Główny Szlak Beskidzki 2012/2013 * Wyposażenie * Ubranie * Jedzenie * Zaopatrzenie i woda * Podsumowanie * Podziękowania
********************************************** 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17 * 18 * 19 * 20 * 21 * 22
Główny Szlak Sudecki 2014/15 * Wstęp * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14 * 15 * 16 * 17
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 * Wstęp * Wyposażenie * GSŚ 01 * GSŚ 02 * GSŚ 03 * GSŚ 04 * GSŚ 05
Mały Szlak Beskidzki 2015 * Wstęp * Wyposażenie * MSB 01 * MSB 02 * MSB 03 * MSB 04 * MSB 05 * MSB 06
Szlak Nadbużański * Wyposażenie * 00 * 01 * 02 * 03 * 04 * 05 * 06 * 07 * 08 * 09 * 10 * 11 * 12 * 13 * 14
Szlak Niebieski Graniczny * Wstęp * cz. 1 - Beskid Niski * cz. 2 - Bieszczady * cz. 3 - Pogórza * Wątek sprzętowy 2016/2018
Główny Szlak Beskidzki 2017 * Wstęp * cz. 1 - Ustroń - Maciejowa * cz. 2 - Maciejowa - Kąty * cz. 3 - Kąty - Wołosate * Wątek sprzętowy
______________________________________________________________________________________________________________________
W PRZYGOTOWANIU: Test worków wodoodpornych i klika innych testów...
______________________________________________________________________________________________________________________

piątek, 2 września 2022

Pasmo Łososińskie - Trzydniówka, sierpień - wrzesień 2022.

 

Są takie szlaki, które lubię przejść co jakiś czas ponownie. I niewątpliwie do tej puli należy kierunek Pasierbiec - Tymbark - Limanowa i Pasmo Łososińskie. Są tam moje ulubione miejsca, do których wracam z przyjemnością.

Na ostatni dzień sierpnia i początek września, prognozy były optymistyczne. Brak upałów zachęcał do dłuższej wędrówki. Wyposażyłem się jak na lato, co później okazało się zbytnim optymizmem. Z braku śpiwora przejściowego klasy 600g, zabrałem letniego Małacha UL300II - mojego ulubionego "lekkoducha". Nie zabrałem też po raz pierwszy zapasowego podkoszulka, no i chyba na to czekały Prawa Murphy'ego...


Dzień pierwszy - środa, 31 sierpnia 2022. Rajbrot - Tymbark. Dystans: 22 km.


Do Rajbrotu podjechałem busem. Najbliższe okolice mam już tak przedeptane, że wędrówkę wolałem rozpocząć od miejsc w których bywam nie częściej niż raz w miesiącu.

Rynek w Lipnicy Murowanej - tu wszystko się zaczęło :-)

Rajbrot Centrum

 

Podejście na Łopusze Wschodnie po minięciu delikatesów i orlika od razu wymaga sięgnięcia po wypracowaną kondycję, ale odcinek nie jest wyczerpujący, a widoki z trasy to wynagradzają. 

Za delikatesami w lewo


Rajbrot u stóp Dominicznej Góry


Pod grzbietem Łopuszy

Rogozowa, a za nią Szpilówka z widoczną wieżą widokową :-)




 

 

Dalej jest już trochę spokojnego marszu. Grzbiet Łopuszy jest łagodny, częściowo zalesiony, z pojawiającymi się co jakiś czas otwarciami głównie na południe, a zatem na pobliskie i dalsze pasma górskie. Przy dobrej widoczności można też dostrzec szczyty Tatr, co jednak dzisiaj nie miało miejsca.
Niebawem pokazało się zejście w dolinę z przeciwległym podejściem w kierunku góry Kamionna, zatem po umiarkowanym zejściu, zaczynało się żmudne podchodzenie.


Kamionna (802m) na horyzoncie

Kapliczka przed Łopuszem Środkowym

Łopusze Środkowe


Krzyż upamiętniający ofiary rozbitego samolotu

Rozejście szlaków i początek zejścia w dolinę

Przełęcz Rozdziele

Przełęcz Widoma

Mostek pod Widomą


Początek podejścia pod Kamionną z Przełęczy Widoma


Kamionna ze swą wysokością 802 m n.p.m. jest najwyższym wzniesieniem powiatu bocheńskiego. Na jej zboczach ulokował się dom weselny, bacówka znana tu od lat, a także stok narciarski z wyciągami.
W ramach odpoczynku można rozglądać się po coraz szerszym horyzoncie i cieszyć oko szczytami już zdobytymi, bo tych na których stopy nie postawiłem, zaiste jest niewiele.

Miałem biwakować pod Kamionną. Z górnej stacji wyciągu krzesełkowego rozciąga się piękna panorama na wschód, więc poranne słońce mogłoby mnie zachwycić. Jednak dobre tempo wędrówki pozwoliło mi zdążyć przed zmrokiem do Pasierbca, ale i tam byłem jeszcze dość wcześnie. Padło więc na Tymbark.


Dom weselny, a nieco dalej po prawej Bacówka

Jak okiem sięgnąć...

Jeszcze trochę i będzie szczyt

Spojrzenie na przebytą trasę

Pierwotny plan zakładał biwak pod Kamionną z widokami na wschód słońca

Kamionna zdobyta :-)

Gdzieś tu na szczycie ma powstać wieża widokowa

Polana pod Kamionną

Trzęsawisko w siodle pomiędzy Kamionną a Pasierbiecką


Rozejście szlaków za Pasierbiecką

"Krętą ścieżką poprzez las..." Słowa pieśni żołnierskiej :-)

Trasa na jutro :-)

Tymbark w dolinie

 

 Pasierbiec na kursie

Skręcam na opłotkach Pasierbca

Relikty przeszłości w teraźniejszości...

Ani me ani be... ;-)


Dawno, dawno temu w starej chacie...

Tymbark coraz bliżej


Niemal u celu dnia

W Tymbarku mój przyjaciel sąsiad przyjął mnie w gościnę. Chłód wieczora w starciu z letnim śpiworem, wbrew obiecującej prognozie nie nastrajał mnie optymistycznie. Do celu przybyłem o zachodzie słońca, więc nie było już możliwości wspiąć się ponad przewidywane poranne mgły, jakie przeszyły by chłodem tę malowniczą dolinę. Jak dobrze, że świat jeszcze jest miejscem dla dobrych ludzi. Wielkie dzięki Janku!


Dzień drugi - czwartek, 1 września 2022. Limanowa - Przełęcz św. Justa. Dystans: 25 km.


Gdy poprzedniego wieczora przybyłem na nocleg, okazało się, że mój ulubiony podkoszulek merino sporo ucierpiał. Gdy go wczoraj zakładałem, zaobserwowałem pojawienie się małej dziurki na ramieniu, a wieczorem zrobiło się z niej rozdarcie i przybyła dodatkowa dziura na plecach. Obydwie w miejscach kontaktu z elementami plecaka. Jak na ironię, po raz pierwszy nie spakowałem zamiennego podkoszulka, no i proszę - Prawo Murpy'ego zadziałało...
Miałem iść przez Ćwilin w kierunku Gorca i później zejść do Rabki, ale obserwując ochłodzenie w pogodzie nie na mój letni śpiwór i postępujące uszkodzenie odzienia, zmieniłem kierunek i dystans.

Po podziękowaniu za gościnę przejechałem z Tymbarku do Limanowej busem. Wysiadłem w miejscu, gdzie szlak niebieski pnie się pod Miejską Górę, zwaną też Chłopską Górą. Tak to i mieszczanie i chłopi pospołu podzielili się pagórem :-)

Rynek w Tymbarku

Przed Limanową spory korek...

I znowu na szlaku :-)






Z tarasu przy podstawie krzyża roztaczała się przepiękna panorama. Pamiętałem ją z poprzednich bytności i tym razem także długo ją kontemplowałem. Pomiędzy Ostrą a Cichoniem piętrzył się za nimi masyw Modyni (rodzaju żeńskiego!). Nieco dalej na wschód (na prawo) za obniżeniem Przełęczy Słopnickiej widniał w oddali Gorc z dostrzegalną wieżą widokową. Dalej na wschód piętrzyła się Mogielica. Widoczny był sąsiedni Łopień i Śnieżnica, by wspomnieć tylko o tych bliższych znanych i lubianych szczytach.

Niestety, brak było dobrej przejrzystości powietrza pozwalającej dojrzeć galerię tatrzańskich szczytów, ale dla mnie to może i dobrze, bo zbyt długo kontemplowałbym ten piękny horyzont.






 

Przechodząc od Chłopskiej (Miejskiej) Góry do niebieskiego szlaku który opuściłem na koszt znaków żółtych prowadzących pod krzyż, spomiędzy drzew dojrzałem jeszcze zamykające zachodni horyzont Zęzów i Kostrzę.


Krętą leśną dróżką mijając stacje drogi krzyżowej dochodzę na powrót do niebieskiego szlaku. Krótkim zejściem osiągam siodło pomiędzy Sarczynem i Sałaszem a Łysą Górą, na której zimą funkcjonuje nartostrada z wyciągiem. Malownicza lokalizacja z rozproszoną zabudową tworzy harmonijną scenerię pod błękitnym niebem ozdobionym wykłębionymi cumulusami. Podchodzę asfaltem pod górę i mijam domek, przy którym kilka lat temu spałem na werandzie. Dalej szlak skręca z drogi w prawo przez chaszcze, ale te są nieprzedeptane, więc kontynuuję asfaltem do szlaku zielonego.

Droga Krzyżowa i powrót do szlaku niebieskiego




Piękna leśna droga którą pamiętam rozświetloną porannym słońcem, prowadzi mnie ku zachodniemu szczytowi Sałasza. Krótki odcinek pokonuję bez szlaku, kuszony nieznanymi leśnymi dróżkami. Już na szlaku rozpoznaję zadaszony stolik, przy którym w innym nocnym marszu spotkałem grupę młodzieży odzianych w stylu militarnym, zapewne podczas jakiegoś zorganizowanego wymarszu.




Na niewielkiej przecince tuż poniżej grzbietu, rozlokowało się kilka domów. Widok w kierunku południowym jakkolwiek dość wąski, to jednak sprawia, że mógłbym tu spędzić kilka dni w najwyżej położonym domku.




Teraz marsz jest spokojny, zatem na monotonnym płaskim odcinku można pomyśleć o drugim śniadaniu. Standardowo ciasteczka owsiane dostarczają więcej przyjemności niż energii, ale że tej drugiej mi nie brakuje, to i bardziej dbam o tę pierwszą :-)

Małe podejście po krótkim marszu doprowadza mnie do głównego szczytu Sałasza. Kulminacja szczytowa jest ledwie zauważalna, jako że cały grzbiet jest tylko nieco pofalowany. Sprzyja to medytacji w marszu przez zalesiony szlak. Dopiero nieco dalej za szczytem otwiera się niewielka łąka, przy której przycupnęły dwa zadaszone stoły z ławkami i miejscami w których widać ślady po palonych ogniskach.

Ławka Janusza. Nie siadałem - bo nie moja...




Mimo braku rozległych widoków, wysokie drzewa okalające wąską drożynę nadają jej swojskiego uroku. Obfitość zieleni tunelującej znikający w jej gęstwie szlak, po chwili zmienia swój zwarty charakter. Oto dochodzę do Stumilowego Lasu, który z racji jego skromnego obszaru nazwałem raczej Stumetrowym Lasem. To pozbawiona gęstego podszytu skupina kwaśnej buczyny, baśniowo prezentująca się w przeszywających ją promieniach słonecznych. Za każdym razem gdy tu przechodzę bądź przejeżdżam na rowerze, ulegam urokowi tego niby zwykłego, a jednak tak pięknego szpaleru dumnych buków. Gdy ich zwarte szeregi na powrót zamieniają się w regularny homogeniczny las, szlak lekko wspina się pod górę, którą niebawem okazuje się być szczyt Jaworza - najwyższej góry na szlaku.



Stumilowy, a może raczej Stumetrowy Las ;-)


Na szczycie Jaworza


Gdy byłem tu przed jedenastu laty, na wschodnim zboczu Jaworza dumnie stała dopiero co postawiona drewniana wieża widokowa. Wtedy właśnie zgodnie z planem na podeście widokowym wieży, rozłożyłem swój najmniejszy namiot, bo i podest na wiele większe schronienie by nie pozwolił. Pamiętam tamtą noc z potężnym wichrem.. Jednak tym razem wstąpiłem na wieżę już po raz bodaj czwarty, by sobie przypomnieć i uwiecznić znajome krajobrazy.

Jest i pieczątka do książeczki GOT!







Ten widok pamiętam najlepiej





Tuż poniżej wieży usadowiła się skromna kapliczka. Ławki, teraz rozmieszczona tuż za nią, lata temu były ulokowane po drugiej stronie drogi. Jednak gdy odbywa się tu nabożeństwo, rowerzysta przejeżdżający przez środek takiej polowej świątyni, delikatnie mówiąc, nie komponowałby się z miejscem i wydarzeniem.



Szlak prowadzi mnie na ...Babią Górę! Tak, skojarzenia z Królową Beskidów od razu same się nasuwają, no ale niejednej górze Babia... :-)
Odcinek przede mną jest niezwykle malowniczy i za każdym razem podziwiam go z niekłamanym podziwem. Dzisiejsze chmurne niebo tylko dodaje uroku krajobrazowi.
Oglądam się za siebie, spoglądając na dumnie piętrzącą się dopiero co zdobytą górę. Piękne miejsce i czas...



Babia Góra jest nieco powyżej znaku, ale nie każdy wychodzi poza szlak. Ja także kontynuuję masz według znaków i niebawem dochodzę do kolejnego niezwykłego miejsca, jakim jest Skrzętla-Rojówka.



Szlak niebieski biegnie tu w lewo, ale na prawo kierują znaki żółte, a prosto za kaplicą dominuje szczyt góry Chełm. Tak, Chełmów możemy się w górach doliczyć znacznie więcej niż gór poświęconym babom, czy innych Diablaków :-)

Trochę się zasugerowałem dwiema znakami, z których jeden kieruje na szlak żółty, a równoległa strzałka wskazuje właśnie górę Chełm. Podążam więc za żółtymi znakami, będąc przekonany iż doprowadzą mnie na wierzchołek. Tymczasem szlak początkowo trawersuje masyw od południa, a potem - o zgrozo - stromo schodzi w dół! Wtedy moje nieśmiałe podejrzenia nabierają mocy i postanawiam przedzierać się dziewiczym lasem w górę, mając nadzieję trafić na drogę prowadzącą na szczyt.






Bodaj każdy las pokryty jest gęstą siatką leśnych dróg, więc po najwyżej dwustu metrach krosowania, trafia się na jedną drogę, później na kolejną. Wspomagany moim niezawodnym Locusem trafiam na wygodną szeroką drogę pnącą się dość łagodnie pod górę i nią właśnie podążam. Po drodze połoga polana otwiera południowy widnokrąg, więc daję oczom odpocząć, pasąc je daleką panoramą, co niesamowicie lubię. A od polany już tylko kilka minut i wreszcie niezawodnie trafiam na szczyt, a na nim dostrzegam klasyczne instalacje informujące o miejscu.




 


Żarłokiem absolutnie być się nie poczuwam, ale skoro nastała pora obiadowa, to i obfity posiłek należy spożyć, celebrując nowo zdobyty szczyt, na którym - choć go mijałem nie raz - z braku wyznakowanego szlaku jakoś nigdy nie zaplanowałem i nie zdobyłem.
Usatysfakcjonowany nowym podbojem i pokrzepiony jadłem i napitkiem, po krótkim odpoczynku ruszyłem w dalszą drogę.




Schodząc ze szczytu, natrafiłem na piękne otwarcie w kierunku północno-wschodnim. Okolice Jeziora Rożnowskiego prezentowały się okazale, więc postanowiłem nie schodzić do kaplicy w Skrzętli-Rojówce drogą leśną, a skrócić drogę do szlaku biegnącego u stóp Chełma. Trochę kręciłem się po łąkach i miedzach, by bez większych problemów dojść do asfaltu a zarazem i szlaku.






Schodząc w dół, dotarłem do skrzyżowania gdzie dochodził też szlak żółty z Marcinkowic i Białowodzkiej Góry. Ja zaś nadal podążałem za znakami niebieskimi, które biegnąc obok obfitujących w słodkie śliwki sadów, doprowadziły mnie do skrzyżowania Rojówka, będącego jednocześnie przełęczą pod Jodłowcem Wielkim.





Przyznam bez bicia, że trochę się objadłem... :-)


Zapas dorodnych śliwek w kieszeniach, a przede mną ostatnie już w dniu dzisiejszym podejście, na dodatek asfaltowe. Nie przepadam za drogami utwardzonymi, na szczęście pobocze jest miękkie i mogę udawać, że idę po szlaku terenowym, a nie drogowym ;-)

Kilka spojrzeń dookoła ujawnia zabudowę Nowego Sącza od wschodu poprzez Białowodzką Górę na kierunku południowo-wschodnim, zaś na zachodzie dumnie piętrzy się masyw Chełma, który dopiero co opuściłem.




Jodłowiec Wielki to też historyczne miejsce startowiska i szkoły szybowcowej z początków jej działalności na tym terenie. Gdy do szybowców dołączyły samoloty, Aeroklub Podhalański z lotniskiem w pobliskiej Łososinie Dolnej, przejął rozwijającą się tu aktywność lotniczą.




Tak, - kilka kroków dalej z wschodniego zbocza Jodłowca spoglądam właśnie na łososińskie lotnisko. Sama góra nie jest wysoka, - właściwie poniżej pięciuset metrów nomenklatura nie uznaje takiego wzniesienia jako góry, niemniej widoki z tego wyniesionego punktu terenowego są jedne z najpiękniejszych w okolicy. Okoliczne pagórki z rozlewającym się u ich stóp Dunajcem tworzącym przed zaporą Jezioro Rożnowskie i niewidoczna stąd Łososinka, tworzą przepiękną harmonię przyrody, którą miałem okazję podziwiać tak z samolotu, jak i w czasie skoków spadochronowych na pokazach w Łososinie Dolnej.





Schodząc z Jodłowca dochodzę do Przełęczy św. Justa z poświęconym mu niewielkim kościółkiem drewnianym. Skromna drewniana budowla o długiej historii jest mi z kilku powodów bliska. 

Szlak niebieski prowadzi dalej prosto grzbietem, ja zaś schodzę drogą w stronę Łososiny, gdzie mieszka mój stary znajomy, zatem tutaj zakończy się dzisiejszy etap wędrówki. Dzień już nie jest zbyt długi, to i dystans również nie imponujący, ale nowe poznane miejsca z eksploracją okolicy wyrównują rachunek wędrówki. Ważne, że kondycja dopisuje!







Dzień trzeci - piątek, 2 września 2022. Łososina Dolna - Lipnica Murowana. Dystans: 22 km.


Dzisiaj będzie ostatni dzień mojej wędrówki i prognozowany ostatni dzień dobrej pogody. Podkoszulek już dziurawy i czuję jak plecak jeździ mi po karku, więc trzeba się wycofać na pozycje stałej dyslokacji. Trasę znam lepiej niż dobrze, bo bywałem tu już wielokrotnie, więc marsz będzie mało odkrywczy, choć zawsze staram się wypaczyć jakąś nieznaną dróżkę, albo chociaż odwiedzić dawno nie przemierzaną.

