GSB - Dzień siódmy - 21 czerwca 2012.
Trasa: Schronisko (Bacówka) na Maciejowej (842) - Stare Wierchy (964) - Obidowiec (1106) - Turbacz (1310) - Kiczora (1282) - Przełęcz Knurowska (846) - Stacja Turystyczna Studzionki (900).
Poranek na Maciejowej to czysta przyjemność :-)
Przed szóstą obejrzałem sobie panoramę z balkonu, ale kroiło
się na deszcz i zachmurzenie nieco zasmucało okolicę. Strzeliłem zatem kilka
fotek, a później – moją ulubioną poranną drzemkę :-)
Śniadanie w Bacówce miało być standardowe – jajecznica i
herbata. O ile pieczywo do jajecznicy było wyborne i świeżutkie, o tyle ona
sama była jakaś taka homogenizowana z wyglądu i nieco w smaku. Nic to, liczy
się napęd :-)
Jeszcze tylko fotki wewnątrz i opuszczam gościnne progi,
gospodarzy i ich psa.
Podchodząc w stronę Starych Wierchów, jakaś rogacizna patrzy
na mnie z byka... Na myśl przychodzi mi świetny sztych Picassa – Torro y
Torreros... Dzisiaj jednak chyba corridy nie będzie, słodki Fernando i ja
zachowaliśmy się nad wyraz pokojowo i humanitarnie :-)
Na Wierchy ciągle pod górkę, ale nachylenie takie na
rozgrzewkę. Trochę żwirku, trochę błota.
A że z Maciejowej niedaleko, wkrótce moim oczom ukazała się
znajoma bryła schroniska na Starych Wierchach.
Dochodziłem tu i od Obidowej i od Rdzawki, - dzisiaj
dochodzę od Maciejowej. Okolica urocza, nic więc dziwnego, że w tak pięknych
okolicznościach przyrody jakaś panna straciła tu swój wianek :)
Standardowo się obiłem i niezachęcony obecnością zielonej
szkoły pod wierchami, udałem się w stronę Obidowca, gdzie poza obszarem Parku,
prace polowe trwały w najlepsze.
A jak góry, to i czasem wypadki lotnicze. Takoż i tym razem
natrafiłem na kolejne memento...
Podchodząc pod Turbacz, tak jak i wcześniej pod rozmaite
góry, dodawałem sobie energii przy pomocy Glucardiamidu. To taki niewinny i
legalny, acz skuteczny dopalacz.
Zaś wszelkie odpadki, które jeszcze minimalizowałem przed
wyruszeniem, wędrowały ze mną w myśl zasady „leave no trails” – nie zostawiam
śladów.
Przed zdobywaniem szczytu Turbacza trzeba uważnie śledzić
przebieg czerwonych znaków, bowiem przez pewien czas biegną razem z ścieżką
rowerową, która trawersując na pewnym odcinku wierzchołek, pozwala nań wspiąć
się szlakowi pieszemu. Na szczęście znaki są, więc jeśli patrzymy nie tylko pod
nogi ale i nieco wyżej, błądzenie nie grozi.
Turbacz to szczyt znany i lubiany. Dostępny z wielu stron, z
bardzo dużym schroniskiem tuż poniżej. Choć osiągnięcie samego schroniska, dla
większości jest już tożsame ze zdobyciem Turbacza. W moim przypadku było
regulaminowo :-)
Przy schronisku legendarny szlakowskaz, informujący mnie, że
przeszedłem 180 nominalnych kilometrów od Ustronia. Kilometrów błądzących i
szwędających nie doliczam :)
Samo schronisko duże, ale raczej stylowe. Mimo gabarytów nie
straszy nowoczesną bryłą, a raczej standardowo cenami i gwarem. Ale taka to już
przypadłość bycia na wysokim poziomie ;-)
Obiłem się starannie, a spotkana rankiem na Maciejowej
kobieta która stamtąd wyruszyła godzinę przede mną, właśnie doszła i
zaproponowała mi ocalenie mojego dziurawego budżetu, wspierając mnie doskonałym
żurkiem z jajkiem i bananem. Serdecznie dziękuję!
Gdzieś w okolicy zaczęło zbierać się na burzę, miła pani
bała się grzmotów, a droga powrotna do Rabki daleka. Na szczęście po drodze dwa
schroniska, więc z siedzącym przez budynkiem panem, natchnęliśmy ją otuchą i
nadali kierunek. Czy ją burza później dopadła – tego nie wiem, bo po okolicy
pogrzmiewała i popadywało...
Ja zaś przyjąłem znany kierunek – w stronę Przełęczy
Knurowskiej przez Halę Długą z jej rozległymi widokami.
Za Kiczorą, - ki czort!?! Dopadł mnie deszcz, więc poncho
wskoczyło na mnie, okrywając zarazem i plecak. Zacny to i praktyczny wynalazek,
w odróżnieniu od deszczu na szlaku ;-)
Schodząc, sprawdziłem jeszcze stan zachowania drewnianej,
podupadłej szopy, ale o dziwo, trzymała się jeszcze całkiem, całkiem...
Dreptu dreptu po czerwonym szlaku, raz na sucho, raz na
mokro, aż wreszcie zaczęły się wyłaniać pierwsze zabudowania i stok pagórka za
przełęczą.
Na samej Przełęczy Knurowskiej mizeria, - gdyby nie marnawa
tablica, wyglądałoby, że o turystach się tam nikt nie martwi. Bo istotnie – ani
parkingu, ani wiaty dla pieszych. Nic, żadnej infrastruktury, dobrze, że
chociaż góry jeszcze stoją ;-)
Moja trasa na dzisiaj wchodziła w ostatni etap. Miałem już
tylko dojść do Studzionek, do Stacji Turystycznej P.P. Chrobaków, o której tyle
dobrego się nasłuchałem i naczytałem.
Burza goniła mnie od zachodu, a lekki deszczyk od Kiczory
nie ustawał, toteż nie czyniłem zbytniej zwłoki.
W marszu przez las widoków skąpo, toteż przez mały
śróddrzewny przezior z radością powitałem znajome wody Zalewu Czorsztyńskiego z
Ptasią Wyspą nieśmiało przycupniętą nieopodal brzegu.
Nie minęło 50 minut od wyjścia z Przełęczy Knurowskiej, jak
po lekkim podejściu las się otworzył na przepiękną łąkę z kopami siana na
przedpolu a górami w tle.
Tu już tylko przesmyknięcie się opłotkami i za wysokim
drzewem błyszczy dach domu Chrobaków.
Szczęśliwie, goniąca mnie burza chyba tylko czekała aż
schronię się pod dachem, bo gdy tylko wszedłem pod daszek przed domem,
rozpadało się na dobre.
Pani Ela Chrobakowa, zgodnie z oczekiwaniami okazała się
bardzo miłą i serdeczną gospodynią. Szybko zostałem zakwaterowany przytulnym i
niedrogim pokoiku na górze, gdzie vis a vis miałem łazienkę z nieoberwanymi
prysznicami :-)
Niebawem zaczęło się zmierzchać, ale już nie miałem ochoty
wychodzić z przytulnego domu na sesję fotograficzną. Zachód słońca zatem
uwieczniłem z okna mojego pokoju :)
Zszedłem jeszcze na dół do kuchni i jadalni, przyrządziłem
sobie kolację, czując się cały czas w domu, miło gawędząc z domownikami i
błyskotliwym Panem Wojtkiem – sześcioletnim zuchem Państwa Chrobaków.
Nic więc dziwnego, że w tak gościnnej atmosferze, przy
wieczornym koncercie przyrody za oknem, zjednoczyłem się z duchem okolicy i
spokojnie zasnąłem...
-








































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz