Strony

czwartek, 9 kwietnia 2015

Jednodniówki 2015 - Urbanek (#06) (09-04-2015)

 
W poniedziałek była zima. Wtorek i środa były trochę nijakie, - zimne, wietrzne i deszczowe.
W czwartek przyszła wiosna. :-)

Przez Święta Wielkanocne leżałem chory w łóżku. Uwierzycie?!? Ja - chory? No niestety, przyszło i na mnie i nie puściło po dwóch dniach. Nawet jeszcze dzisiaj leciało z nosa, no ale jest już wiosna... Lepiej zemrzeć na łonie przyrody niż leżąc w domu....

W Urbanka nie byłem miesiąc. To wystarczająco długi czas, bym zapomniał... Nieee... niczego nie zapomniałem - tam to ja już chodzę na pamięć. Ale skoro wiosna, to trzeba mieć oczy otwarte i aparat w pogotowiu.

Standardowo rozpoczynam wędrówkę na lipnickim rynku. Dyżurna fota i w drogę. Za dworem Ledóchowskich zaczyna się odludzie, czyli to co lubię. Białe i żółte kwiecie wita mnie w zagajniku, mocno prześwietlanym promieniami słońca. Ale przy źródełku jeszcze przedwiośnie, na drzewach ledwie pojawiają się zawiązki liści. Drogi na ziemi, drogi na pokreślonym niebie...
Za Duchową Górą piękne widoki. Wieje, więc widoczność niemal idealna. A w kolejnym zadrzewieniu huba wygrzewa się przyczepiona do brzozy. Górą jeszcze błoto. Nic dziwnego - po niedawnych śniegach i deszczach i tak jest lepiej niż się spodziewałem. Gdzieś tam przede mną umykają sarny. Dzisiaj natknąłem się na nie kilka razy, ale ich czujność i płochliwość nie pozwoliła na dobrą fotę. Zresztą mam dzisiaj krótki obiektyw.

Leśne oczko pełne wody. Nieczęsto się to zdarza. Mrówki też w terenie. Jest ciepło, to i wybrały się do pracy. A może tylko na spacer po brzozie...?
Za moją ulubioną drożyną na skraju gaju, otwiera się widok na Górny Okocim. Bez trudu wypatruję kościół i zwartą zabudowę na wzgórzu. Na słonecznym skraju łąki, drzewa wypuszczają pierwsze liście, - widać już przyroda wchodzi w nową porę roku. Podchodzę pod gorę i mijam grysikowy kamień. To mój tutejszy kamień milowy. Wychodzę na wzgórze i stąd już kilkaset metrów do skrzyżowania pod Szpilówką. Na lewo szlak w stronę Urbanka i dalej do Czchowa, na wprost Stary Gościniec którym wrócę, a na prawo droga na Szpilówkę i szlak do Rajbrotu.

W licznych kałużach pływają żaby. Dużo skrzeku zapowiada ich obfitość - to i dobrze. Będzie więcej nocnych koncertów i mniej komarów. Na wysokości 500 metrów jeszcze leżą małe płaty śniegu. Jutro już pewnie znikną na dobre. Nieopodal dostrzegam tropy, przypominające ślad borsuka. Tropów saren nawet nie liczę, bo jest ich całe mnóstwo.
Dochodzę do Rezerwatu Bukowiec. Od buków aż sino, a mały kamienny kopczyk pokazuje kierunek bezdrożem przez las.
Kątem oka dostrzegam jakąś konstrukcję. Okazuje się nią nowe ujęcie wody, jakich w pobliżu wiele. Jeszcze nie ukończone, ale widać, że prace idą pełną parą. W sąsiednim ujęciu woda leci rurami w dół, a z przelewu ledwo kapie. Stąd już rzut beretem do Urbana, czyli zespołu ujęć wody.

Po chwili pomiędzy drzewami jaśnieje biała ściana kapliczki. Kilka kroków i jestem u celu. Odnowiona kapliczka aż bije bielą w wiosennych promieniach słońca. W środku też jasno, a zapach przypomina dawne lata. Relikty przeszłości jak zawsze przemawiają do mnie ze swoją dziwną mocą. To miejsce, w którym przyroda spotyka się z zamierzchłymi dziejami ludzkimi i namiastką cywilizacji, jeszcze tej niemal nieinwazyjnej, tej potrafiącej współistnieć z naturą...
Nabieram doskonałej wody do bukłaka i kieruję się na łąki iwkowskie. Po drodze napotykam na połacie porośnięte rozwijającym się Lepiężnikiem i usłane powalonymi i omszonymi konarami. Z zarastającej łąki spoglądam za siebie - las zakrywa pustelnię, strzegąc dawnej samotni.

Mijam kwitnącego modrzewia i wychodzę na iwkowskie pola. Na wprost bieleje w oddali Jaworz ozdobiony resztkami śniegu na północnych podszczytowych polanach. Iwkowa też wygrzewa się w słońcu, okolona wieńcem pobliskich i dalszych gór.
Łąka jest wesoła. Patrzy na mnie oczyma stokrotek, a pod kamiennym nosem grymasi cokolwiek drewnianym uśmiechem...

Z podnóża Szpilówki po raz ostatni ogarniam wzrokiem bezmiar gór i napieram Starym Gościńcem. Na Kociołkowie odwiedzam starą kamienną kapliczkę. Iluż przechodniów ona pamięta... Mnie zapewne dobrze zna i pamięta...
Obok pochylonej polany mijam starą nadrzewną skrzynkową kapliczkę. Widać i ona ma swojego opiekuna, który nie szczędzi jej sztucznych kwiatów. Ostatnie podejście i już jestem na skrzyżowaniu pod Szpilówką, zamknąwszy iwkowską pętlę.
Droga powrotna jest jeszcze bardziej znajoma. Na przydrożnym mrowisku ruch jak na autostradzie. Wiosenne prace remontowe idą na całego. Kwiaty, pola, mokradła... Każde piękne i sposobiące się do kwitnięcia i życia na najbliższe lato. Zaorana ziemia czeka na gospodarza, który niebawem ją obsieje, by wydała plon. Na tę okazję zatknął on krzyżyk zrobiony z palmy wielkanocnej, by Pan pobłogosławił jego trud i dał dobry zbiór.

Szlakiem Węgierskim i polnymi drogami wracam do kapliczki za dworem. Wisi tu ogromny różaniec, którego paciorki rzucają rozciągnięte cienie. Czy cień różańca jest różańcem cienia...?

Przy źródełku rośnie wszelakie wiosenne kwiecie, a ja przekraczam Potok Piekarski i dochodzę do dworu. Na wprost lipnicki rynek, do którego zdążam zaglądając na cmentarz, gdzie miniaturowe palmy informują, że spoczywa tu Józef Piotrowski - mój tata, założyciel naszego lipnickiego Konkursu Palm Wielkanocnych.
Na rynku kończę wędrówkę. Kolejna jednodniówka zaliczona, kilkanaście kilometrów dopisane, a przygotowania natury do wiosny zatwierdzone i obfotografowane.

No to zobaczmy...!




 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz