Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

niedziela, 2 lipca 2017

Główny Szlak Beskidzki 2017 - 3 tydzień - Kąty - Wołosate



Dzień piętnasty, 26 czerwca 2017.
Kąty - Lubatowa - 28 km.



Wieczorem w Kątach przeszła burza, a deszcz lał jeszcze nad ranem. Jednak nie odstraszyło to "rannych ptaszków" - wyfrunęli każdy w swoją stronę. Także i dla nas niebawem nadszedł czas na rozpoczęcie trzeciego tygodnia wędrówki.



Nad Kątami dość sucho, ale im bliżej Grzywackiej Góry, tym więcej wysokich traw, jeszcze mokrych. Pojawiły się znaki których poprzednio nie było, więc nawigowanie stało się łatwiejsze. 




Paweł raportował, że na Łysej Górze jest pieczątka. No i była i znalazła swe odbicie w książeczkach :) A dalej były łąki i gęste zagajniki z połamanymi gałęziami, które smutno sterczały w poprzek ścieżki. Znowu piłka poszła w ruch. A przecież niejeden piechur tędy przechodził i nikomu nie wpadło do głowy ny usunąć tę przeszkodę...? Może wpadło i na tym się skończyło...







Było trochę tych chaszczy i wysokich traw, no, ale to Beskid Niski, - dzikość natury także ma swoje uroki... A te mogliśmy niebawem podziwiać, jak tylko z lasu wyszliśmy na łąki nad Chyrową. Kolejny bezkres lokalnych połonin, choć tutaj chyba nikt ich tak nie nazywa...



Na zejściu przy drodze jedna agroturystyka, nieco dalej kolejne dwie. A w dolinie cerkiew przy której idzie szlak, my jednak nieco skracamy marszrutę i spacerujemy asfaltem. Stąd na tą starą świątynię jest nawet lepsza perspektywa.




Przed nami cel pośredni - agroturystyka "Pod Chyrową" w Hyrowej :) Budynek dawnej szkoły także i teraz gości grupę młodzieży, uczestniczącej bodaj w zgrupowaniu sportowym. My tylko prosimy o wrzątek - jest darmowy :) Po chwili raczymy się smakowitościami z własnych zapasów. Przy okazji odwiedziłem panią z kuchni, która biegała maratony, ale że kolana prosiły o litość, przesiadła się na rower. Tys piknie :)




Przy okazji rozmowy dowiedziałem się, że sąsiedni budynek - "goprówka", jest udostępniany wędrowcom nie poszukującym specjalnych wygód. Do łazienki bowiem trzeba się udać do budynku głównego. Za to cena niższa niż w gmachu.



Spoglądam jeszcze na piękne wzgórze, dzisiaj dodatkowo nadbudowane wypiętrzonymi cumulusami. Pamiętam tę okolicę z burzowej nocy, którą tu pod daszkiem z przeciekającej pleksi spędziliśmy cztery lata temu. Ale dzisiaj zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, która właśnie się kończy. Żegnamy się i w drogę.




Pamiętam stary krzyż przy asfalcie. Został z niego kamienny cokół. Przemija świadectwo historii i powoli zanika, umierając na stojąco. Jak tu musiało być inaczej, w czasach gdy go stawiano...



Przed końcem wsi wchodzimy do lasu przy placu do składowania drewna. Droga nadal rozjeżdżona, ale nieco mniej niż poprzednio. Nawet szlak omija co gorsze fragmenty drogi zrywkowej.
Za wzgórzem znowu wysoki, rzadki las, choć dość szczelnie zakryty koronami drzew liściastych. Buki właśnie taki lekko ponury wygląd nadają opanowanym przez siebie lasom. Jeszcze trochę pod górę, następnie z góry i stajemy na brzegu boru. A pod jego ścianą - sanktuarium świętego Jana z Dukli.





Chcę odwiedzić Ojca Tadeusza z którym długo rozmawialiśmy poprzednio. Jest w świątyni, gdzie roztacza przed oazowymi słuchaczami barwne życie świętego Jana. Gdy wraca do swojej siedziby, podejmuje nas gościnnie w obliczu wspomnień. Chciałby nas wykarmić tym co ma, ale poprzestajemy na czekoladzie i książeczce o żywocie bł. Władysława z Gielniowa, który był bratem zakonnym św. Jana i mojego rodaka - świętego Szymona z Lipnicy. Wszyscy trzej byli bowiem Bernardynami.
Wychodząc, wstępujemy jeszcze do groty po wyśmienitą wodę i schodzimy w dół. Gdy szlak odbija z asfaltu w trawiaste łąki, zastanawiamy się, czy pójść właśnie tamtędy, gdy słyszę znajomy szum, poprzedzony mocnym powiewem wiatru. No to już wiem co się wydarzy, toteż przyspieszamy kroku w stronę parkingu dla pielgrzymów. Już w pierwszych strugach ulewy dopadamy kramów z pamiątkami, gdzie chronimy się pod skąpy daszek. No, - na łąkach nie byłoby ciekawie...




Deszcz polał dobrą chwilę, ale uszło nam na sucho. Teraz mokra łąka doszczętnie by nas zmoczyła wysokimi trawami pełnymi świeżych deszczowych kropel, wiec chyba święty Jan nadał nam kierunek asfaltem... :) Po drodze trafiamy na sporą kępę wysokiego Barszczu Sosnowskiego, od którego staramy się trzymać jak najdalej. A nad zachodem, ciemne chmury igrają z promieniami słonecznymi.





Idziemy drogą międzynarodową w kierunku mostu na Jasiołce. Tiry śmigają stadami, więc udeptujemy brzeg pobocza. Ale to tylko kawałeczek. Za to już za mostem spokojnie, a po kilkuset metrach zaginamy w teren. Trawy mokre, ale mijamy kolejne łąki i szybko wchodzimy w las, gdzie jest trochę ślisko, ale znośnie. Jeszcze tylko spojrzenie za siebie - ciepła okolica paruje, co nawet ciekawie wygląda.





Cergowa porośnięta jest pięknymi bukami, grabami i innymi drzewami liściastymi. Tworzą one niepowtarzalny klimat z pogmatwanymi konarami pochylającymi się nad ścieżką, by pochwycić nieuważnego wędrowca... ;-) I byłoby fajnie tak iść brzegiem lasu, ale nie wiedzieć czemu, szlak odbija w pokazowy gąszcz i kolczasty chaszcz, więc po raz kolejny musiałem uciec się do piłowania... Chyba kiedyś przyjadę tu z farbą i po swojemu poprowadzę szlak... ;-)




Wracamy do lasu, hamując niepochlebne komentarze pod kierunkiem projektanta szlaku. Musieliśmy obejść kolejny gąszcz, bo nie było sensy pchać się w zarośla o strukturze drutu kolczastego. Odnajdujemy czerwone i już bez przeszkód wdrapujemy się na szczyt. Duszno, parno i wilgotno, więc pocimy się przy tym, ale wreszcie stajemy na szczycie. A tu - plac budowy. Właśnie powstaje nowa wieża widokowa, co jest o tyle dobrym pomysłem, że Cergowa ma świetną lokalizację, ale porośnięta lasem, nie daje możliwości podziwiania okolicy. Niebawem stanie się to możliwe.



Jednak dla mnie największą atrakcją Cergowej, jest jej siodło pomiędzy szczytem i wschodnią kulminacją. Szpaler wysokich drzew przy wąskiej drożynie opadającej i podnoszącej się z siodła, wygląda imponująco i inspirująco. Dzisiaj nie ma dobrego oświetlenia jak poprzednio, ale i tak sie zachwycam. Fotografia zaledwie odwzorowuje stan faktyczny, lecz moja wyobraźnia maluje tu bardziej tajemniczą kompozycję. Ta zostaje tylko w moim umyśle...




W samą porę zeszliśmy z zalesionej góry, bo właśnie zaczyna się przedstawienie na słońce, niebo i horyzont, czyli zachód słońca. Akurat dzisiaj udało nam się na niego zdążyć, a jest na co popatrzyć. Za naszymi plecami znajdujemy niebo górą błękitne, ale przy widnokręgu płonące pomarańczowo, ze złotą kulą naszej gorącej gwiazdy. Obłoki dopełniają plastyki, a pojedyncze drzewa wykorzystuję do kompozycji ze słońcem. Zdecydowanie było co podziwiać...






Przy ostatnich promieniach słońca dochodzimy do Lubatowej. W samą porę, bo duży sklep przygotowuje się do zamknięcia, ale zakupy robimy bez pośpiechu. Jogurt wciągam na miejscu, resztę wsuniemy na biwaku w ramach obiadokolacji.
Robi się już pomroczność jasna ;-) gdy szukamy miejsca na namiot. Zapytujemy przechodzącego mężczyznę, który początkowo chce nas ulokować na skoszonej łączce za stodołą swojej mamy, ale po chwili prowadzi nas przed swój dom, zamieszkiwany przez wielopokoleniową rodzinę.
Teraz następuje wzor(c)owy przykład gościnności - możemy się rozbić w wybranym przez siebie miejscu, mamy dostęp do łazienki, a dwójka dzieciaków z ciekawością przygląda się zawartości naszych plecaków. Wykonuję więc szkolenie biwakowe, a że mam dwoje energicznych pomocników, to namiot stawiamy w mig i wyposażamy go w materacyk i śpiwór, a wszystko przetestowane i zaaprobowane przez milusińskich. Każdą rzecz muszę zaprezentować i objaśnić. Niewątpliwie staliśmy się atrakcją wieczoru.
Kiedy chcemy się zabrać za zjadanie dopiero co zakupionych przysmaków, okazuje się, że pani domu nakryła dla nas w salonie, a stół pełen jest wszelkiego dobra z doskonałym miodem z własnej pasieki.
Zostaliśmy wyratowani, choć nie było zagrożenia. Ale gościmy w domu strażaków - i to najbardziej oddanych swej szlachetnej i ofiarnej działalności, więc niesienie pomocy płynie w ich żyłach niczym woda w strażackim wężu. Z pasją opowiadają o swojej jednostce i pracy społecznej... Mój tata przez ponad 40 lat był prezesem naszej OSP, więc znam ten zapał, gorętszy od ognia z którym walczą. A gdy odwiedziłem ich stronę w internecie, byłem prawdziwie poruszony...
Gdyby nie to, że nazajutrz każdy udawał się do swoich zajęć, dzień zastałby nas na rozmowach... :)






Dzień szesnasty, 27 czerwca 2017.
Lubatowa - Puławy Górne - 23 km.



Zanim zapytam - pewnie już zgadliście... Tak! Zaproszona nas na śniadanie :) Panowie byli już w pracy, ale pani domu z dziećmi nigdzie się nie musieli wybierać. Zapasy zatem poniesiemy dalej, ale grzechem by było narzekać. Żegnamy się ciepło i serdecznie, a dzieci - jeszcze trochę - i poszły by z nami :) Jednak pewnie połknęły pierwszą porcję bakcyla wędrówkowego... :)




Wychodząc na wzgórze, z nostalgią spoglądam na piękną Cergową i gościnną Lubatową. Jeśli będę miał okazję jeszcze tu wrócić, uczynię to z niekłamaną radością. Zapach przydrożnego krzewu kwitnącego jaśminu, dopełnia radości miejsca i czasu.




Droga asfaltowa szybko doprowadza nas do przedmieść Iwonicza-Zdroju. Jest tu ciekawa hala, która przeze mnie została uznana za niezłe miejsce do kimania. Nie sprawdzałem jak by to wyglądało w praktyce, ale na chwilowe schronienie przed deszczem jest jak znalazł.



Iwonicz-Zdrój to małe miasteczko z dużymi domami dla kuracjuszy. Komercja wyziera z każdego miejsca, choć na szczęście są i sklepy z normalnymi cenami. Zresztą zapasy mamy z poprzedniego dnia, toteż zaglądamy tylko do apteki, bo Aelita opatrując codziennie swoje stopu, musi odnowić zapas potrzebnych rzeczy.





Iwonicz opuszczamy dość szybko, za kolejnym większym sklepem wychodząc z miasteczka. Do Rymanowa-Zdroju mamy mniej niż dwie godziny przez las, a że widoków na okolicę brak, to kryjąc się w cieniu, napieramy dzielnie.




Na najwyższym punkcie zatrzymujemy się przy małej wiacie. Jest tak zabudowana, że jeśli nie przecieka, można się w niej przekimać. Nieco niżej znajdujemy kolejną, obszerniejszą, ale mocno przewiewną. Ta sprawdzi się jako ochrona przed ulewą.




Las jest użytkowany gospodarczo, to i droga źle to znosi. Gdzie się da - idziemy lasem, gdzie można - drogą. Ale za trzecią wiatą widać już zabudowania, co oznacza, że dochodzimy do Rymanowa-Zdroju.






W Rymanowie to w zasadzie nic nas nie interesowało. Ciekawostek na szlaku brak, zakupy poczynione wcześniej, więc w ramach rozrzutności, zatrzymaliśmy się na lody. W uzdrowisku ostemplowałem książeczkę i długa prosta doliną skąpo oznakowaną, doprowadziła nas do podejścia lasem iglastym.




Symboliczne podejście przywiodło nas na dawne cerkwisko. Nieco przed tym miejscem spotkaliśmy młodą Słowaczkę, z namiotem pokonującą GSB, - ciekaw jestem jak wyglądało jej przejście...




Od kręgu drewnianych figur, szlak nieco zmienił przebieg. Nie prowadzi pobliską łąką pod górę przez wysokie trawy do rozjeżdżonej drogi, a trawersuje stok lewą stroną i schodzi do potoku, by po chwili wspiąć się skrajem łąki do brzegu lasu. Tu prowadzi lepiej niż poprzednio utrzymaną dróżką, by dojść do tamtej zmasakrowanej ciągnikami drwali. Jeden z takich traktorów stał z wyraźnym ubytkiem w rozrytych koleinach. Kto pod kim koleiny pogłębia, ten... :)




Za zniszczoną drogą szlak - nie wiedzieć czemu - wchodzi niemal na wprost w dziki, przerośnięte chaszcze. Skąd ja to znam... Ledwo się przeciskamy w poślizgach, gdy po kilkudziesięciu metrach wracamy na błotostradę... Po co to obejście? Mądrzejsi robili, to i wiedzą... :-\
Z drogi po krótkim odcinku schodzimy i przekraczamy strumień. Jeszcze tylko trzeba się trochę poparzyć pokrzywami, powycierać nachylone trawy i krzaczory, by wyjść na polanę, na której widać skromne zabudowania bazy namiotowej Wisłoczek. Stąd wyjdziemy na asfalt, to warto wcześniej coś przegryźć w ramach odpoczynku.



Mostkiem przeprawiamy się na drugi brzeg, za którym biegnie droga asfaltowa. A niech sobie biegnie, my tylko pójdziemy :) Na trasie atrakcji niewiele, więc trzymamy rytm. Leniwe widoki ziemi i wody napędzają nas do skrzyżowania w Puławach Dolnych. Aelita chce odpocząć, no to i ja klapnąłem, ale nie chce mi się ani siedzieć ani leżeć... Może byśmy tak dwójką i krajem...? ;-)






Dochodzimy do Puław Górnych. Ta osada zamieszkana jest przez Zielonoświątkowców. To bardzo zgodna i sprawnie funkcjonująca społeczność, pozbawiona stwarzanych sztucznie problemów. Żyją tu zgodnie, służąc sobie pomocą, życzliwi dla wszystkich. Gdzieś tu się zahaczyli Asia i Paweł, ale z braku zasięgu nie mamy kontaktu. Idziemy więc na koniec wsi i tam znajdujemy ostatnią agroturystykę i na łączce obok domu możemy rozbić namiot. Podobno ma nadejść burza, więc lokujemy się przy świerkach, które mają osłonić nas od nawałnicy. W domu możemy skorzystać z łazienki i kuchni, którym nic - jako i nam - nie brakuje.
Cicho, spokojnie, otoczeni malowniczą naturą, powoli sposobimy się do spania.











Dzień siedemnasty, 28 czerwca 2017.
Puławy Górne - Duszatyn - 35 km.



W nocy tylko trochę polało, ale prognozowanej burzy nie było. Z Asią i Pawłem nadal nie mam kontaktu, pewnie są już na szlaku, a my - jak zwykle - bez pośpiechu. Jednak dzisiaj czeka nas długa trasa, toteż nie marudzimy zbytnio i sprawnie zwijamy bambetle. Przy pożegnaniu pytam o pieczątkę i okazuje się, że nasza gospodyni ma gdzieś taką starą, zapomnianą... Jest! Mam więc prawdziwy unikat :) No a miejscówka również godna polecenia, zresztą chyba do wszystkich Zielonoświątkowców można w ciemno... :)



Za wsią wchodzimy w teren i od razu swojsko i górsko. Na razie mijamy liczne pastwiska i bydło rogate, ale im dalej tym mniej śladów cywilizacji. Nieźle - wieś się kończy i jesteśmy od razu w dziczy...





Pod lasem ostatni raz spoglądam za siebie. Osada schowała się za wzgórzami, widać tylko bezkres pagórów, lasów i łąk... Kojąco i wędrownie... :)



W lesie szlak prowadzi trochę dziwnie. Po wejściu między drzewa przegapiłem chyba kamienną kapliczkę z krzyżem, bo akurat wtedy o niej zapomniałem. Później kilka zmian kierunku i podchodzimy na grzbiet, który dobrze pamiętam. A tu w połowie niewielkiego podejścia, znak pokazuje skręt w lewo, a za znakiem ścieżka. Patrzę i nie rozumiem, ale Aelita wypatrzyła trochę dalej kolejny zwykły czerwony znak. Ki diabeł...? Wychodzimy na grzbiet i jest wszystko w porządku - szlakowskaz i ścieżka. Ale co robił tamten znak skrętu...? Znowu się jakoś rozkojarzyłem...?




Teraz przez długą chwilę pójdziemy grzbietem rozległej Bukowicy. Widoków prawie wcale, ledwie w przecinkach, ale za to jak się wejdzie w rytm, to można metodycznie połykać kilometry.






W pobliżu słuchać piły spalinowe. Wielki las jest niewyczerpanym magazynem drewna, bo u nasz na szczęście nie widać gospodarki polegającej na wycinaniu całych hektarów. Spotykamy samochód - to pewnie pojazd pilarzy. A zatem szlak pieszy przekształca się powoli w drogę dla pojazdów mechanicznych. Ciekawe, czy następnym lasem nie pójdę tu asfaltem... ;-)





Las się powoli otwiera, a to niechybny znak, że zaraz dojdziemy do wiaty pod Tokarnią. Szlak tu odbija na wąskim rozwidleniu w prawo i na wzniesieniu doprowadza nas do daszku, pod którym zaliczyłem z koleżanką biwak cztery lata temu. Praktycznie nic się tu nie zmieniło, więc wytrząsam kamyki z butów i po krótkim wytchnieniu, drałujemy dalej.







Teraz uważamy, bo znaki prowadzą raz w lewo, raz w prawo. Schodzą z głównej drogi w boczną i prowadzą na pobliską Tokarnię. Ale nawigacja nie sprawia problemu, więc podążamy za czerwonymi.








Przed samą Tokarnią, na skoszonej łące leżą dwa dziewczęce ciała. Pośrodku niczego takie eksponaty wystawione na słońce rzadko się spotyka. Przechodzimy ciszkiem, bo może panny posnęły... Chyba nawet nas nie zauważyły.




Przy ogrodzeniu przekaźnika na szczycie Tokarni spotykamy Asię i Pawła. Konsumują przekąski i okoliczne widoki. Na te drugie także zasiadamy i my, bo góra - choć niewysoka - jest świetnym punktem obserwacyjnym na pobliskie doliny i przeciwległe wzgórza.





Całą czwórką idziemy dalej. Znowu czeka nas niecodzienny widok. Czy pamiętacie Komarki, Romety, Jawki i Simsonki z dawnych lat...? A my właśnie spotkaliśmy trzech jeźdźców (raczej na pewno nie apokalipsy) na takich właśnie reliktach przeszłości. Popyrkując, wydzielają nostalgiczny zapach mieszanki dwusuwa i przywołują wspomnienia z młodości. Tutaj jakoś czas się jakby zatrzymał... :)



Z Tokarni idzie się piękną widokową trasą w dół do Przybyszowa. Gdy miniemy podszczytowe łąki i przebijemy się przez zagajnik na stromiźnie, szerokie przepastne łąki otwierają szeroki horyzont na dalekie okolice. A przed nami zbocze do złudzenia przypominające Chyrową. No, może trochę...
W dół przez łąkę wiedzie wąska ledwo widoczna ścieżynka, więc przód idzie gęsiego. A ja w ramach obejmowania tej przestrzeni we władanie, odkładam zakosy i zygzaki, a i tak nie obejmuję ćwierci szerokości szumiących traw... Ech, swobodo... :)







W Przybyszowie nic nie ma. Wróć! Nieprawda! Po wejściu na główną drogę gruntową, po krótkiej chwili dochodzimy do odnowionej chaty. Noclegi! No świetnie! Komu dystans z Komańczy do Puław jest za długi, tutaj może go podzielić noclegiem. Zachodzimy i zdziwko! Jest piwko, pieczątka i gościna. A do tego dwa koty i psina. No i gospodarz a długą brodą, która do miejsca jak ulał pasuje. W chacie jest tylko to, co potrzeba, - jeśli się nie ma hotelowych wymogów. Bo gwiazdki są - całe niebo w pogodną noc :) Rozmawiamy chwilę, podziwiamy gospodarzenie z dala od zgiełku i żegnamy się. I choć byliśmy tu zaledwie kilkanaście minut, polecamy odwiedziny. Chatka niewielka, ale na poddaszu miejsce wykorzystane na maksa. No to do zobaczenia...!










W niedaleko znowu Barszcz Sosnowskiego. I to blisko drogi. Oj, nie podoba mi się to zielsko, - myślę, że przynajmniej stąd szybko zniknie. Kto nie wie - niech wie, że ta roślina jest niebezpieczna i to bardzo.



Pamiętałem natomiast zarośnięty i opuszczony cmentarz, jak żywcem wyjęty z piosenki KSU - "Moje Bieszczady", - choć to jeszcze Beskid Niski. Ale kraina jakby jedna... Do czego doprowadziła niesławna Akcja Wisła...




Asia idzie przodem i znajduje pióro ptaka drapieżnego. Bodaj Myszołowa, ale nie jestem pewien. Tak się zdarza, że niemal z każdego długiego szlaku przywożę takie pióro, a i teraz trafia ono do mnie. A my tymczasem podchodzimy pod Kamień - kolejny szczyt o tej nazwie po tym pomiędzy Przełęczą Hałbowską a Kątami. Także i tu widać głaz, więc pochodzenia nazwy nie trzeba się doszukiwać.




Za Kamieniem szlak wychodzi z lasu i tutaj go gubimy. Wychodzę na prowadzenie, ale nie dostrzegam znaków, a okolica też nie wygląda mi znajomo. Mija kilkaset metrów, a czerwonych brak. Proszę Asię o odpalenie Locusa, no i po chwili zapada werdykt - jesteśmy poza szlakiem. Ale rozglądając się po okolicy sugeruję, by iść nadal tą drogą i przy najbliższej skręcić w lewo. Akurat ten odcinek szlaku który mieliśmy przejść, nie przypadł mi do gustu, bo prowadził mokrą doliną potoku i błotnistą ścieżką.
Po chwili rzeczywiście dochodzimy do odbijającej w lewo na wschód polnej drogi. Mój czuj i nawigacja Asi mówią, że jeśli pójdziemy tą drogą, to niebawem dojdziemy do szlaku. No i wchodzimy na najobszerniejsze łąki na szlaku, a przy tym bardzo urokliwe. Setki hektarów dookoła porosły bujne trawy. Nieliczne drzewa pozwalają określić odległości i prędkość marszu. Widać też wąwozy z strumieniami, zapewne wijącymi się w okoleniu drzew. Jest bosko, bo i pogoda dopisała jak na zamówienie! Przepiękne skłębione i rozwiane obłoki powoli płyną po błękitnym niebie, że sam nie wiem czy patrzeć na niebo czy step przecinany drogą wiodącą na wschód...







Za zarośniętym źródliskiem wcinającym się w łąkę od południa, słychać i widać dwa traktory koszące te niezmierzone połacie traw. Dopłaty unijne są tu wdrażane w czyn, co widać po zbalotowanym sianie, chyba nikomu niepotrzebnym. Idziemy po śladach ludzi, saren i wilków, czując się jak pionierzy dzikiego wschodu... ;-)







W nieodległej perspektywie dostrzegam ledwie zauważalne wzniesienie. To Wahalowski Wierch, a zatem przyjęliśmy właściwy kierunek. Absolutnie niespiesznie dochodzimy do triangula i zasiadamy na małe co-nieco. Ja głównie pasę wzrok i  dziękuję (nie)Opatrzności, że przeprowadziła nas przez te pełne przepięknej pustki pola. Jeśli pójdę jeszcze raz na GSB, to z pewnością tą nową trasą.






W doskonałych nastrojach zbieramy się do dalszego marszu. Spoglądam jeszcze w kierunku z którego mieliśmy szlakiem dojść, bo gdzieś tam kawałek dalej na północ, jest baza namiotowa w Jaworniku, zapewne jeszcze niezaludniona. Ale my podążamy konsekwentnie na wschód. Droga polna się rozdwaja, ale po lewej stronie widać tyczki malowane naszymi znakami i za nimi dochodzimy do lasu, gdzie znaki się potwierdzają.






Już niedługi odcinek do Komańczy, a przynajmniej w skali dzisiejszej trasy. Gdy zauważamy ławkę, znak to nieomylny, że doszliśmy do ścieżki przyrodniczej, wyznakowanej w pobliżu wyjścia z lasu. Po pamiątkowej focie, już spokojnym spacerowym tempem dochodzimy do Willi Górskiej, czyli dawnego schroniska w Komańczy.




Dla mnie i Aelity liczy się ekonomia, więc porzucamy pokusę nocowania pod dachem. Skoro jeszcze trochę dnia zostało, to możemy pójść dalej. Paweł i Asia zostają, ale jutro znowu się zejdziemy.
W sklepie przy szlaku odnawiamy zapasy, na pobliskiej ławce przy szlakowskazie przepakowujemy się po zakupach, wytrząsam śmieci z butów i jestem gotowy na ciąg dalszy wędrówki.




Za opłotkami miejscowości, szlak wchodzi w teren, co niespecjalnie do nas przemawia. Czekają nas tam mokradła i brak jakichkolwiek atrakcji, toteż sugeruję obejście drogą gruntową od prawej strony. Opuścimy na chwilę szlak i dołożymy trochę dystansu, ale ocalimy suchość w butach i nabierzemy słusznego tempa.
Przed Prełukami dołączamy do czerwonych znaków i dalej maszerujemy drogą asfaltową przez wieś. Cicho tu i spokojnie, że niemal bezludnie, bo trzy domy raczej nie stanowią metropolii. Ale to właśnie nam się podoba.





Późnym wieczorem dochodzimy niemal ostatkiem sił do Duszatyna, gdzie zostajemy pokierowani na pole namiotowe, - co prawda nieobsługiwane, ale nadające się na biwak. No, - dzisiejszy dystans był słuszny, zatem należy się nam spokojny wypoczynek. Resztka wiaty ze stolikiem jeszcze się trzyma kupy, ale już pewnie to jej ostatnie tchnienia. W pobliskim strumieniu dokonujemy ablucji, po czym zajadamy się specjałami w postaci kuskusu z jakimś dodatkiem. Herbata smakuje wybornie, a piwo od sąsiada zostawiam do jutrzejszego śniadania. Przecież jutro nigdzie nie jadę... ;-) :)








Dzień osiemnasty, 29 czerwca 2017.
Duszatyn - Cisna - 26 km.



Noc dostarczyła nam nieco burzliwych atrakcji. Nie, - nie żadna przemoc w namiocie... ;-) Po prostu burza która miała wczoraj się rozpętać w Puławach, przypętała się tej nocy nad Duszatyn... Wiało, lało i waliło piorunami, ale co to dla nas. W takim miejscu teoretycznie nie było wysokiego zagrożenia. Ale gdy wicher naparł z imponująca siłą, pobliskie drzewa poczęły skrzypieć i stękać niepokojąco, po czym z pobliskiej Robinii (taka polska wersja Akacji) oderwał się z trzaskiem spory konar i gruchnął nieopodal naszego namiotu. Nie wyglądało to kolorowo, bo drzewa były dość blisko i gdyby któreś nie wytrzymało naporu wiatru, - każda opcja wyglądała na możliwą... Jednak po kilku chwilach wicher osłabł i moja uwaga także :) Zasnąłem, co trwało w błogości do rana :)
A rano czym prędzej rozwiesiliśmy tropik do wyschnięcia, by nie pakować wilgotnego.




Pakowanie szło już rutynowo, wszystkie etapy dobrze przetrenowane w poprzednich dniach. Także i śniadanie już prawie samo się robiło ;-)





W trakcie pakowania plecaka, odkryłem uszkodzenie, które było małym rozdarciem bocznej kieszeni, ale wielkim rozdarciem mojego serca. Dbam o sprzęt, co nieraz już zaznaczałem, a tu taka szkoda... Nawet nie wiem kiedy to się stało... Niestety, nie jest to pierwsza sytuacja w której zauważam nieco słaby materiał streczowy użyty przez Ospreya. Uszkodzenie dość podobne dosięgło mnie też przy kieszonce na pasie biodrowym, a także w przedniej kieszeni Kestrela. U koleżanki w Talonie boczna kieszeń też ma dziurę, a Kestrel 68 Kuby Rozpruwacza stracił całą przednią i mocno ucierpiał z innymi kieszonkami, ale to na kilkumiesięcznym szlaku... Jednak mimo trendu odchudzającego, spodziewam się w przyszłości komponentów na miarę Ospreya.
Na szczęście górna lamówka trzyma całość i kieszeń da się używać.



Żegnamy pole namiotowe i zaocznie pana Wojtka bazującego po sąsiedzku w przyczepie. Piwo od niego wypiłem także za jego zdrowie :)



Na szlaku jesteśmy już po minucie i kontynuujemy wędrówkę drogą wzdłuż potoku. Oznaczeń brak, ale drogę znam, więc się nie obawiam, że znowu pobłądziliśmy. Widocznie znakarz uznał, że na prostej szerokiej drodze nie ma po co paćkać drzewa o krok... Przy przekraczaniu strumienia znaki się pojawiają i dalej prowadzą już częściej widoczne.





Dochodzimy do Rezerwatu Zwiezło, lepiej kojarzonego jako Jeziorka Duszatyńskie. Ten stosunkowo młody twór wodno-leśny jest często odwiedzany z racji niezłej dostępności i niebanalnej urody. Nam na szczęście dopisała pogoda, lecz gdy tylko minęliśmy drugie, górne jezioro, przyszedł deszcz i towarzyszył nam aż do Chryszczatej.











Na "policyjnym" - 997m n.p.m. - szczycie, w wiacie przeczekaliśmy końcówkę deszczu. To chyba nieodłączny kompan - by nie rzec kąpan ;-) - moich wędrówek. Jednak poncho i worki wodoodporne robią swoje, a i buty deszczu i mokrego podłoża się nie boją. A ja nawet lubię jak miarowo stuka w tropik bądź kaptur... :)



Po drodze przy szlaku napotykam co rusz krzyże, upamiętniające ofiary walk niepodległościowych. Poprzednio ich nie było, zatem dobrze, że pamięć sięga w czasy, kiedy las był niestety świadkiem ludzkich wojennych tragedii...




Za drugim odbiciem do Bazy Rabe, już niedaleko do Przełęczy Żebrak. Zatrzymujemy się pod sporą wiatą i tu dochodzą nas po chwili Asia i Paweł. A za przełęczą - podejście na Jaworne, które trochę się dłuży. Takich podejść będzie jeszcze kilka, bo tak to często bywa w górach... Pamiętacie Gorce i odcinek od Przełęczy Knurowskiej do Studzionek...? No to do Cisnej jest podobnie.











Za Wołosaniem jest niezbyt szeroki prześwit, ale zawsze coś. Są też kłody, no to robimy dupen-klapen i staramy się rozpoznać szczyty i przełęcze. Paweł oczywiście robi wykład, a po sprawdzeniu na mapie, okazuje się, że miał rację. W ubiegłym roku wędrowałem tamtędy... :)




Za Osiną z resztkami szałasu, wskakujemy na Hon, a stamtąd przydałyby się sanki na dół :) Stromo, bo to fragment stoku narciarskiego, a dokładniej - wyciąg orczykowy. Trzeba uważać, by sturlać się w dół.






W Bacówce pod Honem dość pusto, - obok tylko dwa namioty. Zajadamy coś tam z zapasów i dowiadujemy się, że gleby nie ma... Moja kieszeń już mocno nadszarpnięta, ale bynajmniej nie tak jak ta u Exosa... No to plecaki na grzbiet i szukamy opcji budżetowej.



Schodzimy do Cisnej późnym popołudniem, a tu znowu deszcz... Mogę spać pod namiotem w deszczu, ale rozbijanie w ulewie już mnie nie ekscytuje. Tym bardziej w trzecim tygodniu wędrówki, gdy wszelkie opcje pogodowe już zaliczone i nic tak naprawdę i do końca nie jest suche.
Za centrum Cisnej trafiamy na pole namiotowe Tramp. Na łączce co kawałek kałuże, więc opcja namiotowa jeszcze bardziej się oddala. Jednak jest niewiele droższa opcja - przyczepka campingowa w wersji stacjonarnej. Nawet z prądem!
Wszystko jest fajnie do czasu, aż układamy się do spania, bo coś jakby mokro. Nad oknem puściła uszczelka przy przerdzewiałym rancie i materac jest mokry... Na szczęście jest mata, która ratuje sprawę, ale czy obsługa o tym nie wiedziała...? Na szczęście przed nocą przestało lać, więc nie kapało mi na nos. Jakoś się wymościliśmy i sen zrobił resztę...








Dzień dziewiętnasty, 30 czerwca 2017.
Cisna - Brzegi Górne - 33 km.



Dzień wstał pogodny, ja w sumie też :) Nawet przy płaceniu dostaliśmy upust od szefa, więc wybrnął z twarzą w obliczu ujawnionych przecieków ;-) Takie ciśniańskie TrampoLeaks ;-) :)




Przechodzimy przez mostek kolejki wąskotorowej i za nim skręcamy w prawo. Tu już nie jest zbyt komfortowo, ale da się iść. Trzeba też obserwować znaki, bo dróg jest kilka, a szlak jeden. Podejście zresztą też po kilku chwilach robi się słuszne.





Góry nie zawsze sprzyjają lotnictwu, co uwidacznia napotkana tablica pamiątkowa. Za nią z uporem wspinamy się stromym stokiem, wiedząc, że wreszcie ta góra musi się skończyć... :)




Pogoda od wczoraj wyraźnie się poprawiła, ale przed Małym Jasłem na otwartym terenie wieje już niekiepsko! Kiedy staję na widokowym cypelku, muszę sięgnąć po wiatrówkę. W sumie ten wiatr, pędzące po niebie chmury nad zalesionymi zboczami ciągnącymi się przez horyzont, tworzyły ciekawy obraz sił natury. Przyjaznych, choć nieokiełznanych i nie będących do końca przyjaznych człowiekowi. Na szczęście żadne drzewo nie przeleciało nam koło ucha :)






Sam szczyt Jasła jest nieco oddalony od szlaku, ale na tyle niedaleki, że tym razem postanowiłem go odwiedzić. To tylko takie swoiste postawienie kropki nad "i".








Skoro mamy już Jasło, to do Okrąglika niedaleko. W lesie jednak mokro i błotniście, ale są obejścia, a i wichura między drzewami słabnie. Spokojnie dochodzimy do szczytu i spoglądamy na słowacką stronę. A tam także góry, lasy i doliny.







Schodzimy w dół i dochodzimy do miejsca, w którym trzeba mocniej wytężyć uwagę i spojrzeć na znaki. Tutaj bowiem dochodziły dwa czerwone szlaki - polski i słowacki i tutaj właśnie się rozchodzą. Nasz - na Fereczatą i w dolinę Wetlinki, słowacki zaś z Niebieskim Granicznym prowadzi przez Czerteż i Krzemieniec dalej na wschód.
Jeśli więc zobaczycie jedną czerwoną strzałkę w lewo a drugą w prawo, uważnie przeczytajcie gdzie prowadzą. Jak dla zailustrowania przykładu nadeszła grupa Słowaków i poszli w prawo, a Asia i Paweł których tam spotkaliśmy - śladem wilków w lewo.







Fereczatą pamiętam głównie za sprawą obfitości borówek rosnących tam na południowym stoku. Także i tym razem raczyłem się tym leśnym przysmakiem, choć widać że rok był suchy, bo i jagód wyraźnie mniej.








Za Fereczatą otworzył się widok na połoniny. Może nie jakaś oszałamiająca panorama, ale całkiem niezłe zapoznanie z tymi pięknymi tworami. Nawet autobus chcąc wtopić się w okolicę, zrzucił zimową karoserię... ;-)




Dochodzimy do Smereka. W niewielkim sklepie serwujemy sobie drugie śniadanie, a w pobliskiej restauracji pieczątkę. Teraz trzeba pokonać nudnawy odcinek asfaltem, by w Kalnicy przejść most na Wetlince i rozpocząć żmudną wspinaczkę na górę Smerek.










Pogoda coś ostatnio zrobiła się zero-jedynkowa. Albo leje koncertowo, albo wieje porywiście, albo wreszcie praży soczyście... To soczyście, - od potu który z nas się leje. Przystajemy więc i przysiadamy pod wiatą. Chwila ochłody i dalej. Pobliskie źródło wody niemal wyschło, cienka strużka ledwie połyskuje między kamieniami. Oj, sucho... Bardzo sucho!




Za wysokim lasem drzewa ustępują łąkom. A więc to połonina, choć Smerek nie ma w nazwie tego określenia, to jednak z Połoniną Wetlińską tworzą jeden ciąg górski. Brodzimy w wysokiej trawie, nawigując za czerwonymi znakami i ...jaszczurką :)








Powoli i mozolnie zdobywamy wysokość i zauważamy metaliczne odblaski. To zapewne krzyż na Smereku, do którego wreszcie dochodzimy. Wiatr nie odpuszcza i duje poświstując w kratownicy krzyża, ale jest ciepło i pogodnie, toteż taka górska pogoda ma swój urok.







Od Smereka na wschód pięknie prezentuje się wzdłużna panorama połonin. Popołudniowe słońce wydobywa bryły masywu, rzeźbiąc trójwymiarową budowę grzbietu, stoków i kolejnych szczytów. Wicher przegina pojedyncze drzewa, a nasza czwórka powoli schodzi do Przełęczy Orłowicza.






Zasiadamy na chwilę przed dalszym marszem. Nogi już odpoczęły od podejścia, a teraz granią wędrujemy bez wysiłku, mogąc spokojnie podziwiać piękno przyrody i rozległe panoramy. Przed Rohem jeszcze tylko lekkie chaszczowanie, po którym drapiemy się na kolejne wzniesienie.








Na niebie już zaczyna się coś dziać. To pierwsze oznaki zachodu - jeszcze nieśmiałe i niezbyt nasycone kolorami. Na szczęście mamy dobrą ekspozycję, zatem jeśli zachód da nam pokaz - będziemy na właściwym miejscu.



Na lewo od nieba. Tak prowadzi szlak pod górę, skręcając ku wschodowi. Jest cudownie! Przy skałkach uczepione rosną borowiny, jakby i one chciały spoglądać na dalekie górskie łańcuchy... Chętnie bym skosztował ich zapatrzonych w góry i skąpanych w słońcu owoców...

"Na lewo od nieba" - to zdjęcie ma swój tytuł. Przyszedł mi wtedy do głowy i już został.



Tuż przed Rohem omijanym przez szlak, ścieżka wspina się na skałki dominujące nad najbliższą okolicą. Pięknie stąd prezentuje się niedaleka Chatka Puchatka, a za nią oddzielony głęboką doliną - Połonina Caryńska. Niespiesznie więc zdążamy do górskiego schroniska, obserwując coraz niżej ścielące się światła zachodzącego słońca.








Przy schronisku jesteśmy w sam raz na czas. Chcemy zapytać o nocleg, ale nikogo nie ma! Jak się okazuje, wszyscy wylegli na Hasiakową Skałę podziwiać spektakl na zachodnim niebie. Skoro mam aparat, to pójdę i ja.





Na skale wieje nie tylko mocno, ale już dość chłodno. Słońce zachodząc już nie grzeje, choć widząc to piękne i barwne przedstawienie, w sercu robi się gorąco. Mój Niki ma już siedem albo osiem lat, więc to nie nawet współczesny sprzęt, nie wspominając z której półki został zdjęty... Ale wobec tego widowiska w kolorach błękitu, złota i różu, próbuję i z niego i z siebie wykrzesać co się da, by uwiecznić magię chwili i namalować światłem piękno kończącego się dnia.













Wracam na chwilę do schroniska by się zagrzać, bo na zewnątrz upał jakby zelżał, a i mocny wiatr chłodzi aż nadgorliwie. Po chwili jednak do ciemnego pomieszczenia wpada kobieta i pyta - "gdzie jest ten pan, który fotografował zachód słońca? Bo teraz jest przepięknie!"



Wybiegłem z aparatem. Zorze po zachodzie nadal sprawiały wrażenie, jakby na zachodzie otworzyły się wrota Modroru. A może stałem za blisko słynnego kibelka... ;-) Jednak bez statywu nie dało się powalczyć. Belki ogrodzenia tarasu robiły za namiastkę trójnogu, ale to już nie to... Niemniej jednak było co podziwiać!



A kibelek - Mordor odwiedziłem, choć na to trzeba mieć dużą motywację i sporą dozę samozaparcia - najlepiej bez samego zaparcia... Jak tu powstanie cywilizowana "świątynia dumania", to chyba sam przyjadę na uroczyste przecięcie papieru toaletowego... :)
Poprzednio chciałem to przekimać, ale się nie udało, Dzisiaj podobnie. Asia i Paweł zostają, Yatzek i Aelita schodzą do Brzegów. Do granicy lasu świecimy przykładem ;-) a od zarośli - czołówkami. Jest ślisko i stromo, a koleżanka nie zna trasy, więc mocno zwalniamy. Mijamy drewnianą skrzynkową kapliczkę i powoli, tonąć w leśnym pomroku, wreszcie dochodzimy do parkingu w Brzegach. Tutaj już kibelek jest typu "Full Wypas" i nawet otwarty, choć wrażenia ze stanu utrzymania... Hmmm...
Kiedyś kimałem tu po sąsiedzku, więc teraz z niepewnością idziemy kilkaset metrów w dół doliny. Gdy dochodzimy, pies nas anonsuje, a po chwili gospodyni lituje się nad nami. Możemy się rozbić i skorzystać z wody i toalety. A nam przecież więcej nie trzeba. Zapowiada na noc deszcz, który ma trwać do popołudnia, toteż rozstawiamy samą sypialnię, ale pod obszerną wiatą. Sen przychodzi przed deszczem...







Dzień dwudziesty, 1 lipca 2017.
Brzegi Górne - Ustrzyki Górne - 12 km.



Miało lać do drugiej po południu. I lało i lało... Ale na szczęście o drugiej - jak nożem uciął - przestało. Oczywiście, do tego czasu się wyspaliśmy, umyliśmy i najedliśmy - absolutnie bez pośpiechu. Nawet trochę wymarzliśmy, bo w dolinie było chłodno i trochę już przenikliwie wilgotno. Na polu namiotowym stały dwie spore kałuże, toteż zamysł rozbicia się pod wiatą był słuszny.






Druga z minutami - ruszamy. Żegnamy się z gościnną gospodynią, którą pamiętam z poprzedniej mojej bytności. Dziękujemy za przyjęcie nas po nocy, ale pani wie, że w okolicy innej opcji noclegowe nie ma, to po znajomości nas przyjęła. Zresztą z pożegnalnej rozmowy wnoszę, że ta gościnność pewnie rozciągnie się na innych wędrujących z plecakami, bo choć tu nie ma oficjalnego pola namiotowego, to miejsce na namiot bądź pod wiatą zawsze się znajdzie. Nie zostało to powiedziane, ale ja wyczuwam to w serdecznym tonie kobiety, dla której góry też są częścią i serca i życia. Zatem - do zobaczenia!




Punkt kasowy w Brzegach zamknięty... Dziwne, ale nam na rękę - zaoszczędzimy na bilecie :) Zresztą zbyt wielu chętnych dzisiaj do wędrówki nie widać, ot, kilka osób na Wetlińską. My zaś zaginamy na Caryńską i obok starego cmentarza zagłębiamy się w las.





Kojarzycie, że dzisiaj lało do drugiej...? No właśnie...
Dochodzimy do pierwszego mostka na strumieniu, a mostka nie ma... Zniknął już zapewne dość dawno temu, bo trochę belek leży ułożonych na brzegu, a na kamieniach pod rwącą woda widać deski. Przed deszczem byśmy przeszli, teraz też, ale albo bez butów, albo je mocząc. A to nam się nie uśmiecha, bo nie wiem co z drugim mostkiem nieco wyżej. Wracamy i obejdziemy asfaltem przez Przełęcz Wyżniańską. Na szczęście znam drogi i szlaki, a ekstremalnego parcia na czerwone nie mam, toteż zawracamy. Przy parkingu w Brzegach właśnie doszli Asia i Paweł, więc informuję o stanie szlaku. Będą próbować mokrą bosą stopą.






Od Wyżniańskiej podchodziłem i dawno i niedawno, więc i ten szlak kojarzę. Przy pięknych chmurach i widokach na Rawki wchodzimy w las.



Nad granicą lasu pięknie widać dolinę ciągnącą się do Wołosatego i dalej na wschodnie krańce Polski. A na horyzoncie już Ukraina, do której Aelita dziwnie mruży oczy... Tam jest już jej Ojczyzna...



Wchodzimy na grań, ale nie wracamy do najwyższego wierzchołka. Na Połoninie Caryńskiej jesteśmy, a gdyby Bieszczadzki Park Narodowy bardziej dbał o swoje instalacje... No właśnie... Czasem odnoszę dziwne wrażenie, że Park wolałby Bieszczady bezludne. Jakoś tak starań o turystę nie widać, a jutrzejszy dzień to potwierdzi. Tymczasem rozkoszujemy się poprawa pogody i poprawiającymi się widokami i powoli zmierzamy grzbietem Caryńskiej w stronę Ustrzyk Górnych. Dzisiaj po późnym starcie dojdziemy tylko tam, a jutro ma być dobra pogoda, to powinniśmy spokojnie zrobić ostatni etap na GSB.








Smutno opuszczać połoniny, bo zapewne znakomita większość górołazów je po prostu kocha. Są puste, odkryte i choć dzikie - to przyjazne. Łatwe do zdobycia, urocze do kontemplowania i znakomite do obserwowania okolicy. Na połoninie czuję się wolny, choć i tak mam mnóstwo swobody. Ale właśnie na połoninie jestem jak w domu, choć bez dachu, ale za to z bezmiarem nieba nad głową... Bo właśnie w górach jest mój dom... Spoglądam jeszcze raz za siebie. Bez tego nie opuściłbym połoniny...



A do Ustrzyk droga prosta - choć kręta ;-) Pod wiatą odpoczywamy nie ze zmęczenia a z nadmiaru czasu. To najkrótszy odcinek na szlaku, to i tempo może być spokojne.




Kończy się leśny gąszcz, zaczyna się nadrzeczny chaszcz. Tak jakby natura chciała zamaskować cywilizację... Na mokradłach drewniany pomost zalany, ale jeszcze da się przejść, dobrze, że choć tutaj na potoku mostek jest solidny.





W tym turystycznym węźle szlaków, w sezonie tłoczno i ludno. Choć właśnie zaczął się lipiec, to jeszcze nawału turystów nie ma, co nas cieszy. W Kremenarosie pieczętujemy książeczki i szukamy locum gdzie indziej. Pasowałoby na tyle tanio, by zaczepić się na dwie noce. Dzięki temu moglibyśmy zostawić większość rzeczy w pokoju i jutro pójść na lekko.
Wiem, że parafia oferuje tanie pokoje, co postanawiamy sprawdzić. Rzeczywiście, sale zbiorowe są niedrogie, ale ja wiem o tańszej opcji. Pani z obsługi prowadzi nas do domków, gdzie jest najtaniej. Po schodach stromych jak drabina wdrapuję się na pięterko i zaglądam do pokoiku. No nie da się opisywać tego bez zdrobnień. To nie jest pokój, nawet pokoik to przesada. Tapczan pod skosem i rozkładany fotel na wprost drzwi. Żadnego krzesła ani tym bardziej stolika. Jest światło, ale nie ma gniazdka... Do łazienki - przez podwórko do głównego budynku, 40 metrów. Ubogo. Takie ustrzyckie Betlejem ;-) Bierzemy! :) W sumie miejsca tyle, co w moim dwuosobowym namiocie... :)
Na szczęście kuchnia jest pełnowymiarowa, jako i łazienki. A w kuchni pielgrzymująca siostra zakonna oferuje część swojego jedzenia i jest braterstwo :)






Dzień dwudziesty pierwszy, 2 lipca 2017.
Ustrzyki Górne - Wołosate - 23 km. (...i dodatkowo Ustrzyki Górne - 6 km) :)


Budzimy się w naszym składziku na człowieki i po standardowych porannych czynnościach startujemy na szlak. Mój plecak mieści w sobie poncho, dwa batoniki, czołówkę i picie. No, może jeszcze jakieś drobiazgi. Reszta pozostawiona w pokoju :) Ale u Aelity to prawdziwa rewolucja! Jej ogromny plecak został skompresowany nie do poznania! Dziewczyna idzie, niemal nie dotykając stopami ziemi! ;-) Grzecznie kupujemy bilet do Parku i leciuteńko podchodzimy lasem i połoniną w stronę cypla na zachodnim krańcu Szerokiego Wierchu.










Już w połowie podejścia na Szeroki, widoki na zachód zapowiadają ucztę dla oczu. Połoniny prezentują się okazale, a malownicze obłoki na całej połaci nieba dopełniają sielanki. Dość sprawnie pokonujemy podejście obszernym zakolem, po czym stajemy na bezkonkurencyjnym punkcie widokowym.




Dopiero co opuszczone przez nas Ustrzyki ścielą się w dolinie u stóp dwóch masywów. Po prawej wspomniane połoniny, w dolinie niewidzialna wije się droga do Wetliny, a lewą stronę flankują Rawki. Tam byłem, tam też, a i tam także... :)  No to w tył na lewo i w stronę Tarnicy - odmaszerować! :)



Szeroki Wierch jest szeroki, gdy patrzymy na niego na przykład z Krzemienia. A z naszej perspektywy jest po prostu długi. To i dobrze, bo teraz podejścia są i krótkie i niemęczące, bo na plecach lekko. Za kolejnym wypiętrzeniem widać już Tarniczkę i Tarnicę. Wiatr zaś wieje jak w poprzednich dniach, a nam zostało ostatnie, nieco kamieniste i lekko skaliste podejście.









Przed samą Tarniczką trochę błota, - to pozostałość po wczorajszym deszczu. Na szczycie przed siodłem już kamieniści i sucho, spoglądam jeszcze w dolinę i na ścianę Krzemienia, a potem w dół po schodach. Na krzyżówce pod Tarnicą spodziewałem się więcej człowieków...







Tarnica już wielokrotnie odwiedzona, dzisiaj znajduje się poza szlakiem i zainteresowaniem. schodzimy za czerwonymi w dół i podziwiam przepiękną rynnę doliny schodzącej do podnóży Halicza. Zawsze ją podziwiam i zawsze tak samo mi się podoba.



Przełęcz Goprowska w poprzednim roku nakazywała nam podejść pod Krzemień za niebieskimi znakami Szlaku Granicznego. Dzisiaj prowadzą nas znaki czerwone i za nimi będziemy trawersować Krzemień, podchodząc pod Kopę Bukowską. Staram się patrzeć na wąską ścieżkę pod nogami, ale szyja notorycznie mi się wykręca w stronę doliny po prawej stronie... Nawet udało mi się uchwycić plamę światła na dolnej polanie z drzewem pośrodku.






Pod Kopą Bukowską idąc od przeciwnej strony w zimie i zadymce, kilkanaście lat temu sromotnie pobłądziliśmy. Kilka zaś lat temu dziewczyna pracująca w Bacówce pod Małą Rawką także zabłądziła zimą, ale skutek był już tragiczny. Góry zawsze są piękne, - czy to w kolorach wiosny, zielonej szacie lata, złocie jesieni, czy białym makijażu zimy. Ale potrafią pokazać swą groźną stronę... Mam więc do gór respekt, a mimo to bądź z tego też powodu, bardzo je kocham...







Halicz widać z daleka. Znacznie rzadziej odwiedzany od nieco wyższej Tarnicy, ma w sobie to magiczne coś... Może to jego wyniesiony wierzchołek, może właśnie to odosobnienie, ale z pewnością też niezrównane widoki z jego szczytu. Wyjdźcie na Halicz i spoglądnijcie na zachód... Cud! Właściwie, to odcinek od Halicza do Rozsypańca jest niezrównanym miejscem na obserwowanie zachodu słońca. Niejedno rozdarte serce zabliźniał ten czar...








Tarnica po lewej, Krzemień po prawej, a za dolinami - połoniny... Przedwczorajszy zachód z Wetlińskiej był - przyznacie - magiczny. Ale tutaj to pomarańczowe światło ścielące się po pobliskiej dolinie i muskające stoki okalających ją szczytów, musiało wzruszyć każdego widza. Gdybym tu mógł postawić namiot...



Wiatr nie ustaje. Ciemne chmury zwiastują deszcz, ale jeszcze nie pada. Ale jak wpatruję się w dal na wschód, widzę, że nad Wetliną siecze nieźle, co się zresztą później potwierdziło. Paweł i Asia wstali wcześniej, wyszli wcześniej i wcześniej też zakończyli wędrówkę. Paweł spieszył się na busa do Katowic i właśnie z Wetliny zaraportował ulewę. No to chodźmy zanim i nas dopadnie.




Skałki Rozsypańca to jeden ze wspomnianych punktów obserwacji zachodu słońca, a może i wschodu. Duży zadaszony taras widokowy miałby tu chyba pełne obłożenie...





Przed nami grzbiet graniczny na wschód od Przełęczy Bukowskiej z górującym Kińczykiem Bukowskim, Za nim Opołonek, Piniaszkowy, źródła Sanu i Przełęcz Użocka, czyli pierwotna trasa Głównego Szlaku Beskidzkiego w czasach, gdy ziemie obecnej Ukrainy przynależały do Rzeczpospolitej. To już co prawda historia, ale może coś z niej kołem się potoczy...



Przełęcz Bukowska. Tu właściwie powinien kończyć się Główny Szlak Beskidzki w obecnych granicach Polski. Ale Wołosate jest jego końcem, toteż tam właśnie zdążamy.
A od mojego pierwszego pobytu tutaj powstała nowa wiata, a od niedawna eko-kibelek.






Długie zejście resztkami asfaltu położonymi na niedoszłej Drodze Przyjaźnie jest jakieś takie nijakie... Na dodatek przed samą doliną przyszedł lekki deszczyk. Niebo się smuci że już kończymy...? ;-) Opuszczamy ostępy leśne i wychodzimy na lepszy asfalt w otwartej dolinie.





Wołosate. Nie będzie kolejnej miejscowości na szlaku - to już ostatni kilometr, może dwa. Jest i punkt kasowy z ostatnim stempelkiem na szlaku. Ostatnie znaki na płocie, a my zwalniamy, bo widzę już niedaleko tablicę, znaki i kropkę. Od kropki do kropki... Doszliśmy! :)





Cieszy się Aelita, cieszę się i ja. Po raz drugi przeszedłem Główny Szlak Beskidzki. Koleżanka pierwszy raz, ale ma zaliczony odcinek ukraiński, czyli całość - od Ustronia do Stocha, - tam, gdzie przed wojną się kończył. Miałem tam dojść i ja, ale zdrowie - choć puściło mnie tutaj, tam mogłoby nie pozwolić. Ale jak mi nareperują kolana i Achillesa...

Zrobiliśmy to! Było to też wielkim marzeniem Aelity. W końcu po dwóch latach poszukiwania partnera - dopięła swego. Mówię jej: Tak się spełnia marzenia! Jej marzenia, ale też i moje. Po pierwszym przejściu, może nie takie wielkie marzenie, ale drążył mnie taki robak ;-)

"Kropka" i trzytygodniowy zarost :)

Jesteśmy wędrowcami - no nie? No to nie dam busiarzowi piątki za kurs do Ustrzyk. Trzy tygodnie darłem z buta, to dorzucę jeszcze te sześć kilosów do naszej ciasnej budki. Tym oto sposobem, dwójką i krajem, dwoje wędrowców dołożyło jeszcze swoje do szlaku. Szlaku, który nigdy się nie kończy...! :-)





The Koniec :)

16 komentarzy:

  1. Dzięki za wspaniałą podróż, za opisy i śliczne fotki. Co się stało że ostatnio używasz Darwina zamiast CloudUp2? Wagowo chyba gorzej wychodzi no chyba że go odchudziłeś?

    OdpowiedzUsuń
  2. @Zbyszek Nie wiem czy dobrze wyłapałem, ale wędrowców było dwoje do jednego namiotu, więc wybór całkiem słuszny (więcej miejsca). Poza tym podłoga w Darwinie większą zlewę wytrzyma, a i wentylacja jest lepsza.

    @Jacek Mocny finisz :) - czytało się mega przyjemnie. Fotki zachodu słońca przy Chatce Puchatka to petarda! (samo schronisko już zdecydowanie mniej - 2x tam byłem i ten sam foch, że śmiałem zamówić herbatę). Skłądaj do kupy "długodystansowce" i pisz książkę nawet niewielką (może cyfrową na początek) - zaklepuję pierwszy egzemplarz z autografem! :) ). Mam nadzieję, że pchnie Cię znowu na niebieski graniczny przynajmniej w części karpackiej (mnie już tam nosi, ale rzeczywistość urlopowa sprowadza na ziemię - jak los i okoliczności pozwolą to na przyszły rok). Uszkodzeniami plecaka się nie przejmuj - ja też jestem perfekcjonistą i znam ten ból, ale nie ma bata - choćbyś nie wiem jak dbał i uważał, to zawsze będzie ta chwila nieuwagi, przypadek i... po prostu ekwipunek się zużywa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbyszku - Michał dobrze zauważył. Do namiotu było dwoje wędrowców. Nieznana mi kobieta z dużym plecakiem i takimże śpiworem, wobec czego wolałem zabrać Darwina - stosunkowo wygodny kopułkowy namiot, wszystkoodporny i maksymalnie odchudzony. Z fabrycznej wagi 2911g, przez wymianę stelaża i jego mocowania do podłogi, szpilek oraz zrezygnowaniu z worków i pokrowca, zszedłem do 2139 gramów. Oszczędność niebagatelna, bo aż 739 gramów! Więcej odchudzić się nie dało.

      Michale - dzięki :) Zachód słońca z Hasiakowej Skały był zjawiskowy, więc kto miał cokolwiek z obiektywem i migawką, ten pstrykał. No i ja też... :)

      Właśnie wróciłem z Gorców i spod Babiej. Poszedłem na ultralekko. Całe wyposażenie (plecak, namiot, worek biwakowy, śpiwór, materacyk, kuchnia i zmiana ubrania) ważyło 4.317g. Bez bivy-baga i składanego kubka - dorzuconych w ostatniej chwili, byłoby poniżej 4k :) Ale bivy-bag sprawdził się na Turbaczu, więc może zrezygnuję w lecie z namiotu :)
      No i na szczęście obyło się bez strat :-)))

      Pisać książkę...? Może w zimie... Ale i wtedy moje lenistwo - mimo zimna - kwitnie :)
      Niebieski Graniczny wypada dokończyć, ale Gosia - z którą szedłem - zbiera urlopy i wolne na daleki zagraniczny wypad, a mi nie wypada kończyć bez niej, to Niebieski poczeka.
      Plany kształtują się na bieżąco, a z braku kasy na razie tylko włóczęga lokalna. Tak jak dzisiaj.
      Ale...
      ...się szło! :)

      Pozdrawiam Panowie (i panie? - może też czytają) :)

      Usuń
  3. Wspaniałe przeżycie, świetna relacja. Czytając czuję się tak, jakbym za wami dreptał. Chyba tylko to mi pozostaje, bo takie długodystansowe dokonania są jraczej poza miom zasięgiem.
    Relacja podoba mi się tak bardzo, że niektóe fragmenty chciałem sobie skopiować. I tu niespodzianka. Zapis musi być dotknięty jakimś nieznanym górskim/komputerowym wirusem, bo najpierw Tobie wywaliło kawał przygotowanego tekstu, a teraz zobacz, co wyszło z mojego kopiuj/wklej.
    Naprawdę nie manipulowałem treścią ! Czy mógłbyś mi to wyjaśnić ?

    A więc:

    Za Fereczatą otworzył się widok na połoniny. Od dołu brodzą przez wysoką trawę trzy dziewczyny. Łatwe do zdobycia . Nie wiem czy wypada mi zagadywać . Na bliższych i dalszych szczytach widzę dwie, a po chwili wszystkie trzy. Dyskretna i tajemnicza mgiełka nadaje okolicy czarowny wygląd... Jest uroczo, wilgotno i nieupalnie. Gadu-gadu, pitu-pitu. W takim miejscu teoretycznie nie było wysokiego zagrożenia. Ażeby nie tracić czasu i dystansu dostałem ten sam co poprzednio pokoik z balkonem i widokiem na Babią Górę z przyległościami, brakuje tylko wygodnego fotela. Zacieśniamy znajomość, ale nie przy procentach, bo i tej nocy chyba byłbym zdany tylko na siebie. Dbam o sprzęt. Próbuję i z niego i z siebie wykrzesać co się da. Klapa na całego. Młodzi gospodarze chyba widzą, że trzeba nam pomóc i czynią to ochoczo i z uśmiechem. Niewiele widać z tego wydarzenia, które jednak tego wieczoru nie było zbyt spektakularne. Generalnie goło i niewesoło. Spanie było smaczne, ale zakończyło się pobudką.
    Widoki na zachód zapowiadają ucztę dla oczu. Na skoszonej łące leżą dwa dziewczęce ciała, jeszcze nieśmiałe i niezbyt nasycone kolorami. Nie wiem, czy wcześniej skończył im się alkohol. Chętnie bym skosztował ich zapatrzonych w góry i skąpanych w słońcu owoców - chyba, że są zalane od potu. Szyja notorycznie mi się wykręca. Lufa skierowana na wschód . Ano tak! Kolejna "atrakcja"! Mamy dla siebie cały tere, bo żywego ducha nie widać. Decydujemy się wypatrzyć dogodne miejsce w lesie. Koleżanki dyktują tempo, którego wypada mi się trzymać. Nasze poncha łopotały na wietrze. Noc dostarczyła nam nieco burzliwych atrakcji. Gdy już jako-tako doszliśmy do siebie, trzeba było powoli schodzić. Jak tak dalej pójdzie, to trzech tygodni - jak nic - nam braknie! Na pożegnanie mocno uścisnęliśmy sobie prawice.

    OdpowiedzUsuń
  4. I dalej:

    Po dwóch latach poszukiwania partnera do ciemnego pomieszczenia wpada kobieta. Ma w sobie to magiczne coś... Mam zamiar dokładniej ją przeeksplorować. Nie zostało to powiedziane, ale ja wyczuwam to w serdecznym tonie kobiety, więc biorę ją "na barana". No, dzielna dziewczyna - napiera ostro… Ja odpowiadam absolutnie bez pośpiechu: góra - dół - góra - dół - góra – dół . No, chociaż w dobrym kierunku... :) Ojakfajnie, ojakfajnie! Jest mi dobrze - i dobrze mi tak! Przystępujemy do wymiany. Ta atrakcja nie trwa długo. Doszliśmy! Koleżanka pierwszy raz. No dobra - dość tej sielanki! Koleżanka gdzieś znika. Budzi moje kontrowersje. Moja irytacja była już wystarczająco nakręcona. Kląłbym tu w żywy kamień! Wreszcie oddychamy pełną piersią, może dlatego, że zasoby są eksploatowane intensywnie, ale i rozsądnie.
    W kuchni już była dziewczyna, która kiedyś była skromna, co postanawiamy sprawdzić od kropki do kropki. Mimo trendu odchudzającego jednak było co podziwiać! Opanowujemy ją bez strat własnych nieopodal naszego namiotu. Dziewczyna męczy się, jest niebezpieczna i to bardzo. To po to szedłem przez ciemny las, by teraz podziwiać wilczy szaniec broniony przez ciężką artylerię ? Wreszcie dochodzimy na szczyt. Otworzyły się wrota Modroru. Gdy dochodzimy, pies nas anonsuje. Po należytym wytchnieniu, ponownie wędrujemy szlakiem. Zdecydowanie jesteśmy z siebie zadowoleni.
    W schronisku pełno ludzi. Znowu Barszcz Sosnowskiego. Także i tym razem raczyłem się tym leśnym przysmakiem. W tańszej knajpce skusiliśmy się na zupę czosnkową. Można ją spożywać bez uzdatniania. Nawet przy płaceniu dostaliśmy upust od szefa.
    Dochodzimy na Markowe Szczawiny. Mam dłuższą chwilę na kontemplowanie flory. Oj, nie podoba mi się to zielsko.
    Dochodzimy do Węgierskiej Górki. Śladami wilków podążają dwie panie, jakie straszą przy niejednym schronisku. Leniwie przeżuwając soczystą trawę, patrzą na nas sennym wzrokiem Trzeba było dobrze się pilnować. Przycupnięte na leśnej polanie mogły się naprawdę podobać. Niejedno rozdarte serce zabliźniał ten czar... Zaledwie pozdrawiamy się na szlaku. Z naprzeciwka dostrzegam maszerującego człowieka. Będzie karmiony do syta i wykąpie się w prawdziwej gorącej wodzie mogąc spokojnie podziwiać piękno przyrody i rozległe panoramy... Tak się spełnia marzenia!
    Trzeba się mieć na baczności. Właśnie spotkaliśmy trzech jeźdźców Można się było spodziewać takiego tłumu. Poszli śladami wilków. Muszę sięgnąć po wiatrówkę. Tej jednak nie ma w zasięgu wzroku, więc telefonuję.
    Droga coraz wygodniejsza, a znaki prowadzą pewnie. Stoją na każdej łące, jak okiem sięgnąć. Chmary much wespół z młodym gospodarzem uprzykrzają wędrówkę.
    Bardzo przyjazny młody człowiek, obszczekiwany przez psy pasterskie, popatrzył na nas i po chwili zaczął się zbierać do odlotu i nie zwlekając - poszybował w dal.
    Czasem odnoszę dziwne wrażenie - staram się dbać o czytelność godną króla Gorców

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed kolejnym wypadem w góry, zabrałem się za odpowiedź na ten dadaistyczny poemat :)
      Chciałem stanąć na wysokości zadania i męczyłem się w nocy ze dwie i pół godziny do 3:30... Kiedy sążnista odpowiedź była już gotowa, kliknąłem i ...zniknęło... :( Wcześniej opis GSB, teraz odpowiedź...
      Tak czy inaczej - jestem pod wrażeniem! Jak wrócę z gór na dłużej, to postaram się odtworzyć tamtą odpowiedź.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Witaj Yatzku!
    Moja relacja z GSB będzie może jeszcze w tym roku na blogu. Puki co muszę jeszcze "zmęczyć" relację z 50 dni za wielką wodą;-) Twojego mistrzowskiego pióra raczej nie przebiję nie mówiąc już o arcymistrzowskim zawoalowaniu tekstu o relacjach męsko-damskich;-)
    I chociaż w kwietniu było równie "pikantnie", to szczegóły zachowam tym razem tylko dla siebie;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam Twoją relację z Te Araroa i też podziwiam. Skrupulatne opisy i barwne ilustracje... Właściwie, to po Twojej relacji i wcześniejszych opisach Leśnej, już nie muszę tam jechać ;)
      Czekam zatem na opisy z wędrówek poTeArarolnych ;-)

      Usuń
  6. No to się pochwalę. GSB ukończony w 14 dni, w dużej mierze dzięki poradom Yatzka. Było dobrze. No i przy okazji tego bloga, odkryłem blog Pawła z relacją z Nowej Zelandii. Zazdrość zżera.
    Pozdrawia kolega z pomarańzowego marmota. Do zobaczenia na szlaku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim gratuluję przejścia, a podwójnie - za piękne tempo :)
      Bardzo się cieszę, że porady się przydały. To wielka zachęta do kontynuowania bloga.
      A w kraju mamy więcej długodystansowych podróżników - jeśli poszukasz w komentarzach do początku GSB, to znajdziesz :)
      Skoro tak imponująco zrobiłeś GSB, to kolejne szlaki tu i tam czekają :)
      Pozdrawiam.

      Usuń
  7. Szczerze to sam byłem pozytywnie zaskoczony ilością osób, które spotkalem na szlaku, a które robiły GSB. Co do tempa to, po tygodniu zaczeła bolec i spuchła mocno noga, to trzeba się było śpieszyć coby zacząć kurację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja się cieszę z popularności GSB jako wyzwania do przejścia szlaku od kropki do kropki.
      Tak chętnie bym go jeszcze raz przewędrował, w jakimś pięknym stylu - cokolwiek miałoby to znaczyć...
      No, ale przy Twoim tempie spuchłyby mi płuca, kolana, ścięgna, no i nie mógłbym robić tylu zdjęć co zwykle...
      Zdrowia życzę - także na kolejne szlaki! :)

      Usuń
  8. Taki prezent urodzinowy to ja rozumiem, właśnie weszło 39 na licznik ( 47 minut temu...) skończyłem czytanie. Mam nadzieję na taki spacerek aby uczcić 40. Trochę oszukam i chyba załatwię to wcześniej, może w czerwcu (również), zanim beton szlak zaleje i wyrosną wzdłuż niego kramiki z oscypkami ( oczywiście zapewne chwilę to potrwa i mam nadzieję, że będzie to długa chwila...) . Taki swoisty fin du siecle. Dzięki za Twoją pracę, doceniam wysiłek z dokonaniem szlaku oraz tego wspaniałego opisu. Pozdrawiam serdecznie Adam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Adamie. Taka wędrówka daje inne spojrzenie na rzeczywistość. Zacierają się codzienne wartości a powstają nowe - niby prostsze, a takie bliskie człowiekowi i naturze.
      Jeśli mój opis pomoże w podjęciu decyzji i realizacji zamierzenie, to będę się cieszyć, bo każdemu życzę zaliczenia pięknej przygody na pięknym szlaku.
      Powodzenia i pozdrawiam.

      Usuń
  9. Gratuluję, tym razem udało się bez przerwy w trasie, co jak by nie było jest dodatkowym sukcesem.
    Mnie wróciły wspomnienia z zeszłego roku.
    Szedłem od Szczawnicy do Cisnej i część GSB mi się pokrywała. Piszesz że na Cergowej budują wieżę i to może być dobra wiadomość ( choć i są pewnie przeciwnicy tej inwestycji) jest szansa że ktoś pójdzie po rozum do głowy i inaczej poprowadzi szlak od Nowej Wsi by ominąć te chaszcze gdzie i ja rzuciłem parę przekleństw . Podobnie było było przed bazą Wisłoczek gdzie piszesz o błotostradzie , zejście z drogi i za moment powrót , czemu to służy ? nie odgadniemy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z GSB miałem właśnie to rozliczenie, że pierwotnie chciałem go pokonać na raz, a podzieliłem na raty i tempo było minimalnie za wolne.
      Za drugim razem chciałem to poprawić i udało się. Nie mam parcia na rekordy, ale minimum wytrwałego wędrowca musi być! :)

      Gdyby tak znakarze dokooptowali kilku chętnych z naszego grona górołazów, to szlaki wreszcie miałyby logiczny przebieg. Choć nie jestem pewien, czy jakieś obiektywne, nieznane nam czynniki nie wymuszają takich - z naszego punktu widzenia - nielogicznych przebiegów na opisywanych odcinkach. Chyba trochę nas to hartuje w boju, bo jak już damy radę z błotem i chaszczowaniem przed Wisłoczkiem, to nic nas nie ruszy! :)
      Pozdrawiam!

      Usuń