Na lotnisku w Łososinie Dolnej trwa pełna aktywność lotnicza. Szybowce, samoloty i śmigłowiec co chwilę pojawiają się pod cumulusami. Tuż za ogrodzeniem lotniska skręcam z ruchliwej drogi wojewódzkiej i kieruję się spokojniejszym traktem ku Michalczowej.

Lotnisko w Łososinie Dolnej


Kościół w Michalczowej to świetny punkt orientacyjny. Strzelista wieża wysokiej budowli usytuowanej na wzgórzu, jest dobrze widoczna z dalszej okolicy i niejeden pilot z pobliskiego lotniska orientował się właśnie tutaj. Dochodząc na wysokość kościoła, mógłbym przejść przez przegibek i zajść w dół krótką i łatwą drogą. No właśnie - łatwą.

Spoglądam w lewo na jeszcze wyższe wzniesienie. Stamtąd roztacza się przepiękny widok na moje okolice, które niemal metr po metrze przedeptałem. Aż miło spojrzeć tak z rzadziej pamiętanej perspektywy.

Jest gorąco, już trochę się rozgrzałem, ale przecież nie odpuszczę, - idę pod górę! No i bardzo dobrze, bo po kilkuset metrach trafiam na rozległy sad śliwkowy, a owoce zalegają pod drzewami. Nieco dalej za ostatnim domem na podejściu, kolejny sad, ale tu śliwki są wielkości brzoskwini! Kilka z nich zajęło mi całą boczną kieszeń plecaka. Piękne okazy i wszystkie zdrowe.



Śliwogromna!


Przechodzę przez mały przysiółek i kieruję się w stronę szczytu. Na skoszonej łące pod sporym drzewem stoi trójnóg oznaczający szczyt, ale nie nosi on żadnej nazwy. Nie tylko dlatego że nie ma tam zwyczajowej tabliczki, ale i na mapach nie odnalazłem nazewnictwa tego miejsca. Biorąc pod uwagę że w okolicy niezwykle często spotykane są plantacje śliw i jest to nawet lubiany przeze mnie Szlak Śliwkowy, góra ta mogła by się nazywać Śliwowica! :-) A przynajmniej ja jej taką nazwę nadaje w imieniu wszędobylskich górołazów :-)

Szczyt Śliwowicy


Z Śliwowicy schodzę wąskim asfaltowym łącznikiem do górnego punktu widokowego na grzbietowym odcinku Szlaku Śliwkowego. Jest to trasa rowerowa, ale równie dobrze nadaje się do pokonania jej samochodem czy też pieszo. Na nogach można ją nieco zmodyfikować i na drugim końcu grzbietu nie schodzić tak jak wskazują znaki, a przejść przez Kopiec pod Kobyłę do żółtego szlaku i dalej gdzie oczy poniosą. Ja zaś schodzę asfaltem na dół i mijając reliktową chatę gościnną Kąty 17, podziwiając widoki, obniżam swoje loty do doliny


Na Śliwkowym Szlaku

Kąty 17

Te góry na horyzoncie były wyższe, ale trochę je rozdeptałem ;-)



Od doliny krótkie podejście prowadzi mnie do nieco ruchliwszej drogi, którą przejeżdżałem setki razy, a gdy policzę, to nawet tysiące. Ale przed krzyżówką spotkałem tutejszego mieszkańca, z którym uciąłem sobie miłą niemal godzinną pogawędkę. To właśnie spotkani ludzie dopełniają kolorytu okolicy i przyjemności wędrowania. Nie ma tu kurortów, deptaków, a droga którą szedłem nie jest nawet szlakiem. Ludzie przez to są przyjaźniej nastawieni do przechodzących plecakowców niż w miastach czy ośrodkach turystycznych. Mówiliśmy o okolicy, o ludziach, miejscach, o sobie, - tak, jak już młodsze pokolenie chyba nie potrafi rozmawiać. I nie potrzebowaliśmy do tego smartfona, fejsa czy któregoś z komunikatorów. Bo to była klasyczna rozmowa fejs tu fejs :-)

Za skrzyżowaniem dwie stare chaty. To już ostatnie relikty przeszłości, echa dawno zapomnianej epoki, świadkowie zamierzchłych czasów. Pierwsza jeszcze w dobrym utrzymaniu, druga wygląda na opuszczoną, chociaż obydwie pamiętam tętniące życiem, choć owo tętno bić już przestaje...



Przede mną Kąty i Połom Mały. Miejsce znane i wręcz bliskie. A dalej za Porąbką Iwkowską - Iwkowa, - to moja sąsiednia miejscowość, zaprzyjaźniona wielopłaszczyznowo :-) Tu także nie brakuje wspomnień dawnego czasu, gdy spokojnym traktem powoli ciągnęły się furmanki. Przypominam, pamiętam, nie zapominam...






Iwkową mijam z marszu, mając przed oczyma wieżę widokową. I choć w trzydniowej wędrówce zdobywałem szczyty, to dzisiaj Szpilówce odpuszczę. Przed końcem miejscowości skręcam przy Ośrodku Zdrowia i mijając ciągnące się przy nowym asfalcie nieco mniej nowe powstające osiedle ludzi i pszczół, kieruję się póki co w stronę wieży.



Groźnie bzyczały - gniazda zakazały

Po osiągnięciu połaci lasu odbijam w stronę kultowej - dosłownie i w przenośni - kapliczce stojącej w miejscu pustelni św. Urbana, przebywającego tysiąc lat temu przy bijącym tam źródełku z najlepszą w okolicy wodą. Zasiadam na małe co-nieco, nabieram wody i po chwili kontemplacji wspinam się na biegnący osiemdziesiąt metrów wyżej grzbiet. Jest tam droga i szlak zielony wiodący od Rajbrotu do Tarnowa, który oczywiście przeszedłem lat temu kilka w całości, a wielokrotnie przemierzałem jego różne odcinki.




Przy skrzyżowaniu pod Szpilówką skąd do szczytu mam zaledwie trzysta metrów, skręcam w przeciwnym kierunku i swoją trasą wracam w kierunku domu. To już ostatnie kilometry i zwykle wtedy konstatuję, że właśnie kończy się obecna przygoda, - tymczasem to tylko krótka wędrówka. A tak by się chciało iść i iść po górach, lasach, czasem schodząc w doliny, by znowu pokłonić się górom i wędrować z wiatrem bądź pod wiatr...



Lipnica Murowana. Jestem w domu. W tym niby pierwszym, bo drugim domem są góry :-) Więc pewnie niebawem - z domu do domu... :-)



Od czasu zakończenia tej wędrówki do chwili zredagowania niniejszej relacji, byłem już dwukrotnie w terenie. I spotkałem młodą osobę, z którą rozmawiałem jak kilka dni wcześniej z mieszkańcem Kątów. Czyli wśród młodszego pokolenia są jeszcze zwolennicy rzeczywistości, nie tylko virtualnych miraży. Więc może jeszcze się zdarzy...! :-)

Mapa trasy

Trzeci dzień podzielony na odcinek do Urbanka i do domu.

.

1 komentarz:

  1. Dzięki Jacku za relację i zdjęcia.
    Ciekawa trasa. Ten Stumilowy/metrowy Las faktycznie ładny!
    Ale aż tak, z relacji odczytuję, nie było jak na początku się zapowiadało.
    Choć widzisz, x razy zabierasz to co trzeba, raz robisz wyjątek i ups, powstał problem ;)
    Życie :)

    Śliwowicę namierzyłem mniej więcej. Choć nie da się pobrać zdjęcia z bloga, wyskakuje komunikat:
    "Image context menu is disabled"

    Ale żeby Szpilówkę ominąć? Jak tak można, na koniec jej sobie nie zostawić?
    Żartuję, w pełni rozumiem. Sam już tak robię, jeśli mam ochotę.

    OdpowiedzUsuń