Strony
▼
sobota, 11 kwietnia 2015
Jednodniówki 2015 - Jurków - Piaski-Drużków - Tropie - Wojakowa - Rajbrot (11-04-2015)
Gdy wczoraj wędrowałem przez Kamionki, patrząc na pasmo Łososińskie, żałowałem, że nie zabrałem śpiwora.
Ciągnęło mnie dalej, a najlepiej w nieznane...
Dzisiaj miałem do załatwienia jedną sprawę w Tymowej, a drugą w pobliskich Biskupicach Melsztyńskich. A że było to niedaleko, to przy sprzyjającej pogodzie postanowiłem miejsca te objechać rowerem.
Z lipnickiego rynku wyruszyłem dość późno. Pierwszy podjazd zweryfikował słabszą kondycję u progu sezonu, więc był pretekst do strzelenia foty w stronę z której wyjechałem.
Sprawy załatwiłem szybko i sprawnie, ale wyszło na to, że mam przez to być w domu o 16:00. Trochę to wcześnie, zważywszy na świetną pogodę i długi dzień. Ale cóż...
Z Biskupic pojechałem na Chorwację. To spory kompleks wypoczynkowy nad wodą, o tej porze roku całkowicie opustoszały. Pomyślałem, że stamtąd niedaleko na prom przez Dunajec, więc po chwili ochoczo pedałowałem w stronę Czchowa. Prom jakby na mnie czekał i już po niedługiej chwili znalazłem się na drugim brzegu rzeki.
Lubię prawy brzeg Dunajca. Znacznie tu spokojniej i można kręcić wzdłuż brzegu. Jednak nieznana droga biegnąca pod górę zafrapowała mnie, - może by tak pod górkę...?
Podjazd okazał się - jak dla mnie - morderczy. Na szczęście w połowie otworzyły się widoki na Zalew Czchowski, zaporę i okolicę. Kilka fotek i kręcę dalej. Po niedługiej chwili dojeżdżam do znanej mi drogi, którą niegdyś piąłem się właśnie od zapory. Pamiętałem ten ciągnący się podjazd, który dzisiaj pokonałem z innej strony. Od skrzyżowania do wypłaszczenia pod szczytem było już na szczęście niedaleko.
A na szczycie - sielsko anielsko. Czas jakby zwolnił i nawet się cofnął. Wijąca się dróżka biegnąca grzbietem dorobiła się nawierzchni asfaltowej, znacząco zyskując cywilizowany wygląd. Na pobliskiej ławce przestudiowałem przezornie zabraną mapę, wyznaczyłem czasówkę alternatywnych tras i obliczyłem czas potrzebny na powrót. Niestety, nijak nie dało się pojechać dalej. Zegarek wskazywał konieczność powrotu.
Piękną, krętą drogą przez zagajniki, podziwiając bajkowe widoki gór, przestrzeni i rzeki, dojechałem do Tropia, gdzie liczyłem na kolejną, szybką przeprawę promową. Dojeżdżając do przystani, zauważyłem, że prom dopiero co odbił do brzegu. A niech to! Teraz to sobie poczekam... Jednak młody szyper gdy mnie zobaczył zrezygnowanego, dał całą wstecz i po chwili już całą naprzód cięliśmy taflę wody, podziwiając dopiero co zdobyte wzgórze.
W myślach ułożyłem optymalną trasę powrotu, nie tylko przez pryzmat dystansu, ale i z perspektywy sumy przewyższeń. Jednak nie ma lekko - okolica jest pofałdowana i kilka podjazdów jeszcze zaliczę, a tu minuty lecą...
W Wytrzyszczce przy odnowionych ruinach zamku Tropsztyn, skręciłem na Iwkową. Przepiękna trasa, mało znana i ze znikomym ruchem. W sam raz na rower, choć dawno temu przemierzałem ją też konno.
Do Iwkowej dwa podjazdy. Z uwagi na narzucone tempo, zaczynam odczuwać pierwsze sygnały zmęczenia, a o odpoczynku nie ma mowy...
W Porąbce Iwkowskiej nawet nie sięgam po aparat. Kręcę rytmicznie, połykając kilometry. W Wojakowej dobijam ciśnienie w oponach, - zawsze to zmniejszą się opory toczenia na asfalcie, którym dojadę do domu. Zaczyna się lekki podjazd, ale czuję go w nogach. Co będzie przed Rajbrotem, gdy nachylenie trochę wzrośnie... Normalnie zrobiłbym sobie małą przerwę albo zmniejszył tempo, ale już teraz widzę, że grozi mi kilkunastominutowe spóźnienie, a człowiek będzie czekał pod domem...
Niewinny na pozór podjazd, wiele mnie kosztuje. Walczę ze zmęczeniem, pocieszając się długim zjazdem przez Rajbrot, gdzie trochę podgonię. Już z góry, - co za ulga, - można nawet przez chwilę nie pedałować! Napieram jednak by zminimalizować spóźnienie. W Rajbrocie robię fotę w czasie jazdy, o zatrzymaniu się nie ma nawet mowy. Czeka mnie ostatni podjazd od Rajbrotu w stronę Lipnicy. Zaskakująco biorę go do połowy rozpędem, resztę dokręcam rezerwą siły.
Już mknę w dół, rozpędzając się na maksa. Mały podjazd za mostem przemykam rozpędem i świadomością, że to ostatnie setki metrów.
Dojeżdżam pod dom, - człowiek czeka, konferując z sąsiadem. Ufff...! Dzisiaj piękną trasę okupiłem nogami z waty. Schodząc do piwnicy, same się pode mną uginały. Ale za to widoki jeszcze mi się przesuwają przed oczami.
Szkoda tylko, że mój kompakt zabrany zamiast lustrzanki, tak daleko odbiega od niej jakością zdjęć...
...ale wspomnienia mam wyjątkowo kolorowe i nowe 55 kilometrów na liczniku!
No to może zerkniemy na foty...? Zapraszam!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz