----- Maj 2003 -----
Mój pierwszy skok...
Właściwie to mógłbym zacząć: "Swój
pierwszy skok wykonałem w słoneczny dzień...". Ale to nie tak. A może
tak, ale jak do tego doszedłem to też ważna sprawa. Skakać chciałem "od
zawsze", ale za młodu nijak nie było na to warunków – głównie
finansowych, ale i zdrowotnych. Chociaż z tymi zdrowotnymi to był mit,
no ale dawno temu też nie każdy mógł sobie skoczyć.
W roku 1989 w Nowym Mieście n/Pilicą w
wojsku chciałem skakać, a było to o tyle niby łatwe, że był to pułk
lotnictwa i śmigłowce prawie codziennie były w powietrzu. Jednak po
odbijaniu się od tow. Annasza do tow. Kajfasza stwierdziłem, że to chyba
nie tędy droga... A szkoda, bo spadochroniarnia była bardzo
przytulna...
Całkiem też nieprzypadkowo trafiłem na
lotnisko w Pobiedniku gdzie łatałem śmigłowcem (jako balast) z Plutonem
Wyczynowym WKS Wawel, i to co robili tamci goście jeszcze bardziej
wzmogło moje przekonanie o słuszności wyboru...
Później pływałem sobie łódką wiosłową po
zalewie Rożnowskim i tam zaprzyjaźniłem się z emerytowanym majorem
komandosów z Krakowa. To był prawdziwy komandos z krwi i kości – pił i
klął jak skur[pi.....] i szybko się zaprzyjaźniliśmy. On też stwierdził,
że mi pomoże w realizacji moich spadochroniarskich planów, bo w
Krakowie zna kogo trzeba. Zaopatrzony w list żelazny, udałem się do
Aeroklubu Krakowskiego. Tam zostałem przyjęty jak żołnierz, to znaczy
pozdrowienia od znajomego owszem, ale zniżki... należało zapomnieć.
Odwiedziłem jeszcze kilka gabinetów lekarskich, ale okazało się że nijak
nie wyrobię kasowo (brak zniżki "po znajomości") i z żalem odpuściłem
temat. A lata leciały...
Trochę też udało mi się polatać na linie podwieszonej pod śmigłowcem, owszem było fajnie, ale ciągle czekałem na ten moment.
Wreszcie gdy choć trochę podreperowałem
swój budżet, dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego wydawcy "Ochroniarza"
że w maju 2003 roku organizowana jest kolejna edycja zdobywania odznaki
"Skoczek Spadochronowy Służb Ochrony" i od razu zgłosiłem swój akces. Co
prawda inaczej wyobrażałem sobie rozpoczęcie swej spadochronowej
przygody, ale za dużo już odpuszczałem i postanowiłem pójść za ciosem.
Dzień wcześniej ustaliłem z
organizatorem wszelkie szczegóły i nazajutrz ubrany w motocyklowe skóry
wsiadłem na swojego ścigacza i z workiem desantowym pognałem do Krakowa
na szkolenie u komandosów na Wrocławskiej. Na miejscu spotkałem
towarzystwo w strojach ochrony, czy też odzianych jak amerykańskie
wojsko i trochę nie pasowałem jako "dawca organów", ale już na terenie
ogródka szkoleniowego przebrałem się w zestaw "pustynna burza", co
pozwoliło mi się wtopić w otoczenie.
W zalewie majowego słońca w strugach
potu jak na komandosów przystało, przyswajaliśmy wiedzę o spadochronach,
zajmowaniu miejsca w Antku, opuszczaniu samolotu, szybowaniu i
lądowaniu. Mimo naprawdę ostrego tempa, na twarzach kursantów widać było
zadowolenie i lekką obawę – co to będzie...?
Pan doktor sprawnie przebadał okazy
zdrowia, później jeszcze trochę opowieści i pokazów, i na koniec zjazd z
Mamuta. Poszło obiecująco.
Tego samego dnia wróciłem do domu,
sprężystym krokiem wpakowałem się pod prysznic, przepakowałem ekwipunek i
wieczorem pomknąłem swoim Kawasaki na strefę zrzutu do Nowego Targu.
Na miejscu było już trochę towarzystwa i
szybko się zintegrowaliśmy. Krążyło nad nami widmo nadciągającej
przygody i takie wieczorne opowieści budowały bardzo ciekawy klimat, po
spadochroniarni kręcili się kursanci i spadochroniarze przygotowujący
imprezę, na podłodze sklejane były sondy z bibuły i dawało się niemal
zauważyć wiszącego nad nami ducha spadochronowego.
Nazajutrz wczesna
pobudka, ale nikogo nie trzeba było zrywać na siłę, wszyscy szybko
uzyskali gotowość bojową, pogoda zresztą też dopisała, tak więc
zapowiadał się dzień pełen wrażeń.
Około dziewiątej pierwsza grupa stanęła do odprawy. Sprawdzenie sprzętu, ostatni instruktaż i ...do samolotu.
Po parunastu minutach na niebie zakwitła pierwsza biała czasza i patrzymy – kalafior!
No tego już za wiele... Pierwszy skok i
od razu problem! Co to będzie dalej... Po chwili obok czaszy głównej
ukazała się czasza spadochronu zapasowego i dalsza część opadania
skoczka przebiegła już bez zakłóceń. Inni skoczkowie nie mieli już
takich problemów. No i wreszcie nadeszła godzina prawdy.
W czwartym wylocie przy pierwszym
najściu, miałem wychodzić jako czwarty. Cały czas czekam na jakiś stres,
zdenerwowanie czy tremę i zastanawiam się kiedy mnie złapie. Ale nic
się takiego nie dzieje, żartuję z innymi, spokojnie sprawdzam czy nic
się nie podwinęło, czy wszystko zapięte, czy jest wygodnie. Zawartość
spodenek układam między taśmami udowymi żeby nic mnie nie uciskało w
locie, reguluję zapięcie kasku, gumkę przy goglach...
Po sprawdzeniu przez instruktora i
przypomnieniu najważniejszych czynności idziemy do samolotu. Po drodze
jeszcze wymieniam spokojne uwagi z kolegami, puszczam ze trzy bąki na
świeżym powietrzu i pakuję się na siedzenie w Antku. Gdy zamykają się za
nami drzwi i gdy samolot rusza na spotkanie przygody, wiem już że to
zrobię, że zrobię to dzisiaj! Za chwilę zostajemy podpięci. W połowie
drogi wyrzucający otwiera drzwi i po chwili wyrzuca sondę, a ja oglądam
okolice i równo poukładane domki, a w nozdrza wciągam powietrze
przesiąknięte spalinami Antka, ten zapach który już na zawsze zostanie
dla mnie zapachem czegoś podniecającego... Chyba tylko zapach kobiety...
Nie! Stary Antek tylko tak uwodzicielsko pachnie!
Osiemset metrów. Pada komenda "POWSTAŃ"!
i nasza czwórka ze skrzyżowanymi rękami na piersiach posłusznie
powstaje. Jeszcze chwila i pierwszy śmiałek znika w czeluści. Trochę to
tak nieswojo patrzeć jak kolega przepada gdzieś tam w przepaści, ale nic
to – twardym trza być, a nie miętkim. Przyszła kolej i na mnie. Co
dziwne, a może co normalne, nie odczuwałem dotąd żadnego strachu, a
jedynie była jakaś obawa przed czymś nieznanym. Może to była taka inna
odmiana strachu... Podszedłem do drzwi, postawiłem stopę na progu i
zaciągnąłem się tym upajającym zapachem...
Tak, najbardziej ze
wszystkiego pamiętam ten zapach! Popatrzyłem w dół i wtedy usłyszałem
komendę "SKOK!". Zdecydowanym ruchem odbiłem się i rzuciłem dokładnie
tak jak mnie szkolono. Nogi idealnie złączone razem, ręce na taśmach,
oczy zamknięte jakbym bał się zobaczyć życie w jego nowym wymiarze.
Czułem tylko świst powietrza niosącego mnie i lekko przechylającego, ale
dzielnie się trzymałem. Całkowicie natomiast zapomniałem o liczeniu i
dopiero jak poczułem pierwsze szarpnięcie miękko otwierającej się
czaszy, przypomniałem sobie o tym. Stwierdziłem, że już nie ma co
liczyć, ale jakoś tak machinalnie, czy też jakby z obowiązku policzyłem
szybko "raz, dwa, trzy" – tak całkiem bez sensu i spojrzałem nad siebie.
Z małego ziarna chęci skakania zakwitł nade mną kwiat – okrągła czasza
spadochronu desantowego SD-83.
Nikt nie widział tego jaki byłem wtedy
szczęśliwy – zrobiłem to! To, na co tak długo czekałem, co gdzieś mnie
mijało, co musiałem odpuścić i wreszcie udało się! Sprawdziłem czaszę,
linki i skonstatowałem, że wiszę. Tak po prostu wiszę w powietrzu. Nic
prawie nie słychać, hałas samolotu i świst powietrza gdzieś zniknęły i
została taka swoista cisza zwycięstwa. Rozejrzałem się wokoło i
zobaczyłem trzy białe kapturki w równych odstępach – znaczy że wszystko
idzie zgodnie z planem.
Kiedy już pozachwycałem się otoczeniem,
postanowiłem że wykorzystam wiedzę, którą dopiero posiadłem i poprawię
się w uprzęży. Naciągnąłem lewą taśmę i spróbowałem przesunąć prawą
taśmę udową, ale okazało się że jestem mocno dociągnięty, tak samo było
przy próbie z drugiej strony, zresztą wykonywałem te próby "z pewną taką
nieśmiałością...". Podobnie było i przy próbie ślizgu – ciągnę taśmę,
ale jak już jej trochę wybrałem, to tak sobie pomyślałem że może jednak
ten pierwszy raz wyląduję bez dodatkowych atrakcji... Stwierdziłem, że
to powolne szybowanie przerabiam całkiem na spokojnie. Oceniłem prędkość
wiatru i kierunek, i spróbowałem obliczyć miejsce lądowania. Jednak
perspektywa z góry jest nieco inna i tego nie wziąłem pod uwagę, ale do
drogi na Jurgów miałem jeszcze daleko, zauważyłem natomiast całkiem
sporą grupkę owiec, całkowicie ignorujących moje dokonania. W myślach
już widziałem te żarty kolegów śmiejących się ze mnie że zaatakowałem
barany z powietrza, ale i do nich też miałem jeszcze mały dystans.
Zobaczyłem też małego ptaka lecącego zaraz nad ziemią i pomyślałem żeby
go osrać za te wszystkie inne ptaszki, co to mnie w przeszłości
popstrzyły, ale na szczęście nie dało się tego zrobić w moim ubraniu...
Mimo całej euforii nie mogłem nie
zauważyć faktu, że matka – ziemia zbliża się na spotkanie. Już na
jakichś 100 metrach złączyłem nogi razem, żeby ewentualni obserwatorzy
byli spokojni, po czym popatrzyłem gdzie wyląduję i jeszcze raz oceniłem
wiatr. Na wysokości około 20–30 metrów gdy już lądowanie miałem ładnie
zaplanowane, nagle poczułem podmuch ciągnący mnie do tyłu, a lądować
miałem z wiatrem. Pomyślałem, że nie zdążę już obrócić się w taśmach i
liczyłem, że podmuch nad samą ziemią osłabnie. Zwarłem nogi mocniej,
popatrzyłem w dół i lekko podkuliłem rzeczone odnóża pod siebie, żeby
nie wylądować na dupie i choć trochę zamortyzować moment przyziemienia,
no bo cały czas (cały czas – dobre sobie – zaledwie kilka sekund)
leciałem na wstecznym... Spotkanie z matką ziemią było takie, jak się
spodziewałem, i jak wcześniej oglądałem – nieco twarde z przepisowym
przewrotem przez bark, ale czym prędzej się podniosłem żeby obserwatorzy
widzieli. że jest OK. i że nie potrzebuję pomocy. Przy gaszeniu czasy
zaplątałem się w linki, ale udało mi się spokojnie wyplątać i już
całkiem spokojnie zaplotłem linki w warkoczyk, pozbierałem czaszę i
ruszyłem przez zajebiście wysoką trawę w kierunku wcześniej lądującego
kolegi, do którego rzuciłem gromkie "ŻYJESZ?!?" i w żarze bezlitosnego
słońca z michami od ucha do ucha, zgarnąwszy jeszcze jednego
triumfatora, powłóczyliśmy się powoli w stronę kwadratu.
Pod spadochroniarnię wkroczyliśmy jak
ukraiński Specnaz do Groznego – dupy poobijane, ale uśmiech
popromienny...
A później już były opowieści w gronie innych twardzieli,
rady dla tych, którzy dopiero w kolejce i uśmiechy, telefony, esemesy...
Wtedy już wiedziałem że wdepnąłem w to na dobre. Dopadłem kogoś ze strefy i dopytałem się o możliwości kontynuowania szkolenia spadochronowego i tak już zostałem w Nowym Targu...
Później było jeszcze laszowanie, wspólne
zdjęcia, ale ja już myślami byłem na kolejnym etapie szkolenia i tak
mnie wzięło i nadal trzyma...
Szkoda, że tak długo musiałem na tę chwilę czekać, ale dobrze że się doczekałem...
Foty na Pikasie: https://picasaweb.google.com/Yatzkowski/PierwszySkokOutdoorOrgPl?authkey=Gv1sRgCPbdzrKN5rqzxAE&feat=directlink
Film na YouTube: http://www.youtube.com/watch?v=6OA80tKoMRY
-
SSSO Rządzi !!!
OdpowiedzUsuń