Nie pierwszy raz wybieram się na grzbiet Sakin Yotam (Nóż Jotama) i nie pierwszy raz go tu opisuję. Tym razem powód jest prosty. Wojna przycichła, a góry wołają :-) Nie da się tego głosu zagłuszyć i nie wiem czy syreny alarmowe są głośniejsze, czy zew gór. Jeśli dodamy do tego zew pustyni, to oczywistym jest, że trzeba za nim pójść :-)
Kiedy przechodzę ten najwyższy ostry odcinek, moja uwaga jest wytężona, bo jeden fałszywy ruch może mnie wysłać na stromy stok, a szorstkie skały jeśli nie załatwią sprawy całkowicie, to z pewnością poturbują mocno.
Piaskowcowy grzbiet Sakin Yotam widać z wielu miejsc. Swą płową grzywą, a właściwie złotym ostrzem, wyraźnie odcina się od magmowych sąsiadów. Jest niedaleko, wymaga nieco podejścia, a końcówka jego ostrza jest zaiste ostra jak nóż!
Wędrówka nie jest długa. zaledwie siedem kilometrów całej pętli. Tyle, co w jedną stronę do Urbanka. Ale jeśli mam dwie godziny do zagospodarowania, to w sam raz wystarczy, jeszcze i na prysznic po powrocie. Miałem też i inne zajęcia, więc udało się połączyć przyjemne z pożytecznym :-)
Przede mną ostrze noża. Lubię je, ale też najbardziej wtedy, gdy mam je już za sobą. Niby nie mam lęku przestrzeni, ale mam świadomość ceny potknięcia się na tym odcinku. Zawsze zwalniam, wypatruję miejsca na postawienie stopy i przechodzę. Tutaj zagrożeniem są zwietrzałe skały. które wyglądają na mocne, a potrafią ustąpić pod ciężarem nogi czy chwytem dłoni. Miałem tak już raz, co mnie nauczyło ograniczonego zaufania do podłoża.
Po przejściu ostrza rozpościera się dość szeroka połać wzgórza. Oferuje piękną i rozległą panoramę, na której rozpoznaję poznane wcześniej elementy krajobrazu. Biwakować tu w nocy nie wolno, a tym bardziej w czasie wojny. A miejsce aż zaprasza z namiotem...
Teraz zejście do siodła pomiędzy paskowcami Jotama a granitami Masywu Eilackiego, gdzie góruje jeden ze słupów wysokiego napięcia.
Od siodła nieco stromo do bezwodnego strumienia, w którym woda jest nawet nie mglistym - w tej suchości - wspomnieniem.
Odbijam się od wadi do wadi. Każde szersze od poprzedniego, a Wadi Shahamon przecina Eilat do samego morza, dzieląc miasto na starą część i nowe osiedle Shahamon. Dla mnie wadi kończy się przy drodze obwodowej Harim - Górskiej, oddzielającej miasto od pustyni.
Na ostatnich dwóch zdjęciach widać granicę między dzikością pustyni a cywilizacją miasta. Miasta, które wylewa się, łypiąc na dzicz i wyrywając jej piaszczyste połacie.
Niestety, dalsze i dłuższe wędrówki w obecnej sytuacji należy odłożyć, ale tak bywa w tym kraju...
Eilat spokojny, ale na północ od Negevu syreny wyją kilka razy dziennie. I nie tylko one robią dużo hałasu i zamieszania...
.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz