogę dostajemy jeszcze dwa piwa! Wypiliśmy je kochani za Wasze zdrowie.
W Wetlinie lisica przed przejściem przez asfalt czujnie rozgląda się w obydwie strony, niemal jak pierwszak zdążający do szkoły. W pobliskiej opuszczonej chacie mieszka jej przychówek, któremu przyniosła zdobycz. Po chwili chodnikiem spokojnie wybiera się na dalsze łowy, a nas przechwytuje sympatyczna lekarka zamykająca "koło dobrych uczynków" i za podwożenie wcześniej przez innych, wiezie nas do Wołosatego prosto do Jośki! Także i my wchodzimy w krąg dobra, a gdy przyjdzie sposobność, będziemy zabierać kiwających plecakowiczów.
Tym samym przed wieczorem osiągamy cel dnia dzisiejszego.









W Wołosatem mieszka Jośka,  która jest znajomą Małgorzaty. Przyjmuje nas serdecznie i po chwili rozbijamy namiot za budynkami, bo pokoje są wszystkie zajęte. To tutaj jest czerwona kropka - kończy się bądź rozpoczyna Główny Szlak Beskidzki. Małgosia tu zaczynała, ja kończyłem. Jutro zaś będziemy kontynuować wędrówkę szlakiem niebieskim, a tymczasem po kolacji zbieramy się do spania. W samą porę, bo właśnie zaczyna padać - i to na poważnie.



Dzień dziewiąty - Wołosate - Widełki.



W nocy padało, nad ranem nie przestało... Do południa klarowaliśmy obóz, na szczęście mieliśmy do dyspozycji kuchnię i ganek. Koło południa deszcz ustał, choć chmury niemal pełzały po zalesionych zboczach gór. Zarzuciliśmy plecaki, a pożegnaniom z Jośką nie było końca.






Do punktu kasowego pod Tarnicą było kilka kroków. Na sąsiednim straganie Małgosia kupiła dzwonek na niedźwiedzie. Miał informować je o naszej bliskości. Bilety tez trzeba było nabyć, po czym ruszyliśmy w kierunku królowej polskich Bieszczadów.






Choć szlak na Tarnicę był mi znany, to jednak widać, że się zmienił. W niektórych miejscach ma inny przebieg, dodano też nowe barierki i poręcze.
To zapewne przez wzmożony ruch turystyczny na tym odcinku szlaku niebieskiego.






Po wyjściu powyżej granicy lasu także widać zmiany. Nowe stopnie udające schody i taśmy odgradzające pomiędzy ścieżką a połoniną. Nie sprawdzałem czy aby pod napięciem...





Coraz bliżej do Tarnicy. Ruch, mimo marnej pogody, całkiem spory. Chmury nieco się podniosły, ale ciągle wiszą nad głowami i straszą. No, ale my się nie boimy... Obawiam się tylko o skąpe widoki z góry, choć w tej kwestii nie zakładam zmian w zawartości krajobrazu.





Na siodle pod Tarnicą spory tłumek, bodaj jakaś zorganizowana wycieczka. Dochodzi mnie rozbieżność zdań, - ktoś chce, inni nie, bodaj chodzi o przebieg powrotnej trasy. My nie wracamy, - nasz kierunek - napierać dalej.




Poprzednio szedłem szlakiem czerwonym i Tarnicy nie odwiedziłem, tym razem postanowiłem wejść. Wychodzi na to, że co druga moja wędrówka zalicza szczyt. Było ich już kilka.

Na szczycie mniej luda, gdzieś koło tuzina. Wieje nieźle, więc naciskam czapkę mocniej i strzelam foty. Zaczyna kropić, więc obiektyw zbiera kropelki, które teraz widać na panoramach. Ale przecieranie szkła w takich warunkach na niewiele by się zdało. Robię zatem co mogę i zbieram się do odwrotu, bo deszczyk nabiera rozpędu.









Coś pogoda się psuje, a czeka nas zejście do Przełęczy Goprowskiej. Kiedyś byłoby tam bardzo ślisko, teraz stopnie trochę ratują sytuację, Zakładam poncho i noga w nogę na dół.







Deszczyk na szczęście ustaje. Wiatr nadal szumi w dolinie, ale jest dość ciepły, w sam raz na podejście Ścianą Płaczu pod Krzemień. Spoglądam na Tarnicę, ale spowija ją obłok, który szybko się przemieszcza, niekiedy odsłaniając fragment masywu.
Drepcząc pod górę po stopniach, nucę sobie Zeppelinowskie "Stairway to Heaven". Nucę w myślach, bo na głos strasznie fałszuję... :)








Krzemień zdobyty, a dokładniej jego zbocze ze szlakiem. Sam szczyt jest niedostępny dla ruchu turystycznego, ale wystarczy spojrzeć na wydeptane ścieżki... Teraz trochę górdolenia (górdolenie - małe zejścia i małe podejścia, - takie górki i dołki, falowanie pod butami) i podejście na widoczny w pięknej ekspozycji grzbiet Bukowego Berda, a na zachodzie chmury mącą oczekiwane widoki.





Podejście pod górny punkt Bukowego Berda jest takie w sam raz. Lekkie zmęczenie i stoimy na grani. A po kilku krokach dalej, spoglądając na prawo, zauważamy nikłą ścieżynę. Kiedyś schodziłem nią do Mucznego przez Obnogę i Grandysową Czubę. Wtedy też było wietrznie, mokro i błotniście...



 



Lubię Bukowe Berdo. Najbardziej z całych Bieszczadów Wysokich. Choć zawsze tu mocno wieje, to i te wichry polubiłem, bo czuję się jak w drzwiach samolotu przed skokiem, a i widoki są podobne, bo z wysoka, choć nie tak jak z aeroplanu...

Na Bukowym jest zaczarowany ogród - widać go dopiero z bliska. Z bardzo bliska.








Grzbiet Berda ciągnie się długo. To jego kolejna zaleta, bo można się nim nacieszyć i nasycić w czasie jego pokonywania. Są zagajniki z pokrzywionymi od wichur drzewkami, są małe zejścia i podejścia. Można usiąść na kamieniu i sycić się widokami, a czasem i ...kanapką :)





Powoli zbliżamy się na wysokość Mucznego. Ta ciekawa osada ma swoją niebywałą historię, gdyż kiedyś była zamkniętym ośrodkiem wypoczynkowym Urzędu Rady Ministrów. Wierchuszka partyjna i reszta aparatczyków tu wypoczywała, imprezowała i polowała. Dzisiaj Muczne są dostępne dla wszystkich, a niedawno położono tu nowy asfalt od Stuposian. Wypas!
Tyle naopowiadałem Małgosi o Mucznem, Tarnawie Niżnej i całym Worku Bieszczadzkim, że padła propozycja, by przy najbliższej okazji odwiedzić ten magiczny zakątek Polski.




Chmury się trochę podnoszą, a chylące się powoli słońce zaczyna grać swymi promieniami na tle gór. Taaak... Z Bukowego Berda wszystko dookoła jest piękne. Dzisiaj szczególnie patrzę w stronę Połoniny Caryńskiej, za którą po prawej ustawia się Wetlińska, a jeszcze dalej majaczy Smerek. Gra świateł i słonecznych smug wprost oczarowuje, szkoda, że zdjęcia przekazują tę magię zaledwie w części...

Wokół góry, góry i góry... I całe moje życie w górach... Tak sobie właśnie myślę za Harasymowiczem...






Powoli schodzimy do Widełek. Wchodzimy w las, ale dzień jest na tyle długi, że nie musimy się spieszyć. Na dłuższy czas żegnamy piękne widoki z wysokości. Znowu będziemy wędrować leśnymi ścieżkami, z których z rzadka otworzą się przeziory.
Dochodzimy do potoku. Nieomylny to znak, że niebawem powita nas jakiś przejaw cywilizacji.





W Widełkach są dwa domy. W tym pierwszym na dojściu od szlaku do asfaltu zapytaliśmy o nocleg. Zostaliśmy przyjęci bardzo gościnnie, a że akurat byliśmy jedynymi gośćmi, to mieliśmy pół domostwa do dyspozycji oraz zadaszony taras do przesuszenia prania. Gdybyż tak jeszcze w pobliżu był sklep... Ale mieliśmy jeszcze zapasy, więc w sumie niczego nie brakowało. Od gospodarzy za to się dowiedzieliśmy, że kiedyś pan wyszedł z pieskiem na spacer i niedaleko od domu spotkali niedźwiedzia. Zakup dzwonka był zatem słuszny... :)



...a wieczorny Strogonoff - choć z torebki - był bardzo smaczny!




Dzień dziesiąty - Widełki - Polana.



W nocy było cicho jak w rezerwacie. No, w sumie prawie racja... Do drogi na tyle daleko by nie było słychać pojazdów, a inne odgłosy z lasu są tak samo kojące jak cisza.
Pozbieraliśmy się dość wcześnie. Plan był by dojść do Chaty Socjologa na Otrycie. Jakoś nigdy tam mnie nogi nie zaniosły, więc była okazja by wreszcie w tym miejscu zagościć.
Podziękowaliśmy miłym gospodarzom i przeszedłszy potok Wołosaty, dochodzimy do asfaltu. I tu od razu uwaga! Jeśli chcecie suchą nogą iść dalej szlakiem niebieskim, nie skręcajcie w lewo, bo szlakowskaz wpakuje Was w niezłe porośnięte trawą i chaszczem bagnisko. Lepiej pójść na wprost drogą leśną, która po krótkim odcinku dochodzi do szlaku.





Myśmy poszli za znakami i niemal brodziliśmy po moczarach, a przecież przez noc niewiele polało. Po większych deszczach trzeba by sklecić tratwę...



Dalej szlak prowadzi pod górę dość żmudnym ale nie nudnym podejściem. Kiedy wydaje się że to już, wyłania się następne podejście i trzeba dreptać dalej.
Od czasu do czasu pojawia się jakieś skąpe źródło wody, przechodzi się przez jedną polanę i wreszcie jest szczyt. Nie jest to jeszcze szczyt Magury Stuposiańskiej, a punkt z którego można dojść do koliby na Przysłopie Caryńskim.






Na niewielkim siodle spotykamy dwóch nieco starszych wędrowców. W trakcie rozmowy okazuje się, że jeden z nich także miał spotkanie z niedźwiedziem w Bieszczadach. Nasz dzwoneczek dzwoni wytrwale... :)
Kolejne podejście, - ta góra nigdy się nie skończy! ;-) Ale jednak się kończy - szczytem, a tym razem jest to wierzchołek Magury Stuposiańskiej (1016m). Stawiam stopę na reperze i obejmuję ten masyw we władanie :)






Podejście było zacne, to i odpoczynek się należy. Do Dwernika już niedaleko, a i coś da się zobaczyć na kierunku naszego dalszego marszu, bo przez horyzont ciągnie się właśnie pasmo Otrytu. Nie wydaje się jakość szczególnie daleko, ale w dziesiątym dniu na szlaku, czy gdzieś może być dla nas za daleko...?





Schodzimy początkowo dość stromo, później nachylenie nieco maleje, za to las staje się gęsty i ciemny. Meandrujemy między drzewami, droga wyraźnie szybciej schodzi niż na podejściu. Niebawem opuszcza las i prowadzi otwartym terenem. Stąd już niedaleko do asfaltu.





Maszerowanie asfaltem to żadna atrakcja. Jednak okazji nie widać wiele, toteż trzeba do skrzyżowania drzeć buty. A za skrzyżowaniem będzie sklep z szopą, gdzie zajrzymy na mały szoping. ;-)





Kupujemy któryś z przysmaków w słoiku, już nie pamiętam czy pulpety czy jakiś gulasz. Po podgrzaniu było zjadliwe, - nawet smaczne. Tym bardziej, że popijane zimnym Kasztelanem :) Oczywiście do plecaków powędrowało coś tam jeszcze, po czym wyszopowaliśmy się marketu i powróciliśmy na szlak, jako że sklep znajduje się jakieś 150 metrów na wschód od skrzyżowania.






Do Chaty Socjologa już niedaleko. Znaki mówią, że tylko trzy kwadranse. Jednak po sytym obiedzie tempo nie było zbyt porywające, choć też nie wlekliśmy się jakoś szczególnie. Niemniej jednak nie zamierzaliśmy się przesiąść na ciężarówkę... ;-) Dróżka była wygodna, a że pod górę, - no cóż - taki urok chadzania po górach...





Pojawiają się znaki. Wkraczamy w Otrycką Republikę Wolnej Myśli i Słowa. Faktycznie, - przez to zmęczenie coraz wolniej myślę... Nawet słowa cedzę powoli... ;-)
Kolejna tabliczka zachęca bądź nakazuje: "Idziesz z psem - zadzwoń". No tak - nasz anty-niedźwiedzi dzwonek cały czas pracuje, pomyślą jeszcze że z całą sforą idę...
Za węzłem szlaków wreszcie pojawia się Chata Socjologa. Na spotkanie wybiegają dwa spore psy, wyraźnie rozradowane, wręcz ucieszone. Nie za bardzo wiem z czego się tak cieszą, liczę, że uznają nas za niejadalnych. Skończyło się na lizaniu...




Zastanawiamy się czy tu zostać. Gospodarza nie widać, pora jeszcze dość wczesna, więc może by pójść dalej...? Spoglądamy na diagram szlaków, uzupełniamy zapasy wody w pobliskim źródle i rzucam hasło: Jeśli mamy iść, to ruchy, a o odpoczynku nie myślimy. Wypada bowiem do Polany dojść przed zapadnięciem nocy. No i poszliśmy.



Pasmo Otrytu jest o tyle wygodne do przejścia, że niemal równe. Owszem, są podejścia i zejścia, ale tak niewielkie, że można je traktować jako urozmaicenie trasy. Standardowe górdolenie... :)
W lesie już widać było, że dnia nie za wiele zostało. A gdy natknęliśmy się na pierwsze ślady misia, to jeszcze nasz krok nabrał energii. Wyglądało na to, że zwierz dopiero co tędy przechodził i chyba go gonimy. Po dłuższej chwili wypatrzyliśmy kolejne ślady, równie świeże jak poprzednie. Dzwonek nie przestawał dzwonić...
Wreszcie po niespełna dwóch godzinach doszliśmy do miejsca gdzie szlak krzyżuje się z leśną drogą i schodzi do wsi. Według znaków, za półtorej godziny powinniśmy być w Polanie.








Teraz schodziliśmy już tylko w dół, wygodną, szeroką drogą. Zaczęło się zmierzchać, ale mieliśmy dobry czas i gdy doszliśmy do krzyżówki z ścieżką rowerową, zatrzymaliśmy się by uwiecznić spektakl zachodzącego słońca. Niemal dokładnie po czasie podanym na znakach, doszliśmy do skrzyżowania w Polanie.






Tego dnia machnęliśmy słuszny dystans, wykorzystując długi czerwcowy dzień aż poza zachód. W pobliżu było agro, a gospodarze choć już zbierali się do spania, zakwaterowali nas jeszcze na piętrze.

Tej nocy spałem jak mały miś... :)




Dzień jedenasty - Polana - Teleśnica Oszwarowa - Lutowiska.

Wyspawszy się do syta, z rana nie spieszyliśmy się zbytnio. Gospodarze gdzieś wyszli, ale pojawiła się ich mama. Ona także miała przygodę z niedźwiedzicą na drodze, a więc nie gdzieś przy gawrze. Na szczęście skończyło się na emocjach.

Żegnamy się dziękując za nocleg i kierujemy się za znakami. Te początkowo prowadzą asfaltem, by w Chrewcie po dwóch kilometrach skręcić w drogę polną.





Tu zaczyna się wędrówka terenowa, bardo przyjemna, choć potok Czarny jest do tego niezbyt czysty. Ale idzie się dobrym tempem, tylko znaków jakby coraz mniej. Rozglądając się tak za niebieskim malunkiem, o mało nie nadepnąłem na żmiję. Ta wolała się ewakuować, ale jeszcze zdążyłem zrobić jej fotę. Znaki gdzieś zniknęły (jak się później okazało, to niewidzialnie skręciły w lewo w stronę potoku), więc uruchomiłem czuja, a po chwili nawigację w smyrfonie. Ta zaś pokierowała nas alternatywną drogą do szlaku. Z tego błądzenia mieliśmy choć malowniczy ogląd na okolicę.






Szlak odnaleziony. Co kawałek połacie lasu, czasem teren się na chwilę otwiera. Znaki prowadzą drogą, więc tylko trzeba sprawdzać, czy gdzieś nie odchodzą. No i czasem gdzieś się gubią, by po chwili wrócić na drogę. Komfort nawigowania nie jest najlepszy.
Jest sucho - i na szczęście. Droga bowiem jest rozjeżdżona, więc w czasie i po deszczu byłoby tu niezłe błoto. Nawet widać na jakich oponach jechał tu leśny ciągnik. Idziemy dalej kontrolując oznakowanie szlaku, które zdecydowanie mogłoby być czytelniejsze.







Na małej leśnej krzyżówce na szczęście są znaki. Ledwo za nimi poszliśmy, a na jeszcze niezaschniętym błotku wypatrzyliśmy piękny ślad niedźwiedzia. Oj, musiała to być dorodna sztuka...
Maszerujemy raz lasem, to znowu łąką. Przynajmniej coś widać. Ale i misiaczek lubi chadzać drogą, co też się objawia pięknie odbitą łapą z pazurami. Już prawie nie reaguję na takie "znaki ostrzegawcze". Przyjmujemy do wiadomości, że niedźwiedzie tu są i już... A droga prowadzi dalej...




Jest pięknie. Widoki jak malowane, cisza i spokój, pogoda w sam raz a niedźwiedzie drzemią w młodnikach. Nawet znaki prowadzą niebieskim szlakiem, toteż kilometry szybko znikają i po chwili ze zbocza widzimy w dolinie małą osadę. To Teleśnica Oszwarowa.
Tuż za zejściem ze szlaku napotykamy na sklep z zadaszonym tarasem, więc robimy przerwę obiadową. Dowiadujemy się, że zimą niedźwiedź często zachodzi do wioski, a latem żeruje w pobliżu. Trwa też narada, bo zbliżamy się do Ustrzyk Dolnych, a te okolice jakoś nieszczególnie nas interesują. Nawet powstaje plan, by je przeskoczyć okazją i kontynuować marsz gdzieś dalej.
Ale posiliwszy się nieco, ruszamy dalej.





Marsz asfaltem coraz bardziej skłania nas do zmiany planów. Wreszcie stajemy przed zejściem na drogę polną i decyzja się utwierdza - przerywamy wędrówkę szlakiem niebieskim, bo i tak jej do końca dwutygodniowego terminu nie ukończymy, a za to pakujemy się do Worka Bieszczadzkiego i napieramy do źródeł Sanu. Chyba moje opiewanie uroku tego zakątka było sugestywne... :)




Wracamy do Teleśnicy i nieco dalej do skrzyżowania. Kolejne kilometry asfaltem... Łapiemy okazję do Ustrzyk Dolnych, a sympatyczny człowiek zawozi nas na ulicę wylotową, żeby łatwiej zatrzymać coś do Lutowisk. Po dłuższej chwili zatrzymuje się dostawczak z równie sympatycznym młodym mężczyzną i dowozi nas do Lutowisk. Wielkie dzięki panowie!



W Lutowiskach po małych poszukiwaniach trafiamy na fantastycznych ludzi. Pakują nas do stacjonarnej wielkiej przyczepy kempingowej, w której brakuje jedynie klimatyzacji. Ale i bez tego jest bajecznie - mamy do dyspozycji cały dom w pigułce. To już jednak inna bajka, którą opiszę w kolejnym wątku.

Do widzenia Niebieski Szlaku! Wrócimy jeszcze na Twoje ścieżki... :)



_

14 komentarzy:

  1. Jak zawsze świetna relacja. Świetny opis i cudowne zdjęcia. Gratuluje przejścia:) A co będziesz robił jak już wszystkie długodystansowe szlaki przejdziesz?
    Pozdrawiam,
    Grzesiek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może dalekobieżny szlak europejski E3 na terenie Polski...? :)
      pozdro

      Usuń
    2. Panowie - dzięki za uznanie :)
      Szlak europejski E3 mnie nie interesuje. Jest zaprojektowany trochę sztucznie i jakby niejednorodnie. Przeszedłem większość górskich szlaków dalekobieżnych w Polsce, w tym górską część Niebieskiego Szlaku Granicznego / Karpackiego / im. Pułaskiego. Zostaje do uzupełnienia i dokończenia ten ostatni - niebieski.

      Wczoraj wieczorem wróciłem z Szlaku Czterech Wież w Gorcach i Sądeckim (sam go sobie tak nazwałem), więc przepraszam za opóźnienia w odpowiedzi. To były cztery nowe wieże widokowe na Magurkach, na Gorcu, na Lubaniu i ostatnia w Sądeckim - na Koziarzu. Zaliczyłem je w nieco szybszym tempie, bo w sobotę odbierała mnie z pod Łącka siostra, a w niedzielę musiałem być w domu.

      Na razie trzymam się gór. Szlaki nizinne mnie nie ekscytują, chociaż czasem coś dłuższego na płaszczyznach się trafi, jak Nadbużański i tegoroczny Kaszubski, będący konglomeratem trzech szlaków. Jednak w góry ciągnie i to skutecznie.

      Cały czas czeka wschodni odcinek GSB na Ukrainie, jednak kolana trochę niepokoją.
      Europa jest dla mnie zbyt droga, więc ze względów ekonomicznych odpada...

      Tym samym rozglądam się, co tu jeszcze ciekawego i w miarę długiego w Polskich górach zostało, na szczęście trochę szlaków jest, a jeśli je połączyć, to na dwa tygodnie wystarczy.

      Oby tylko zdrowie było, czego Wam panowie, jako i sobie i innym wędrowcom życzę... :)

      P.S. Jeśli nie będę przez jakiś czas odpowiadał - znaczy, - jestem w górach :)

      Usuń
    3. Oj widzę, że sił i pomysłów Ci nie brakuje na wycieczki. Ja sobie kiedyś wymyśliłem, aby np. na mapa-turystyczna.pl zaznaczyć Ustroń i końcowy na Wołosate i wybrać opcję najszybszy:) i iść. Zobaczyć jaka jest różnica czasowa między GSB. To taki mój pomysł:)

      A ostatni weekend był faktycznie super na wycieczki. Ja też korzystając z możliwości pogodowych byłem w moich ulubionych Bieszczadach. Dwie krótkie wycieczki, z zoną i córką 7-letnią. Spaliśmy w Dwerniku i wybraliśmy się do chaty socjologa niebieskim szlakiem. Nie wiem jak było jak szedłeś, ale na samym początku trasy w lesie straszliwe błotko nas spotkało, oj było ciężko przejść, później już było ok. Chatka jak to chatka, w środku dość klimatycznie. A propo nie spotkałeś na Otrycie węży Eskulapa? Czytałem, że można je tam spotkać. Nam się nie udało ich zobaczyć.

      Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku.
      Grzesiek T.

      Usuń
    4. Siły jeszcze są, choć to nie to samo, co choćby przed pięciu laty. Ale napierać trzeba!
      Tylko coraz więcej trzeba kombinować z wyszukiwaniem szlaków, - zwłaszcza tych dłuższych. Na szczęście jeszcze sporo zostało, a i kombinowanie na kierunku docelowym z mieszaniem kolorów też jest dozwolone :)

      Otryt przeszliśmy ekspresem, bo się ściemniało... ;-) Bardziej patrzyliśmy na niedźwiedzia niż na eskulapa, któren wieczorem już pewnie zwinięty pod korzeniem czy głazem... Ale żeby tak Gniewosza panie, Gniewosza... :)
      Zresztą co tam węże, - jak człowiek za znakami wygląda, to i gada by niechcący rozdeptał... ;-)

      ...no ale Grześka to bym z daleka wypatrzył! :)
      Do spotkania na szlaku,
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jacku! Napaliłem się ostatnio na GSS (nie zdążyłem, nadrobię), a po drodze dowiedziłem się, że nie jest on jedynym długim szlakiem w Sudetach. Istnieje obok niego niebieski szlak Szklarska Poręba (Góry Izerskie) - Karłów (Góry Stołowe). Długość to 361,5 km, więc o 80 km mniej, ale wiesz... :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łukaszu! Śledzę oczywiście Twoje wędrówki i ostatni projekt także. GSS zaliczyłem nie tak dawno, więc Sudety są mi bliskie. Oczywiście po powrocie wiedziałem, że znowu tam wrócę i wracam w najbliższy czwartek do niedzieli. Ale będzie to fragment szlaku niebieskiego w okolicach Gór Sowich i Wałbrzyskich. Do tego rekonesans po drodze. Co prawda prognozy się psują, ale i tak kierunek został zatwierdzony, co najwyżej będzie to objazd a nie obchód.
      Tym samym za Twoją sugestią włączam Niebieski Szlak Sudecki do listy planowanych przejść, zaraz po uzupełnieniu przejścia Niebieskim Granicznym Karpackim.
      Właśnie długich szlaków niezrobionych mam coraz mniej, a skupiam się tylko na Polsce, ale także na przedwojennych obszarach Polski, czyli Ukraiński odcinek GSB.
      Dzięki za sugestię, powodzenia i wytrwałości w wędrówkach,
      do spotkania na szlaku. :)

      Usuń
    2. Dzięki Jacku! Może więc na ukraińskim GSB? Mam go także w planach, ale dość nietypowo, bo zimą. Uda się czy nie - byłby to kawał mocnej przygody.

      Usuń
  4. Sudety właśnie nieco przedeptane. Pierwszy dzień, a właściwie popołudnie to pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, drugi dzień to przejście pętli od schroniska Andrzejówka przez Waligórę do wieży na Ruprechticky Spicak i zawinięcie zakolem do schroniska, w trzecim dniu kompleks podziemny Osówka "Riese" który mijałem idąc właśnie GSS i po południu zamek Książ, zaś ostatniego dnia Wielka Sowa i Mała Sowa w mżawce i mgle.
    Tym samym Niebieski Sudecki rozpoznany i dopięty do planów.

    Co do Ukraińskiego GSB, to dysponuję śladem .gpx i kontaktem do Leszka R. - najbardziej zorientowanego i obeznanego z tym odcinkiem szlaku. Oznakowania samego GSB z lat przedwojennych tam już nie ma, więc nawigacja nie jest łatwa, bo i przebieg dróg i ścieżek się zmienił. Na mapach także brak oznaczeń, więc aby przejść ten odcinek, trzeba mieć własną wiedzę i pomoce nawigacyjne. Chciałem z Leszkiem przejść ten szlak od Przełęczy Użockiej do Stocha i maksymalnie dokładnie go zinwentaryzować, by na tej podstawie stworzyć mapę i przewodnik dla chętnych do takiej wędrówki. Co innego samemu sobie wytyczyć wygodną trasę, co innego jednak w miarę wiernie odtworzyć jego przedwojenny przebieg. Na razie walczę o powrót do formy, bo coś mi się w nogach przyplątało (Borelioza...?), ale Ukraiński odcinek GSB mocno mi leży na sercu.
    Zimą to już prawdziwe niedźwiedzie mięso, krótki dzień, braki zaopatrzenia i surowy ukraiński klimat, ale po Twoim przejściu Cesty SNP, także i to przejście jest w zasięgu ręki, a właściwie nogi ;-)
    Trzymam kciuki i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jacku, a jest jakaś mapa z zaznaczoną trasą GSB na Ukrainie? Albo przynajmniej opis słowny? Jeśli tak i gdybyś mógł mi podesłać - tu czy na maila - byłoby super. Mam tylko pobieżne informacje, ale dokładnego śladu nie znalazłem, a strona Leszka niewiele wyjaśnia. Pytanie: jak On sam ustalił historyczny przebieg szlaku?

      Usuń
    2. Łukaszu, odpowiedziałem na maila.

      Usuń
  5. Yatzek,

    mam rozumieć, że całości nie przeszliście?

    Pozdrawiam menelsko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej,
      Zgadza się. Gdybyśmy napierali ostrzej, to i tak mogłoby zabraknąć trochę czasu. Więc utrzymywaliśmy rozsądne tempo i na dodatek pod koniec dwutygodniowego urlopu Gosi, stwierdziliśmy, że skoro nie przejdziemy całości za jednym zamachem, to końcówkę trochę przemodelujemy w Bieszczadach. I tak właśnie zrobiliśmy.

      Na rok 2018 zostanie nam połatać dziurę bieszczadzką i od Teleśnicy machnąć część nizinną szlaku. Nawet może bym ją i odpuścił, ale skoro to długi szlak, to choćby wypada mieć go zrobiony w całości.
      No i mieliśmy już kolejne plany, więc realizowaliśmy je w 2017-tym, dokończenie zostawiając na następny rok.
      Ja już mam i tak ciasny harmonogram na przyszły sezon, ale honorowo Niebieski Graniczny trzeba będzie dokończyć.

      Pozdrawiam!

      Usuń