Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 18 czerwca 2017

Główny Szlak Beskidzki 2017 - 1 tydzień - Ustroń - Maciejowa



GSB - Główny Szlak Beskidzki... Przeszedłem go raz, no i chyba dlatego myśl o ponownym przejściu mnie już nie opuściła...
Wspominałem o moim zamiarze znajomym i z tego zestawiła się ekipa. Trzon to ja i Aelita - koleżanka z Ukrainy, która przeszła tamtejszy odcinek GSB i przez dwa lata szukała towarzysza na polski szlak, oraz Asia z Gdyni, którą poznałem na ubiegłorocznym Szlaku Kaszubskim. Jeszcze Paweł z tegoż szlaku się zapowiadał, ale miał zacząć dzień później i nas przegonić, bo jego tempo z naszym jest niekompatybilne...



Dzień pierwszy, 12 czerwca 2017.
Ustroń - Schronisko na Soszowie - 17 km.

Po spóźnieniu się w Krakowie na autobus do Ustronia, zadzwoniłem do Asi by na nas nie czekała i ruszyła sama, a my dogonimy ją najpóźniej do noclegu. Jednak nasze opóźnienie rosło, bo trzeba było kombinować dojazd przez Katowice, skąd bus do Ustronia zatrzymywał się na każdeńkim przystanku, przez co zamiast o dziewiątej, pod "kropką" zameldowaliśmy się przed południem...





Po fotach na punkcie początkowym, szukaliśmy jeszcze obiektu z pieczątką. Wreszcie w Zapiekarni miła pani wbiła nam pierwszy stempelek do książeczek GOT. Teraz mogliśmy już wyruszyć na szlak.




Już początek podejścia pod Równicę pokazał, kto jaką kondycją dysponuje. Aelita miała duży i ciężki plecak, a będąc raczej drobną kobietką, męczyła się z nim okrutnie. A to dopiero pierwsze kilometry z ponad pięciuset...




Pierwszy odpoczynek wypadł przy Kamieniu Ewangelików, gdzie nabraliśmy też doskonałej wody. Źródła zweryfikowałem przy poprzednim przejściu i skwapliwie z tej wiedzy korzystałem.



Na samej Równicy komercja, bo i można tu dojechać samochodem. Na szczęście przy niegdysiejszym schronisku znaleźliśmy kolejną pieczątkę, więc oprócz zdjęć, mamy i takie potwierdzenie.



Z Równicy dobrze by było przejść mostkiem na Czantorię ;-) Tak prawie równo... Jednak pomiędzy tymi górami jest dolina Wisły, toteż rozpoczynamy pierwsze schodzenie. Na schodzeniu trzeba uważać na znaki, bo nie prowadzą za drogą.







Wisłę przechodzimy mostkiem dla ruchu pieszego, a później przejściem podziemnym dochodzimy do stóp Czantorii. Po krótkim oddechu zacznie się sześćset metrów podejścia...





Poprzednio zaliczyłem tu pierwsze pobłądzenie. Dzisiaj uważnie spoglądam na znaki, których obfitość nie pozwala na pomyłkę każdemu, kto ma otwarte oczy. Chyba, że są zalane od potu, bo napierać trzeba konkretnie.




Na Stokłosicy cicho i pusto. Pan z ochrony zamienia z nami kilka słów i pokazuje od północy nadciągającą ulewę. Zabezpieczamy się przed deszczem, który zresztą po chwili nadchodzi.





Dochodząc na szczyt Czantorii stwierdzamy, że padać przestało. Mamy dla siebie cały teren, bo żywego ducha nie ma. Grochówka o której wspominała Asia nawet nie pozostawiła po sobie zapachu... No cóż, - batonik i bucik...:)






Na zejściu otwierają się prawdziwie górskie widoki. Miło jest znowu być w znanych miejscach i na nowo chłonąć to, do czego się chciało wracać. Pogoda na szczęście już stabilna i tylko na stromizny musimy baczyć.





Na Przełęczy Beskidek kolejny odpoczynek. Jak tak dalej pójdzie, to trzech tygodni - jak nic - nam braknie! Ale kondycja i plecak koleżanki dyktują tempo, którego wypada mi się trzymać.




Pod Schronisko na Soszowie docieramy późnym wieczorem. Plan był na Stożek Wielki, ale Aelita nawet nie musi mówić, - sam widzę, że na dzisiaj ma dość. Pierwotnie zakładam spanie w namiocie, ale udaje się w przepełnionym młodzieżą schronisku znaleźć glebę pod stołem na werandzie. Jak dla nas to świetna miejscówka. Młodzi gospodarze chyba widzą, że trzeba nam pomóc i czynią to ochoczo i z uśmiechem. Widać że na Soszowie idzie nowe i to w dobrą stronę. Mamy czajnik, dostęp do prądu i oczywiście do łazienki. Jak dla nas - więcej nie trzeba. Toteż po wieczornej owsiance, szybko zasypiamy.







Dzień drugi, 13 czerwca 2017.
Schronisko na Soszowie - Hala Radziechowska - 29 km.

Wyspaliśmy się. To już bardzo dobrze :) Przy śniadaniu mamy okazję pod tytułem freeganizm - grupa młodzieży zostawiła dużo żarcia i mamy pozwolenie - nawet zaproszenie do pomocy w spożywaniu :) Przy okazji wchodzę w pogawędkę z obsługą i słyszę, schronisko się dźwiga i odzyskuje formę, co zresztą widać. Obiekt spory, więc pewnie nie od jutra będzie błyszczał, ale trzymam za to kciuki.
A potem zostaje nam tylko sprawnie się zwinąć i dziękując - pożegnać.




Nabieramy wysokości, choć do Stożka mamy podejścia takie w sam raz. Pogoda nas rozpieszcza, a okolica jest bajeczna. Pełno kolorowego kwiecia, a łagodne zbocza pokonuje się wtedy z wielką przyjemnością. Gdybym wieczorem mógł się przebić z propozycją noclegu, zdecydowanie wybrałbym szczyt Cieślara. Widoki roztaczające się z niego malują mi banana na obliczu :)











Za Cieślarem i osiedlem zaczyna się strome, ale na szczęście krótkie podejście. Przed nami Stożek Wielki ze swym schroniskiem, w którym się tylko obijam. Pieczątką, rzecz jasna... :) Zasiadamy na małą chwilkę i napieramy. Jest w sam raz górsko, bo co i rusz jakaś atrakcja - a to kamienie, a to piękny stary las, a to prześwitujące widoki, a nade wszystko nasz szlak :)







Dochodzimy do miejsca gdzie kiedyś była skromna Przełęcz Łączecko. Teraz powstała tam droga, a szlak nie idzie już przez przysiółki Mraźnica i Mrózków, które przycupnięte na leśnej polanie mogły się naprawdę podobać, a omija je szeroką drogą. Wygodną i widokową, ale wolałem po staremu. A nowe idzie, więc my z nim...





Powrót na grań z podejściem oznaczał niechybne zejście. Najpierw doleciały nas zapachy kulinarne, a po chwili wyłoniły się zabudowania gastronomiczne na Przełęczy Kubalonka. W tańszej knajpce skusiliśmy się na zupę czosnkową, choć w tej było za mało sera. Później jeszcze odwiedziłem parking przy mecie narciarstwa biegowego, gdzie kimałem pięć lat temu.





Za Szarculą którą wzięliśmy z marszu, trzeba było odbić na skałki, zbudowane zapewne z piaskowca istebniańskiego. Dosyć ciekawa formacja urozmaiciła przejście do kolejnego miejsca na szlaku - Stecówki. Tamże odbywał się remont prywatnego schroniska, a nieco dalej jaśniał świeżym drewnem odbudowany po pożarze kościół. Pamiętam ten stary i klimatyczny...





Ponownie wchodzimy w teren.  Lekkim podejściem zdobywamy rozejście szlaków pod Pietraszonką. Za nim już zejście do Czarnej Wisełki, a to może oznaczać jedno - podejście na Przysłop do jedynego bloku górskiego, którym jest schronisko PTTK pod Baranią Górą. Także i w nim widać prace remontowe, a komfortowy kibelek aż zaprasza na nowiutką porcelankę. Jakaś remontowa okolica...?








Nie możemy się zasiedzieć, bo dzisiaj oczywiście szczyt Baraniej i zejście ile się da. Pamiętam że poprzednio cztery godziny zejścia dały mi porządnie w kolana, więc dzisiaj ten czas podzielimy i zabiwakujemy poniżej Baraniej Góry. A na razie na podejściu już widać gołe pnie drzew, ogołoconych i osłabionych przez korniki, a następnie bądź to powalonych wichurami, bądź wyciętymi ludzką ręką. Na szczycie obok wieży, zostało jeszcze kilka drzew, ale generalnie goło i niewesoło. A dla nas jeszcze trochę zejścia.






Schodzimy o zachodzie słońca. Na wschodnich stokach niewiele widać z tego wydarzenia, które jednak tego wieczoru nie było zbyt spektakularne. Aelita narzeka na zmęczenie, ale górą zbyt mocno wieje, więc chcę zejść wyraźnie niżej i rozbić się przy umiarkowanym wietrze. Przy okazji dowiaduję się o bacówce na Hali Radziechowskiej, więc może obejdzie się bez rozbijania namiotu, bo i tej nocy chyba byłbym zdany tylko na siebie...




Wreszcie po poszukiwaniu szopki przy świetle czołówki, znajdujemy ją. W środku nawet możliwie, - jest mały bałagan, ale względnie czysto. Aelita doszła już ostatkiem sił, nawet ostatnie dwieście metrów musiałem wziąć jej plecak, jak swój zostawiłem w naszym locum... Ale już jest dobrze. Sprawdzamy czas - 23:04. Kolacja będzie lekka, bo teraz tylko położyć się, by nie zasnąć na stojąco... Kiedy padnięta wędrowczyni już zasypia, ja jeszcze próbuję uwiecznić nocne krajobrazy. Jednak bez statywu wychodzi to niezbyt...







Dzień trzeci, 14 czerwca 2017.
Hala Radziechowska - Stacja Turystyczna Abrahamów - 16 km.

Spanie było smaczne, ale zakończyło się pobudką :) Skoro nie trzeba zwijać namiotu, to i więcej czasu jest na śniadanie, po którym zwijamy bambetle, które zajmują miejsca w workach wodoodpornych. Na zewnątrz pogoda w sam raz - nie za gorąco, więc ruszamy w kierunku Węgierskiej Górki.







Z naprzeciwka dostrzegam maszerującego człowieka. Gabaryt plecaka sugeruje dłuższą trasę, więc pytam i okazuje się, że wędrowiec mnie rozpoznaje i właśnie kończy GSB, po części korzystając z informacji z tegoż bloga! Super, - jest motywacja do pisania. Wymieniamy informacje o szlaku i każdy idzie w swoją stronę.





Z góry widać miasto, ale przed nami jeszcze jedno dość strome zejście, a po nim do przejścia połać lasu schodzącego do granic zabudowy. Droga coraz wygodniejsza, a znaki prowadzą pewnie.





Dochodzimy do Węgierskiej Górki. Zatrzymujemy się na lody i czekamy na Pawła, który gna za nami i powinien dojść lada chwila. Istotnie, niebawem nas dogania, a w Żabnicy - gdy zatrzymujemy się na zakupu - daje do przodu swoim tempem.





Po zejściu z głównej drogi w Żabnicy, dochodzę do zejścia z bocznej asfaltowej w teren. Poprzednio ten znak mi umknął, także i dzisiaj jest zarośnięty dzikimi gałązkami, które po chwili znikają i strzałka jest już dobrze widoczna. Staram się dbać o czytelność szlaku.



Za plecami wzgórze Bukowina na którym kimałem pięć lat temu. Pamiętam tamten wschód słońca i pogodę, jakże podobną do dzisiejszej. Wspomnienia wracają, ale dzisiaj powstaną nowe, więc napieramy dalej.






Po dłużącym się, acz łagodnym podejściu, pojawiają się przed nami zabudowania przysiółka Abrahamów. Dzisiaj pasowałoby dojść do Rysianki albo choćby do Słowianki, ale wstępujemy po pieczątkę do stacji na Abrahamowie. A tu z okna odzywa się Paweł, który na dzisiaj tutaj zaplanował nocleg. Dla mnie trochę za blisko, bo dystans dzisiejszy niewielki, a i dnia jeszcze zostało, ale tak jakoś towarzystwo przytaknęło, że nie zaoponowałem. Zostaliśmy w Abrahamowie.







Dzień czwarty, 15 czerwca 2017.
Stacja Turystyczna Abrahamów - Beskid Korbielowski - 25 km.

Po wczorajszym dniu, dzisiaj godzi się trochę więcej kilometrów nawinąć, bo to nie wycieczka spacerowa... Szybkie zwijanie i zjadanie, toteż po chwili fota u płota i w drogę :)




Do Słowianki jest niedaleko, wręcz po sąsiedzku. Przy okazji pieczątki, spożywamy Radlera, dbając o właściwe nawodnienie :) Aelita poprzestaje na wodzie z bukłaka i pyta, czy może pójść sama przodem, więc nadajemy jej kierunek. Sami po degustacji limonki z procentem, podążamy za czerwonymi znakami.




Po drodze coraz więcej wody górskiej, a więc pitnej. Jeśli źródło jest niedaleko a nie widać zwierząt, to można ją spożywać bez uzdatniania. Najpewniej przy samym źródle.



Dochodzimy z Pawłem do malowniczego cypelka, tempo mamy prawidłowe, więc spodziewamy się lada chwila dogonić Aelitę. Tej jednak nie ma w zasięgu wzroku, więc telefonuję, by upewnić się, że nie zgubiła szlaku. Jest, a na moje pytanie odpowiada, że czerwone widzi... No, dzielna dziewczyna - napiera ostro... No to my za nią!



Dochodzimy do łańcuchów - jedynych na szlaku. Da się spokojnie i bez nich, ale z większym plecakiem czy po deszczu - mogą się przydać. Następnie przechodzimy przez Halę Wieprzską, gdzie według Pawła stał schron czy też bacówka, a za kolejnym strumykiem spotykamy parę młodych ludzi, robiących GSB systemem ratalnym. Każda forma przemierzania tego pięknego szlaku jest dopuszczalna :)







Gadu-gadu, pitu-pitu i przed nami Hala Pawlusia. Za plecami Romanka z trzema gawrami niedźwiedzimi, a ja się fotografuję na tle doliny z której przyszliśmy. Gdybym miał beret, lekkim rozmachem dorzuciłbym go na Rysiankę, gdzie po chwili się meldujemy.







Obok schroniska wysyp człowieków. No tak - dzisiaj Boże Ciało i długi weekend, pogoda rewelacyjna, toteż nie ma się co dziwić, że tu tak ludno. Znajdujemy też naszą koleżankę.
Zapiekanka mieści się jeszcze w moim budżecie, toteż po chwili mieści się i w żołądku :) Patrzymy na bliższe i dalsze pasma górskie, a widać też słowackie Fatry, które mnie kuszą... Dzisiaj jednak mamy trasę wyznaczoną i się jej trzymamy. Ażeby nie tracić czasu i dystansu, po należytym wytchnieniu, ponownie wędrujemy szlakiem.






Hala Cudzichowa z niedalekim Pilskiem cieszy oko. Piękne okoliczności przyrody zatrzymują nas na krótkie postoje, bo niebawem dojdziemy na Halę Miziową, gdzie znowu na chwilę zasiądziemy. 





Piękne widoki i takaż lokalizacja przyciągają tu rzeszę ludzi. Dla na to zaledwie kolejny przystanek z odpoczynkiem przed zejściem, które poprowadzi nas długim leśnym stokiem.  Spoglądamy na piękną panoramę i powoli dajemy w dół.






Leśna ścieżka jest zarazem ścieżką górską. Trzeba patrzeć pod nogi na korzenie i kamienie, a od czasu do czasu także i na strumyki. Nie wolno przy tym zapominać o nawigowaniu, ale znaki pojawiają się często, choć na jednym rozwidleniu oznakowanie mogłoby być wyraźniejsze. Niemniej bez przygód osiągamy najniższy dzisiaj punkt szlaku - Przełęcz Glinne.






Na przełęczy pusto jak w wymarłej osadzie. Budynki dawnego przejścia granicznego straszą zniszczeniem, a budowla Straży Granicznej pusta i zamknięta na głucho. Po wodę idziemy na Słowację, gdzie obok już zamkniętego sklepu jest kran, więc napełniamy bukłaki.
Na przełęczy nie widać dobrego miejsca na biwak, więc decydujemy się wypatrzyć dogodne miejsce w lesie, gdzieś za Studentem. Najbliższa miejscówka jest zajęta przez namiot zabarwiony zachodzącym słońcem, więc szukamy dalej.



Zapada zmrok, kiedy przy pochyłej polanie trafiamy na domek, przy którym są dwa metry kwadratowe płaskiego terenu. W sam raz na nasz namiot i po dwadzieścia centymetrów wolnej przestrzeni dookoła. Toteż po chwili na placyku staje mój zielony pałacyk :) Paweł rozbił się na drodze, pewnie nikt tędy nocą nie będzie przejeżdżał... Kolację wciągamy już przy czołówkach.





Dzień piąty, 16 czerwca 2017.
Beskid Korbielowski - Schronisko na Markowych Szczawinach - 19 km.



Ranek budzi nas bez słońca. Pewnie jest tam gdzieś nad chmurami, które nie zwiastują nic dobrego. Zresztą prognozy zapowiadały deszcz, więc nie ociągamy się za bardzo i powoli wychodzimy z naszych pieleszy.





Śniadanie trzeba zrobić szybko, bo po nim worki wodoodporne będą chyba konieczne. Zaczynają spadać pojedyncze krople deszczu, więc zwijamy się bez ociągania. Ledwie spakowałem plecak, a zaczął padać regularny deszcz. Ufff... - zdążyliśmy! 





Chwilę jeszcze przeczekujemy pod skąpym daszkiem chatki, a gdy opady zanikają, przemieszczamy się na szlak, a nim dalej, obok znajomego ogrodzenia.



Na śliskim zejściu rzucam hasło:
- to może "dupozjazdy"...?
Jeszcze moje słowa nie przebrzmiały, a słyszę za sobą głuche "łuuup" ! Oglądam się, a Paweł właśnie się podnosi... :) Uśmiech na twarzy mówi wyraźnie, że przygoda zaliczona bez większych strat i bólu.



Na szlaku pusto. Mimo długiego weekendu, pogoda nie sprzyja wędrówkom, choć spotykamy pojedynczych turystów. Sytuacja nieco się zmienia, gdy dochodzimy do Bazy Namiotowej Głuchaczki.





My dochodzimy od góry, a od dołu brodzą przez wysoką trawę trzy dziewczyny. My pakujemy się pod wiatę, one zasiadają przy zewnętrznej ścianie. Ale po chwili nawiązujemy rozmowę, a po kolejnej przystępujemy do wymiany. W barterze śmiga czekolada i batoniki, uśmiechy i opowieści :) Jest miło, ale powoli trzeba ruszać. Żegnamy się i po chwili znów prowadzą nas czerwone znaki.




Podchodzimy pod Mędralową, a Paweł już gna przodem. Ja mu nie dotrzymam kroku, a Aelita tym bardziej. Dziewczyna męczy się na każdym podejściu, jej plecak z zawartością widać że daje jej w kość. No zdecydowanie nie jest to wyposażenie ultralight. I tak niosę za nią namiot i część przyborów kuchennych. Na podejściu znowu odpoczywamy.




Gdy mijamy Mędralową, chcę zajrzeć do koliby w której kimałem z sympatyczną załogą Słowaków, co mile wspominam, ale widmo deszczu przynagla nas do dalszej drogi. Spoglądam tylko na szałas z daleka i przy najbliższym skrzyżowaniu przyspieszamy na zejściu.




Po drodze zaczyna lać. Przed nami jakieś pół godziny do schroniska i tam właśnie najprawdopodobniej utkniemy. Mijamy kilka źródeł wody, których w masywie jest sporo. Ten odcinek w upale zabezpiecza wodę na bieżąco. Ale jak na ironię, wodę mamy także z nieba...




Dochodzimy na Markowe Szczawiny. W schronisku pełno ludzi, ale Paweł zarezerwował dla nas glebę na poddaszu, bo istniała obawa o dostępność nawet tak skromnego miejsca do spania. Bardzo nam się podoba kuchnia turystyczna, gdzie stoi nowoczesny samowar oferujący wrzątek na bieżąco. Pomieszczenie nie jest duże, ale można przygotować własne jedzenie i doładować komórki.
Późnym wieczorem na jadalni odbył się koncert piosenki górskiej w wykonaniu zespołu Cisza Jak Ta. Było klimatycznie, a atmosfera górska była pogodna, mimo padającego na zewnątrz deszczu.
Przed snem pogadaliśmy jeszcze ze współspaczami o sprzęcie, po czym uderzyliśmy w kimono.







Dzień szósty, 17 czerwca 2017.
Schronisko na Markowych Szczawinach - Schronisko na Hali Krupowej - 18 km.



Od rana leje. Normalnie momentami regularna ulewa, a z rynny chlustają strugi deszczówki. No cóż - czekamy na niewielką choćby poprawę. Przynajmniej nie ma pośpiechu z pakowaniem się, a i śniadanie można spożyć w pełnym skupieniu :)





Dobrze po dziesiątej wychodzimy. Nie leje mocno, ale kropi, mży i to wszystko wisi w powietrzu. No to o widokach z Babiej możemy zapomnieć... Uśmiechami staramy się przegnać złą pogodę nad nami, bo pogoda ducha jest. No to fotki i szagom!





Na Brona idziemy spokojnym krokiem. Tu się nie ma co wyrywać nawet przy dobrej pogodzie, a co dopiero przy dzisiejszej. Wyślizgane kamienie po deszczu są niezbyt bezpieczne, widoczność nie przekracza stu metrów, a do tego dochodzi wzmagający się wiatr. Lekko nie będzie...!



Na przełęczy już zimniej, bardziej wietrznie, a deszczyk oczywiście nie ustaje. Nieco wyżej w kosówce ubieramy dodatkowe warstwy, a aparat zabezpieczam przed zacinającymi kroplami wody. W takich warunkach odpuszczam fotografowanie, zresztą mgła dookoła.



Po wyjściu z osłaniającej kosówki nie było już żartów. Schodzący z góry ludzie ostrzegali przed mocnym wichrem, czego smak dało się już poczuć. Nasze poncha łopotały na wietrze, więc trzeba je było dobrze zabezpieczyć, by nie zamieniły się w chorągwie. Rzepy puszczały momentalnie pod naporem wiatru, toteż dolne końce po prostu związałem z sobą, gdy opasanie się linką nie pomogło.
Deszcz wciskał się z boku pod każdym kątem, bo i wichry kręciły się jak oszalałe. Po dojściu do Pośredniego, było po prostu ciężko. Niewielka widoczność, bardzo mocne podmuchy wichru wciskające krople gęstego deszczu w każdy zakamarek. Do tego coraz bardziej dojmujące zimno i zgrabiałe dłonie oparte na kijkach, które bardzo się przydawały w silniejszych podmuchach.

Już na ostatnich metrach, gdzie kopuła szczytowa zbudowana jest z mniejszych i większych głazów niczym gołoborze lub gorgan, trzeba było dobrze się pilnować gdzie stawia się stopę, bo wicher chętnie dopełniłby dzieła. Jednak w skupieniu i uwadze pokonywaliśmy krok po kroku, pomagając sobie wzajemnie.
Przed samym szczytem zatrzymaliśmy się przy większym głazie, by choć trochę rozgrzać zgrabiałe dłonie. Ja z trudem wsadziłem je w kieszenie, ale mogąc oprzeć się o skałę, przynajmniej przez pół minuty mogłem odsapnąć w szalejącym wichrze.
Zostały ostatnie metry. Świst dujawy wiercił uszy, a dłonie i twarz były bezlitośnie siekane mokrym wichrem. Z trudem wyszukiwało się bezpieczną drogę, balansując na granicy utrzymania równowagi.

Wreszcie wyszliśmy na szczyt. Szybko minęliśmy kamienny ołtarz, by schronić się za ścianą ustawioną tu z kamieni. Ściana ta była zbawieniem. Wreszcie podmuchy nas nie dosięgały i nie wychładzały smagając deszczem. Byle wtulić się w ścianę i stać bez zapierania się kijami!
Po dwóch-trzech minutach mogłem wreszcie rozcierając dłonie, wsadzić je na chwilę w kieszenie. Sytuacja opanowana, miejsce bezpieczne, że wręcz chciałoby się powiedzieć - przytulne, to i dobry humor powoli zaczął wracać. Zdjąłem plecak, poncho i założyłem jeszcze koszulę jedwabną i wiatrówkę. Liche te warstwy osłaniały jednak skutecznie od wiatru. Znalazłem też rękawiczki lateksowe, więc i one powędrowały na dłonie, osłonić od dalszego wymoczenia. Nikt nie chciał opuszczać kamiennej osłony by zrobić sobie fotkę przy daszku z tabliczkami, więc pamiątkowe zdjęcia zrobiliśmy tylko tak, by w tle było widać charakterystyczny słupek. Po tym nałożyłem ponownie plecak i poncho i nawet nakręciłem filmik, wyraźnie ciesząc się z dotarcia na szczyt.

Gdy już jako-tako doszliśmy do siebie, trzeba było powoli schodzić. Choć zejście było nieco łatwiejsze, nie można było sobie pozwolić na rozprężenie i niefrasobliwość. Jednak droga w dół była i łatwiejsza i krzepiąca, bo dość szybko osiągnęliśmy osłonięte fragmenty ścieżki, toteż schodziło się szybciej. Nieliczne trudne odcinki już nie robiły takiego wrażenia jak na podejściu. Za Sokolicą to była już bułka z masłem :)






Do Krowiarek (Przełęcz Lipnicka) dotarliśmy w wybornych humorach. Tym bardziej, że Paweł miał tu kolegę, który w punkcie informacyjno - edukacyjnym podjął nas gorącą herbatą. Tu do reszty odtajaliśmy, bo na szczycie odczuwalna temperatura była chyba minusowa. Teraz warunki atmosferyczne na resztę dnia były nam niestraszne, bo zahartowaliśmy się w tej "babiej surowości" :)




Powoli drepczemy mokrą drogą. Podchodzimy i osiągamy Cyl Hali Śmietanowej. A deszczyk sobie padu-padu-pa... ;-)




Patrzę w dół na mokre spodnie i z zaskoczeniem konstatuję, że w butach mam sucho! Buty z Deca które kupiłem na ten szlak, spisują się wyśmienicie!  Wziąłem je głównie znając ich wodoodporność po szlaku Niebieskim Granicznym, także i teraz spisują się na medal. Suche stopy do ogromny plus w tych warunkach!



Na Policy miejsce katastrofy samolotu pasażerskiego jest okazją do kolejnej foty pamiątkowej. Śladów katastrof lotniczych w górach spotkamy jeszcze kilka. Ta pogodowa przynajmniej była zapowiedziana i nienajgorzej jesteśmy na nią przygotowani. Poncho rulez! :)



Od Przełęczy Kucałowej schodzimy ze szlaku. Spokojnie, - schronisko na Hali Krupowej jest poza zasięgiem czerwonych znaków, ale  każdy je traktuje, jakby na nim było. Przynajmniej tutaj te trzysta metrów nie robi żadnej różnicy :) Ostatnie metry to kolejna próba dla odporności obuwia na warunki błotne, po czym meldujemy się pod dachem. Dzisiaj może dystans nie był imponujący, ale zdecydowanie jesteśmy z siebie zadowoleni.





W schronisku ludzi sporo. Długi weekend jeszcze trwa, więc można się było spodziewać takiego tłumu. Zamiast gleby, mamy możliwość spania w łóżkach, co przyjmujemy jako nagrodę i wytchnienie po dzisiejszych atrakcjach. Zagospodarowujemy się na sali koncentracyjnej, bo zagęszczenie jest imponujące, - gdy wszyscy ustawią obok łóżek plecaki, to dojście do prycz jest szerokości niewiele większej od krawężnika. A mieści się tu 16 osób... Jeśli komuś "sala koncentracyjna" nie podoba się z nazwy, to proponuję ją nazwać "Sardynia" ;-) :) Ciaśniej bowiem mają tylko pewne drobne rybki w puszce :)
Po wrażeniach dnia, nawet trwająca do trzeciej w nocy studencka impreza gitarowa nie zmąciła zbytnio mojego odpoczynku...







Dzień siódmy, 18 czerwca 2017.
Schronisko na Hali Krupowej - Bacówka PTTK na Maciejowej - 38 km.



Spanie - granie - spanie - granie - spanie... Cisza nocna to chyba nieznany wynalazek na Hali Krupowej. Gospodarze jak poszli spać, tak nie było już chyba żadnych reguł. Młodzi ludzie grali i imprezowali nie licząc się z resztą. Nie wiem, czy wcześniej skończył im się alkohol czy struny w gitarze, bo wreszcie nad ranem ucichli. Jakby tego było mało, całą noc na piętrze płakało małe kilkuletnie dziecko, wrzeszcząc do nieobecnego tatusia... A ja nawet się - o dziwo - wyspałem!

Deszcz od wczoraj nie ustąpił, więc wilgotnych atrakcji mamy ciąg dalszy. Przebijając się przez mgłę, stajemy na pobliskiej polanie przy rogalu ze znakami i wybieramy jedyny słuszny kierunek :)



Na Okrąglicy leje na okrągło. Droga z takimi koleinami, że spokojnie można tu ukryć górską łódź podwodną... ;-) Gałęzie niemal nie pozwalają przejść obok, ale przedzieramy się niczym laik przez przepisy. A widoki przednie są średnie...




Właściwie, to taka dyskretna i tajemnicza mgiełka nadaje okolicy czarowny wygląd... Deszczyk nieśmiało pluska w kałuży, mnożąc kółka na wodzie. Mięciutkie i lejące się błotko z czułością przykleja się do naszych cieplutkich jeszcze butków... Jest uroczo, wilgotno i nieupalnie... Jest mi dobrze - i dobrze mi tak! ;-)








No dobra - dość tej sielanki! Deszcz powoli daje za wygraną i pewnie lada godzina ustanie. Tymczasem przebijamy się przez rzednące mgły i schodzimy coraz niżej i bliżej cywilizacji. Cupel wita nas widokami na całkiem daleką okolicę! Nic to, że pod nogami błoto, - niżej będzie już całkiem znośnie.





 


Całkiem wygodną i dość suchą leśną drogą schodzimy do składu drewna. Gospodarka leśna ma się tu dobrze i widać, że zasoby są eksploatowane intensywnie, ale i rozsądnie. Las jest przerzedzony, ale nie wycięty. Na składzie, kłody spokojnie czekają na wywózkę, a szlak poprowadzony jest na pozór dziwnymi meandrami, po to, by turyści nie wchodzili na plac załadunkowy. Oczywiście z uwagą można zejść drogą, zwłaszcza gdy na placu nie odbywają się prace leśne.






Od składu drewna jest już bezdeszczowo, wręcz prawie sucho, a szeroka wygodna leśna droga prowadzi po nieznacznym nachyleniu w dół. Teraz nasza wędrówka ma charakter przyjemnego spaceru.



Jest i domek leśników. Mała budka ze skromnym wyposażeniem, może awaryjnie posłużyć za schronienie przed deszczem. W szybie okiennej zrobiłem sobie autoportret, który nawet mi się spodobał. Przy okazji można zobaczyć, że okno czasami bywa przecierane :)





Jeszcze krótki odcinek i opuszczamy las. Perspektywa wyraźnie nizinna osadza nas w cywilizowanej rzeczywistości, bo i dochodzimy do wsi. Przed nami Bystra.




Przy szlaku sklep wielkopowierzchniowy. Wstępujemy na małe zakupy - tylko na drugie śniadanie. Ale dla idących w drugą stronę, to sklep bardzo ważny, - warto tu zrobić zapasy na wędrówkę aż do Węgierskiej Górki, bo poza schroniskami, na szlaku nie ma regularnych sklepów spożywczych, ani zresztą żadnego innego. Jedynie na Przełęczy Glinne już na terenie Słowacji za dawnym przejściem granicznym - jakieś 300 metrów - są potrawiny. Ja tylko wciągam jogurt.



Za wsią dość szybko wchodzimy w teren. Oznakowanie nawet daje radę, ale nadmiarem czytelności nie grzeszy. W mgle czy po zmroku można przeżywać rozterki, tym bardziej, że przebieg szlaku został zmieniony i nie prowadzi już pod wiaduktem wiecznie mokrą drogą, a kieruje wzdłuż torów, które na najbliższym przejeździe przekracza.








Od tego momentu aż do Rabki, dalszy przebieg Głównego Szlaku Beskidzkiego budzi moje kontrowersje. Nie mam pojęcia kto i po co poprowadził ten piękny górski szlak przez Jordanów. Trzeba wyraźnie odbić od ogólnego kierunku, by odwiedzić to malownicze skądinąd miasteczko, nie zaliczając żadnej beskidzkiej ani górskiej atrakcji. Na dodatek maszerowanie asfaltem nie należy do ulubionych zajęć górołaza. Przynajmniej w pizzerii wbili nam stempelek.







Schodząc od jordanowskiego rynku do stacji kolejowej, trzeba się mieć na baczności. Jest to bowiem ciąg drogi pozbawiony nie tylko chodnika, ale i bezpiecznego pobocza. Ciężarówki śmigają na centymetry, nawet gdy piechur wtuli się w przydrożne chaszcze. Na szczęście ta atrakcja nie trwa długo, zaledwie do torów kolejowych.




Przy torach skręcamy w lewo - na wschód. Poprzednio do Skawy szedłem torami, wręcz po szynie. Dzisiaj znowu drepczę asfaltem kilkaset metrów, by przecisnąć się pod zamkniętym szlabanem i wejść na leśną drogę. Ta przynajmniej jest wygodna, ale znowu mam wrażenie, jakbym szedł doraźnym objazdem. Po wczorajszych atrakcjach pogodowych, dzisiejsze terenowe powodują, że wewnętrzny malkontent nie chce ze mnie wyjść. Na dodatek idąca za mną koleżanka gdzieś znika, toteż mam dłuższą chwilę na kontemplowanie flory i jej uwiecznienie.









Tuptamy dalej i pod górkę. Widoków brak, las momentami ciemnieje jak niedźwiedzia gawra czy wilczy szaniec broniony przez ciężką artylerię. Widać w rzeczy samej, że na wzgórzu były jakieś działania, bo działa nadal stoją. Lufa skierowana na wschód, - no, chociaż w dobrym kierunku... :)






Ojakfajnie, ojakfajnie! Dawno nie było asfaltu! Wrrr...! To po to szedłem przez ciemny las, by teraz podziwiać przejeżdżające samochody...? Przynajmniej coś widać szerzej i dalej, ale to tylko dlatego, że pogoda się nad nami zmiłowała. Przy porannej mgle i deszczu, kląłbym tu w żywy kamień! Dziwne, co? Gościu może iść z uśmiechem po błotnistej leśnej czy górskiej drożynie, a strzela focha na piękny, równy i gorący asfalt...! Ale na Główny Szlak Asfaltowy, to ja się mogę wybrać kierując się zapachem spalin, a na GSB oczekuję tras terenowych, rozsądnie poprowadzonych. Nawet zaproponowałem taką modyfikację odcinka w PTTK-u, ale GSB to już uświęcona tradycja i trasa, którą nie łatwo zmienić. Po części przyznaję rację. Po części...






Widzę już budynki stacyjne Skawy, gdzie onegdaj doszedłem pieszą drezyną ;-) Po chwileczce dochodzimy do główniejszego asfaltu, na którym oznakowanie bezskutecznie woła o pomstę do nieba. Na przystanku busów naprzeciwko spożywczego popijamy płyny chłodzące, bo pogoda się poprawiła zbyt szybko, ale i tak nawodnić się trzeba.
Pomny wcześniejszego błądzenia z poszukiwaniem znaków, zapowiadam to kompanii i szukamy czerwonych. Klapa na całego. W miejscu gdzie można dojechać ciężkim sprzętem, nie może dotrzeć sumienny znakarz. Ja wiem, gdzie trzeba skręcić i chyba tylko dlatego udaje nam się znaleźć znak, i to dla schodzących polną drogą, nakazujący skręcić w prawo w kierunku z którego przyszliśmy. Znak jest na barierach, więc z naszego kierunku bardzo słabo zauważalny.




Już nie patrzę na znaki, chociaż nawet są na drzewach. Moja irytacja była już wystarczająco nakręcona, więc korzystam z pięknych okoliczności przyrody, by ją gdzieś tu zostawić. 



Pamiętam to piękne pole. Szerokie, bezkresne, choć zewsząd otoczone lasem... Trafiliśmy tu i w porę i w pogodę. Szlak prowadzi na wprost obok kępki drzew. Na końcu łąki zaś czeka ławka i stolik dla kontemplujących piękno okolicy, a może i zachód słońca. A to jeszcze dość wysoko, więc spokojnie doprowadzi nas do Rabki.






Ano tak! Kolejna "atrakcja"! Odcinek do Zakopianki, to kręta, mokra i zarośnięta ścieżka. A im bliżej tej znanej arterii komunikacyjnej, tym wyraźniej zmysł powonienia informuje, że przydrożne kibelki ...nie istnieją! A może istnieją w formie jakże naturalnej... :(  
Zatem uwaga na spodziewane niespodzianki...




Zakopiankę przeskoczyliśmy nawet bez drżenia serca, - jakoś ruch był umiarkowany. Ale za pierwszym zagajnikiem czeka nas kolejna, imponująca niespodzianka. Budowa nowej arterii komunikacyjnej! Plac budowy krzyżuje się z naszym szlakiem, który nie wiadomo gdzie i jak prowadzi. Ja wiem, ale ktoś idący tu pierwszy raz...?
No to informuję - trzeba się przedrzeć do tej pięknej kępy wysokiej sośniny za wykopem. Znaki nie prowadzą żadnym obejściem, więc szablę w dłoń i szarżujemy na buldożery! A co będzie później, gdy powstanie tu droga...? Abojawiem...!?!




Sprzedam pięć kilo błota! Świeże, - prosto spod wykopanki-zakopianki :)
Czyścimy obuwie, szczęśliwi, że nie idziemy tu w dwudniowym deszczu i w dzień powszedni (dzisiaj jest niedziela). Są znaki, więc najgorsze mamy już za sobą. I na dzisiaj to prawda. 
Wchodzimy na pastwiska gdzie byłem obszczekiwany przez psy pasterskie, ale dzisiaj ich nie ma. Tyle dobrze... Wreszcie oddychamy pełną piersią, może dlatego, że uzdrowisko, zdrój przed nami.




Zaczyna się zachód słońca. Od południa Luboń niby Wielki, choć ledwie wyłaniający się zza wzgórza, za to na zachodzie na prawo od dobrze widocznej Babiej i pasma Policy, zaczyna się wieczorny spektakl. Podziwiamy i focimy.






Jest pierwsza kapliczka, jest asfalt. Rabkę szlak przecina na przestrzał, więc taka konfigurację szlaku mogę jeszcze zaakceptować. Schodzimy do uzdrowiska i szukamy jeszcze czynnego sklepu, bo spożywczy Adaś na końcu miasta będzie już niechybnie zamknięty.
W Rabce Paweł odbija na kwaterę do Cioci. Będzie karmiony do syta i wykąpie się w prawdziwej gorącej wodzie... :)





W sklepie czynnym do północy uzupełniamy zapasy na przeskok do Krościenka. Przy okazji dzwonię na Maciejową, by się zapowiedzieć, bo dojdziemy już późno, a nie chcemy pocałować klamki. Po dzisiejszym dystansie, trochę komfortu może mi nie zaszkodzi...





Wyszliśmy na łąki nad Rabką gdy zapadał już mrok. Czołówki jednak nosimy nie od parady, toteż bardzo przyjemnie się szło w świetle dyskretnie rozświetlającym dobrze znaną mi drogę. Nie tak dawno schodziłem tędy także przy świetle latarki. A leżąca u naszych stóp dolina, prezentowała się z nocnym oświetleniem całkiem ciekawie.



W Bacówce dostałem ten sam co poprzednio pokoik z balkonem i widokiem na Babią Górę z przyległościami. Bardzo przyjazny młody człowiek przyjął nas z przysłowiową gościnnością, a gdyby nie późna pora i nasze zmęczenie, pewnie przegadalibyśmy jeszcze długie godziny. Poza nami nie było żadnych gości, toteż po kakofonii poprzedniej nocy, cisza aż dzwoniła mi w uszach. 
I to niesłyszalne dzwonienie ukoiło mnie do snu... Cisza... Cisza jak ta... :)




Dalszy ciąg relacji we wpisie z kolejnego tygodnia.

13 komentarzy:

  1. i tak zamiast książki na dobranoc rzuciłem się do Twojej/Waszej wędrówki... i o ile książki raczej powodują o tej porze u mnie senność tak po lekturze GSB zasnąć szybko nie mogłem...niecierpliwie czekam na dalszy ciąg :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciąg dalszy nastąpi, już niedługo. Skończyłem pisanie drugiego odcinka, zostało szlifowanie i polerowanie. Lakierowania nie będzie ;-)
      No to póki co - śpij spokojnie :)

      Usuń
    2. Najnowsze wydanie przewodnika Główny Szlak Beskidzki (Compass) proponuje już obejście tego felernego przejścia przez zakopiankę. Ciekawe czy ktoś z projektantów wziął pod uwagę istnienie w tym miejscu szlaku z wieloletnią historią? Wystarczyłoby skopiować rozwiązanie ze GSŚ gdzie S7 przed Dąbrową przechodzi się kładką dla zwierząt.

      Usuń
    3. No i bardzo dobrze! Z Compassem mam dobre relacje, więc zajrzę do nich przy najbliższej okazji i zapytam, czy nie chcą ode mnie innych sugerowanych obejść. Przewodnik mam w wersji pierwszej, ale zmiany idą na bieżąco.
      A GSŚ przechodziłem tym przesmykiem, na GSB załatwiałoby to sprawę...
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Chyba byłem trochę uciążliwym kompanem podczas tego przejścia. Bo jak nie spowalniałem to znowu mocno przyspieszałem;-) Jeszcze jakieś wizyty u krewnych po trasie! Podejrzewam, że mogliście już mieć mnie dość;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za dyktowanie tempa była odpowiedzialna koleżanka. Gdy przyspieszałeś - my zostawaliśmy w tyle. A spowolnień nie zanotowałem :) No, może na Abrahamowie zalegliśmy za wcześnie, ale to niczego nie zmienia. Dobre towarzystwo jest ważniejsze od dobrego tempa. No i wracając od cioci, dostarczyłeś nam kuskus, więc wyszło na plus :)

      Usuń
  3. Ach, Rownica, az mi sie lezka w oku zakrecila... Pogoda nie rozpieszczala! A ja przebieram nogami i juz nie moge sie doczekac powrotu do Polski. Jeszcze cztery dni i zobacze Beskidy :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pogoda - jaka by nie była - zawsze urozmaica wędrówkę. Oczywiście najlepsza jest słoneczna i nieupalna, ale im gorsza, tym bardziej się ją pamięta :)
    No a Beskidy czekają tam, gdzie je zostawiłaś :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Korzystając z ostatniego ciepłego jesiennego weekendu zabrałem juniora na jego pierwszy nocleg w schronisku (pozdrawiamy gospodarzy Soszowa!). Schodząc z Równicy zagadaliśmy się i .... rzeczywiście znaki nie prowadzą za drogą :) Nauczka na przyszłość - dokładnie czytać opis na blogu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Licho nie śpi ;-) Sam staram się mieć taką wędrowną czujność i automatycznie wypatrywać znaki szlaków na drzewach itp. Niekiedy jednak czujność się zamyśla i trzeba wracać i szukać... Ale przynajmniej jest o czym opowiadać! :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Czasami rozmowa jest tak zajmująca, a szlak biegnie prościutko :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cześć,
    jest gdzieś spis miejsc gdzie można zdobyć pieczątkę na szlaku? W życiu bym się nie domyślił, że można ją dostać w... Zapiekarni. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć,
      Spisu nie ma, bo właściwie to każde schronisko i większość stacji turystycznych ma swoje pieczątki. Czasem szukam po okolicznych sklepach i knajpach, w Węgierskiej Górce byłem nawet w Urzędzie, ale tam wszyscy biegali i się nie doczekałem.
      Trzeba się po prostu rozglądać, bo to wcale nie musi być pieczątka turystyczna.

      Na przykład w Zieleńcu na GSS dostałem piękną pieczątkę w sklepie spożywczym :)

      Pozdrawiam!

      Usuń